wielki marty

Bez kroku wstecz ‒ „Wielki Marty” ‒ Josh Safdie

Wielki Marty jest pierwszym filmem wyreżyserowanym samodzielnie przez Josha Safdiego. Bracia Safdie mają na swoim koncie min. Nieoszlifowane diamentów z 2019 roku i Good time z 2017. Oba te tytuły spotkały się ze znakomitym odbiorem. W 2025 roku bracia zdecydowali się na filmowe rozstanie i obaj postawili na sportową tematykę swoich dzieł. Smashing Machine młodszego o dwa lata Benny’ego spotkał się raczej z obojętnym przyjęciem. Marty Supreme (tytuł oryginalny) jest jednak filmem sportowym podniesionym do potęgi, wykraczającym daleko poza ramy gatunku i niepozornie wielowarstwowym. Już na wstępie mogę powiedzieć, że zachwyty i dziewięć nominacji do Oscarów nie wzięło się znikąd. 

Historia fikcyjnego zawodnika ping-ponga Marty’ego Mausera (chociaż inspirowanego Martym Reismanem – legendą tego sportu) ma miejsce w latach 50. w Stanach Zjednoczonych. Bohater nie ma problemu z niematerialnymi środkami – ma bowiem nieskończoną wiarę w siebie, wysokie poczucie własnej wartości, wielkie cele i… elastyczny kręgosłup moralny. To ostatnie musi wykorzystać, by zrealizować marzenia o byciu najlepszym. Środowisko, w którym do tej pory przebywa niekoniecznie mu w tym sprzyja – bieda, brak stałego miejsca zamieszkania i kruche relacje bez przyszłości. Ogólnie rzecz biorąc, całe jego życie się trzyma na trytytkach. Wielki Marty jest filmem przedstawiającym drogę do wykorzystania swojego pełnego potencjału. Wykracza jednak daleko poza schemat od zera do bohatera, przejścia z punktu A do punktu B. Główny bohater wpada w koło dobrych i złych decyzji, szczęśliwych i pechowych zbiegów okoliczności oraz sytuacji, które wymykają się spod kontroli. Mimo sporego metrażu (150 minut) w tym kole nieprzerwanie chciałem być.

 

Wrzucanie dzieła Josha Safdiego do szuflady komediodramatu, czy filmu sportowego nie oddaje w znacznym stopniu złożoności jego problematyki. Fakt, korzysta z typowego schematu realizacji swoich marzeń, idąc po trupach do celu. Po drodze jednak zahacza subtelnie o tematykę społeczno-polityczną, umiejętnie opowiadając o samej Ameryce. Ukazanie niezmienności pewnych zjawisk w Stanach Zjednoczonych dodaje mu uniwersalności i pokazuje, że prędko raczej się nie starzeje. Amerykański sen prędko przeradza się w amerykański koszmar, a system opiera się w dużym stopniu na składaniu obietnic, sprawianiu pozorów, kosztem poświęceń i ryzyka wpadnięcia w wiele dołków. Jest w stanie prędko dać wiele i równie prędko to odebrać. Protagonista to uosobienie owego snu, w której do spełniania własnych marzeń najważniejszy jest spryt oraz zdolność bycia w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Stąd też niczym w Wodzireju Feliksa Falka (mimo zupełnie innych realiów) Marty zagaduje odpowiednich ludzi w odpowiedni sposób i korzysta ze swojej charyzmy. Kiedy kłamie lub manipuluje – zawsze w sposób sprytny i przemyślany. Napędzany przerastającym góry ego wzlatuje i upada naprzemiennie, a jego podróż to opowieść o Ameryce pełnej kontrastów. Są tu więc wydarzenia zarówno śmieszne, graniczące z absurdem, jak i zupełnie poważne. Tym, co się rzuca w oczy, patrząc na tło wydarzeń i perypetie głównego bohatera to brak stagnacji, która zdaje się być jego największym wrogiem. Stąd też Wielki Marty to dwuipółgodzinna akcja, w której wszystko jest procesem, mającym swój cel. Jest to tym samym wciągająca rozrywka, która ma jednak sporo do powiedzenia i przekazania.

Zapoznawszy się ze znakomitymi opiniami o dziele Josha Safdiego, miałem wobec niego oczywiście wysokie oczekiwania. Była we mnie jednak część niepewności, czy nie okaże się on nachalnym skokiem na emocje. Czy nie postawi sobie za główny cel wzruszyć, zachęcić do spełniania marzeń, ukazując typową drogę od biedy po sławę. Takie filmy lubią w końcu dostawać Oscara. Przytoczę tu przykład Zapaśnika Darrena Aronofskyego. Świetnie zrealizowanego, ze znakomitą kreacją Mickeya Rourke i emocjonalnie autentycznego. Korzysta jednak z dość oklepanych motywów, przez co nie jest to tytuł, który zapamiętałem na długo. Przypadek Wielkiego Marty’ego jest inny. Jest to dzieło szalone, nieprzewidywalne w swojej chwiejności, ale przemyślane i spójne jednocześnie. Budzi bardzo różne, sprzeczne odczucia i odważa nie dostosowywać się w pełni do potrzeb widza. Wątki nie są od razu domykane i zwieńczane puentą, pojawiają się w sposób bezładny. Taki charakter narracji wydaje się dobrze koordynować z charakterem głównego bohatera zdesperowanego, sfrustrowanego, majaczącego i szamotającego się we własnych poczynaniach. Kibicuje się mu, pomimo jego irytującej bezczelności i ślepego egoizmu. Magnesem, który przyciąga niego widza jest jednak charyzmatyczność, bezkompromisowość i stuprocentowe bycie sobą. Niezależnie od tego, czy widzowi jest go żal, czy wręcz przeciwnie, każdą porażkę potrafi przyjąć na klatę. Ma w sobie wszystko, by stać się postacią, która będzie postrzegana jako ikoniczna.

Progresywność postaci głównego bohatera następuje niespostrzeżenie, ukradkiem, ale przekonująco i satysfakcjonująco. Wraz z nieprzewidywalnością losu, nad którym nie jest w stanie władać, przebudowuje swój system moralny i hierarchię wartości. Sens mają tym samym romanse głównego bohatera, które ukazują mielizny ludzkich potrzeb oraz płytkość międzyludzkich relacji. Widoczny jest problem niemożności wyjścia poza swoje psychologiczne, egocentryczne schematy. W nich każdy człowiek postrzegany jest jedynie jako narzędzie. Puenta całego filmu jest dość prosta i często występuje w filmach. Jednak przez charakter drogi do niej – pasjonującej, wyboistej, nieoczywistej, jej przewidywalność w żadnym stopniu nie razi. Poświęcenie pieczołowitości i cierpliwości w budowaniu niektórych wątków przez Josha Safdiego na rzecz większej dynamiki jest uzasadniony, biorąc pod uwagę osobowość protagonisty. Niemniej jednak odczułem, że jedna z jego romantycznych relacji została zbudowana aż nazbyt ekspresowo i życzeniowo. Jest to jeden z bardzo niewielu elementów, które w Wielkim Martym można by było dopieścić.

Zrobienie filmu pozostawiającego miejsce na emocje i wnioski widza, pełnego swobody, nieprzewidywalności w mieszaniu swoich gatunków, ale który zarazem nie ulega pełnej dezintegracji, zmieniając się w bezkształtny popis formalno-aktorski to niewątpliwie sztuka. Chaotyczność to skutek gorączkowych, impulsywnych i nieprzemyślanych decyzji, problemów odkładanych na później i wracających ze zdwojoną siłą po czasie. Wielkiemu Marty’emu nie brakuje stylu, efektowności i brawury, jednak nie poświęca w nadmiernym stopniu sensu na rzecz immersji. Umiejętność znalezienia złotego środka między filmem robiącym wrażenie, a filmem solidnym, przemyślanym, mającym kształt budzi podziw. Podobna harmonia panuje zresztą w dialogach oraz w elementach humoru, które zaskakują zarówno groteskową bezczelnością, jak i błyskotliwością.

W poprzednich filmach bracia Safdie wypracowali sobie charakterystyczną formę. Wysoce dynamiczna akcja jest wyraźnie napędzana pragnieniami protagonisty, będącym niezmiennie w centrum akcji. W Nieoszlifowanych diamentach była to chęć zysku, prowadząca stopniowo do upadku. Good Time to film bardziej wrażliwy i humanistyczny, ale chęć wyciągnięcia brata z aresztu podobnie nacechowana była desperacją. Niezależnie od tematyki, atmosfera była gęsta i duszna, a samo doświadczenie bardzo intensywne. Świetna kinematografia, wysokie tempo, agresywny montaż jeszcze bardziej wybijają emocje protagonisty na pierwszy plan. Jednakże w momentach pokory główne bohatera, naturalnie pokornieć wydaje się także forma. Zapobiega to przerostowi formy nad treścią.  W tym aspekcie lekki niedosyt pozostawia ość mała ilość znakomicie nakręconych meczów ping-ponga. Spora liczba przyznanych nagród za montaż jest tu uzasadniona, jednak najbardziej niedocenionym elementem jest ścieżka dźwiękowa. Szklista, intensywna, immersyjna, rezonująca, dynamiczna, której towarzyszą hity… z lat 80. Może ich użycie w filmie, mającym miejsce w latach 50. wzbudziło pewne kontrowersje?

Główny bohater jest poniekąd połączeniem protagonistów z dwóch wspomnianych już wcześniej tytułów. Bywa irytujący, odrażający, ale jednocześnie fascynujący, a jego bardziej uczuciowa część jest głęboko ukryta, oczekująca na zbieżność wydarzeń, która pozwoliłaby jej na wypłynięcie na powierzchnię. Stworzenie tak ikonicznej, złożonej postaci wymagało najwyższej aktorskiej jakości. Można uszczypliwie mówić, że Chalamet jest aktorem w modzie, którego wybór gwarantuje sporą widownię i jest w tym trochę prawdy. Tutaj jego rola jest jednak kolosalna. Oddał postać przewrotną emocjonalnie, na którą każde wydarzenie działa kilka razy mocniej w porównaniu do innych. Ton każdej jego wypowiedzi wybrzmiewa przekonująco, zarówno w momentach, w których jest niepokojąco metodyczny, jak i w tych, w których potyka się o własne ambicje i ulega pośpiechowi. Gargantuicznej pracy, którą wykonał przez 7 lat trenując ping-ponga do roli też trudno nie docenić. Bez zarzutu jest też drugi plan, choć w większości ogranicza się on jedynie do płotków na życiowej planszy Marty’ego Mausera, który pozostaje architektem i pilotem każdej sceny.

Wielki Marty jest filmem, który ma wszystko, by stać się klasykiem. Łączy schematy, nadając im nową twarz i jest dziełem, do którego następne o podobnej tematyce będą wielokrotnie porównywane. Nie brakuje tu i czystej frajdy, i mądrej progresji głównego bohatera, który jest mocnym kandydatem na miano postaci kultowej. Zachowując pewną obiektywność, Safdie rozprawia się też z amerykańskim społeczeństwem oraz dokonuje analizy systemu, na którym opierają się Stany Zjednoczone od dekad. Choć konwencja jest przemyślana, sensowna i dopracowana, ma w sobie elementy wyróżniające i kontrowersyjne jednocześnie. Szarpany scenariusz nie każdemu musi przypaść do gustu, podobnie jak postać, do której przez lekko karykaturalny charakter można odczuwać pewien dystans. Dla mnie jednak był to jeden z najbardziej emocjonalnie rezonujących filmów ostatnich lat, który w pełni dźwiga ciężar własnego tytułu. Zaiste, jest to film wielki.

wielki marty

Overview

Ocena
9 / 10
9

Write a Review

Opublikowane przez

Błażej Piechota

Fan kina od 13 roku życia. Docenia zwłaszcza kino twórcze, odważne, czasem kontrowersyjne. Stara się oceniać filmy pół sercem, a pół głową. Docenia wszelkie inne przejawy pasji i kreatywności, nawet jeśli je nie do końca rozumie. Do ulubionych twórców należą min. Michael Haneke, Ingmar Bergman, Krzysztof Kieślowski i Dennis Villeneuve. Lubi oprócz tego czytać literaturę true-crime, męczyć się nad językiem niemieckim, dobrze zjeść, a później dla równowagi pograć w badmintona. Senior minimum wage work expert.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *