Filmy,Oscary 2020,Wielogłos

Wielogłosem o…: „1917”

1917 w reżyserii Sama Mendesa wszedł na ekrany polskich kin w okresie przedoscarowej gorączki. Uchodzi za najpoważniejszego kandydata do statuetek Amerykańskiej Akademii Filmowej, mając 10 szans oscarowych (tylko o jedną mniej niż Joker). O tym, ile ostatecznie pozłacanych statuetek zgarnie ten wojenny panoramiczny fresk przywołujący pamięć o pierwszej wojnie światowej, rozmawiają Paweł i Michał. 

WRAŻENIA OGÓLNE

Paweł Stępień: 1917 jest popisem języka filmowego. Przypomina, jak bardzo film jest nie tylko opowieścią, ale przede wszystkim sposobem na jej opowiedzenie. Nie samym scenariuszem stoi film, nie tylko literaturą, ale przede wszystkim tym, jak wygląda on w zwizualizowanym wyobrażeniu twórców. Odniosłem wrażenie, że to było wykwintne droczenie się z aforyzmem Hitchcocka o tym, że najważniejszy jest scenariusz. Odpowiedni ludzie wzięli się za ten film – Sam Mendes, który pokazał swoje wyrafinowanie w np. American Beauty, i operator Roger Deakins świecący z tak doskonałym wyczuciem, że oświetlił sobie 14 nominacji do Oscara; również główni aktorzy rozumiejący pokorę swoich ról. 1917 odczuwam tak bardzo językoznawczo, że aż traktuję ten film jako wizytówkę dla reżysera i, przede wszystkim, operatora. Dlatego mam również wrażenie, że kiedy opowiada się o tym filmie, sprawia on lepsze wrażenie niż w momencie jego oglądania… Natomiast to podejście jest tak dobre, że wciąż służy samej historii, nie będąc jedynie formalną woltyżerką.

Michał Mielnik: Nieprzypadkowo nasza dyskusja pojawia się na chwilę przed ceremonią oscarową. Po Złotych Globach i nagrodach BAFTA obraz Sama Mendesa wyrasta na głównego kandydata do laurów akademików. Niemniej jednak byłbym sceptyczny, co do szans 1917 w głównej kategorii. Wydaje mi się, że Oscary za reżyserię i zdjęcia są w tym przypadku niezagrożone (swoją drogą reżyser dostałby nagrodę 20 lat po tym, jak utytułowano go za realizację American Beauty), ale odnośnie do „najlepszego filmu” na ostatniej prostej triumfatorem może okazać się koreański Parasite. Przy wszystkich moich zachwytach nad filmem twórcy Skyfall, który jest arcydziełem przynajmniej w wymiarze technicznym – czasy, gdy nagradzano epickie widowiska, minęły chyba bezpowrotnie. Taka formuła kina jest bardziej symptomatyczna dla lat 90. Poza tym obraz wojny przedstawionej w tym utworze jest projekcją konfliktu, w którym nie uczestniczą Amerykanie (co symptomatyczne – akcja ma miejsce w dniu, w którym Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę kaiserowskim Niemcom, co finalnie zmieniło układ sił na świecie na rzecz dominacji mocarstwa północnoamerykańskiego). 1917 jest zatem filmem na wskroś europejskim, mając na uwadze to, jak pierwsza wojna światowa była wydarzeniem formującym Stary Kontynent. Ma ona w świadomości Francuzów i Brytyjczyków dużo większe znaczenie niż dla Polaków trauma pierwszej wojny światowej.

ZALETY I WADY FILMU

Paweł: Zaletą jest to, że jest prosto i bezszelestnie. Pomysł na film o wyruszeniu dwóch zwyczajnych żołnierzy, aby wręczyli rozkaz, idąc przez opuszczone przez Niemców tereny, wydaje się wręcz banalny. Minimalizm akcji przez niemal cały film jest nacechowany przez to wojennym niepokojem. Stale bohaterowie muszą być uzbrojeni, z czujnym wzrokiem i w gotowości do zabijania. Film daje to odczuć bez przerwy dzięki znakomitej reżyserii i płynnej, spokojnej pracy kamery, rezygnując z dynamicznych zabiegów znanych chociażby z Szeregowca Ryana. Nie ma również patosu, krzyczenia o wielkich ideach czy podżegania do mordu ludzi w innych mundurach – za pomocą nieważne jak wielkich słów, ale i tak małych.

Wadą tej opowieści może być, paradoksalnie, jej zaleta. Wszystko zależy od widza, którego taka prostota być może nawet znudzić. Poziom treści nie nadąża za technicznymi i reżyserskimi aspektami. Nie pomaga również lekki zaledwie zarys wykreowania postaci w filmie, przez co niektórym widzom trudno będzie się z nimi utożsamić. Zaryzykuję stwierdzenie, że trzy sceny porządnej akcji w tym filmie i tak urzekną zdecydowaną większość oglądających, ale może być to za mały impuls do obrony przed wielkim oskarżeniem wobec jakiegokolwiek filmu – nudy.

Michał: Nie dostrzegam takowych. Jestem oszołomiony tym dziełem, które z jednej strony jest monumentalne, bo dotyczy choćby globalnego konfliktu, który notabene dość rzadko prezentowany jest w kinie (pominę już w tym miejscu klasyczne Ścieżki chwały Stanleya Kubricka, ale warto wspomnieć o niedawnym niezwykłym dokumencie Petera Jacksona pod tytułem I młodzi pozostaną), ale też jednocześnie paradoksalnie kameralne. Scen batalistycznych jest tutaj jak na lekarstwo, a gros akcji koncentruje się wokół osamotnionej wędrówki dwóch zwyczajnych żołnierzy przez terytorium wroga. Przyznam, że 1917 przypomina mi nieco Dunkierkę. W obu tych obrazach przeciwnik jest niemal niewidoczny, a protagonista natomiast pozostaje anonimowy. Oczywiście można utyskiwać, że film jest przede wszystkim popisem technicznym przynoszącym banalne antywojenne przesłanie, aczkolwiek kino właśnie jest formą sztuki, która ma wymiar techniczny, więc ten sposób oceny jest w tym miejscu zasadny. Zresztą całość użytych w tym miejscu środków buduje obraz wojny, jakiego na wielkim ekranie nie mieliśmy.

PROBLEMATYKA

Paweł: Wojna. Temat eksploatowany już przez najwybitniejszych, do którego znajduje się również wiele materiałów źródłowych. Temat wdzięczny, ponieważ dramat czuje się dotkliwie już w samym słowie „wojna”, a historii frontowych godnych zekranizowania są całe pamiętniki. Aby zrealizować ten temat z artystycznym wymogiem oryginalności, należało więc sięgnąć po wysublimowane środki reżyserskie i nowe narzędzia operatorskie. Ogniskując uwagę twórców na tym aspekcie, zdecydowano się poruszyć ten problem w pięknie prosty sposób. Historia skupia się na zwyczajnych żołnierzach, którzy mają po prostu wykonać rozkaz, jakim jest przeprawa przez kilka kilometrów, aby wręczyć wiadomość od dowództwa. Tak ujęta problematyka dała możliwość na pokazanie pracy przypadkowego mundurowego na froncie, jego dzień pracy i stosunek do obowiązków. Jedynym emocjonalnym hakiem jest taki, że postać grana przez Deana-Charlesa Chapmana ma w tym osobistą motywację, jaką jest uratowanie brata. Reszta to ciągły, również dla widza, marsz niepokoju.

Michał: Temat jest chyba najbardziej oczywisty spośród wszystkich nominowanych w tym roku do Oscarów tytułów. Wojna i spustoszenie, jakie niesie, a ściślej rzecz ujmując – konkretny moment historyczny, który ufundował okropności XX wieku. W tym przypadku jednak forma dominuje nad tematem i wcale nie mam na myśli obiegowej frazy o przeroście rzeczonej formy nad treścią. Wskazywałbym na nowy sposób prezentacji tego tematu. Konflikt ukazany przez Mendesa jest abstrakcyjną aberracją o apokaliptycznym wymiarze. Żołnierze głównie czekają na atak, tkwiąc w brudnych i wilgotnych okopach pośród rozkładających się ciał współbraci niedoli. Ruchy wojsk, które mają mieć rzekomo taktyczny wymiar, nie mają żadnego celu i sensu. Nawet główny motyw działania bohaterów, a zatem dostarczenie rozkazu o wstrzymaniu ataku przez inną jednostkę nie ma wielkiej strategicznej wagi. Czynność ta nie przesądzi o losach wojny. Co więcej, w pewnym momencie jeden z oficerów stwierdza, że zapewne po dwóch tygodniach dowództwo jednak zmieni koncepcję i pośle żołnierzy znów na linię frontu. Inny mówi natomiast, że ta wojna skończy się dopiero wtedy, gdy zginą wszyscy mężczyźni. Zatem świadomie Mendes wybrał akurat pierwszą wojnę światową, bo ta – jakkolwiek to zabrzmi – była najbardziej kuriozalna ze wszystkich. Strony, zwłaszcza na froncie zachodnim, nie kontrolowały jakiegoś większego terytorium, a jedynie w perspektywie kolejnych szarż zdobywały kilkaset metrów.

NAJBARDZIEJ ZAPADAJĄCA W PAMIĘĆ SCENA

Paweł: Ognista. Scena, która mi się najbardziej zapisała w pamięci, a otworzyła szczękę przy oglądaniu, to ta, w której mógł się wykazać Roger Deakins. Bieg po mieście w nocy pomiędzy ruinami, które zostały oświetlone flarami, specjalnie wcześniej przetestowany na makietach miasta, czy źródłami światła wielkości budynków. Płynące cienie na ruinach, wyłanianie się z mroków niebezpieczeństw i drogi; męczący i niebezpieczny sprint oświetlany przez nic innego jak ogniste i gorące światła wojny i przemocy.

Michał: Pewnie nie będę jakoś szczególnie oryginalny, ale będzie to obraz płonącego francuskiego miasteczka. Tak jakby bohater, obudziwszy się, zstąpił do kolejnego Dantejskiego kręgu piekła. Kolejne sekwencje zresztą są tak właśnie skonstruowane. Kontrastują tutaj ze sobą błoto okopów oraz soczyście zielone łąki. Drugą sceną jest właśnie kontrastujący z tą diabelską wizją moment wejścia protagonisty granego przez George’a McKaya do mitycznego niemal lasu przy akompaniamencie przepięknego anielskiego śpiewu żołnierza podnoszącego na duchu swoich towarzyszy. Niebo styka się z piekłem.

 AKTORSTWO

Paweł: Pokornie i często subtelnie. Przez minimalistyczne kwestie dialogowe aktorzy – premedytacją dobrani ze względu na fakt, że są nieznani szerszej publiczności – musieli się wykazać w reakcjach, mimice i  wyrazie oczu, które czują ciągły niepokój oraz niesprawiedliwość ich żołnierskich ról. Dwójka głównych aktorów na pierwszym planie – George McKay i Dean-Charles Chapman – dominuje przez większość czasu ekranowego i trzeba uczciwie przyznać, że wypadają znakomicie. Same techniczne aspekty, powodujące wykonywanie wielu kilkuminutowych ujęć precyzyjnie skoordynowanych dla poprawnej pracy kamery, pozwalają jeszcze bardziej docenić fizyczność ich pracy. Przez tę długość i bycie na jednym ujęciu z aktorami doświadczenie jest niemal teatralne. Gwiazdy pierwszoplanowe (Andrew Scott, Mark Strong, Colin Firth czy Benedict Cumberbatch) stoją z kilkoma linijkami tekstu na trzecim planie. Sprawia to wrażenie, jakby byli oni jedynie hakiem marketingowym dla dystrybutorów, natomiast świetnie sprawdzają się w swoich epizodach.

Michał: To szczególny tytuł pod tym względem. Nie dziwi mnie, że 1917 nie zdobyło żadnych oscarowych nominacji aktorskich. Nie stało się tak nawet w przypadku nagród BAFTA. Dwójka głównych bohaterów grana jest przez mało znanych młodych artystów: George’a McKaya (mający jednak już jakiś swój dorobek, vide choćby w głośnych także u nas Dumnych i wściekłych) i Deana-Charlesa Chapmana (kompletnie mi nieznany). Kwiat brytyjskiego aktorstwa widoczny jest nawet nie na drugim planie, ale w kreacjach epizodycznych, gdzie mają często dwie linie dialogowe do odegrania (Colin Firth, Benedict Cumberbatch, Mark Strong, Richard Madden, Andrew Scott).

KWESTIE TECHNICZNE

Paweł: Rogera Deakinsa odpowiadającego za wizualną stronę filmu i przede wszystkim oświetlenie śmiało można nazwać współczesnym bogiem światła. Świadczy o tym mitologiczny kult jego fanów na autorskiej stronie internetowej, gdzie pokazuje kulisy swojej pracy; 14 nominacji do Oscara, czy jedna statuetka za wizualną poezję, którą uprawiał przy wyzwaniu, jakim był Blade Runner 2049. Zadziwiające, że stawia sobie poprzeczkę coraz wyżej. W 1917 jego praca ze światłem była dosyć ograniczona przez większość czasu ze względu na pracę w świetle zastanym (takie, które twórcy zastają na planie, bez dodatkowego oświetlenia), ale wciąż widać doskonale zaplanowane ruchy kamery i dobór obiektywu. Ogniskowa pozwalała mu zarówno na bliskie ujęcia, jak i niemal panoramiczne. Osobiście podejrzewam, że może być to odpowiednik ogniskowej 40 mm na pełnoklatkowym formacie. Oświetleniowo Deakins potwierdził swoją pracowitą ambicję w nocnej scenie oświetlonej flarami z powietrza. Cienie na ruinach, podążanie światła za bohaterem, płynne przechodzenie z ciepłego ognistego światła na murach do mroków nocy robi wrażenie zjawiskowe, a u fotografów może spowodować nawet zazdrość.

Samej pracy kamery, zaplanowanej co do milimetrów, albo tak złożonej, że jedno ujęcie czasami przechodzi z jednych rąk do samochodu, przez żuraw, aż po kolejne dłonie – służy zlepiający to wszystko montaż, który prezentuje nam tę wielką operatorską chałturę jak jedno ciągnące się ujęcie. W znakomitej większości, już po samych porach dnia zaprezentowanych z zwiastunie, widać, że nie przez całość filmu, jednak wciąż pozostaje to znakomite.

Michał: Wszyscy akcentują przede wszystkim fakt, że film ten został zrealizowany w jednym ujęciu (nawet przy założeniu, że są tutaj, jak w Birdmanie, niewidoczne gołym okiem szwy montażowe). Przyznam, że nie ma to dla mnie większego znaczenia, w tym sensie, że po jakimś czasie przestaję zwracać na to uwagę, choć rzeczywiście master-shot nigdy nie był używany do tego typu widowisk z tak intensywną dynamiką w kadrze. Zdjęcia Rogera Deakinsa, który jest obecnie bodaj najwybitniejszym operatorem na świecie, obroniłyby się również bez tego zabiegu. W ślad za reżyserią Sama Mendesa rozumianą w kategoriach właśnie stricte technicznych idzie spójna wizja artystyczna, która łączy wspomniane zdjęcia, oryginalną muzykę Thomasa Newmana (daleką od typowych dla tego typu widowisk symfonicznych partytur), niewidoczny montaż Lee Smitha i scenografię północnofrancuskiego teatru wojny. 1917 to wielkie osiągnięcie techniki filmowej.

OSCAROWE SZANSE

Paweł: Analizując filmy z kategorii „najlepszy film” oraz to, jak 1917 Sama Mendesa prezentuje się na innych festiwalach (m.in. Złote Globy za najlepszy dramat i reżyserię czy 7 nagród BAFTA), trzeba traktować ten film jako kandydata do nagrody głównej w najbliższej edycji rozdania Oscarów. Jedyną dla niego konkurencją wydaje się tylko Parasite Joon-ho Bonga. Podkreśla to również ilość dziesięciu nominacji otrzymanych od Akademii. Osobiście nie jest to mój faworyt, ale jeśli miałbym stracić pieniądze, obstawiając zwycięzcę u bukmachera, to wydaje mi się, że jakbym miał spieniężyć swój majątek i postawić go na któryś filmów z kategorii głównej, to stawiając na 1917, miałbym szansę uniknąć bankructwa.

Michał: Tak jak już wspominałem wyżej, zapewne skończy się na kilku statuetkach w technicznych kategoriach (uwzględniając reżyserię w tym wymiarze), ale nie odnośnie do tej najważniejszej. Ograniczone szanse 1917 wynikają też z tego, że nie ma on żadnych nominacji aktorskich, a doświadczenie wskazuje, że tylko takie tytuły mają szanse na nagrodę w kategorii „najlepszy film”. Z drugiej jednak strony, w tej chwili, najpoważniejszym konkurentem stał się Parasite, który przecież też nie został nominowany za którąkolwiek kreację aktorską.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Paweł: 1917 to techniczny majstersztyk, który zasłużył na lepszą opowieść. Precyzyjnie zaplanowany w każdym aspekcie, od castingu, przez pracę kamer i oświetlenie, aż po montaż zlepiający wszystko tak, aby wyglądało to na jedno ciągłe ujęcie. Jest dowodem na to, że dobrze dobrani artyści pierwszoligowi, którzy potrafią ze sobą współpracować, potrafią ze wszystkiego zrobić wielkie widowisko.

Michał: Nie będzie to z mojej strony truizm i nadużycie, jeśli powiem, że to wybitny film, który zapisze się w annałach kina. Będziemy go wspominać i analizować po latach. Do tej pory moim faworytem w oscarowym wyścigu był Joker, ale seans 1917 zmienił moje zapatrywania.

Fot.: Monolith Films

Podobne wpisy:

Ocena Pawła7
Ocena Michała9
8Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *