Wielogłosem o…: “451° Fahrenheita”

451° Fahrenheita

Całkiem niedawno Wydawnictwo Mag podjęło (bardzo słuszną) decyzję, by do swojej serii Artefakty dorzucić także powieść 451° Fahrenheita Raya Bradbury’ego. Tym samym wielu czytelników ceniących sobie wartościowe powieści z pogranicza fantastyki naukowej ma szansę odświeżyć sobie (w przypadku tych, którzy mieli okazję czytać mającą niemal 65 lat powieść), bądź poznać pierwszy raz niesamowicie emocjonalną dystopię amerykańskiego pisarza, który – możemy to napisać z pełną tego świadomością – wyprzedził epokę, w której przyszło mu żyć, i przewidział intelektualny rozpad naszego społeczeństwa. Może jeszcze nie jest tak strasznie, jak opisywał to Bradbury, ale stylem życia, zamiłowaniem do technologii oraz niezbyt częstym czytaniem książek (w przypadku niektórych) niebezpiecznie się do tej wizji zbliżamy. Michał i Mateusz po przeczytaniu tej niezwykłej powieści postanowili podzielić się swoimi wrażeniami oraz podjęli rozważania na temat tego, którą z książek postanowiliby ocalić, gdyby przyszło im żyć w świecie opisywanym na kartach 451° Fahrenheita.

WRAŻENIA OGÓLNE

Michał Bębenek: Jaką miarą można mierzyć tak wielki (mimo swojej niewielkiej objętości) utwór literacki? Absolutna klasyka i jedna z najważniejszych powieści science fiction. Jednocześnie dystopijna i antyutopijna wizja przyszłości, w której społeczeństwo ogłupiane jest prymitywnymi programami w telewizji, a książki są zakazane, bo – jak twierdzi rząd – opisują nieprawdziwych ludzi i fałszywe wydarzenia, a przy okazji skłaniają ludzi do większego wysiłku umysłowego. A nad przestrzeganiem tego zakazu czuwają oddziały strażaków, którzy zamiast gasić, wzniecają pożary, bezmyślnie paląc wszystkie znalezione książki (tytułowe 451° Fahrenheita to temperatura, w jakiej papier zaczyna płonąć). Jednocześnie gdzieś daleko rozgrywa się jedna błyskawiczna wojna za drugą, a zapatrzeni w telewizory (a właściwie ścianowizory) ludzie nawet nie zdają sobie z tego sprawy.

Mateusz Cyra: Zawsze mnie fascynowało, jak pisarze odnajdujący się w tworzeniu dzieł z pogranicza science fiction lub fantastyki wybiegali niejednokrotnie setki lat w przyszłość, snując z reguły ponure i kompletnie odrealnione (biorąc pod uwagę czasy, w których ich dzieła powstawały) teorie oraz wizje, które później stawały się faktem w czasach, które możemy określić jako “nasze”. Zawsze wtedy zastanawiałem się, czy jest to “tylko” kwestia doskonałej wrażliwości oraz znajomości ludzkiej psychiki i wbudowanej w człowieka skłonności do autodestrukcji, czy jednak twórcy tego nurtu byli w jakiś sposób lepiej doinformowani niż reszta społeczeństwa. Niezależnie od tego, jak jest naprawdę, uważam, że ci pisarze zasługują przez to na wielki szacunek i po zakończeniu przygody z powieścią 451° Fahrenheita Ray Bradbury dołącza na listę tych wielkich.

Michał: Nie było to dla mnie pierwsze zetknięcie z tą powieścią, lecz zdążyła się już dość mocno zatrzeć w mojej pamięci (po raz ostatni czytałem ją jakieś 25 lat temu, będąc jeszcze bajtlem w podstawówce). Zapamiętałem tylko ogólne wrażenie, jakie wywarło na mnie 451° Fahrenheita, i ta niepokojąca koncepcja odwrócenia roli strażaka. Odświeżenie tego dzieła po tak długim czasie, było niesamowitym doświadczeniem. Bradbury pisze świetnie i bardzo obrazowo, a tematyka książki nadal porusza. Moje mgliste wspomnienia w końcu zostały zastąpione stuprocentową pewnością, że 451° Fahrenheita to powieść wybitna.

Mateusz: Dla mnie z kolei było to pierwsze spotkanie z Bradburym i będę tutaj z Tobą zgodny – spodziewałem się dobrej powieści, ale nie myślałem, że okaże się być aż tak udana.

WADY I ZALETY POWIEŚCI

Michał: Ray Bradbury roztacza dość ponury obraz i mimo że jego powieść po raz pierwszy została wydana w 1953 roku (czyli dźwiga już na grzbiecie 65 lat!), całkiem sporo z aspektów w niej poruszanych jest ciągle aktualnych – dziś może nawet bardziej niż kiedyś, Bradbury’emu bowiem nawet nie śniło się, jak wielką cegiełkę do globalnego ogłupienia społeczeństwa dołoży Internet. Właśnie ta ponadczasowość stanowi największą zaletę powieści. Wiadomo, że nie wszystkie wizje tu przedstawione się sprawdziły – nie mamy np. wielkich ekranów telewizyjnych zajmujących wszystkie cztery ściany pokoju, ale nie o technologię tu chodzi (właściwie żaden z “proroków” science fiction z lat 50. i 60. nie trafił ze swoimi przewidywaniami na tym polu). Cała technologia i przyszłość jest tutaj tylko przykrywką, pod którą znajdujemy obraz nas samych – obraz aktualny tak samo w 1953, 1980, 2000 czy 2018 roku.

Mateusz: To prawda – nawet jeśli Bradbury rozminął się nieco ze swoimi ścianowizorami, nie zmienia to faktu, że trafił idealnie, choćby z tym, jaki wpływ mają na życie człowieka media oraz w jaki sposób potrafią rozsiewać propagandę oraz trzymać “szarą masę” w ryzach.  Zresztą ich działania i jawne pobudzanie sensacji do złudzenia przypomina mi inne dzieło, tym razem telewizyjne – a mianowicie The Truman Show. Ludzi w powieści 451° Fahrenheita nie interesuje widmo wojny. Jedyne, za czym gonią, to kolejne mniejsze lub większe sensacje, nie raz będące tylko sztucznym wytworem mediów, a egzystencja wielu ogranicza się do wpatrywania się w ścianowizor i chłonięcia kolejnych programów. Nie przypomina Wam to czegoś przypadkiem?  

Kolejnym niekwestionowanym plusem jest ukazanie relacji międzyludzkich oraz swoisty upadek instytucji małżeństwa. Co prawda związki małżeńskie występują w dziele Bradbury’ego, ale autor na przykładzie Guya oraz Millie bezlitośnie ukazuje, jak niewiele wspólnego mają ze sobą małżonkowie i jak żyją obok siebie. Para ma nawet trudności przypomnieć sobie moment, w którym pierwszy raz się spotkali i co skłoniło ich do podjęcia wspólnej drogi przez życie. Na dobrą sprawę trudno znaleźć powód, dla którego tych dwoje mieszka pod jednym dachem. Przykre? Druzgocące? Oczywiście, tym bardziej wielkie brawa za celność oceny kondycji społeczeństwa dla autora.

Jeśli chodzi o minusy – takim z pewnością będzie objętość książki. Aż chciałoby się, żeby Bradbury rozbudował nieco wizję tego świata i uraczył nas kolejnymi stronami, ale niestety nie można mieć wszystkiego. Dla niektórych wadą może być także fakt, że w znacznej większości powieść 451° Fahrenheita to rozważania na temat ludzkości i jej myślowego upadku, a fabuła stanowi tu jedynie tło. Osobiście mi to nie przeszkadzało, ale zdaję sobie sprawę, że ktoś mógłby wysunąć taki argument. Nie wiem, czy mogę uznać to za wadę powieści, czy też jakiś mój wewnętrzny i niezbyt zrozumiały dyskomfort, ale miałem prawdziwe trudności, aby wgryźć się w tę opowieść. Autentycznie mniej więcej przez 30 pierwszych stron biłem się ze sobą, czy rzeczywiście mam ochotę czytać dzieło Bradbury’ego. Na szczęście smutna i ponura wizja amerykańskiego pisarza rozwiała te wątpliwości.  

Michał: Dla mnie niewielka objętość jest dużym plusem. Gruba powieść mogłaby niepotrzebnie rozwlec wszystkie wątki, a tak dostaliśmy historię krótką, zgrabną, bardzo płynną i jakże celną.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Michał: Najważniejszą postacią jest tutaj oczywiście Guy Montag – strażak, którego poznajemy w momencie, gdy podpala stertę książek, opisując, jak bardzo podoba mu się to, co robi. A po skończonej robocie wraca do domu, w którym czeka na niego nieobecna żona – bezustannie zapatrzona w programy nadawane w telewizji i radiu. Jednak gdzieś w głębi umysłu Montag pragnie czegoś więcej niż miałkie życie, które prowadzi. Bohater odblokowuje się coraz bardziej dzięki codziennym spotkaniom z sąsiadką – Clarisse, niezwykle żywo zainteresowaną otoczeniem (w przeciwieństwie do innych ludzi). W miarę rozwoju fabuły dowiadujemy się też, że niejeden raz zdarzyło się Montagowi ukraść jakąś przypadkową książkę z dziesiątek stosów, które miały za chwilę zostać spopielone. Mamy tutaj klasyczne przebudzenie bohatera – z początku zapatrzonego w system i ściśle przestrzegającego reguł, z czasem coraz bardziej kwestionującego panujące zasady, aż w końcu łamiącego je po całości. W moim odczuciu Montag jest postacią bardzo wiarygodną i z autentycznym poruszeniem obserwowałem jego własne emocjonalne wzloty, kiedy zapoznawał się z kolejnymi fragmentami wielkiej literatury – tak różnymi od medialnej papki serwowanej na co dzień.

Mateusz: Z kolei osobą, która walnie przyczyniła się do pęknięć w zaprogramowanym myśleniu głównego bohatera jest Clarrise, nastoletnia dziewczyna zadziwiająco niepasująca do społeczeństwa, w którym przyszło żyć bohaterom. Clarisse jest pełna energii, ciekawa świata oraz otaczającej ją przyrody, niezwykle przenikliwa i gotowa wyrzucać z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego. Z własnej woli rzuciła szkołę, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że niczego się w niej nie nauczy. To bohaterka będąca jednym z ostatnich filarów dawnej, inteligentnej i wykazującej własne zdanie części społeczeństwa, która obnaża przed Montagiem prawdę na wiele tematów, pomagając mu – niczym mityczna Ariadna Tezeuszowi – wydostać się z labiryntu bezmyślnej papki umysłowej, a motorem napędowym tychże zmian było tak naprawdę jedno, z pozoru niezwykle banalne pytanie “czy jest pan szczęśliwy?”.

Po przeciwnej stronie barykady stoi Kapitan Beatty, idealny i podręcznikowy wręcz (cóż za ironia!) przykład złoczyńcy, zapatrzonego w ustrój totalitarny państwa, którego stał się istotnym elementem. Przełożony Montaga wykazuje przecież naprawdę sporą wiedzę oraz olbrzymi intelekt, wielokrotnie cytując dzieła literackie (!), jednak jest całkowicie pochłonięty szlachetnym (w jego mniemaniu) zadaniem niszczenia dóbr intelektualnych ludzkości w prostym celu – umysłowego obezwładnienia społeczeństwa, które dzięki temu znacznie prościej kontrolować. To człowiek bezwzględny, swoim skrajnym i absurdalnym (dla czytelnika) podejściem przypominający dyktatorów, którzy starają się za wszelką cenę przekonać o słuszności swojego punktu widzenia.

Michał: Upraszczając to maksymalnie, można chyba przyjąć dość oczywistą metaforę – Clarisse jest tutaj personifikacją życia i radości z nim związanej, z kolei Beatty to śmierć i destrukcja.

NAJBARDZIEJ ZAPADAJĄCY W PAMIĘCI FRAGMENT

Michał: Przyjemnie było palić. To pierwsze zdanie powieści Bradbury’ego wryło mi się w pamięć do tego stopnia, że za każdym razem jak je widzę, mam w głowie obraz 451° Fahrenheita. Niesamowity był dla mnie też fragment, kiedy do Mildred, żony Montaga, przychodzą koleżanki na wspólne oglądanie ścianowizji, a Guy wydobywa ze swojego schowka tomik poezji i na głos czyta im tak poruszający wiersz, że jedna z kobiet prawie załamuje się nerwowo. Doskonałe.

Mateusz: O tak, to jest jedna z najmocniejszych scen i spokojnie mogę Ci przyklasnąć wyboru! Mnie z kolei niezwykle uderzyła jedna ze scen, w której główny bohater dowiaduje się o śmierci Clarisse w zasadzie już na kilka dni po jej wypadku, od żony, która oznajmia mu to kompletnie beznamiętnym tonem, mówiąc przy tym, że najzwyczajniej w świecie wypadło jej to z głowy. Było to dla mnie autentycznie przerażające, jak człowiek potrafi odrealnić się od otaczającego go świata na tyle, że śmierć młodej dziewczyny mieszkającej po sąsiedzku jest dla bohaterki czymś równie istotnym, co zeszłoroczny śnieg.

STYL, JĘZYK

Michał: Mimo swoich lat 451° Fahrenheita jest napisane w taki sposób, że niemal każde zdanie jest osobną perełką. Konstrukcja i stylistyka jest doskonała. Jest to już trzecie tłumaczenie tej powieści w naszym kraju, przygotowane przez Wojciecha Szypułę specjalnie na potrzeby nowego wydania. Dotąd znałem tylko klasyczne tłumaczenie Adama Kaski, z posiadanego przeze mnie wydania z 1960 roku (chyba jest to nawet pierwsze polskie wydanie tej książki, odziedziczone po dziadku), nie pamiętam go jednak na tyle dobrze, żeby móc porównać z nowym przekładem. W każdym razie, pan Szypuła spisał się naprawdę dobrze i zdania Bradbury’ego w jego tłumaczeniu czyta się świetnie.

Mateusz: Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się z Tobą zgodzić. Język jest bardzo przystępny i po kilku stronach czytelnik najzwyczajniej w świecie płynie po strumieniu myśli Bradbury’ego. Zdania często są proste, ale dobitne w przekazie i przede wszystkim – uniwersalne. Z kolei bohaterowie mogli być jednak odrobinę bardziej rozbudowani, jednak na obronę autora wspomnę, że w powieści 451° Fahrenheita większe znaczenie mają same rozważania na temat kondycji naszego świata niż postaci świata przedstawionego.

WYDANIE

Michał: O ile się nie mylę, jest to już szóste wydanie 451° Fahrenheita w Polsce. Ale pierwsze, które zostało wydane tak pięknie! Wydawnictwo Mag dodało powieść Bradbury’ego do swojej serii Artefaktów, a jak wiadomo książki zaliczające się do tego cyklu nie mają brzydkich wydań. Klimatyczna ilustracja autorstwa Dark Crayona na okładce, twarda oprawa, wspomniane nowe tłumaczenie – jednym słowem perełka na półce. Na pewno nie jest to książka, którą chciałoby się spalić ;).

Mateusz: W zasadzie nie mam nic do dodania. Ja akurat czytałem powieść w formie e-booka, także niespecjalnie mogę się odnieść do czcionki, ilości stron i tym podobnych elementów, ale okładka faktycznie jest cudowna. Dark Crayon od lat współpracuje z Magiem i efekty tej współpracy zawsze są fenomenalne.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Michał: Moje dotychczasowe peany na cześć 451° Fahrenheita chyba wystarczająco podsumowują, co czuję wobec tej powieści. Naprawdę warto przeczytać i zastanowić się troszkę. Zadziwić się aktualnością książki sprzed 65 lat i może spróbować coś zmienić, zanim będzie za późno? Pierwszym krokiem może być na przykład odłożenie smartfona i sięgnięcie po jakiś tomik poezji.

Mateusz: 451° Fahrenheita to naprawdę mocna i robiąca niesamowity remont w głowie czytelnika dystopia, będąca jedną z najlepiej przeprowadzonych analiz społeczeństwa, kultury masowej i wpływu władzy na życie jednostki. Z pewnością będę do niej wracał.

Michał: Zawsze kiedy myślałem o tej powieści, zastanawiałem się, jaką książkę ja chciałbym uratować, gdyby nagle strażacy zaczęli palić całą literaturę. Jaką jedną powieść ocaliłbym od zapomnienia i stał się jej żywym, chodzącym egzemplarzem (tak jak grupa, którą Montag spotyka na końcu)? Wybór byłby na pewno niesamowicie trudny, ale na chwilę obecną byłaby to właśnie ta, omawiana tutaj powieść. Książka o paleniu książek.

A co by to było w Twoim przypadku, Mateusz?

Mateusz: Chyba nie jestem w stanie sensownie odpowiedzieć na to pytanie. Zbyt wiele książek stało się bliskich memu sercu i zbyt wiele z nich raz po raz wraca do mnie niczym fale nad morzem. Przypuszczam, że odpowiedź byłaby inna za każdym razem, w zależności od momentu w moim życiu. Nie chcąc jednak zostawić Cię bez odpowiedzi, na ten moment wskażę powieść Przedrzeźniacz Waltera Tevisa. Tylko od razu zaznaczam – gdybyś zadał mi to pytanie za kilka miesięcy, prawdopodobnie udzieliłbym innej odpowiedzi.

Michał: A może Wy, drodzy Czytelnicy, pokusicie się, by wskazać jakiś tytuł, którego żywym egzemplarzem chcielibyście się stać, gdybyście żyli w dystopii Bradbury’ego?

451° Fahrenheita

 

Fot.: Wydawnictwo MAG; własne [nie wydawnictwo własne, tylko zdjęcie – przyp. red.]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *