Seriale,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Ash vs. Evil Dead”, sezon 1

Ash vs. Evil Dead
Ash vs. Evil Dead

Dwa tygodnie temu mogliśmy obejrzeć finał pierwszego sezonu Ash vs. Evil Dead – niezwykle udanej produkcji telewizji Starz. Serial, będący bezpośrednią kontynuacją kinowej serii Martwe zło, autorstwa Sama Raimiego, okazał się prawdziwą perełką i hołdem dla fanów zmagań tytułowego Asha z hordami demonów. A szereg najważniejszych nazwisk związanych z oryginałem zapewnił dobrą zabawę i nadał telewizyjnej wersji autentyczności. Swoje podsumowanie przedstawią Wam nasi redaktorzy, Michał i Hubert, którzy sami będąc fanami, rozpływają się w zachwytach nad pierwszym sezonem. Jednak nic dziwnego, w końcu to serial stworzony głównie z myślą o miłośnikach (i fanatykach) Evil Dead.

WRAŻENIA OGÓLNE

Michał Bębenek: Ash vs. Evil Dead było zdecydowanie jednym z tych seriali, na które niecierpliwie czekałem od momentu, kiedy pojawiły się pierwsze wzmianki o chociażby możliwości realizacji tego projektu. Uwielbiam wszystkie filmy z serii Evil Dead i powrót Asha, co prawda tylko na mały ekran, ale mimo wszystko, był dla mnie niczym Przebudzenie Mocy dla fana Gwiezdnych Wojen ;). Okazało się, że serial nie zawiódł, a Bruce Campbell nadal ma w sobie to coś. Właściwie największą zaletą tej produkcji jest to, że w jego realizacji brały udział najważniejsze osoby odpowiedzialne za oryginalne filmy, czyli wspomniany Campbell w roli głównej (zresztą, bez niego całe to przedsięwzięcie nie miałoby racji bytu), Sam Raimi – twórca i reżyser wszystkich pełnometrażowych filmów, tym razem w roli producenta (i reżysera pilotażowego odcinka) i Joseph LoDuca – autor muzyki. Moje wcześniejsze porównanie z Gwiezdnymi Wojnami nie jest wcale takie nietrafione, ponieważ tutaj również mija 30 lat odkąd zostawiliśmy Asha po wydarzeniach z Martwego Zła 2 Armii Ciemności. Okazuje się, że ocalenie świata przed Złem i hordami demonów i ożywieńców nie przysporzyły Ashowi sławy, jako że, oczywiście, nikt mu nie uwierzył. Trzy dekady później nasz bohater nadal pracuje w supermarkecie i mieszka w przyczepie, zabawiając pijaczków w miejscowym barze opowieściami o tym, jak stracił dłoń. Nieopatrzne przeczytanie kilku wersów z Necronomiconu (w pijackim widzie, a jakże) znowu przywołuje Zło, a Ash po raz kolejny otrzymuje powód do życia (walka z martwiakami za pomocą piły łańcuchowej i dwururki to jedyna czynność, w której może poczuć się spełniony).

Hubert Spandowski: Martwe zło było jedynym horrorem, jaki w dzieciństwie moja mama zabroniła mi obejrzeć. Jeszcze w tym samym tygodniu skutecznie zasymulowałem chorobę, dokopałem się do kasety ukrytej w szafie (te normalne dzieci podkradały rodzicom filmy pornograficzne), obejrzałem i z miejsca zostałem fanem. Całą serię wałkowałem wielokrotnie. Dopiero na studiach dowiedziałem się, że istnieje inna wersja Armii ciemności, w której Ash kończy w supermarkecie (swoją drogą bardzo fajnie, że to samo jest punktem wyjścia dla serialu). Uwielbiam też remake z 2013 roku, który nie jest częścią tej konkretnej historii, ale i do niego nawiązali w serialu. Moja reakcja na wieść o powrocie do tej marki nie mogła być więc inna niż Michała. Byłem zachwycony samym konceptem, a każde kolejne materiały promocyjne tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że dla fana serii będzie to premiera trzydziestolecia. W dużym skrócie w ramach wstępu mogę powiedzieć, że dostałem dokładnie to, na co liczyłem i ani przez moment się nie zawiodłem. Hail to the King Baby!

ash5

PLUSY I MINUSY SEZONU

Michał: Dużym plusem był dla mnie klimat całego serialu, który nie zatracił swojego czarnego humoru i porządnej dawki gore, rodem z lat 80. i 90. Ash wciąż sypie żenującymi żarcikami, które w jego wykonaniu są zabawne, a krew nadal leje się strumieniami. Posoka, flaki, oderwane kończyny, wściekłe martwiaki – wszystko to przywodzi na myśl złoty okres kina z gatunku komediowego horroru, którego sztandarowymi przedstawicielami było właśnie Martwe Zło 2, czy Martwica mózgu, Petera Jacksona. O dziwo, na plus jest też długość odcinków, które trwają po około 20 minut (czyli jak w przypadku większości komediowych seriali). Z początku obawiałem się, że to zdecydowanie za krótko i przy zaledwie 10 odcinkach, które liczy pierwszy sezon, będzie straszny niedosyt. Okazało się, że czas trwania jest idealny, nic nie zostało dzięki temu niepotrzebnie rozciągnięte, a nieco dłuższy finałowy odcinek daje poczucie naprawdę dobrego zakończenia. Z kolei minusem był dla mnie dobór aktorki do jednej z postaci, ale o tym napiszę już w odpowiedniej sekcji.

Hubert: Większość punktów mogę tylko powtórzyć. Na plus można zapisać ogólny klimat. Fakt, że pomimo kilku komputerowych dodatków serial wygląda jak przeniesiony z epoki kaset video. Poziom brutalności przerósł nawet moje oczekiwania i kilka razy łapałem się za głowę zadziwiony tym, jak daleko jeszcze posuną się twórcy. Kreatywność w uśmiercaniu ożywionych przekracza wszelkie normy. Dużym plusem jest też humor. Wiele osób zapomina już, że oryginalne Martwe zło było horrorem z krwi i kości pozbawionym elementów komediowych i dopiero od drugiej części Raimi zaczął wplatać takie elementy, by w Armii ciemności pójść już całkowicie w kierunku krwawej komedii. Ash vs Evil Dead balansuje gdzieś pomiędzy drugą a trzecią częścią. Dodatkowo, tak jak twórcy nie nałożyli sobie żadnych ograniczeń w temacie brutalności, tak samo nie patyczkowali się, rozpisując żarty. Dialogi pomiędzy Ashem a Pablo to prawdziwa parada dowcipów wybiegających daleko poza polityczną poprawność. Zgadzam się także odnośnie długości odcinków. To jest coś, na co wielu widzów narzekało najbardziej, ale moim zdaniem taki czas trwania był idealny, by odpowiednio wyważyć odcinek i przemieszać ze sobą krwawą jatkę z fabułą, a jednocześnie nie zanudzić widza. Ogromnym plusem jest dla mnie natomiast wpisanie tego wszystkiego w znaną historię. Ten serial można oglądać bez znajomości filmów (choć nie potrafię sobie wyobrazić, dlaczego ktoś miałby to robić), ale też nie jest to twór od nich oderwany. Ash vs Evil Dead to pełnoprawna kontynuacja bardzo silnie nawiązująca do oryginałów i choć przemilcza się wydarzenia z Armii ciemności, to jednocześnie zgrabnie są one tutaj wplecione. W moim odczuciu nie ma też złych castingów i z miejsca polubiłem całą drużynę, jaka nam się tutaj uformowała, ale skoro rozwiniesz ten wątek dalej, to jeszcze do tego wrócimy.  

ash1

NAJLEPSZY ODCINEK / SCENA

Michał: Właściwie większość odcinków zaliczyć można do tych najlepszych, wymienię więc może kilka scen, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Oczywiście pierwsze pojawienie się Asha w pełnym rynsztunku, kiedy z pomocą swojej piły łańcuchowej próbuje rozprawić się z martwiakiem w zdecydowanie za małej do tego celu przyczepie. Walka z demoniczną laleczką w sklepowym magazynie. Rytuał w księgarni, który poskutkował przywołaniem demona Eligosa – jednego z najlepiej zrealizowanych potworów w całym serialu. No i oczywiście powrót do chatki w lesie, tej samej, od której wszystko się zaczęło, a także cała późniejsza akcja, która się tam rozgrywała. Plan chatki został wzorowo odtworzony, co w połączeniu z retrospekcjami, będącymi oryginalnymi scenami z “dwójki”, zrobiło naprawdę duże wrażenie (niczym Han Solo wkraczający na pokład Sokoła Millennium po 30 latach… ale dość już tych Star Warsowych porównań!).

Hubert: Nie mam pojęcia, jak wskazać najlepszą scenę. W zasadzie każdy odcinek miał kilka ich kilka i każda z nich była tak silnie zapadająca w pamięć, że chyba jest to niemożliwe. Bardzo podobała mi się scena z pierwszego odcinka, w której policjanci przeszukują dom, bo była to jedna z nielicznych, która stawiała na napięcie i strach, a nie tylko na flaki i krwawą jazdę po bandzie. Doskonała była kolacja w domu rodziców jednej z bohaterek i reakcja Asha, gdy wreszcie odkryto karty. Wspomniany przez Michała demon Eligos to prawdziwa perełka. Cały finał w chatce jest doskonały. Kreatywność w zabijaniu (o której już wspomniałem wcześniej) – i tutaj przypomina mi się choćby jedna z dziesiątek tego typu scen, w której kelnerka zostaje uśmiercona przy pomocy krajalnicy do chleba. Nie wiem, jak ten serial sprawdziłby się oglądany hurtem, ale dawkując sobie 20 minut tygodniowo, w każdym odcinku dostawaliśmy taki zestaw humoru, brutalności i kapitalnych rozwiązań, że zwyczajnie nie umiem wskazać jednej konkretnej rzeczy, która najbardziej mi się spodobała. Gdybym miał jednak coś wybrać to, jako wielki fan oryginału, wybiorę to z chatką w lesie.

ash2

NAJGORSZY ODCINEK / SCENA

Michał: Ciężko mi wskazać najgorszy odcinek. Jedyny, który przychodzi mi do głowy to ten, który wywołał najmniejsze emocje, a w moim przypadku było to Fire in the Hole, czyli odcinek siódmy (w którym Ash i jego drużyna muszą zmierzyć się z samozwańczą, “wieśniacką” milicją).

Hubert: W moim przypadku będzie to chyba wizyta u wujka Pablo. Jest to segment, w którym trochę zaczęła mnie męczyć już formuła pierwszej połowy sezonu, czyli Ash wpada na jakiś absurdalny pomysł, drużyna jedzie go zrealizować, w praktyce pomysł okazuje się jeszcze głupszy, wszystko się sypie, dochodzi do krwawej jatki, po której Ash wpada na kolejny absurdalny pomysł. Choć akurat tutaj zostaje ona o tyle przełamana, że dostajemy dłuższą opowieść rozbitą na kilka odcinków. Dodatkowo mamy też cały epizod, w którym Ash pod wpływem tajemniczej substancji przeżywa różne bardzo dziwne wizje i choć to ma swój urok i nie jest to jedyny taki motyw w serialu (choć jedyny na taką skalę), to jednak trochę nie są to moje klimaty i w tym momencie miałem lekkie obawy, czy serial nie dostanie zadyszki i nie pójdzie w złym kierunku. Jak się szybko okazało, obawy były bezpodstawne. Ogólnie też uważam, że w tym serialu nie ma złych odcinków i trochę na siłę wybrałem cokolwiek.

ash3

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE

Michał: Trochę zmartwiło mnie praktycznie zerowa ilość nawiązań do Armii Ciemności. W czasie gdy dostaliśmy satysfakcjonujące odniesienia do “dwójki” (powrót odciętej dłoni, chatka z pełnym oryginalnym wyposażeniem, gdzie wciąż znajdował się magnetofon szpulowy odtwarzający zaklęcie, a w piwnicy i w szopie z narzędziami wciąż znajdowały się szczątki ofiar Zła), to co działo się z Ashem w czasie, kiedy przeniósł się do czasów średniowiecznych, zostało niemal pominięte. Widać tylko kilka maleńkich nawiązań, takich jak rysunek “zbawiciela” w Necronomiconie czy motyw z sobowtórem Asha.

Hubert: Tak jak już wspomniałem wcześniej – mnie kompletnie nie dziwi brak silnych nawiązań do Armii ciemności. Co więcej, cieszy mnie fakt, że tylko delikatnie uwzględniono ten film, bardziej w postaci drobnych sugestii dla fanów niż faktycznych połączeń. W moim odczuciu jest to wystarczające. A wracając do sedna, dziury fabularne w Ash vs Evil Dead? Pomijając te, które wpisują się w konwencje? Bo ogólnie ten serial jest jedną wielką dziurą fabularną i większość rozwiązań trzeba brać po prostu na wiarę. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to wyjątkowo głupi był właśnie motyw sobowtóra Asha, który wyrósł z jego dłoni, ale już chwile później jest jej pozbawiony (by nie dało się ich rozróżnić). Natomiast kiedy w końcu ginie i zostaje poćwiartowany, to już się nie odradza, ale to właśnie taka głupotka wpisana w konwencję.

ash4

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Michał: No i cóż jeszcze więcej można napisać na temat Asha? Wiadomo, że jest on, potem długo, długo nic i dopiero potem cała reszta postaci ;). Przejdźmy więc może do nich. Mamy zatem dwójkę towarzyszy Asha – Pablo i Kelly, którzy postanawiają pomóc mu  w jego krucjacie przeciwko Złu. Oboje wypadają całkiem nieźle, dobrze się uzupełniając nawzajem i stopniowo zamieniając się rolami (na początku to Pablo jest tym “silniejszym”, ale potem z Kelly robi się prawdziwa maszyna do zabijania, co szczególnie widać w finale). Dobrze prezentuje się też tajemnicza Ruby, której celem również jest powstrzymanie zarówno Zła, jak i Asha (no i jej końcowy twist jest pomysłowy, ale nie będę tutaj spoilerował). Za to czarnoskóra agentka Fisher jest moim zdaniem trochę zbędną postacią, nie wnosi do fabuły aż tak wiele i przez większość czasu raczej irytuje. Cały czas odnosiłem wrażenie, że postać ta znalazła się w serialu ze względu na polityczną poprawność, ładną buzię i pokaźny dekolt. Kompletnie mnie nie przekonała też scena, w której nagle, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmieniają się jej uczucia w stosunku do Asha.

Hubert: A jednak nie będziemy się sprzeczać w tym temacie. Pablo i Kelly wypadają dla mnie świetne. Zaskakująco szybko zaakceptowałem zmianę z krucjaty samotnego wilka w pracę zespołową. Relacje między głównymi bohaterami są doskonale rozpisane, o czym mówiłem już wcześniej. Pablo jest kapitalnym pomocnikiem naszego superbohatera. Kelly ani przez chwilę nie pozostaje z tyłu i tak jak chwaliłem dialogi na linii Ash-Pablo, tak samo mógłbym piać z zachwytu na temat dialogów na linii Ash-dowolna kobieta. Kelly bardzo szybko przestaje być tylko obiektem na celowniku Asha i sama nie pozostaje dłużna tak jemu, jak i pozostałym bohaterom. Nie zgodzę się, by agentka Fisher znalazła się w tym serialu z powodu politycznej poprawności, bo jak już wiele razy podkreślałem, ten serial na każdym kroku gwiżdże na polityczną poprawność. Zgadzam się natomiast, że to najmniej ciekawa postać, a jej kolejne zmiany stron i zmiany w stosunku do innych bohaterów są bardzo nienaturalne. I w zasadzie to wątek agentki Fisher można by umieścić w akapitach z najgorszymi scenami i dziurami fabularnymi, bo zalążek romansu, jaki rodzi się między nią a Ashem, nie wpisuje się w ogóle w konwencję serii, jest nienaturalny i dziwny, ale przyznam, że gdy tak nagle się kończy, to mimo wszystko zrobiło mi się smutno.

AKTORSTWO

Michał: Wspomniana agentka Fisher, odegrana przez Jill Marie Jones, to według mnie najsłabszy punkt obsady. Zdecydowanie można było to rozegrać o wiele lepiej, bo cała ta postać była doklejona jakby na siłę. Za to świetnie sobie poradzili Ray Santiago i Dana DeLorenzo (Pablo i Kelly) jako pomocnicy Asha oraz serialowa weteranka, Lucy Lawless (Ruby), znana polskim widzom przede wszystkim z roli Xeny – Wojowniczej Księżniczki. W Ash vs. Evil Dead również objawia się jej wojownicza natura, jednak wizualnie zupełnie nie przypomina swojej najbardziej znanej postaci, co stanowi duży plus. No i oczywiście nie muszę chyba pisać, który z aktorów wypada w serialu najlepiej. Nadmienię tylko, że na imię ma Bruce.

Hubert: Nie mam nic do dodania w tym punkcie… może poza tym, że Jill Marie nie tyle zagrała źle, co po prostu miała do odegrania słabą postać. Ona radzi sobie bardzo dobrze w tej roli. To sama rola pozostawia wiele do życzenia.

ash6

PODSUMOWANIE I NADZIEJE NA II SEZON

Michał: Pierwszy sezon Ash vs. Evil Dead uważam za bardzo udany. Dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem. Wielbiciele oryginalnej trylogii również powinni być usatysfakcjonowani, nie jest to jednak produkcja dla wszystkich. Także, jeśli nie lubisz bardzo czarnego humoru, wymieszanego z solidną dawką grozy i gore, to zdecydowanie nie serial dla ciebie. No i twórcy bardzo fajnie poradzili sobie z finałem, który okazał się jednocześnie dość zaskakujący, ale też bardzo w stylu Asha. Zapowiada się, że w drugim sezonie będzie jeszcze więcej demonów, martwiaków i Zła, na co czekam z niecierpliwością. Mam tylko nadzieję, że serial nie spadnie już poniżej poziomu, który osiągnął w minionym sezonie.

Hubert: Mam wrażenie, że przydałby się nam w dyskusji ktoś mniej zapatrzony w tę serię, bo wychodzi nam trochę skrajna laurka pochwalna. Obaj kochamy oryginalne filmy, obaj uwielbiamy Bruce’a Campbella, nie dziwota więc, że rozpływamy się nad serialem, który tak doskonale wpisuje się w klimat i fabułę serii, tak świetnie rozwija tę historię, a jednocześnie utrzymany jest tak bardzo w duchu horrorów z tamtych lat. Należy jednak pamiętać to, co podkreślił Michał – to jest produkcja dla wąskiej niszy. Jeśli nie lubicie absurdalnego humoru i dosłownie hektolitrów krwi przelewających się w każdym odcinku, to nie macie tutaj czego szukać. To jest produkcja tylko dla fanów Martwego zła, ale ja nie widzę w tym nic złego. Ten serial powstał właśnie w tym celu, by trafić do miłośników oryginału i skoro ci są zachwyceni, to chyba rzeczywiście musi to być aż tak dobre. Nawet jeśli przypadkowi widzowie pukają się w czoło, czytając nasze zachwyty. Mam pewne obawy dotyczące końcówki. Trzeba było to przerwać, by móc ciągnąć historię w kolejnym sezonie i na chwilę obecną nie umiem powiedzieć, czy takie rozwiązanie mi się podoba. Cieszę się natomiast, że będzie kolejna seria, a ewentualne zastrzeżenia do takiego zagrania, jakie zaserwowano nam w końcówce, przyjdzie mi rozpatrywać za rok. Bardzo się cieszę, że będę miał taką możliwość. Groovy i jeszcze raz Hail to the King Baby!

Fot.: Renaissance Pictures, Starz!

Podobne wpisy:

Ocena Michała8
Ocena Huberta8
8Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *