Filmy,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Avengers: Wojna bez granic”

Avengers: Wojna bez granic
Avengers: Wojna bez granic

Są produkcje, na które czeka się latami; filmy, które w niedalekiej przyszłości staną się symbolem naszych czasów, a konkretniej popkultury. Z tego względu trudno jest określić presję, jaka spoczywała, a w zasadzie wciąż spoczywa, na braciach Russo, reżyserach filmu Avengers: Wojna bez granic. Już teraz można powiedzieć, że kolejna odsłona losów dobrze nam znanych bohaterów zapewne pobije wszelkie rekordy oglądalności i będzie jedną z najbardziej kasowych produkcji w historii superbohaterskiego kina. Twórcy kolejnej części Avengers podjęli się zadania niemal niemożliwego do wykonania: uniknięcie luk fabularnych w naszpikowanym herosami filmie, który ma być punktem kulminacyjnym całej dekady wydarzeń z uniwersum MCU? Tak się w ogóle da? Da się w smaczny i spójny sposób połączyć ekipę Mścicieli ze Strażnikami Galaktyki, tak, by wyglądało to całkowicie naturalnie? Może zdradzimy już nieco w samym wstępie: okazuje się, że tak. Choć Michał i Magda, którzy opowiedzą Wam o swoich wrażeniach po seansie Infinity War, wpisują się w główny nurt chwalenia dzieła braci Russo, zauważają w nim pewne wady. Przekonajcie się, czy za bardzo wzięli do siebie rolę krytyków, czy jednak ich czepialstwo jest całkiem zasadne.

WRAŻENIA OGÓLNE

Michał Bębenek: Na świeżo po seansie Avengers: Wojny bez granic jestem jednocześnie zszokowany i zdezorientowany, zachwycony i zawiedziony. A najgorsze jest to, że kompletnie nie wiem, co mam właściwie myśleć o tym filmie. Z jednej strony chłonąłem każdą scenę, każde pojawienie się kolejnych bohaterów i ich interakcje ze sobą, ale z drugiej strony czuję ogromny niedosyt. Mam wrażenie, że ocenę ostateczną będzie można wystawić tej produkcji dopiero po zestawieniu jej z finałem finałów, czyli czwartą częścią Avengers, której tytułu jeszcze nie znamy (a z tego co czytałem, to jest ku temu powód, bowiem sam podtytuł ma być spoilerem). Bracia Russo już w Wojnie bohaterów pokazali, na co ich stać – mimo dużej ilości bohaterów potrafią tak żonglować akcją i wydarzeniami, że każdy dostanie swoje pięć minut. Z tym że Wojna bez granic to nieporównywalnie większa skala i dwu-, albo nawet i trzykrotnie większa ilość postaci do ogarnięcia. No i co? No i nie wiem jakim cudem, ale twórcom się ta sztuka znowu udała. W ogólnych wrażeniach nie zacznę jeszcze sypać spoilerami z rękawa (to nastąpi później, więc uczciwie ostrzegam – wybaczcie, tego filmu po prostu nie da się omawiać, nie zdradzając niektórych elementów fabuły), ale powiem tylko, że to zakończenie… To po prostu nie mogło się tak skończyć! Nie przyjmuję tego do wiadomości i jestem przekonany, że pewna postać dobrze wiedziała, co robi, i miała plan, który pozwoli wszystko odkręcić.

Magda Kwaśniok: Spora część filmów o superbohaterach jest łatwo przyswajalna bez znajomości całego uniwersum… No cóż, Avengers: Infinity War nie jest jednym z nich. Oczywiście najnowszą produkcję Marvela można traktować jako zwyczajnie dobre, a nawet bardzo dobre, kino akcji. Wydaje mi się jednak, że tylko ludzie zaznajomieni z bohaterami i przywiązani do konkretnych postaci będą w stanie docenić kunsztowność scenariusza, który jest przecież punktem kulminacyjnym całej dekady produkcji z uniwersum MCU. Przechodząc jednak bezpośrednio do wrażeń ogólnych, jako że jestem miłośniczką Marvela, nie będą się one różnić od opinii większości krytyków: jedno wielkie WOW! Przed seansem bałam się, że moje oczekiwania wobec tej produkcji są zbyt wysokie i film nie będzie w stanie im sprostać. Upchnięcie całej plejady superbohaterskich gwiazd w nieco ponad dwie godziny tak, żeby każdy był zadowolony? Przecież to zadanie dla samobójców! Szanse na to, że ten projekt się uda, były mniej więcej tak duże, jak szanse Mścicieli na uratowanie wszechświata – tym razem naprawdę nikłe. Żeby było jasne, dla fanów MCU to nie jest łatwy seans; chyba pierwszy raz od samego początku do samego końca wiedziałam, że będzie naprawdę źle. Nawet na moment o żadnym z bohaterów nie pomyślałam: “To Tony Stark… Przecież on na pewno nie zginie!”. Poza krótkim fragmentem środkowej części filmu, bracia Russo nie dają widzom wytchnienia; na ekranie ciągle dzieje się niezwykle dużo, na dodatek przeważnie źle. Infinity War burzy więc pewien schemat, w którym wielbiciele uniwersum funkcjonowali od dawna i pozostawia ich w stanie niepokoju o dalsze losy bohaterów… Co jest jednym z największych plusów tego filmu. Jednocześnie jednak mam podobne odczucia do Michała: nie możemy z czystym sumieniem ocenić tej produkcji, bo historia w niej przedstawiona po prostu się nie skończyła. Dostaliśmy więc fenomenalny półprodukt, którego druga połowa może być równie genialna lub wręcz przeciwnie; niestrawnie banalna.

PLUSY I MINUSY FILMU

Michał: Paradoksalnie zarówno plusem, jak i minusem jest akcja, akcja i jeszcze raz akcja. Całe tony nieustającej akcji! Już od samego początku siedzi się jak na szpilkach, a trup ściele się gęsto. Dlatego też z jednej strony nie ma tutaj ani chwili nudy, ale z drugiej – czasami jednak ta nuda by się przydała. Brakuje jakiejś chwili wytchnienia, czegoś, co rozładowałoby ciężką jak łapa Thanosa atmosferę, aby potem te dramatyczne i przeładowane akcją sceny miały jeszcze mocniejszy wydźwięk. No, może jest jedna taka scena – pierwsze wejście Strażników Galaktyki, którzy pojawiają się w swoim unikalnym stylu, przy akompaniamencie muzyki ze składanki Star-Lorda. Mimo wszystko jednak, te dwie i pół godziny pełne akcji ogląda się po prostu znakomicie.

Do minusów zaliczyłbym jeszcze za mało czasu ekranowego dla niektórych postaci, zdaję sobie jednak sprawę z tego, że gdyby każdy miał tego czasu więcej, film musiałby trwać przynajmniej cztery godziny. Niemniej jednak widzowie, którzy największą sympatią darzą na przykład Lokiego albo Zimowego Żołnierza, mogą się trochę zawieść ;).

Magda:  Widzowie, którzy darzą sympatią Lokiego (a muszę przyznać, że niestety jestem jednym z nich), na pewno będą zawiedzeni… ;).

W tym przypadku nie do końca mogę się zgodzić z Michałem, bo wydaje mi się, że nastrój wcale nie był zbyt ciężki, choć twórcy filmu rzeczywiście przytłoczyli widzów akcją. Atmosferę rozładowują świetnie rozpisane dialogi, pełne charakterystycznego dla konkretnych postaci poczucia humoru. I tu pojawia się pierwsza, choć moim zdaniem nie największa zaleta tej części Avengers; choć Infinity War opowiada o jednym zdarzeniu, jest ono pokazane z perspektywy różnych grup, w które zostali połączeni bohaterowie. Trzeba przyznać, że ten zabieg udał się znakomicie! Po pierwsze: myślę, że każdy z nas zastanawiał się kiedyś, co by było, gdyby ten spotkał tego, a tamten kłócił się z tamtym – to całkiem normalne w przypadku tak rozbudowanego uniwersum. Infinity War to poniekąd ziszczenie fanowskich fantazji: spotkanie Doktora Strange z Tonym Starkiem i niezliczona ilość ciętych ripost obu dżentelmenów; Thor, który przy Gardiansach traci odrobinę swojej boskości, a jej kosztem zyskuje poczucie humoru; młody Peter Parker, który już w Captain America: Civil War idealnie wpasował się w team Starka… Konfiguracje, w jakie zostali połączeni bohaterowie, wyciągnęły z nich to, co najlepsze. Wracając jednak do samego humoru, o ile w większości przypadków mnie śmieszył, wszak ironicznego Starka nigdy dość, o tyle momentami był troszkę naciągany. Myślę jednak, że to subiektywna ocena każdego z nas, więc trudno ją zakwalifikować jako minus.

Przejdźmy jednak do, moim zdaniem, największej zalety filmu: Thanos. Czarny bohater, wokół którego kręci się akcja Infinity War, oczywiście ma się nijak do chociażby Jokera, co trzeba przyznać, nawet nie będąc fanem DC. Myślę jednak, że przy całym moim uwielbieniu dla Marvela, to tak naprawdę jeden z pierwszych antagonistów, który nie działa w myśl zasady “zabiję miliony ludzi, żeby Kapitan Ameryka mógł prężyć muskuły i ratować damy z opresji”. Jest to coś, czego prawie zawsze mi brakowało w MCU, a dostałam w najnowszej części Avengers: czarny charakter z krwi i kości, którego motywy są w stu procentach wyjaśnione. Z technicznego punktu widzenia to istny majstersztyk; bracia Russo nie tylko znaleźli czas dla wszystkich superbohaterów, ale wygospodarowali moment na to, by pogłębić postać Thanosa, do czego z pewnością jeszcze wrócimy.

 

NAJBARDZIEJ ZAPADAJĄCY W PAMIĘCI FRAGMENT

Michał: Teraz już raczej nie uda się kontynuować tego tekstu bez OGROMNYCH SPOILERÓW, jeśli więc nie widzieliście jeszcze Wojny bez granic i jednak zdecydowaliście się czytać nasz Wielogłos, to w tym momencie przejdźcie od razu do sekcji spraw technicznych i podsumowania.

Oj, tych momentów zapadających w pamięć było tutaj całkiem sporo. Jak chociażby walka jeden na jednego Iron Mana z Thanosem, kiedy wydawało się, że to będzie właśnie ten moment, w którym pożegnamy się z Tonym Starkiem na dobre. Czy moment, w którym największe poświęcenie Scarlet Witch zostało przez szalonego Tytana po prostu wyrzucone na śmietnik. Nie mówiąc już o finale filmu, gdzie dzieją się takie rzeczy, że po prostu trudno w nie uwierzyć.

Jednak najlepszą sceną, wywołującą największy zastrzyk euforii, pozwalający uwierzyć, że i tym razem wszystko dobrze się skończy, jest finałowe wejście Thora, który po prostu zaorał wszystko do tego stopnia, że gdyby sprzyjały mu okoliczności, to właściwie w pojedynkę mógł zakończyć całą tę imprezę.

Magda: Przeciwnie do Michała, chyba nie miałam potrzeby zobaczenia tej nadziei, bo zaimponowało mi to, jak bardzo Infinity War różni się klimatem od poprzednich części Avengers. Pojawienie się Thora z nową bronią było jednak niesamowicie epickie. W stu procentach zgadzam się z wyróżnieniem momentu, w którym jedyne, co miałam w głowie, to jedna wielka panika i ciągle powtarzające się zdanie: Panie Stark, niech pan nie umiera! Była to też scena, w której dużą rolę odegrał Doktor Strange: stanął przed wyborem, którego osobiście nie byłabym w stanie dokonać. W zasadzie trudno mi jest przypomnieć sobie jeden konkretny fragment filmu, który wgniótł mnie w fotel – najzwyczajniej w świecie cała produkcja robiła to od początku do końca seansu. Jest jednak pewien moment, który po prostu muszę wyróżnić. Jak już wspomniałam, jestem fanką Lokiego, więc scena, która mnie jednocześnie wzruszyła i pokazała, że Infinity War może złamać moje serduszko, wydarzyła się już na samym początku. Jakbyście jeszcze nie uciekli przed spoilerami, ostrzegam, ten będzie spory: śmierć Lokiego, który ostatecznie oddaje życie za słuszną sprawę, i oczywiście robi to w obecności swojego brata, była bardzo emocjonalna.

Michał: Ja tam bym jeszcze nie przekreślał losu Lokiego. Jak to mówią – w świecie Marvela tylko Wujek Ben umarł i pozostał martwy ;).

Magda: Chciałabym w to wierzyć!

 

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE

Michał: Trudno właściwie mówić o dziurach fabularnych, nie mając pełnego obrazu całości – a nie będziemy go mieli jeszcze przynajmniej przez rok. Mogłoby się bowiem wydawać, że taką dziurą jest zachowanie Doktora Strange, który oddając kamień czasu Thanosowi, całkowicie zaprzecza swojej wcześniejszej postawie. Ja jednak wierzę, że to po prostu część bardzo przebiegłego planu czarodzieja, który wcześniej przecież przeanalizował ponad czternaście milionów możliwych scenariuszy przyszłości, a na pytanie Starka, w ilu z nich wygrywają, odpowiada, że tylko w jednym. Mam wrażenie, że właśnie ten jedyny scenariusz Doktor wprowadza w życie i wszystko, co stało się potem, miało się stać po to, aby później mogło być dobrze. No bo hej, patrząc z praktycznego punktu widzenia, część z tych postaci, które giną w finale (albo raczej znikają, bo tak naprawdę to trudno na sto procent powiedzieć, że umierają), ma zaplanowane kolejne solowe filmy, a raczej nie sądzę, żeby wszystkie działy się przed wydarzeniami z Infinity War.

Magda: Muszę przyznać, że jeżeli faktyczne Doktor Strange uratuje całą hałastrę [czyt. wszechświat] przez cofnięcie czasu, będę naprawdę zawiedziona… i tu wracamy do tego, że trudno jest ocenić tę część bez znajomości kolejnej.

Jeśli chodzi o dziury fabularne, być może to nic takiego, ale bardzo uderzyła mnie jedna rzecz: fajnie jest się pośmiać z obrażonego na Bruce’a Bannera Hulka czy uroczo nieporadnego Parkera, ale przy tak dramatycznych wydarzeniach nie da się od tego dramatyzmu uciec. Tymczasem twórcy filmu chyba próbowali to zrobić i czuję, jakby myśleli, że więcej już nie udźwigniemy. Tak oto Wanda przeżywa swój osobisty dramat, ja przeżywam go razem z nią, ale na emocje reszty bohaterów zabrakło czasu. Dopiero na samym końcu, gdy wszyscy zaczynają znikać, pojawia się uczucie nawet nie straty, ale ogólnej beznadziei. Być może trudno jest to nazwać dziurą fabularną, ale czasami nie widziałam w bohaterach nawet śladu tego, co działo się przed chwilą na ekranie; tak jakby byli kompletnie poza tym wszystkim. Ostatecznie przecież Steve Rogers czy wspomniany Banner, w przeciwieństwie do nas, nie mieli pojęcia, że Stark żyje, a jednak przez wspomniany brak emocji zupełnie o tym zapomniałam.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI / AKTORSTWO

Michał: Postaci w tym filmie jest tak dużo, że raczej trudno będzie skupić się dłużej na każdej z nich. Postaramy się jednak napisać kilka słów o większości.

Magda: Niby to, co najlepsze, powinno się zostawiać na koniec, ale nie mogę zacząć inaczej niż od omówienia teamu Tony’ego Starka; jak pozostałe drużyny, został dobrany perfekcyjnie. Twórcy wykorzystali sprawdzony wcześniej duet; ponownie połączyli ze sobą Iron Mana z młodym Peterem Parkerem. Kontrast między ironicznym, momentami nawet cynicznym Starkiem a pełnym młodzieńczej brawury i beztroski Parkerem wyszedł zdecydowanie na plus, tak jak w Civil War. Ta para to jednak nie tylko śmieszne dialogi – w pełnym podziwu spojrzeniu Petera na Tony’ego jest coś wzruszającego, co nabiera dodatkowego wymiaru, gdy przypomnimy sobie sytuację rodzinną Spider-Mana. Zresztą, jedną z najbardziej poruszających scen w tej części Avengers jest jeden z końcowych momentów filmu, w którym Parker wpada w panikę, obawiając się o swoje życie, a poruszony Stark przejmuje rolę mentora, opiekuna… a może nawet ojca. Drugą ważną relacją w tej grupie jest ta na linii Iron Man – Doktor Strange; jeśli spodziewacie się błyskotliwych kłótni i całej masy ironii, z pewnością się nie zawiedziecie. Ostatecznie między tą dwójką rodzi się pewnego rodzaju przyjaźń; być może szorstka i podszyta żartem, jednak w obliczu zagrożenia trwała i zdolna do poświęceń. Jest jeszcze jedna postać, która początkowo przebywała w wyżej wymienionym towarzystwie – Bruce Banner, który przechodzi mały kryzys z Hulkiem. Mówiąc najprościej, gdy zielony potwór jest najbardziej potrzebny, postanawia się… obrazić. Banner jest pozostawiony sam sobie i w jednym ze strojów przebywającego w kosmosie Starka, na polach Wakandy całkiem nieźle sobie radzi.

Michał: Była w tym pewna ironia – Banner w zbroi Hulk Bustera ;).

Magda: Zgadza się – to są te smaczki, który wyłapią tylko fani uniwersum. A propos Wakandy, wypada powiedzieć coś o ekipie, która ramię w ramię z Brucem walczyła z dziećmi Thanosa. Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o starą część drużyny: Kapitana Amerykę i Czarną Wdowę, ich wątki nie są specjalnie widoczne. I tak mają szczęście, że się pojawili – fani Hawkeye z kolei będą naprawdę zawiedzeni, bo Clint Barton dostał wakacje i zastępuje go Falcon. Jest jedna rzecz, której mi trochę zabrakło – spotkania Rogersa ze Starkiem, ale to głównie dlatego, że po Civil War moje fanowskie serce zostało dogłębnie zdewastowane. Czas jednak przejść do najistotniejszej pary z tej grupy: Scarlet Witch i Visiona. Przypomnijmy, że funkcjonowanie tego drugiego opiera się na Kamieniu  Umysłu… za którym biega Thanos. Stąd też Wanda stanęła przed niesamowicie trudnym wyborem: posłuchać ukochanego, zniszczyć kamień, a tym samym go zabić, czy odmówić i zaryzykować losy wszechświata? Twórcy świetnie pokazali ich relację, jednak jak już wspomniałam, mam wrażenie, że dramat Scarlet przeszedł bez echa.

Michał: Masz rację. W dodatku kulminację tego dramatu zepsuł Thanos, wymazując poświęcenie Wandy i załatwiając sprawę po swojemu. Co w sumie czyni wątek Scarlet Witch i Visiona jeszcze bardziej smutnym. Obraz braci Russo to prawdziwy rollercoaster emocji – od płaczu do śmiechu; a skoro już mówimy o śmiechu, nie sposób nie wspomnieć teraz o kolejnej części ekipy próbującej powstrzymać bezwzględnego Tytana, mianowicie o Strażnikach Galaktyki. Już od pierwszego pojawienia się tej grupy na ekranie, nie sposób powstrzymać się od niekontrolowanych wybuchów śmiechu. Chemia i interakcje panujące wśród tej unikalnej zbieraniny postaci to po prostu mistrzostwo świata. Wymiana żartów i docinków pomiędzy Quillem, Rocketem i Draxem, w połączeniu z powagą Gamory, infantylnością Mantis i nastoletnim buntem Groota (który nawiasem mówiąc, naprawdę paskudnie się wyraża i pyskuje swoim starszym kolegom!) – wszystko to stanowi tak wybuchową mieszankę, że dzięki temu patos i epickość całości filmu zostaje całkiem zgrabnie przełamana. Zaskoczeniem natomiast było dla mnie to, jak zgrabnie w ten humor wpasował się Thor, któremu udało się stworzyć świetny duet z Rocketem. Co prawda już w Thor: Ragnarok syn Odyna pokazał, że całkiem niezły z niego zgrywus, więc połączenie z największymi śmieszkami galaktyki po prostu musiało się udać. A propos Ragnaroku – ja się pytam, gdzie do cholery zniknęła Walkiria?

No i oczywiście trudno nie powiedzieć nic na temat przeciwnika naszych bohaterów – Thanosa. Josh Brolin – pomimo tego, że jego postać była w całości wygenerowana komputerowo – pokazał prawdziwą klasę, odgrywając jednego z najlepszych villainów w historii MCU (a może nawet i najlepszego). Twórcy naprawdę postarali się, aby Thanos nie był tylko kolejnym łotrem, którego jedynym celem jest zapanować nad wszechświatem (śmiejąc się przy tym demonicznie). W miarę jak poznajemy jego historię i motywację, zaczynamy właściwie rozumieć, dlaczego robi to, co robi. Ba, momentami można mu nawet trochę współczuć. To naprawdę świetnie zbudowana postać i zdecydowanie godny przeciwnik dla Avengersów.

Magda: Muszę dodać od siebie, że bracia Russo świetnie pokazali Thanosa przez pryzmat jego relacji z córką. Z naszej perspektywy idea, która mu przyświecała przy zabijaniu… no cóż, wszystkich, jest wprost demoniczna. Nabiera jednak sensu, gdy Tytan poświęca dla niej jedyną osobę, którą kocha. Ja wiem, że z zasady powinnam go nienawidzić, ale w tamtym momencie było mi naprawdę smutno – nie tylko ze względu na śmierć Gamory.

Michał: Warto jeszcze wspomnieć o pojawieniu się kilku postaci, których raczej nie spodziewaliśmy się zobaczyć. Jedna z nich to Eitri – karzeł z kuźni na Nidavellirze, choć w tym przypadku chodzi nie tyle o samą postać, co o aktora, który się w nią wciela. Zobaczyć Petera Dinklage – znanego lepiej jako Tyrion Lannister – w roli karła większego niż wszyscy otaczający go bohaterowie – bezcenne. Pozostałe dwie postacie nie pojawiają się nawet na listach obsadowych, więc to już spoiler najwyższych lotów. Powiem tylko, że w scenie po napisach pojawia się Nick Fury, którego ostatni raz widzieliśmy w Czasie Ultrona, trzy lata temu (a Samuelowi L. Jacksonowi po raz pierwszy prawie udaje się przemycić do filmu swoje ikoniczne “motherfu…”). Natomiast ta trzecia tajemnicza postać pojawia się jako strażnik kamienia duszy, po który udaje się Thanos z Gamorą, i jest to ktoś, kogo kompletnie nie spodziewałem się jeszcze ujrzeć z filmach Marvela.

SPRAWY TECHNICZNE

Michał: Jednego nie da się na pewno odmówić Wojnie bez granic – epickości. Sekwencje walk i wielkich bitew są po prostu przepiękne! Ogromne starcie w Wakandzie, które kojarzycie zapewne z trailerów, to zwieńczenie wszystkiego, co Marvelowskie. A niektóre z zupełnie niespodziewanych interakcji, wynikłych z połączenia sił przeciwko armii Thanosa, były naprawdę świetne (jak chociażby zabójczy duet Bucky – Rocket czy doskonale uzupełniające się Czarna Wdowa i Okoye).

Magda: Zgadzam się w stu procentach z Michałem – “epicki” to przymiotnik, który najlepiej określa ten film. Świetna praca kamerą w perfekcyjny i momentami nieoczywisty sposób podkreśla dynamiczność akcji, która, jak już wspomnieliśmy, jest bardzo wyraźna. Swoim zwyczajem chciałabym jednak zwrócić uwagę na stronę muzyczną produkcji, która wzorem tej wizualnej, jest nienaganna. Twórcy Infinity War wykorzystali prosty, ale bardzo dobrze działający zabieg: gdy tylko akcja przenosi się w inne miejsce, czy też na ekranie pojawia się nowy bohater, pierwszym, co to oznajmia, jest właśnie ścieżka dźwiękowa. Scena, w której Steve Rogers przy akompaniamencie równie epickiej co on muzyki wyłania się z cienia po to, by uratować Scarlet Witch i Visiona… Majstersztyk. Gdy tylko w sali kinowej rozbrzmiały bębny, wiedziałam, że zaraz zobaczę wspomniany wątek z Wakandy, który jest nakręcony fenomenalnie – batalistyczna scena niemal dorównująca fantasy na najwyższym poziomie.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Michał: Podsumowując, Avengers: Wojna bez granic jest dokładnie tym, na co czekali wszyscy fani Marvela. Zwieńczeniem (a właściwie początkiem zwieńczenia) dziesięcioletniej historii MCU, które jest doprawdy monumentalne i epickie. Mimo że nadal odczuwam lekki niedosyt, to doceniam wielkość tej produkcji. No i przede wszystkim – świetnie bawiłem się na seansie, dając się porwać nieustającej akcji i zaskakującym zwrotom. Na pewno wybiorę się jeszcze raz do kina, bo jeden raz to zdecydowanie za mało. A to, co jest najlepsze w tym filmie, to naprawdę zaskakujące odejście od superbohaterskich klisz. Zakończenie wprawia w osłupienie, sprawiając, że sam nie wiesz, co właściwie masz myśleć. I za to właśnie braciom Russo należą się wielkie brawa.

Magda: Nie wiem, jak obiektywnym trzeba być, żeby podzielić trochę ponad dwie godziny czasu ekranowego między tyle wyrazistych postaci. Jak już wspomniałam, napisanie scenariusza do tego filmu uważam za misję samobójczą… z której jednak bracia Russo wrócili z tarczą. Połączenie w spójny i logiczny sposób Avengersów i Strażników Galaktyki; wszystkie drobne smaczki, jak nawiązania w dialogach do poprzednich odsłon losów poszczególnych bohaterów; brak większych dziur w fabule; świetny dobór charakterów w stworzonych podgrupach… Nie mam pojęcia, jak oni to wymyślili, ale jestem pod dużym wrażeniem ich pracy. Avengers: Infinity War to przede wszystkim film dla fanów MCU, którym, oprócz niepokoju o bohaterów, podczas seansu będzie towarzyszyć pewna nostalgia – wszak do punktu, w którym znaleźli się Mściciele w trzeciej części Avengers, zmierzaliśmy od dekady. Chętnie powiem Wam, czy warto było tyle czekać… ale dopiero po zobaczeniu kontynuacji losów Starka i spółki.


Ocena Magdy: 8/10

Ocena Michała: 8/10

Fot.: Disney, Marvel Studios


Film Avengers: Wojna bez granic obejrzycie w kinach Cinema City oraz IMAX