Seriale,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Banshee”, sezon 4

Banshee
Banshee

Lubicie pościgi, mordobicia, strzelaniny i sprytnych gości, którzy wiedzą, jak uniknąć wymiaru sprawiedliwości lub… sami tym wymiarem się stają? Jeśli tak, to z pewnością przypadnie Wam do gustu Banshee. Czym jest Banshee? Serialem produkcji Cinemax, a także małą mieściną gdzieś w Pensylwanii, do której – po piętnastu latach odsiadki – przybywa nieznany z imienia i nazwiska oszust, który w wyniku nieoczekiwanego splotu wydarzeń kradnie tożsamość nowo mianowanego szeryfa. Co dalej? Dalej jest już tylko akcja i to taka, od której nie można się oderwać. Twórcy serialu zdecydowali jednak, że będzie on liczył dokładnie cztery sezony i ten ostatni właśnie się zakończył, dlatego jeśli chcecie się dowiedzieć, co na temat produkcji ma do powiedzenia dwójka naszych redaktorów, przygotujcie się na morze spoilerów (powtórzymy jeszcze raz: MORZE SPOILERÓW!, czytajcie dalej tylko, jeśli jesteście już po finale serialu!), tak jak i morze łez na myśl o rozstaniu z serialem wylał Michał, któremu chusteczki dzielnie podawał Przemek.


WRAŻENIA OGÓLNE

Michał Bębenek: Jeśli mam podsumować Banshee jako całość, to moim zdaniem jest to jeden z najlepszych seriali akcji, jakie pojawiły się w telewizji na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Nie przeciągany na siłę, ze świetną historią, niesamowitymi zdjęciami, montażem pełnym dynamiki i z bardzo dobrą obsadą złożoną właściwie z aktorów i aktorek prawie nikomu nieznanych. Jonathan Tropper stworzył coś, co spokojnie można postawić obok takich seriali jak chociażby Sons of Anarchy i już teraz zaryzykuję stwierdzenie, że Banshee stanie się serialem kultowym. Jeśli zaś mam odnieść się tylko do finałowego, czwartego sezonu, niestety nie jestem w stanie przemilczeć spadku formy i wstawiania zupełnie zbędnych i niepasujących do całości wątków. Na szczęście wszystko wynagradza nam świetne i sentymentalne zakończenie.

Przemek Kowalski: Czy Banshee stanie się serialem kultowym? Tego bym nie powiedział, jednak przyznaję, że kino/seriale akcji nie są moimi ulubionymi a jednak w tym przypadku bawiłem się świetnie, więc może i jest coś na rzeczy. Całościowo jest to naprawdę świetna produkcja, przy której nie można było narzekać na nudę i mocne, brutalne sceny. Szkoda tylko, że na tę opinię pracowały 3 sezony oraz ostatni odcinek, najkrótszej (i niestety najsłabszej) zakończonej niedawno odsłony czwartej. Generalnie jednak Banshee zdecydowanie warte jest polecenia. Już samo (nieco zmieniające się na przestrzeni lat) intro to klasa sama w sobie!

hood carrie

PLUSY I MINUSY SERIALU

Przemek: Plusów znajdzie się kilka, a największym z nich jest według mnie to, że Banshee to serial, który został zaplanowany od początku do końca. Rzadko we współczesnej telewizji zdarza się taka sytuacja, by to twórcy danego dzieła dyktowali warunki, aż nazbyt często bowiem zdarza się niestety, że stacja, która emituje dany show, próbuje wydusić z produkcji, ile się da, niepotrzebnie ją przedłużając. Banshee od początku rozplanowane było na cztery sezony i właśnie po czterech sezonach się kończy. Inne zalety? Przede wszystkim akcja i brak nudy – w tym małym miasteczku cały czas coś się działo! Narkotyki, strzelaniny, widowiskowe bójki czy pościgi. Mieliśmy wszystko. Jako ostatnie wymienię jeszcze aktorstwo. Nie był to może serial wymagający niesamowitych zdolności aktorskich, jednak udało się twórcom znaleźć grupę aktorów, która zdecydowanie podołała zadaniu. Dziwaczny Hiob, walczący w imię sprawiedliwości fałszywy szeryf czy dwa świetne czarne charaktery w postaciach bezwzględnego biznesmena – Proctora oraz jego, siejącego postrach „lokaja” – Burtona. No i Rebecca ;).

Michał: Tu się zgodzę – akcja, akcja i jeszcze raz akcja. A realizacja niektórych scen jest po prostu mistrzowska, jak chociażby walka na śmierć i życie pomiędzy wspomnianym Burtonem a piękną Nolą Longshadow w trzecim sezonie czy szturm na bazę wojskową w finale również trzeciego sezonu. Pamiętam, że oglądałem to, zbierając szczękę z podłogi. Czwarty sezon niestety postawił na nieco spokojniejsze prowadzenie fabuły, chociaż zdarzały się przebłyski dawnego, pędzącego niczym rollercoaster, Banshee. Zgodzę się też, że wielką zaletą było to, że Tropper zrobił serial na własnych warunkach i tak też go zakończył, mimo wysokich słupków oglądalności. Szkoda tylko, że pod koniec zaliczył spadek formy, ale w obliczu całości jestem w stanie mu to wybaczyć.

hood

Przemek: Minusy? Niestety (prawie) cały ostatni sezon zawodził, wprowadzony został zupełnie niepotrzebny wątek, jakby wyciągnięty z zupełnie innego serialu, co w ogólnym rozrachunku zaniża ocenę Banshee jako całości. Co więcej? Generalnie można by postawić taki zarzut, że wszystko było naciągane, w takim sensie, że w malutkiej mieścinie mamy i amiszów i narkotykowego barona, Indian, seryjnych morderców, pokłady broni, których mogłaby zazdrościć ekipa Niezniszczalnych, walki, których nie przeżyłby zwykły śmiertelnik, po których tutaj otrzepywano się i szło dalej. I rzeczywiście, można powiedzieć że trochę tutaj naciągnięto i podkoloryzowano, z drugiej strony to taki serial – serial akcji, w którym musi się coś dziać i to dzięki tym czasem nieprawdopodobnym sytuacjom, coś się działo. Także to też taki minus… naciągany.

Michał: Niestety masz rację. Większa część czwartego sezonu wydaje się być jakby doklejona z innego serialu. Zaczyna się trochę jak Twin Peaks, z Rebeccą pełniącą rolę Laury Palmer. Potem następuje faza niedowierzania, kiedy dowiadujemy się, że fabuła między sezonami przeskoczyła o dwa lata! Następnie mija trochę czasu, zanim zorientujemy się w nieco chaotycznych przeskokach między teraźniejszością a retrospekcjami rozmieszczonymi w zupełnie różnych momentach poprzedzających to szokujące otwarcie. Po jakichś dwóch odcinkach można się do tego przyzwyczaić, jednak główny wątek – satanistów grasujących w Banshee jest, kolokwialnie mówiąc, całkowicie z dupy. Można to było rozegrać zupełnie inaczej, skupiając się bardziej na odbijaniu Hioba czy napięciami między nazistowskim bractwem a Proctorem oraz między braćmi Bunker.

calvin

NAJLEPSZY ODCINEK / SCENA

Michał: Oj, zdecydowanie łatwiej byłoby mi wskazać najlepsze sceny z wcześniejszych sezonów (o niektórych wspomniałem już zresztą przy okazji omawiania plusów i minusów). Lecz skupmy się na serii finałowej i myślę, że tutaj wybór jest raczej oczywisty – najlepszym odcinkiem jest wieńczące cały serial Requiem. Na sam koniec Banshee podrywa się jeszcze do ostatniego, szaleńczego biegu, aby odejść w glorii i chwale. Dostajemy jeszcze jeden twist, który w pewnym stopniu uzasadnia zbędny wątek satanistów, dostajemy wyczekiwaną od samego początku scenę walki Hooda z Burtonem i równie świetny i emocjonalny pojedynek pomiędzy Kurtem a Calvinem. No i wreszcie dowiadujemy się, jak naprawdę nazywa się Hood, choć wypatrzą to tylko ci z sokolim wzrokiem (jeśli chcecie poznać jego prawdziwe nazwisko, kliknijcie tutaj). Proctor odchodzi na własnych warunkach, dzierżąc karabin maszynowy, pozostali po prostu odchodzą, opuszczają Banshee, bo, jak to ujął Hood: Najwyższa pora ruszyć naprzód. Albo jak nieco bardziej obrazowo wyraził się Hiob: Banshee, ssij mi cyca.

Przemek: Najlepszym odcinkiem ostatniej odsłony Banshee był zdecydowanie epizod zamykający całość. Po – nie ma się co oszukiwać – dość słabych (jedynie momentami dorastającymi do pięt wcześniejszym sezonom) siedmiu odcinkach, po których wydawałoby się, że nie uda się twórcom skończyć tego z klasą i w stylu Banshee… udaje się. Najlepsza scena? Na pewno walka braci (też w ostatnim odcinku), jak i moment w którym pani z FBI siedzi w samochodzie i nagle BUM! Trwało to pół minuty (całość), ale aż podskoczyłem przed ekranem. A nawiązując do tego, co pisałeś Michale, to jednak pojedynek Hooda z Burtonem mnie nie zachwycił, dużo bardziej efektowne było starcie tego drugiego z Indianką, w poprzednim sezonie.

proctor machine gun

NAJGORSZY ODCINEK / SCENA

Przemek: Dużo się nie będę rozpisywał – najgorszym odcinkiem ostatniego sezonu Banshee, był według mnie przedostatni odcinek, czyli siódmy. Dlaczego? Dlatego, że nie wydarzyło się nic, co wskazywałoby, że uda się ten serial zakończyć sensownie (co na szczęście jednak się udało). Ponadto rozwiązano “główny” (dodajmy też – zbędny) wątek czwartej odsłony i to w sposób tak prosty i idiotyczny, że nie mogłem w to uwierzyć.

Michał: Trudno się nie zgodzić. Wyglądało to trochę, jakby twórcy do tego czasu zorientowali się już, że to bez sensu i postanowili działać zgodnie z maksymą kończ waść, wstydu oszczędź. Szast-prast i po wszystkim, a tyle było budowania napięcia i snucia historii sekty, która wzięła się właściwie nie wiadomo skąd. No i jeszcze Hood, który dał się podejść w garażu jak małe dziecko… Spuśćmy na to zasłonę milczenia.

Przemek: Najgorszą sceną (a tu niestety był niemały wybór) jest scena rozwiązania głównego wątku sezonu we wspomnianym odcinku siódmym. Siedem epizodów latania za – sorry za spoiler – satanistą z rogami, którego udaje się złapać w ostatniej chwili; już miał nóż nad ofiarą, już miał zadawać cios, a tu oczywiście w ostatniej sekundzie wbiega niezmordowany stróż prawa i załatwia sprawę w minutę. Nawet nie wiem, jak miałbym ubrać w słowa zakłopotanie i rezygnację, jakie wtedy poczułem.

Michał: Dla mnie jeszcze słaba była scena, kiedy Carrie przeobraża się w połączenie Nikity z Chuckiem Norrisem i dzierżąc miotacz płomieni, w pojedynkę robi demolkę godną Niezniszczalnych. A na koniec wychodzi z budynku, mając za plecami widowiskową eksplozję – w tym momencie trudno już o większą kliszę i aż zaczynam się zastanawiać, czy nie było to celowe przerysowanie tej postaci. Owszem, z dotychczasowego przebiegu serialu dowiadujemy się, że Carrie/Anie daleko do bezbronnej niewiasty, jednak ta zabawa w Punishera to lekkie przegięcie.

Przemek: Może chcieli jej dać szansę na angaż w kolejnej części Niezniszczalnych? Jako że to najmniej lubiana przeze mnie postać z Banshee, to nawet nie jest mi szkoda, że wyglądała głupio.

carrie flamethrower

AKTORSTWO

Przemek: Aktorstwo w Banshee już wyżej zaliczyłem do największych zalet produkcji Cinemax, tak więc narzekał nie będę. O poszczególnych postaciach opowiemy z Michałem za chwilę, więc tak tylko ogólnie – nie były to role nie wiadomo jak wymagające, jednak odegrane w większości przypadków świetnie i przekonująco, co chyba jest największym komplementem dla aktorów. Wiarygodni bohaterowie, którzy (poza Carrie) nie irytowali i sprawiali, że Banshee chciało się oglądać to jeden ze znaków rozpoznawczych tego tytułu.

Michał: Mnie tam Carrie, czyli Ivana Miličević wcale nie irytowała. Owszem, miała kilka przesadzonych scen w tym sezonie, o czym już wspomniałem wcześniej, ale mimo tego nadal dobrze się na nią patrzy. To znaczy na jej grę aktorską… ;). W ogóle Banshee miało szczęście do naprawdę zjawiskowych ról kobiecych, jak chociażby Lili Simmons (Rebecca), Trieste Kelly Dunn (Siobhan) czy Odette Annable (Nola Longshadow). Główny aktor serialu, Anthony Starr, pokazał się od strony prawdziwego twardziela, którym chciałoby się zostać, kiedy się dorośnie. Niesamowitą robotę wykonał też Hoon Lee, który z teoretycznie nie dającej się lubić i nieco przerysowanej postaci Hioba potrafił stworzyć naprawdę niezapomnianą kreację.

Przemek: Czy ja wiem, czy niedającej się lubić? Myślę, że gdyby ktoś przeprowadził wśród widzów ankietę na ulubioną postać, to Hiob wygrałby w cuglach!

Michał: Po fakcie (znaczy po skończonym serialu), to oczywiście masz rację. Ale mnie chodziło raczej o założenia tej postaci. Moment, kiedy po raz pierwszy widzimy go na ekranie, na pewno wywołał u niejednego widza reakcję: “a co to za dziwak?”. A tymczasem dziwak okazał się wymiataczem.

job leaving

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Michał: Lucas Hood, czyli szeryf, który tak naprawdę szeryfem nie jest. Jest za to doskonałym złodziejem, który przeszedł wyszkolenie wojskowe na poziomie tajnych służb specjalnych. To facet, którego niełatwo złamać i jeszcze trudniej pokonać w walce. Jest zawzięty, bezkompromisowy i bezpośredni, co nie do końca pokrywa się z powszechnym wizerunkiem stróża prawa, lecz za to czyni go bardzo skutecznym policjantem. Hood to naprawdę świetna postać, dobrze przemyślana i od początku do końca intrygująca widza. Nigdy bowiem nie dostajemy jasnej odpowiedzi co do jego przeszłości czy chociażby prawdziwego nazwiska. Jednak w czwartym sezonie dostajemy Hooda nieco wywróconego na drugą stronę. Załamany stratą Hioba i niemożnością odnalezienia go, odcina się od wszystkich i wybiera życie w lesie. Hood w wersji “pustelnik” w niczym nie przypomina już tego twardego szeryfa z poprzednich sezonów, na szczęście dość prędko wraca na właściwe tory, a jego fryzura “na Wolverine’a” godzi się z nożyczkami.

hood on bike

Przemek: Carrie a.k.a Ana to druga z najważniejszych w tym serialu postaci. Była kochanka (dziewczyna?, narzeczona?) Hooda, która wspólnie z głównym bohaterem, swego czasu lubiła obrobić bank itd. Poznajemy ją jako żonę cenionego w Banshee prawnika, matkę dwójki dzieci. Dopiero retrospekcje pokazują nam, jak bardzo różni się jej “obecne” życie od tego z przeszłości. Kobieta, która (wizualnie) może się podobać, kobieta, która umie się bić i strzelać z broni palnej, kobieta, którą poznajemy jako “kurę domową”. Osobiście uważam ją za najsłabszą (aktorsko) bohaterkę serialu, miała oczywiście swoje momenty, jednak ogólnie rzecz biorąc – mnie irytowała, a jej przemiana w ostatniej odsłonie zakrawała na kpinę. Ale co ja tam wiem. Przy tej okazji wypada również wspomnieć o Devie (Ryann Shane), córce Carrie, której (jak okazuję się dość szybko, zresztą można się domyślić) ojcem jest nasz pan fałszywy szeryf. W odróżnieniu od “matki”, bardzo przyjemna, charakterna postać, której kibicowałem.

carrie punisher

Michał:  Niemal równie ważni jak Carrie, są dla Hooda jego kompani. Z jednej strony (strony prawa) mamy Brocka – aktualnego szeryfa Banshee, którym stał się po zniknięciu Hooda ze sceny. W poprzednich sezonach Brock pełnił rolę zastępcy szeryfa, sfrustrowanego faktem, że to nie on właśnie dostał swoje wymarzone stanowisko, a zamiast tego przysyłają jakiegoś obcego. W ostatniej serii jego marzenie się spełnia i Brock staje się całkiem skutecznym szefem policji w Banshee. Zapuszcza nawet brodę. Jego postać czasem może irytować swoim niezdecydowaniem, lecz w gruncie rzeczy to dobry człowiek, postępujący zgodnie z prawem, chociaż czas spędzony pod komendą Hooda nieco nagiął jego wizerunek i Brock nauczył się czasem przymykać oko i sięgać po nieco bardziej drastyczne rozwiązania, wykraczające daleko poza prawo.

brock job hood

Z drugiej strony są przyjaciele Hooda pomagający mu w działalności przestępczej. Jednym z nich jest Sugar – emerytowany, czarnoskóry bokser, który aktualnie prowadzi bar w Banshee. Lokal ten to zresztą pierwsze miejsce, do którego trafia główny bohater w pilocie serialu i to właśnie tam staje się Lucasem Hoodem. To właśnie Sugar zapewnia Hoodowi dach nad głową oraz wsparcie i zaufanie, mimo że tak naprawdę go nie zna i nic o nim nie wie. Na przestrzeni sezonów ich przyjaźń się zawiązuje i Sugar pełnoprawnie uczestniczy w skokach na kasę. I mimo swojego wieku, który zdecydowanie nie nadaje się na takie akcje, radzi sobie świetnie.

sugar

No i wreszcie przechodzimy do drugiego z przyjaciół Hooda – tajemniczego Hioba, poszukiwanego na całym świecie pierwszoligowego hakera, w cyberprzestrzeni potrafiącego załatwić właściwie wszystko. W prawdziwym życiu zresztą też wcale nie ustępuje zdolnościami bojowymi Hoodowi czy Carrie, mimo swojego zniewieściałego wizerunku azjatyckiej drag queen. A nie licząc bycia hakerem, Hiob jest także mistrzem ciętej riposty. Jego teksty są tak pełne sarkazmu i ironii, że po prostu nie sposób nie polubić tej postaci. W sezonie czwartym jednak początkowo poznajemy zupełnie inne oblicze Hioba. Po tym, jak został porwany w finale trzeciego sezonu, przez cały ten czas był przetrzymywany i okrutnie torturowany. Ekipie Hooda w końcu, w wyniku prawdziwego cudu, udaje się go odnaleźć i odbić, jednak nie jest to już ten sam Hiob. Zamienił się w prawdziwego wraka człowieka, bojącego się każdego hałasu, roztrzęsionego i przeżywającego ciągle na nowo koszmar, który go spotkał. Na szczęście, pod opieką Carrie, dochodzi w końcu do siebie i wraca stary dobry Hiob. Według mnie to zdecydowanie jedna z najlepiej skonstruowanych postaci w Banshee.

job machine gun

Przemek: Po postaciach „dobrych” (choć nie zawsze zachowujących się elegancko i zgodnie z prawem), czas na czarne charaktery, z góry zaznaczam – moich ulubieńców całego serialu. Pierwszym i najważniejszym jest grany przez Ulricha Thomsena, Kai Proctor. To wywodzący się ze środowiska amiszów „biznesmen”, który rodzinne zasady odrzucił wiele lat wcześniej, a poznajemy go jako bezwzględnego, trzymającego całą mieścinę w garści gangstera, handlującego m.in. bronią czy narkotykami. I tu wielkie brawa dla rozpisujących tę postać i samego aktora, ponieważ mimo tego że Proctor to „ten zły”, to ma jednak ludzkie odruchy i jest na swój sposób sprawiedliwy, a biorąc pod uwagę, jaką lekcję życia dostał w rodzince amiszów, nie ma się czemu dziwić. W ostatniej odsłonie Kai piastuje już zdecydowanie bardziej znaczące stanowisko w Banshee, jednak ani jego zasady, ani on sam nie zmieniają się, za co wielki szacunek. Ze wszystkich bohaterów, on jest jednym z dwóch, którzy w sezonie czwartym nie zawiedli.

burton proctor over grave

Drugim niezawodzącym jest Burton lub, prawdopodobnie nawet dla większości fanów, serialu „ten gość w okularach”, czy, jak kto woli, prawa ręka/”lokaj” Proctora. Nazwijmy rzecz po imieniu – facet był psycholem! Jeśli pojawiał się na ekranie, to było wiadomo, że zaraz nastąpi rzeź i biada tym, którzy nie będą po jego stronie. Zabijał, zabijał i jeszcze raz zabijał, bez mrugnięcia okiem, bez jakichkolwiek wyrzutów, jakby zamiast podcinania komuś gardła jadł w tym momencie płatki z mlekiem albo babcine bułeczki prosto z pieca. Czasem aż żal było tych wytatuowanych osiłków (pozdro dla nazistów), którzy widząc ubranego w garnitur faceta w okularach, myśleli, że bez problemu sprawią mu tęgi łomot. Nie było ich wśród żywych po minucie. Chyba najbardziej tajemnicza postać całego Banshee, ponieważ niewiele z udziałem Burtona retrospekcji, wiadomo w jak drastycznych okolicznościach poznał przyszłego szefa, nic ponadto.

burton

Trzecią wśród „złych” jest Rebecca (obdarzona specyficzną i nietuzinkową urodą Lili Simmons), siostrzenica Proctora, którą w pierwszym sezonie poznajemy jeszcze jako jedną z amiszów, jednak tak jak i jej wujek, Rebecca chce od życia czegoś więcej niż sadzenie marchewki i brak dostępu do prądu. Z biegiem czasu, grana przez Simmons bohaterka staje się coraz bardziej samodzielna i bezwzględna, coraz bardziej wierząc w siebie. To niestety niekoniecznie wyjdzie jej na dobre o czym przekonujemy się już w pierwszym odcinku sezonu czwartego. Charakterna, uwodzicielska, butna – taka jest Rebecca Bowman, którą pokochał chyba każdy fan Banshee.

rebecca smiling

Michał: Koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o postaci, którą poznaliśmy dopiero w sezonie trzecim, a w finałowej serii awansowała już na pełnoprawnego członka obsady. Mowa tu oczywiście o granym przez Toma Pelphreya Kurcie Bunkerze. Bunker to niesamowicie oryginalna postać – były członek bractwa aryjskiego, z ciałem wytatuowanym swastykami i innymi symbolami faszyzmu, który nawrócił się na stronę dobra i został policjantem. Jest w tej postaci coś takiego, że już od pierwszego pojawienia się bardzo go polubiłem. Jego opanowanie i niezwykle grzeczny sposób wyrażania się kontrastują z wizerunkiem i prowokacyjnymi dziarami, których nie jest w stanie ukryć nawet pod mundurem. Jakby tego było mało, Kurt jest bratem Calvina – dowódcy lokalnego oddziału bractwa, co pod koniec poprzedniego sezonu skończyło się dla niego bardzo drastycznie. Teraz jednak Kurt doszedł do siebie i stanowi bardzo mocny filar policji w Banshee, a trochę na boku pomaga Carrie w jej osobistej wendetcie, dostarczając potrzebne informacje. Oczywiście wątek jego poróżnienia z była organizacją nadal jest kontynuowany, co w finale doprowadza do chyba najlepszego w tym sezonie starcia, pojedynku między braćmi, którzy jednocześnie nienawidzą się do szpiku kości, lecz przecież nadal są rodzeństwem i mimo wszystko się kochają. Dla mnie była to jedna z bardziej emocjonalnych scen.

bunker brothers

Przemek: No to i ja dodam coś od siebie odnośnie nowej postaci i to takiej, którą poznajemy dopiero w ostatnich ośmiu odcinkach – agentce FBI, Veronice Dawson (Eliza Dushku). Bohaterka bardzo przypadła mi do gustu, z jednej strony sprytna, twarda i stanowcza, z drugiej targana własnymi demonami kobieta, która lubi sobie zapalić crack z żarówki (tak, crack z żarówki). A jako że z pani Dushku naprawdę piękna kobieta, od razu ciągnie ją do Hooda, co – nie spoilerując -mocno jej w pewnym momencie pomoże. Jeden z jaśniejszych w moim odczuciu punktów finałowego sezonu.

dawson

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE

Michał: Finałowy sezon uraczył nas może nie tyle dziurą fabularną, co wątkiem całkowicie zbędnym (co zresztą zostało już tutaj napisane niejednokrotnie, ale chyba do końca nie znudzi nam się powtarzanie tego przy każdej okazji). Declan Bode – seryjny morderca, do którego przemawia sam Szatan, oraz jego sekta, to coś, co nie powinno się w ogóle znaleźć w tym serialu. To motyw, który w żaden sposób nie pasuje do przedstawianego nam przez trzy sezony wizerunku Banshee, w którym zdążyliśmy już poznać rozkład sił i wiemy, że z jednej strony mamy Proctora, z drugiej zbuntowanych Indian z rezerwatu, z trzeciej miejscową policję, która stara się ogarnąć sprawy, a z czwartej Hooda, jego ekipę i przeszłość, która również odbija się na życiu miasteczka. Być może wprowadzenie zupełnie nowej strony konfliktu miało być pozytywnym zaskoczeniem dla widza, moim zdaniem jednak wyszło to bardzo na siłę.

Przemek: Nie żebym szedł na łatwiznę, ale Michał wyczerpał temat. Wątek satanistycznego mordercy nijak nie pasował do tego serialu i aż dziw bierze, że twórcy zdecydowali się na takie rozwiązanie. Wcześniej pisałem, że niektóre historie z Banshee mogą się wydawać ciut naciągane, to jednak przebiło wszystko.

hood proctor

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Michał: Jak śpiewał nasz rodzimy klasyk – trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym. Na szczęście dla nas Jonathan Tropper wiedział to doskonale i mimo naszego marudzenia i utyskiwania na obniżony poziom finałowej serii, udało mu się zamknąć Banshee w naprawdę dobry i satysfakcjonujący sposób. Już teraz wiem, że serial ten jako całość ląduje w moim prywatnym top 10 najlepszych seriali wszech czasów i na pewno będę tęsknił Hoodem i pozostałymi postaciami oraz za niewielkim miasteczkiem w Pensylwanii, w którym dzieje się więcej, niż w niejednej metropolii.

Przemek: Ja co prawda chyba nie zaliczę Banshee do TOP 10 najlepszych seriali, jakie oglądałem (choć musiałbym policzyć ;)), co nie zmienia faktu, że to kawałek świetnej rozrywki! Produkcję Cinemax zacząłem oglądać po namowach – niespodzianka – Michała i mogę mu za to tylko podziękować! Banshee przykuwa uwagę, zaskakuje, a nawet wzrusza. Kapitalny serial, który co prawda lekko się pogubił, jednak skończył tak, jak na to zasługiwał, czyli z klasą i nawet pomimo naszego marudzenia na ostatni sezon, z całą pewnością będę Banshee polecał, bo warto wsiąknąć w ten małomiasteczkowy klimat, pełen charakternych postaci, obok których nie da się przejść obojętnie.

leaving banshee

Fot.: Cinemax, HBO

Podobne wpisy:

Ocena Michała9
Ocena Przemka 7.5
8.3Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *