10 opowiadań na krzyż

Futurystycznie współczesne – Jarek Westermark – „10 opowiadań na krzyż” [recenzja]

Taki mamy w kraju od jakiegoś czasu dość pesymistyczny klimat. Wręcz momentami apokaliptyczny. Jakby zaraz coś miało się stać, coś gruchnąć. I to tak porządnie.  I może takiego właśnie gruchnięcia potrzebujemy? Na pewno potrzebujemy zmian, bo po pierwsze stagnacja nam wyjątkowo nie służy, a po drugie, niewiele dobrego się ostatnio w Polsce dzieje. Tracimy zaufanie do instytucji wszelakich, do polityków, do Kościoła. Jeśli to zaufanie kiedykolwiek udało im się zbudować. W jego miejsce wkrada się nie tyle nieufność (to by było pół biedy), ile wrogość, brak szacunku, nawet nienawiść. W ten nastrój niepokoju bardzo dobrze wpisuje się najnowszy zbiór opowiadań Jarka Westermarka 10 opowiadań na krzyż

Zbiór opowiadań mackami na okładce, z płonącym krajobrazem, z boską istotą, z globusem, na którym ciemną plamą zaznacza się Polska i z zakupami z Biedronki (nadal mówimy o okładce, nie o globusie), wydaje się zupełnie inny od debiutanckiej publikacji autora. Opowiadania, które napisałem, miały w sobie coś romantycznego, coś onirycznego, momentami były wręcz poetyckie. Poruszały przy tym wiele zagadnień istotnych dla każdego człowieka, choć takich, o których nie myśli się często na co dzień. Mieliśmy tam rozważania na temat śmierci, przemijania, życia po śmierci. Były to opowiadania różne w formie (jak choćby personifikacja ptaków, które były bohaterami jednej z historii), ale podobne stylem i przekazem. 10 opowiadań na krzyż to w moim odczuciu zupełnie inna bajka, choć oczywiście da się wyczuć styl autora i sposób opowiadania. I mimo że nadal opowiada on o sprawach ważnych, obok których trudno przejść obojętnie, to wspomniane oniryzm i romantyczność ustąpiły miejsca właśnie niepokojowi, pewnemu emocjonalnemu nabuzowaniu (jeśli mogę to tak nazwać), a nawet gniewowi. Są ostrzejsze tak w przekazie, jak i w wymowie. 

Bardzo mocne, wymowne i wręcz przerażające jest już pierwsze, otwierające zbiór opowiadanie Złota polska jesień. Zostawiło mnie ono z wieloma emocjami i myślę, że właśnie teraz, kiedy przekrzykujemy się nawzajem, kiedy nasze argumenty wybrzmiewają tak głośno i często tak agresywnie, kiedy w tym szumie nierzadko przestajemy słyszeć własne myśli i rozumieć je – jest ono podwójnie niepokojące. Kokon to z kolei historia, która nastręczyła mi najwięcej problemów. Teraz, dokładnie w tej minionej chwili, między zdaniem jednym a drugim, przeczytałam je jeszcze raz, zdecydowanie wolniej niż poprzednim razem. Kiedy większość z nich czytałam jednym tchem. I nie twierdzę, że teraz zrozumiałam je w pełni, ale w końcu wyłonił mi się konkretny obraz, który wcześniej umykał. Widzę, że jest tu sporo do zrozumienia i do zinterpretowania. To opowiadanie jest nieco inne od pozostałych, jest metaforą i porównaniem, całe – od pierwszego do ostatniego zdania. Brzmi jak historia, którą wzięliby na warsztat twórcy serialu Miłość, śmierć i roboty, ale ponieważ jest to serial wręcz nieziemsko nierówny, czuję się w obowiązku podkreślić, że mógłby stanowić inspirację dla jednego z tych lepszych odcinków.

Ciekawa jest Precesja, zwłaszcza w obliczu niedawnego Strajku Kobiet, a przede wszystkim tego, co go wywołało, co wygoniło tłumy (nie tylko kobiet) na ulice. To opowiadanie również ma w sobie coś, co sprawia, że chciałabym zobaczyć je przeniesione na ekran. Jest w nim tyle do wyobrażenia, tyle do zobrazowania.  Ogrobnik jest z kolei w swojej wymowie i formie prosty, to opowieść o człowieku wykonującym nietypowy zawód – nasłuchuje wołania żywych z grobów. W razie, gdyby gdzieś na drodze między ostatnim oddechem a konduktem żałobnym popełniono błąd. Żeby nikt nie musiał umierać, drapiąc w wieko trumny. Ale ogrobnik również ma swoje życie do wykopania, ma swoje zmartwienia do zmartwychwstania. Musi nasłuchiwać tych, którzy odeszli, ale jeden głos woła go o wiele, wiele głośniej. Bardzo smutne to opowiadanie, ale też bardzo ludzkie. Ostatnia Stacja stanowi (przynajmniej dla mnie) bardzo trafną opowieść o tym, jak mocno można zakorzenić w sobie (a co gorsza: w kimś) wstyd i poczucie grzechu. Życie od samego urodzenia z takim piętnem? Trudno mi to sobie wytłumaczyć, szukać w tym jakiegokolwiek sensu. 

To oczywiście (co sugeruje już okładka) niejedyne opowiadanie, w którym Westermark rozprawia się z religią i kościołem katolickim. Mieliśmy przecież Precesję, mamy Ostatnią stację, a zza kolejnych stron wyłania się bardzo mocny Kinderbal, a także Ojciec dyrektor vs czerw umysłu: decydujące starcie, którego tytuł brzmi jak parodia jakiejś kolejnej filmowej rozwałki. I bardzo możliwe, że właśnie tak miało to brzmieć. W 10 opowiadaniach na krzyż mamy właśnie takie starcie – religii i nauk czy też może: praktyk kościoła z gniewem, ze znakiem stopu, z brakiem przyzwolenia, z tupnięciem nogą. Wybuch starszej pani w opowiadaniu Kinderbal pochodzi z nieokreślonej przyszłości, ale mógłby wybrzmieć równie dobrze teraz, mógłby stanowić kazanie wygłoszone przez wielu napotkanych na ulicy ludzi, którzy (tym razem oni) karcącym wzrokiem patrzyliby na księży i oskarżali o grzechy, zaniedbania i nakazywali błagać o miłosierdzie. Aby móc marzyć o jakimkolwiek zbawieniu. 

Tama rozczarowania i gniewu puszcza także, jeżeli chodzi o Polskę i tych, którzy nią rządzą. Zarówno Złota polska jesień, jak i Mechanizm to historie, które w mniejszym lub większym stopniu dotyczą tego, co dzieje się w Polsce i z Polską. Jak rozprawili się z nią rządzący. Mechanizm wymierza bezkompromisowo palec w farsę, jaką stała się polityka, w to koło fortuny usiane gęsto opcjami: ja mogę, ja chcę, ja żądam. Na próżno z kolei szukać na nim haseł takich jak: wolność, równość, sprawiedliwość, logika, rozum, szacunek do czegokolwiek. Nic więc dziwnego, że w obliczu absurdu, jakim stała się polityka i politycy, autor sięga między innymi właśnie po absurd czy groteskę, by rozładować napięcie. Swoje i czytelników.

Kolejnym z tych opowiadań, które zrobiło na mnie największe wrażenie, jest również Zazwyczaj. Bo możemy się pieklić na system, na religię, na rząd – na wszystko. Ale musimy pamiętać również o tym, że my także je tworzymy, dajemy zielone światło. Ślepe przywiązanie do pewnych tradycji, zwyczajów, przesądów, przestarzałych praw czy systemów jest łatwe i wygodne, ale sprawia, że przyczyniamy się do zacofania, które postępuje coraz szybciej. 

10 opowiadań na krzyż (na przekór – chciałoby się dodać) to sposób, w jaki autor rozprawia się z wadami współczesnego świata. Zazwyczaj tego naszego, polskiego. To apokaliptyczna wizja, do której wcale nie trzeba jerychońskich trąb ani mrożących krew w żyłach wybuchów. Choć właśnie w taki klimat wprawia nas lektura. Towarzyszy nam bowiem właściwie przez cały czas niepokój, chęć rozglądania się dookoła w celu sprawdzenia, czy za chwilę nie zawali się kolejny budynek, kolejny filar, który trzyma nas jeszcze w ryzach człowieczeństwa. I jak dobrze, że tym filarem nie musi, a chyba nawet nie powinna być religia. I choć trudno o tym mówić w kraju, w którym większość społeczeństwa (w tym rządzący) to Katolicy, a wypowiadający się publicznie i mający posłuch wmawiają nam, że tylko Biblia i zasady wiary tworzą nasz kręgosłup moralny, to wierzę, że do bycia dobrym człowiekiem niepotrzebni są ani żadni bogowie, ani wizja nieba bądź piekła, które czekają na nas po śmierci i mają nas motywować do spełniania dobrych uczynków. I o ile wielu z nas wierzy, że na świat przychodzimy z grzechem, o tyle człowieczeństwo, jak powiedział francuski pisarz:  nie jest stanem, w którym przychodzimy na świat. To godność, którą trzeba zdobyć.

Jarek Westermark gładko płynie nawet przez tak trudne, jak wspomniane wcześniej tematy. Nawet gdy wyczuć można sprzeciw, gniew, desperację lub wręcz bunt, opowiadanie czyta się lekko, ich forma kontrastuje z mocnym przekazem, co w przypadku tego zbioru jest zaletą. Świetnie sprawdza się również różnorodność gatunkowa, bo nie brakuje tu stylistyki horroru, ale także opowiadania wpisującego się w science fiction. Choć nie ma tu wiele miejsca na psychologiczne wynurzenia, to autor wiarygodnie przedstawia swoje postaci – są ludzkie i zwyczajne, dokucza im upał i wstyd. Nieważne, czy chodzi o młodą kobietę, starego mężczyznę czy przytłoczone dziecko – za każdym razem wierzymy im i opowieści, w której występują. Nawet jeśli dzieje się ona w nieokreślonej przyszłości. Ten futurystyczny, apokaliptyczny wydźwięk bardzo mocno odróżnia ten zbiór od poprzedniego i sprawia, że poszczególne historie zapadają w pamięć, skłaniając również do przemyśleń. 10 opowiadań na krzyż to także – jak można się już domyślić – zbiór odważny i bezkompromisowy. Czy obrazoburczy? Dla wielu czytelników pewnie taki będzie. Autor nie korzysta z półśrodków, nie daje sprawom, które bierze na warsztat, taryfy ulgowej. Oplatając opowieści w metafory, umieszczając je w przyszłości, tworząc rzeczy nieistniejące – czyni je zarazem bardzo prawdziwymi i bliskimi nam, czytelnikom. Tym współczesnym. Tym, którzy żyją w Polsce. Tu.

Przyciągająca wzrok okładka, na którą składają się różne elementy zaczerpnięte z poszczególnych opowiadań, utrzymana w kolorze skrzepniętej krwi, zapowiada ciekawą, nietuzinkową lekturę. I takie właśnie są historie, które znajdziemy w 10 opowiadaniach na krzyż. Futurystyczne, a jednak tak bardzo współczesne. Opowiadające o końcu świata, który trwa „w najlepsze”. Warto sięgnąć po ten zbiór, bo możemy w nim wiele odnaleźć, wiele z niego wyciągnąć i po prostu zatopić się w lekturze, podejmującej tematy, o których wcale nie mówi się tak często. A na pewno nie wprost. A na pewno powinno.

Fot.: Wydawnictwo Nisza

10 opowiadań na krzyż

Write a Review

Opublikowane przez

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.