Filmy,Oscary 2016,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Big Short”

Big Short
Big Short

Nominowany do Oscara film Adama McKaya okazał się dla nas swego rodzaju odkryciem. Idąc na salę kinową (dodajmy, że kompletnie pustą), nie spodziewaliśmy się, że Big Short przykuje nas do siedzeń, zapewni fantastyczną rozrywkę, ale również pozostawi z setką moranych zapytań w głowie. Wpłynęła na to zarówno historia oparta na faktach, opowiadająca o załamaniu się od 2007 roku światowego rynku finansowego i nieruchomościowego, a także gospodarki, co swój początek miało w Stanach Zjednoczonych, ale także fantastyczne role aktorskie i oryginalne ujęcie tematu, które nawet nam, laikom, wydało się nie tylko zrozumiałe (dziękujemy Margot Robbie, Selenie Gomez i Anthony’emu Bourdainowi), ale również fascynujące. Z góry przepraszamy więc za tak bezgranicznie pozytywne opinie o filmie, ale cóż – jesteśmy nim po prostu zauroczeni.

WRAŻENIA OGÓLNE

Sylwia Sekret: Kto by się spodziewał, że taki niepozorny film, taki na pierwszy rzut oka byle jaki i mało ciekawy, będzie potrafił wbić w fotel i trzymać cię tak od pierwszej do ostatniej minuty. Jasne, można się było domyślać, że obsada, w której prym wiodą – i teraz wymieniam w kolejności przypadkowej – Christian Bale, Steve Carell, Ryan Gosling czy Brad Pitt, nie będzie przeciętniakiem, ale niech mnie dunder świśnie, jeśli spodziewałam się czegoś, co sprawi, że nie będę potrafiła oderwać oczu od kinowego ekranu! Całe szczęście, że na seansie nie było nikogo poza nami, bo dzięki temu mogłam zdjąć buty i usadowić się w jak najdogodniejszej pozycji, tak żeby później, podczas typowego kinowego wiercenia, nic z filmu nie stracić. Bo szkoda by było, naprawdę. Tym bardziej, że niezwykle rzadko zdarza się, abym po niecałych dziesięciu minutach filmu już wiedziała, że to będzie to, że moja ocena będzie wysoka, a filmowi raczej nie grozi nic złego.

Mateusz Cyra: Święte słowa – kto by się spodziewał. Oglądając zwiastun – gdzieś, kiedyś, jeszcze na długo przed ogłoszeniem Oscarowych nominacji – spodziewałem się po prostu przyzwoitego kina, a siedząc już w ciemnej i zdecydowanie zbyt chłodnej sali kinowej tuż przed rozpoczęciem seansu, wysyłałem błagalne prośby do kinowego bożka, aby Big Short nie zanudził nas na śmierć. I co? I po niecałych 10 minutach od otwierającej film sceny byłem w szoku tak wielkim, że w sumie do tej pory otrząsnąć się nie mogę. Ten film tak mnie oczarował, że zapomniałem o irytującej klimatyzacji, zerkaniu na zegarek (co podczas niektórych filmów mi się zdarza), a nawet zapomniałem o tym, że chce mi się pić. 130 minut seansu minęło zupełnie jak 30. Jednym słowem: miazga.

null

PLUSY I MINUSY FILMU

Sylwia: Plusów znajduję tak wiele, że nawet nie wiem, czy sama się w nich nie pogubię. Zacznę może od strony technicznej. Big Short jest zrobiony nieco inaczej niż większość filmów, zwłaszcza jeśli mówimy o obrazach powstałych na kanwie prawdziwych wydarzeń. Nie jest to może jakaś kompletna innowacja, ale nadal tego typu zabiegów nie jest wiele. Mówię oczywiście o zabawnych wstawkach, które choć wywoływały żartobliwe poruszenie, to spełniały również rolę dodatkową, a nawet ważniejszą – tłumaczyły zawiłości świata finansowego i nieruchomościowego, których my, laicy, nie jesteśmy w stanie często pojąć bez pomocy tłumacza. A tłumacze, którymi raczą nas twórcy Big Short, pod postacią trzech znanych wszem i wobec twarzy, spełnili swoją rolę w stu procentach. I tu pojawia się kolejna kwestia – burzenie sztywnej i do niedawna niemal świętej bariery oddzielającej świat przedstawiony i postaci filmowe od widza. Tak, mówię o zabiegu, w którym tak fenomenalnie odnalazł się Kevin Spacey w dwóch pierwszych sezonach House of Cards. I choć Ryan Gosling nie wypadł w podobnej roli tak rewelacyjnie, to nic nie szkodzi. Chodziło o złamanie bariery, pozbycie się filmowych konwenansów, danie widzowi możliwości uwierzenia, że poniekąd uczestniczy w wydarzeniach, że on i jego umysł brani są na poważnie. Kolejnym plusem będzie oczywiście aktorstwo. I tutaj wypadałoby powiedzieć o kolejnym fenomenie, ale zostawię to na czas antenowy odpowiedniej kategorii, żeby wszystkiego nie wypisać tutaj. Idąc dalej – pomysł; jeszcze dalej – splecenie różnych historii i ukazanie ich z tej samej perspektywy; jeszcze, jeszcze dalej – odrzucenie strachu przed nazwaniem społeczeństwa głupią, bezmyślną masą, ale jednocześnie nie wyzbycie się przy tym poczucia głęboko zakorzenionej w nas moralności. Dorzucenie autentycznych zdjęć z czasów kryzysu to kolejna sprawa. W ogóle przedstawienie tematu załamania się rynku finansowego i nieruchomości, a w związku z tym załamanie się gospodarki, bieda i chaos – przedstawione w taki sposób jak w tym filmie, to dla mnie naprawdę majstersztyk.

Minusy? Naprawdę nie widzę

null

 

Mateusz: Ojej, wyczerpująco to opisałaś. Generalnie mam bardzo podobne zdanie, ale w moim przekonaniu Gosling wypadł bardzo dobrze jako ten, który najczęściej łamał barierę. Zrobił to zupełnie inaczej niż chyba najbardziej obecnie z tego kojarzony Spacey, ale – rzecz jasna – nie sposób nie odnaleźć podobieństw. Ja w każdym razie na kilka dni po seansie mam coraz częściej w głowie właśnie postać granego przez niego Jareda Vennetta, który chyba mimo wszystko w zalewie innych świetnych postaci został troszkę zepchnięty na margines. Pomysł na to, by nie było w filmie głównego bohatera (chyba, że uznamy nim kryzys z 2008 roku) był strzałem w dziesiątkę, dzięki czemu Big Short jest perfekcyjnie wręcz wyważony. Każda ważniejsza postać miała porównywalny czas w filmie, a każdy wcielający się w owe postaci aktor, miał tyle samo czasu na przekonanie do siebie widza i chociaż niekoniecznie możemy tych gości polubić (wszak wzbogacili się na kryzysie, który dotknął miliony ludzi na całym świecie, ale powiedzmy sobie prawdę – będąc na ich miejscu, zrobilibyśmy inaczej? Ja na pewno nie), to jesteśmy w stanie docenić każdą z kreacji, co – wbrew pozorom – nie jest tak częstym zjawiskiem w głośnym, Oscarowym filmie. Fenomenalna jest również praca reżysera oraz wkład scenarzystów, dzięki czemu Big Short jest tak piekielnie dobry. 

big short carell gosling

NAJLEPSZA SCENA

Sylwia: No cóż, może wyjdę na jakąś fanatyczkę Bale’a (choć absolutnie nią nie jestem), ale wszystkie sceny, w których pojawia się Nolanowski Batman, są po prostu rewelacyjne. Oczywiście jest to zasługa w większej mierze jego fantastycznej pracy aktorskiej, ale również sama postać Michaela Burry’ego została bardzo sprawnie i oryginalnie napisana. Choć prawda jest taka, że w tym filmie niemal wszystkie sceny to takie małe dziełka sztuki, które składają się na świetny film. Jedną ze scen, które mogłabym jeszcze wyróżnić, niech będzie moment, w którym dwóch młodych mężczyzn, Charlie i Jamie (w tych rolach: John Magaro i Finn Wittrock), cieszą się bez oporów na myśl o tym, ile pieniędzy udało im się zarobić, gdy nagle wujek jednego z nich (którego gra Brad Pitt), Ben Rickert, zdenerwowany uświadamia im, że cieszą się poniekąd ze światowego kryzysu, z tego, że niewyobrażalna liczba ludzi straci pracę, domy i wyląduje na ulicy. Bardzo wymowna scena, która poniekąd jest kwintesencją całego filmu.

Mateusz: Genialne były sceny objaśniające widzom te wszystkie zagmatwane finansowe zależności, które pewnie w każdym innym filmie zniechęciłyby na starcie i taki stan utrzymywałby się do ostatniej minuty. Wystąpiło w nich kilka znanych postaci w popkulturze, a jedną z nich jest mój ulubiony kucharz-podróżnik Anthony Bourdain. Po jego pojawieniu się na ekranie naszła mnie reflekcja, że Big Short w zasadzie jest taki, jak programy Bourdaina. Szczery, cholernie zajmujący, konkretny, pełen ciętych spostrzeżeń oraz ripost, pokazujący prawdziwe oblicze omawianego zagadnienia i powodujący, że świetnie się bawimy podczas seansu. Dlatego nie wymienię najlepszej sceny. W tej chwili takową jest dla mnie cały film.

THE BIG SHORT

NAJGORSZA SCENA

Sylwia: Nie ma. Koniec i bomba. A kto nie oglądał, ten trąba.

Mateusz: (głośny śmiech) Przejdźmy dalej.

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE

Sylwia: No cóż… Po pierwsze film opowiada o prawdziwych wydarzeniach. Po drugie robi to w sposób niekonwencjonalny i momentami (technicznie) absurdalny i wydaje mi się, że dyskutować o tym, czy Big Short ma jakieś dziury fabularne, jest bez sensu. Chociaż może ludzie, którzy siedzą w temacie i znają się na tym, coś by tam wyłuskali. Ja w każdym razie nic takiego nie znalazłam.

Mateusz:  Ja również uparcie szukam czegoś, czegokolwiek, co sprawiłoby, że mógłbym być czepialskim cwaniaczkiem, który jako nieliczny zauważył bzdury w Big Shorcie. Niestety, w tym wypadku nie będę ani czepialski, ani nie jestem cwaniaczkiem. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że może być to wynikiem tego, że na zawiłej bankowości oraz złożoności świata wielkich interesów znam się tak, jak na byciu kobietą, ale szczerze mówiąc – w zupełności wystarcza mi to, co próbowali mi wyjaśnić wszyscy bohaterowie filmu.

big short batman szyba

EFEKTY SPECJALNE / KWESTIE TECHNICZNE

Sylwia: No dobrze, wracamy więc do plusów filmu. O zwracaniu się bezpośrednio do widza już mówiłam. Wspomnę może również o pracy kamery, która momentami celowo ucinała postaci, tworząc złudzenie kamery amatorskiej, filmu kręconego szybko, ale tak, aby uchwycić co najistotniejsze. Pokazanie kryzysu z perspektywy kilkunastu ludzi, którzy jako jedyni przewidzieli najgorsze, a w dodatku podzielenie ich na różne grupy i inne ich podejście do problemu, było równie świetnym zabiegiem. Puszczanie oka do widza, żartowanie sobie na forum i szatkowanie historii przez narratora – również super. Do tego dochodzi świetny w moim mniemaniu soundtrack (chociaż podskoczyłam jak głupia, kiedy zaczęło lecieć Sweet Child O’Mine, przekonana, że ktoś do mnie dzwoni i że inni widzowie zaczną się oburzać, mimo że telefon miałam wyciszony, a na sali poza nami nikogo nie było). Resztę Ci zostawiam Mateusz, teraz Ty się trochę naprodukuj.

Mateusz: Montaż w tym filmie jest fantastyczny, choć niekoniecznie nowatorski. Przypomina nieco teledyskową manierę, która generalnie nie jest dla mnie czymś pozytywnym, jednak tutaj nie dość, że wygląda dobrze, to jeszcze doskonale pasuje. Do tego miejscowe zwolnienia akcji, przeplatane znanym wszem i wobec kolażom najbardziej charakterystycznych dla danego okresu autentycznych zdjęć wraz z idealnie punktującymi ludzkość cytatami – palce lizać. Jakby tego było mało – o czym już wspomniała Sylwia – muzyka! Okej, większość to znane widzom piosenki, ale zobaczyć Christiana Bale’a (który w Big Shorcie wygląda jak bliźniak Leo Messiego), jak gra na perkusji do chociażby Master of Puppets Metalliki lub By demons be driven Pantery – coś pięknego ;). Co również nasuwa się przy opowiadaniu o filmie Adama McKaya, to pędząca na łeb, na szyję akcja, w której gagi, celne pointy i żargon ekonomiczny wymieszane są ze wspomnianymi już przez nas wtrąceniami przez znane popkulturze nazwiska, burzeniem czwartej ściany czy wymienionymi przeze mnie cytatami.

THE BIG SHORT

AKTORSTWO

Sylwia: Pamiętacie o fenomenie, o którym napomknęłam przy omawianiu plusów filmu? To nic, że zapomnieliście, bo właśnie czas, aby wyjaśnić, o co mi chodziło. Otóż, Big Short to film, w którym nie ma słabego aktora, słabo odegranej roli, czy gorzej zagranej sceny. Każdy z aktorów zagrał inaczej, każdy dał z siebie wszystko, dokładając do filmu kolejną cegiełkę. Fantastycznie dają radę znani aktorzy, jak i ci, których kojarzymy nieco mniej. Oczywiście wspominałam o Christianie Bale’u, bo robi ze swoją postacią coś niesamowitego i tak jak po dziesięciu minutach filmu wiedziałam, że to będzie coś świetnego, tak w pierwszej minucie, w której na ekranie pojawił się Michael Burry, powiedziałam sobie: On w ciągu kilkudziesięciu sekund zrobił więcej niż Jennifer Lawrence i Matt Damon w całym filmie razem wzięci. Pomyślałam akurat o tych aktorach, bo w chwili oglądania Big Short, Joy i Marsjanin były jedynymi dziełami, które widziałam, a za które aktorzy zostali nominowani. Ale inni Bale’owi dorównywali i utrzymywał się przez cały film naprawdę wysoki poziom.

Mateusz: O tym, że Bale jest utalentowanym aktorem wiadomo nie od dziś, chociaż złośliwi stwierdzą, że pierwszego Oscara dostał za to, że diametralnie schudł do roli w filmie Fighter. Mam jednak informację dla wszystkich malkontentów: obejrzyjcie sobie Big Short i to, co tam wyprawia Bale! Moim zdaniem Oscar murowany, chyba, że Akademia – nie pierwszy zresztą raz – postanowi przyznać nagrodę nie za daną rolę, ale za jakieś tylko sobie znane standardy bądź przekonania. Mam tu na myśli Sylvestra Stallone’a, którego bardzo lubię i szanuję – dał kinu rozrywkowemu tyle, że przez jakiś czas będzie trudno go przebić i choćby z tego względu członkowie Akademii może zechcą przyznać mu nagrodę, traktując rolę w filmie Creed: Narodziny Legendy tylko jako pretekst. Nie wiem co prawda, jak zagrał w tym filmie popularny Sly, mam jednak wrażenie, że Oscar dla kogokolwiek innego niż Bale byłby olbrzymią pomyłką i niesprawiedliwością. Ok, wspólnie z Sylwią ustaliliśmy, że gwiazda Bale’a błyszczy w Big Shorcie najjaśniej, nie jest on jednak jedynym godnym wspomnienia aktorem: Paradoksalnie najbardziej zaskoczył mnie Steve Carell, bo szczerze mówiąc, dotychczas w żadnym filmie, który z nim widziałem (no, może poza Kocha, lubi, szanuje), nie zrobił na mnie pozytywnego wrażenia, a tu okazuje się, że ten facet potrafi zagrać poważną rolę. Zaznaczam jednocześnie, że nie miałem okazji obejrzeć Foxcatchera.

THE BIG SHORT

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: Na największą uwagę zasługuje chyba wspomniany Michael Burry, jak i grany przez Carella Mark Baum. Każda z tych postaci jest na swój sposób tragiczna i genialna i poniekąd dlatego targają nimi wyrzuty sumienia, echa moralności podzwaniają im w uszach, a serenada o uczciwości i prawości co noc śpiewana jest pod ich balkonami przez niewidzialnego trubadura. Może właśnie dlatego twórcy obdarzyli ich takimi samymi inicjałami? Może przedstawiają jedną postawę, ale uwikłani są w dwa różne światy? Burry to geniusz, który swoją nonszalancją i podejściem do szefostwa, doprowadza tak zwaną górę do białej gorączki. Chodzi na boso w biurze, puszcza na cały regulator ostrą muzykę i za nic ma zdanie innych, jeżeli tylko jest przekonany o słuszności swojego. A zazwyczaj jest (jakże bliska jest mi ta postawa…). Wszystko robi po swojemu i nieczęsto bierze sobie do serca nieprzychylne zdanie innych. Burry się jąka, ma szklane oko i choć nie jest to powiedziane w filmie wprost, bardzo prawdopodobne, że choruje na lekka odmianę autyzmu, być może chodzi tu o zespół Aspergera. Wiemy, że ma żonę, ale nie poznajemy ani jego rodziny, ani Michaela w relacjach z bliskimi. Z Baumem sprawa ma się inaczej. Bauma poznajemy jako dupka i egoistę, ale jednocześnie ludzki wykrywacz kłamstw i przekrętów. Najważniejsze jednak, że Marka poznajemy jako człowieka, który przeżył niedawno osobistą tragedię i ta tragedia nakłada się na to, co dzieje się w jego życiu zawodowym i z gospodarką w Stanach, a także innych krajach. Brzmi dziwnie? Ale jest bardzo wiarygodne i dobrze zagrane, wierzcie mi. W zasadzie Mark to pewien wyjątek w filmie, bo jest to jedyna postać, która zostaje nam pokazana również przez ten rodzinny pryzmat i jego historia okazuje się stawiać go w innym świetle. O to zresztą chyba chodziło.

THE BIG SHORT

Mateusz: Dla mnie – poza wspomnianymi przez Ciebie, Sylwio – ciekawą postacią jest grany przez Ryana Goslinga Jared Vennett – młody, energiczny, pewny siebie i dosyć cyniczny pracownik Deutsche Banku, który zdecydowanie ma łeb na karku i zauważa, że kryzys jest jak najbardziej realny i – co ważniejsze – że można na nim grubo zarobić. Jego nie interesuje los tych wszystkich gamoni, w których uderzy kryzys gospodarczy. On ma własną wizję świata i swojego miejsca w nim i zdecydowanym krokiem dąży do spełnienia swoich pragnień. Jared jest zresztą postacią, która spaja większość wątków i jest narratorem tej historii. To on również najczęściej łamie czwartą ścianę, tłumacząc co i jak, oraz bezpardonowo przyznając się do swoich planów i przemyśleń. Może nie jest to postać wybitna i nie zapadnie w pamięci na długi czas, ale ma w sobie jakiś urok, dzięki któremu zapałałem do Vennetta sympatią.

null

OSCAROWE SZANSE

Sylwia: Big Short na dzień dzisiejszy wiemy, że nominowany jest do Oscarów. W pięciu kategoriach, w tym: za najlepszy film, najlepszy aktor drugoplanowy, najlepszy reżyser, najlepszy scenariusz adaptowany i najlepszy montaż. Z radością stwierdzam, że szansę ma w każdej z kategorii, choć oczywiście nie widziałam na chwilę obecną wszystkich konkurentów. Jeśli Christian Bale nie dostanie Oscara, będę srogo, bardzo srogo zawiedziona. Za resztę również będę trzymać kciuki i mam nadzieję, że ten film, tak cichy i skromny w Polsce, okaże się czarnym koniem tegorocznych Oscarów. Szkoda tylko, że Carell również nie dostał nominacji, bo naprawdę odwalił kawał dobrej roboty.

Mateusz: Ja – mówiąc szczerze – nie wiem, co powiedzieć. Zawsze kibicuję filmom, w których gra DiCaprio, ale w tym momencie Big Short jest moim cichym faworytem. Z trzech dzieł nominowanych w kategorii “najlepszy film” w tym momencie ten jest po prostu najlepszy pod każdym względem. Jeśli Zjawa nie wygra, nie mam nic przeciw temu, by najważniejszą w tym roku statuetkę zdobył Big Short. O Bale’u już wspomnieliśmy i powielać się nie będę. Co do scenariusza adaptowanego? Z pozostałych historii przekonuje mnie tylko Pokój, aczkolwiek ciężko na bazie samych przypuszczeń oraz przeczuć wysnuć daleko idący wniosek. Ponownie jednak: jeśli wygra Big Short – ucieszę się.

big short gosling ręka

PODSUMOWANIE

Sylwia: Big Short to dla mnie taka perełka, o której z początku się myślało, że to zwykły koralik, który wyrzucimy zaraz po niezgrabnym podniesieniu z podłogi. A wstyd przyznać, ale gdyby nie nominacje do Oscarów i karta unlimited do kina, pewnie ominęłabym ten film łukiem; może nie szerokim, ale jednak łukiem. Cieszę się, że tak się nie stało, bo film Adama McKaya to jeden z tych tytułów, do których na pewno wrócę i który na pewno będę polecać z ręką na sercu. Takiej przedziwnej mieszanki, która okazała się idealnie dobraną porcją składników, brakowało w kinie od jakiegoś czasu. W dodatku film porusza niezwykle ważny i poważny temat, i o ile Big Short zaczyna się bardziej jak komedia i lekki film, i technicznie takie może sprawiać wrażenie, o tyle jego ogólny przekaz i końcowa wymowa są po prostu tragiczna. W każdym razie –  brawa dla twórców, brawa dla aktorów.

Mateusz: Nic dodać, nic ująć.

null

Ocena Mateusz: 9/10

Fot.: United International Pictures