Wielogłosem o…: “Czas mroku” [OSCARY 2018]

Noc, podczas której zostaną rozdane Oscary, zbliża się wielkimi krokami. Już niedługo dowiemy się, kto tym razem zostanie wybrany Najlepszym aktorem, a kto Najlepszą aktorką – tak za role pierwszo-, jak i drugoplanowe. Dziś omawiamy film, dzięki któremu najprawdopodobniej (na chwilę obecną nie wyobrażamy sobie, by mogło być inaczej) złotą statuetkę przytuli Gary Oldman za wyśmienitą kreację Winstona Churchilla, jaką stworzył w produkcji Czas mroku, której reżyserem jest Joe Wright. Poniżej Magda, Mateusz i Sylwia rozmawiają o dziele, kóry omawia jeden miesiąc  “z życia” Wielkiej Brytanii, kiedy to rozgrywały się niesłychanie ważne z punktu widzenia historii wydarzenia, a w ich centrum stał właśnie Winston Churchill – premier w najczarniejszej dla tego narodu godzinie. Szaleniec czy wybitny strateg? Zapatrzony w swoje racje egocentryk czy dbający o dobro kraju polityk? Uparciuch czy świetny prognostyk historii? Człowiek, w którego wcielił się Oldman, to postać którą trudno jednoznacznie okreslić, tym bardziej docenić należy pracę, jaką wykonał nominowany aktor. Czy Czas mroku wolny jest od uchybień i wad? Oczywiście, że nie, i o nich również rozmawiać będą nasi redaktorzy poniżej. Ogólnie jednak, ocena trojga redaktorów jest pozytywna, choć Magda zarzuca produkcji zbyt duży patetyzm, ale o tym przeczytacie poniżej. Zapraszamy do lektury.


WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Muszę przyznać, że coś się we mnie przełamuje. Przez całe moje życie polityka oraz wielcy politycy znaczyły dla mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Nie przejmowałem się także zbytnio historią jako taką – w pełni wystarczala mi tylko podstawowa wiedza historyczna wyniesiona ze szkół. Najzwyczajniej w świecie przygniatał mnie od zawsze ogrom faktów, zdarzeń, nazwisk oraz dat, które człowiek musiał przyswoić, by mieć jako takie pojęcie na temat niektórych spraw, do tego zawsze wychodziłem z założenia, że historia, o jakiej nam się mówi, to przecież tak naprawdę relacja grupy ludzi, która akurat taką, a nie inną wersję zdarzeń nam przekazała, a przecież nic nie jest tylko czarne lub tylko białe. Dlatego też ograniczałem się do podstaw i rozpoczynałem łowy ku pogłębieniu wiedzy dopiero wtedy, gdy już czymś się zainteresowałem. Dlatego też pragnę poinformować, że o II wojnie światowej wiem tak naprawdę niewiele, a o Winstonie Churchillu do niedawna wiedziałem jakieś podstawowe banały, bądź znałem utarte przez popkulturę znaki szczególne. Dlatego Czas mroku był dla mnie niczym odkrycie nowej planety. Szczerze przyznam, że własnie w taki sposób chciałbym uczyć się historii, nawet jeśli czasem przekazywana jest w zbyt epicki i nieco przekoloryzowany sposób. Po seansie z pewnością wiem o tym wybitnym człowieku oraz o samej II wojnie światowej znacznie więcej niż jeszcze tydzień temu, co traktuję jak pierwszy i niepodważalny sukces tego filmu. Dobra, znowu się rozgadałem – przejdę pokrótce do wrażeń ogólnych – spodziewałem się raczej dobrego filmu, zwiastun jednak przygotował mnie na nieco bardziej nastawione na akcję oraz działania wojenne dzieło, na szczęście w trakcie seansu okazało się, że jest to bardziej dramat skupiony na postaci Churchilla niż zakrojona na większą skalę laurka powojenna. Dlatego też moje wrażenia są nad wyraz pozytywne i weźcie pod uwagę, że będę umniejszał rolę wad, które w tym filmie się znalazły.

Magda Kwaśniok: Słowem wstępu muszę zaznaczyć, że w przeciwieństwie do Mateusza, z racji zainteresowań i dość obszernej edukacji historycznej, temat II Wojny Światowej, jak i samego Churchilla, nie jest mi obcy. Jeśli jednak, podobnie jak ja, dysponujecie w tej materii nawet przeciętną wiedzą, odłóżcie ją na bok, a Czas Mroku potraktujcie jak dzieła Henryka Sienkiewicza – z pewnością czegoś się dowiecie o historii; może nawet przypomnicie sobie, że Dunkierka to nie tylko tytuł filmu nominowanego do Oscara, ale nie oczekujcie samych faktów i wiernej biografii. Jak nasi Krzyżacy,  tak i dzieło Joe Wrighta to film ku pokrzepieniu (brytyjskich) serc i myślę, że akurat ten cel udało się osiągnąć. Bynajmniej nie dzięki wspomnianemu reżyserowi. W zasadzie do opisu tej produkcji wystarczy tylko i aż jedno zdanie: Gary Oldman to wielki aktor, który brawurowo zagrał równie wielkiego polityka. Polityka, który w najczarniejszej godzinie, kierując się intuicją (lub szaleństwem), podejmował decyzje, na które nie było stać nikogo innego. I właśnie o tym jest ten film – o ponoszeniu odpowiedzialności i życiu w poczuciu, że tuż za rogiem czai się najgorsza wersja przyszłości, jaką można sobie wyobrazić. Twórcy Czasu Mroku różnymi zabiegami, które z pewnością omówimy, zadbali o to, by widz czuł się przytłoczony wojennym Londynem i wagą decyzji, jakie podejmowali jego mieszkańcy. Ta konwencja z pewnością została w pełni zrealizowana, dzięki czemu można powiedzieć, że sam film należy zaliczyć do udanych produkcji.

Sylwia Sekret: Nie jestem wykształcona historycznie lepiej niż przeciętny Polak – z tego względu zdaję sobie sprawę, że jeśli w Czasie mroku były jakieś błędy dotyczące tamtych czasów, wydarzeń i ludzi, to z pewnością ich nie wyłapałam. Z drugiej strony, siadając do seansu, miałam świadomość, że – mimo iż jest to film gatunkowo przypisany do biografii i dramatu historycznego – nie będzie on przedstawiał całej prawdy, nie będzie raczej obiektywny i może się okazać, że stanowić będzie w jakimś stopniu laurkę. I poniekąd tak było. Czy jednak czuję się tym zawiedziona? Nie, ponieważ Czas mroku oglądało się świetnie i wbrew pozorom film nie był nudny, nie miał momentów przestoju. Jeśli więc potraktujemy go jako obraz nie stricte może historyczny, co raczej inspirowany wydarzeniami i postaciami historycznymi, to powinniśmy być naprawdę zadowoleni. Tym bardziej że – bądźmy szczerzy – nawet reportaż nie zawsze bywa w pełni obiektywny i potrafi w umiejętny sposób pokierować sympatiami i antypatiami widza.

PLUSY I MINUSY FILMU

Mateusz: Wspomniałem o tym już wcześniej, ale dla mnie to największa zaleta tego dzieła, dlatego troszeczkę się powtórzę – Czas mroku pozwolił w bardzo przejrzysty i przyjemny w odbiorze sposób zapoznać się z niezaprzeczalnie jednym z największych polityków XX wieku, w dodatku pogłębiając moją skąpą wiedzę historyczną o wydarzeniach jednego miesiąca z burzliwych czasów II wojny światowej, ujęte z perspektywy Wielkiej Brytanii. Mimo iż mam pełną świadomość, że zarówno książka Anthony’ego McCartena, jak i film Joe Wrighta nie są stricte dziełem historycznym, a bardziej biografią, która skupia się na ukazaniu odbiorcom zaledwie jednego miesiąca z życia Winstona Churchilla, tak w pełni doceniam wartość edukacyjną tego filmu. Jasne, to nadal jest wytwór popkultury, który ma w sobie szereg uproszczeń, przemilczeń, być może nawet przeinacza pewne fakty i momentami trąci przesadzonym patetyzmem – ale udało się twórcom Czasu mroku wywołać we mnie głód wiedzy historycznej i po seansie treść nie wyparowała ze mnie niczym woda z nagrzanej patelni.

Kolejnym niewątpliwym plusem jest oczywiście aktorstwo. I nie chodzi tu nawet o samego wybitnego w swojej kreacji Gary’ego Oldmana, ale o całą obsadę, która naprawdę spisała się na medal. Wielu krytyków zgodnie, ale moim zdaniem mocno krzywdząco, stwierdza, że Czas mroku to film jednego aktora. Stanę tu w opozycji i z całą świadomością stwierdzę, że jednak nie. Nie umniejszam Oldmanowi – jego osoba w tym filmie ma zapewnioną najwyższą notę i ocean pochwał – jednak pozostali aktorzy również odegrali bardzo dobrze swoje role i gdyby nie świetny Stephen Dillane w roli wicehrabiego Halifaxu, nie byłoby aż tak świetnego Churchilla.

Magda: Przedstawienie jedynie małego fragmentu czasu, o którym wspomniał Mateusz, również uważam za jeden z większych plusów tego filmu. Twórcy, dzięki tak ciekawej i rzadko spotykanej w kinie wojennym perspektywie czasowej, nie przytłoczyli widzów niebotyczną ilością nazwisk, dat i zdarzeń, ale skupili się na samej emocji. I tu dochodzimy do, moim zdaniem, największej zalety Czasu Mroku – ukazania wojny nie oczami tych, którzy podczas niej umierają, ale z perspektywy ludzi, którzy ze śmiercią tysięcy muszą żyć. Zamysł ten spodobał mi się szczególnie dzięki możliwości zestawienia Czasu Mroku Dunkierką – wszak oba filmy opowiadają o jednej sytuacji historycznej, jednak oczami dwóch skrajnie różnych podmiotów.

Sylwia: Zgadzam się jak najbardziej z Magdą – wciąż więcej powstaje filmów opowiadających o konfliktach zbrojnych, które mówią o nich z perspektywy rannych żołnierzy, zmuszonych do podejmowania trudnych decyzji dowódzców. A jednak oni również mają tak zwaną “górę”, a najważniejsze decyzje podejmuje jeszcze ktoś inny. Wojna nie toczy się wyłącznie na polach bitewnych, w okopach i szpitalach polowych. Wojna to również to, co zobaczyliśmy w filmie Czas mroku  – samotny człowiek, co z tego, że otoczony luksusem i posiadający władzę – musi mierzyć się z decyzjami, które mogą zaważyć na losach jego kraju, a być może nawet i świata; musi zdecydować, komu pozwoli umrzeć, a komu da cień szansy (bo przecież jej nie zagwarantuje) na przetrwanie. To naprawdę duży plus filmu, tym bardziej że – przynajmniej ja – nie widziałam w omawianych, potenjcalnych ofiarach wojny twarzy bez wyrazu czy ołowianych żołnierzyków, lecz atmosfera filmu i nerwowe rozmowy o posyłaniu na śmierć, sprawiły, że widziałam ludzi z krwi i kości, którzy będą musieli zginąć.

Magda: Choć uważam, że zarówno twórcy, jak i aktorzy, świetnie poradzili sobie ze zbudowaniem ogromnego napięcia związanego z sytuacją polityczną, nie od dziś wiadomo, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Przy tak wybitnej roli Oldmana oczekiwałabym większego pogłębienia postaci Churchilla – chociażby szerszego ukazania jego stanów depresyjnych, tak zrozumiałych w obliczu sytuacji, w której się znalazł. Oczywiście, jak już wspomniałam, jest to film ku pokrzepieniu serc, do którego średnio pasują antydepresanty, jednak bardziej dosadne ukazanie problemów brytyjskiego premiera w jeszcze większym stopniu zbliżyłoby go do widza; mówiąc krótko, nadałoby mu większej autentyczności. Bynajmniej nie przeszkadza mi to ze względu na prawdę historyczną – po prostu przez wybranie Churchilla na wiodącą i jedyną tak szeroko zarysowaną postać, twórcy stworzyli sobie polę do zbudowania prawdziwego portretu psychologicznego. Wright nawet przez moment nie udawał, że Czas Mroku jest poświęcony ogólnej sytuacji politycznej Wielkiej Brytanii, więc traktowanie odsunięcia na bok kolegów po fachu Churchilla jako wady filmu, byłoby wysoce niesprawiedliwie. Muszę jednak przyznać, że przy tak dużej ilości czasu i zaistniałych okolicznościach, choć jest to bez wątpienia najlepsza kreacja brytyjskiego premiera w historii kina, mam poczucie niewykorzystanego potencjału, co nie jest winą Oldmana, ale reżysera.

Wygórowane oczekiwania i mały niedosyt pokazują, jak świetną kreację Churchilla stworzono w Czasie Mroku. Dla mnie jednak ogromną zaletą nie jest to, w jaki sposób została pokazana jego zawodowa strona, ale raczej ta prywatna – widz może zobaczyć obraz upartego i butnego awanturnika, który swoim poczuciem humoru potrafi rozbawić, natomiast relacją z żoną (w tej roli świetna Kristin Scott Thomas) rozczulić, a czasem nawet wzruszyć. Tak więc, podobnie do Mateusza, uważam aktorstwo za kolejną zaletę, obok ciekawej perspektywy czasowej i podejścia do zagadnienia wojny, która sprawia, że warto zwrócić uwagę na ten film.

Sylwia: Trudno się nie zgodzić zarówno z Mateuszem, jak i z Magdą – aktorstwo to niezwykle mocna strona tego filmu, a Gary Oldman został obsadzony w tej roli perfekcyjnie. Pozostali aktorzy również bardzo dobrze się spisali – to nie ulega wątpliwości. Cóż mogę jeszcze wspomnieć o zaletach filmu, co nie zostało jeszcze powiedziane? Na pewno ogólny klimat, atmosfera tej produkcji – w pewien sposób ciągle budno-szara, lekko przydymiona, idealnie wpisująca się w klimat miejsca i czasów. Wspomniałabym jeszcze o dialogach, które moim zdaniem zostały świetnie rozpisane i stanowią bardzo mocny punkt tej produkcji, poszerzając jednocześnie aktorom pole do popisu. Były najczęściej soczyste i treściwe, nie było chyba w Czasie mroku jakichś przeciągniętych dyskusji, jakichś zdań, które wywołałyby w widzu zażenowanie swoją sztucznością; nie, one dołożyły kolejną cegiełkę do żywiołowości postaci.

NAJLEPSZA SCENA

Mateusz:  Było kilka naprawdę świetnych momentów – jak choćby desperacka rozmowa Churchilla z prezydentem Stanów Zjednoczonych. Nie dość że dramaturgia osiągnęła już punkt kulminacyjny, to jeszcze samo zmontowanie tej sceny, gra świateł, ustawienie scenografii – wszystko to razem wzięte spowodowało, że wrażenie beznadziei było wręcz namacalne. Czułem bezradność premiera Wielkiej Brytanii, widziałem przerażenie w jego oczach, a skupienie wiązki światła na bardzo wąskiej przestrzeni tylko spotęgowało napięte emocje. Coś pięknego. Czas mroku oferuje również wiele dobrych scen, które ukazują Churchilla człowieka – jego upór, słabości, przywary, złe nawyki czy też walkę samego ze sobą i te “prywatne” fragmenty filmu także są bardzo przyjemnymi akcentami. Jednak pod względem fabularnym najlepsza scena to ta, w której Churchill każe swojej stenotypistce spisać list do oficera broniącego Calais, w którym przekazuje mu niezwykle bolesną, trudną i ostateczną wiadomość. Niby jest to fakt historyczny i pamiętam, jak nauczyciel historii w liceum tłukł mi tę wiedzę do głowy, jednak dopiero Czas mroku w dobitny sposób do mnie przemówił, zrzucając na moje barki ciężar nie do udźwignięcia, który jednak nasi przodkowie jakoś musieli udźwignąć.

Magda: Jeśli miałabym wybrać jedną konkretną scenę, również zwróciłabym szczególną uwagę na rozmowę Churchilla z Rooseveltem. Tak naprawdę krótki telefon brytyjskiego premiera do prezydenta Stanów Zjednoczonych jest kwintesencją tego filmu – symbolem beznadziei ludzi przypartych do muru i tragedii człowieka, który na swoich barkach dźwigał rozpacz niemal całej Europy. Ba! Żyjąc w tej rozpaczy, musiał podejmować decyzje, których ciężaru nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić… a dzięki scenie z listem do Calais, którą całkiem słusznie wyróżnił Mateusz, mogłam to zobaczyć na własne oczy. Jak już jednak wspomniałam, w filmie niezwykle podobała mi się nieco bardziej prywatna strona Churchilla, więc nie mogę zapomnieć o jego świetnych dyskusjach z brytyjskim królem, Jerzym VI. Oczywiście, moment, w którym obaj panowie wreszcie się polubili, był na swój sposób wzruszający. Mnie jednak szczególnie przypadły do gustu uszczypliwości premiera i monarchy – scena ich wspólnego obiadu pokazała, że jeśli już Wright zastąpił płomienne przemówienia dialogami, były one nad wyraz błyskotliwe.

Sylwia: Powoli wytrącacie mi z rąk wszystkie argumenty, całą artylerię i w ogóle wszystko. Wymieniliście w zasadzie wszystkie godne podkreślenia sceny. Dorzuciłabym do tego może jeszcze jedna konkretną scenę z królem – kiedy Churchill idzie do niego tak naprawdę po potwierdzenie tego, że zostaje nowym premierem. Wiele emocji kryje się w tej scenie, a także wiele prawdy o tym, jak wygląda polityka i na czym nierzadko opiera się sterowanie państwem. Oto sam król wyznacza na premiera człowieka, któremu nie ufa, którego nie lubi i który jego zdaniem nie sprawdzi się w tej roli. Robi to jednak, bo na tę chwilę wydaje się to być jedyna słuszna decyzja. Po drugiej stronie pokoju stoi Churchill  – oto moment, na który być może czekał całe życie. Pytanie tylko, czy ma się z czego cieszyć, z czego być dumnym, skoro doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że król nie jest zadowolony z jego nominacji. Dostaje więc swoje nowe stanowisko poniekąd jako ochłap – niewielu go na nim chce, ale jednocześnie jest najlepszym kandydatem, by zachować jako taki polityczny spokój. Jest w tej scenie trochę triumfu, ale także trochę goryczy. Wydaje się, że jeden z nich triumfuje, ale tak naprawdę przegrywa każdy – król, powierzając władzę w ręce człowieka, w którym nie widzi nadziei dla kraju; Chruchill – otrzymując upragnione stanowisko wbrew ludziom, od których chciałby czuć szacunek, w dodatku w najczarniejszej godzinie dla jego kraju. Choć już jest źle – to on będzie kozłem ofiarnym z każdą minutą pogrążającą Wielką Brytanie w jeszcze większym mroku.

NAJGORSZA SCENA

Magda: Choć nie jest to pierwsza z wyróżnionych kategorii, właśnie od niej zaczęłam. Po seansie Czasu Mroku nic nie było dla mnie tak proste, jak wskazanie najgorszej sceny tego filmu, przez którą z resztą moja ocena całej produkcji spadła o jedną “gwiazdkę”. Winston Churchill, mężczyzna w sędziwym wieku, który środki transportu publicznego widział może trzy razy w życiu (i to na zdjęciu w gazecie), ucieka z ciepłej limuzyny, bez ochroniarzy, w deszczowy dzień… do metra. Po co? A no po to, żeby zapytać Brytyjczyków, czy ma negocjować z Hitlerem. Jeśli nie brzmi to dla Was wystarczająco patetycznie, spokojnie, może być gorzej! Otóż “prawi obywatele Londynu i Zjednoczonego Królestwa” odpowiadają absolutnie jednogłośnie, że z przyjemnością oddadzą życie za swoją ojczyznę, na co wzruszony Churchill reaguje łzami. Na domiar złego, cała sytuacja stała się inspiracją dla brytyjskich parlamentarzystów, którzy postanowili odejść od pomysłu zawarcia pokoju z Niemcami… i tak oto alianci pokonali nazistów! Dzięki Churchillowi w metrze. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby człowiek, będący najważniejszą osobą w Europie, nie ryzykował życia w ostrzeliwanym z powietrza Londynie, by odbyć rutynową przejażdżkę i zorganizować naprędce elitarne referendum.

Mateusz: Widzisz, tutaj nasze zdania są kompletnie odmienne. Dla mnie była to bardzo dobra scena. Faktycznie była w pewien sposób przesłodzona i gdyby to był amerykański film, to z pewnością w tle powiewałaby dumnie rozłożona flaga, jednak ja całkowicie kupuję zamysł twórców oraz dopatruję się w tym olbrzymim uproszczeniu pewnej celowości, w której zresztą zawiera się magia kina w pigułce. Jak wspominaliśmy już wcześniej – ten film nie jest i nie powinien w żadnym stopniu być traktowany jako lekcja historii, tylko tak jak nawet sama wspominałaś to wytwór popkultury ku pokrzepieniu serc (oczywiście mocno inspirowany faktami i w pewnych realiach zakorzeniony), będący ekranizacją książki (której też nie należy traktować jako jedyne słuszne oraz niepodważalne źródło wiedzy historycznej) późniejszego scenarzysty filmu, Anthony’ego McCartena. Oczywiście rozumiem, że ten konkretny fragment może się nie podobać, choćby ze względu na wspomniany patetyzm, ale w odniesieniu do realiów filmu – jest to scena będąca naturalnym następstwem genialnej rozmowy Churchilla z Królem Jerzym VI, w której władca pierwszy raz wprost wyraził poparcie dla, uznawanych dotąd za szalone, pomysłów premiera i wręcz podsunął mu myśl, by zasięgnął głosu ludu, co też Churchill zrobił. W momencie, gdy jakoś na początku filmu grany przez Oldmana bohater mówi do swojego szofera, że nigdy nie jeździł środkami transportu publicznego, wiedziałem, że nie jest to informacja rzucona na wiatr i że będzie to później istotne. Rzeczywiście tak się okazało i w moim przekonaniu efekt wyszedł bardzo dobrze, pokazując Brytyjczyków właśnie jako taką dumną nację, która w obliczu zagrożenia potrafi mimo obaw stanąć twarzą w twarz z zagrożeniem. A że w wielu momentach II wojny światowej było inaczej? Film ogranicza się tylko do tego, że o tym kilka razy wspomina sam Churchill, gdy krytykuje katastrofalne w skutkach rządy Chamberlaina i jego metody chowania głowy w piach, jednak te bardziej niewygodne momenty (jak niewywiązanie się z sojuszu z Polską) zostają przemilczane. Ma to jednak swoje uzasadnienie – Czas mroku przedstawia nam pewną autorską wizję wydarzeń i skupia się na bardzo wąskim wycinku z życia samego Winstona Churchilla oraz przybliża nam tak naprawdę tylko niecały miesiąc z rządów premiera, w dodatku ograniczając się do ekranowych stu trzydziestu minut.

Słabej sceny na ten moment wskazać nie potrafię.

Magda: Z pewnością masz rację co do symboliki tej sceny i muszę przyznać, że na moją negatywną ocenę tegoż fragmentu filmu mógł wpłynąć seans Dunkierki, którą zobaczyłam tego samego dnia, w którym wybrałam się do kina na Czas  Mroku. W produkcji Nolana, którą swoją drogą uważam za fantastyczną, spodobało mi się przede wszystkim odrzucenie patetyzmu, tak typowego dla filmu wojennego. Być może powrót do “klasyki gatunku”; płomiennej przemowy, w stu procentach symbolicznej, a więc w całości mijającej się z jakimikolwiek wojennymi realiami, był dla mnie zbyt brutalny i, skoro już wspomniałeś o powiewającej fladze, typowo amerykański. Jest coś wzruszającego w tego typu zabiegach, jednak wydaje mi się, że jedna osoba niezadowolona z perspektywy konfliktu zbrojnego (lub po prostu potępiająco milcząca) w niczym by nie przeszkodziła, a i tak statystyczna ilość buntu wobec wojny wystarczająco minęłaby się z prawdą. Konsultacja społeczna, do której zachęcał premiera król Jerzy VI, też niespecjalnie mi przeszkadza – w końcu nie sam Churchill broniłby Londynu. Problem mam z tym, jak została ona przedstawiona. Być może skrajne emocje, jakie wywołała ta scena, najlepiej świadczą o jej jakości… i moim czepialstwie.  

Sylwia: Ja również nie przyczepię się do sceny w metrze – była dobrze zrobiona, wzbudzała emocje i była mocno symboliczna. Jasne, jej celem było przede wszystkim pokazanie Brytyjczyków jako dumnych, odważnych i niesamowicie walecznych (także duchowo) obywateli, który nie oddadzą swojego kraju nikomu, ale… jeśli właśnie taki cel miał reżyser, to cóż… wyszło mu to. I wydaje mi się, że ten film po prostu nie mógł powstać bez tego typu sceny, a skoro już musiał, to uważam, że mogła ona wyjść dużo gorzej.

Nie wskażę zatem najgorszej sceny, ale jeśli mogę, to wymienię najmniej potrzebną. Ogólnie rozumiem zamysł twórców, jesli chodzi o wszystkie momenty, w których na ekranie pokazywała się żona Churchilla – niejednokrotnie to właśnie wtedy widzieliśmy jego cieplejsze i delikatniejsze oblicze, to wtedy pozwalał sobie na słabość, a widz widział, jakim oparciem jest dla niego żona. Jednak ostatnia scena, w której zostaje pokazana Clementine jest w moim odczuciu całkowicie zbędna. Jest to niemal sama koncówka filmu, a w tej konkretnej scenie, jeśli się nie mylę, kobieta jest fotografowana i jak na tak mało angażujące dla widza zajęcie, scena ta jest zadziwiająco długa, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że… kompletnie nic nie wnosi do filmu. Albo inaczej – ja nie zrozumiałam sensu tej sceny. Do tej pory mam wrażenie, że znalazła się w filmie przypadkiem – miała być usunięta, ale ktoś o tym zapomniał.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: Domyślam się, że Mateusz i Magda opisywać będą Churchilla, a także wspomną coś o jego żonie, dlatego ja postanowiłam napisać kilka słów o postaci, którą w zasadzie do tej pory niemal zawsze pomijaliśmy w tym Wielogłosie, a mianowicie o Elizabeth Nel – osobistej stenotypistce Churchilla. Chciałabym jednak opowiedzieć o niej bardziej ze względu na to, jak dzięki jej osobie możemy spojrzeć na samego premiera aniżeli przez wzgląd na nią samą. W zasadzie, gdyby zastanowić się nad tym głębiej, można pokusić się o pytanie, czy jej postać była aż tak potrzebna? Czy była niezbędna? Być może nie i film toczyłby się dalej i pozostawiałby po sobie równie pozytywne wrażenie – tego nigdy sie nie dowiemy, jednak osobiscie myślę, że wniosła równie dużo, jeśli nie nawet więcej niż postać żony Churchilla. Dlaczego? Już tłumaczę. Tak jak wspomniała Magda, Clementine nie raz uspokajała męża, poniekąd temperowała go, koiła jego nerwy, a także ugaszała pożary, zanim na dobre strawić by mogły wiele relacji. Jednak o ile dzięki postaci żony widzimy przyczynę, o tyle dzięki wprowadzeniu Elizabeth czesto widzimy skutki. Relacja premiera i stenotypistki przechodzi sporą metamorfozę – najpierw towarzyszy jej ze strony kobiety strach (może nawet obrzydzenie?), a ze strony premiera obojętność, ignorancja, a w wypadku błędu niechęć; z czasem jednak między tą dwójką tworzy się swoista więź. Za pomocą telegramów i przemówień, które Churchill dyktuje, a kobieta zapisuje, zdaje się ona jakby choć trochę rozumieć ciężar, jaki spoczywa na premierze, dociera do niej powaga decyzji, jakie musi on podejmować i związany z nimi częsty brak dobrego rozwiązania. Podsumowując więc – o ile postać Elizabeth sama w sobie nie jest szczególnie ciekawa, o tyle już jej relacja z premierem – owszem. Zastanawiam się też, czy kobieta, jako przedstawicielka “szarych ludzi” nie symbolizuje ogólnej sepcyfiki relacji innych ludzi z Churchillem – pierwszy kontakt zawsze będzie niezbyt przyjemny, ale z czasem można się do mężczyzny przekonać, a nawet zacząć go szanować i lubić.

Mateusz: O Winstonie Churchillu powiedzieliśmy już naprawdę sporo w tym wielogłosie, dlatego ja powiem słów kilka o Wicehrabi Halifaxu. Miał być głównym kandydatem na objęcie stanowiska premiera, jednak z pewnych przyczyn odrzucił nominację. To człowiek dumny, o wyrobionych poglądach politycznych, dla którego sytuacja Wielkiej Brytanii jest niezwykle istotna, jednak widmo wojny oraz potęga Hitlera budzi w nim tyle obaw, że nie wyobraża sobie, jakim sposobem jego ojczyzna miałaby poradzić sobie z potencjalnym zagrożeniem. Z tego powodu jest największym piewcą rozwiązań pokojowych i głównym opozycjonistą premiera Winstona Churchilla oraz jego działań, które – powiedzmy sobie szczerze – wywołują w nim przerażenie. Bardzo szybko wchodzi w cichy sojusz z byłym premierem Chamberlainem i co rusz szukają oni sposobu, by wykluczyć Churchilla z decyzyjnego stanowiska. Nie sposób odmówić Halifaxowi [nie jest to jego nazwisko, lecz tytuł, był bowiem Wicehrabią Halifaxu, może się jednak zdarzyć, że będzie nazywany w niniejszym tekście jako Halifax – przyp. red.] pewnych racji, ponieważ dopiero my wiemy, że decyzje podjęte przez Churchilla były słuszne, zresztą sam film pokazuje nam wydarzenia właśnie z punktu widzenia zwycięzców, czyniąc z dumnego Wicehrabii głównego antagonistę samego premiera.

Magda: Prawdę mówiąc myślę, że omówiliśmy już wszystkie kluczowe postaci, których przecież wcale nie było aż tak wiele. Nawiązując jednak do sytuacji politycznej Wielkiej Brytanii i opinii Mateusza, trzeba przyznać, że twórcy skupili się na zwycięskiej walce politycznej Churchilla. Zdaje się, że zupełnie zapomnieli o wypracowanym w brytyjskim parlamencie kompromisie, a każdy zwolennik rozwiązania innego niż to, proponowane przez premiera, ukazany został jako przeciwnik jedynej słusznej idei – “ofiarą” tego zabiegu, słusznie czy nie, padł właśnie wspomniany Halifax. Wicehrabia jest postacią bardzo niejednoznaczną; twórcy, przez dużą ilość niedopowiedzeń, zostawili widzom pole do oceny jego motywacji zarówno odnośnie decyzji o odrzuceniu propozycji objęcia stanowiska premiera, jak i późniejszej koalicji z Chamberlainem. Wydaje mi się, że Wright prowokuje nawet do spojrzenia na pogrążone w chaosie brytyjskie wojsko oczami niepewnego Halifaxa, który być może właśnie z racji tej niepewności bał się, że nie podoła decyzyjnemu stanowisku; że zadrży mu ręka w kluczowym dla Europy momencie. I tu należy postawić pytanie: Halifax kierował się racją stanu czy jedynie dbałością o swoje interesy?

AKTORSTWO

Magda: Jeśli miałabym odpowiedzieć na pytanie, czy Czas Mroku jest teatrem jednego aktora, powiedziałabym, że tak – jednak tylko w kwestii brytyjskiej sceny politycznej. Oczywiście, nie da się nie zauważyć, kto jest głównym tematem filmu i jego najjaśniejszą gwiazdą, jednak wokół fenomenalnie zagranego Churchilla pojawiają się osoby, pod których wpływem rzeczony polityk ukazuje nowe oblicza. Wspomniałam już chociażby o świetnie pokazanej prywatnej stronie premiera, co nie byłoby możliwe bez dobrej roli Scott Thomas – aktorka idealnie oddała ciepło charakterystyczne dla pani Churchill i, co najważniejsze, stworzyła z Oldmanem więź, która momentami była zwyczajnie urocza. Dużym plusem jest również dobra kreacja Jerzego VI, w tej roli Ben Mendelsohn, którego relacje z premierem nie od początku układały się idealnie, a pierwsze spotkania dwóch najważniejszych dżentelmenów w Wielkiej Brytanii były prawdziwą męką dla obu stron. Na oczach widza stosunek monarchy do Churchilla się zmienia i w moim przekonaniu Mendelsohn idealnie oddał to, w jaki sposób wzrastała sympatia i podziw króla wobec premiera. Świetnie to widać chociażby w scenie wspomnianej przez Mateusza, podczas której Jerzy VI powierza losy Wielkiej Brytanii nieco ekscentrycznemu, a już z pewnością bezkompromisowemu politykowi, tym samym finalizując zmianę, jaka zaszła w stosunku monarchy do Churchilla.

Sylwia: Oczywiście, wielu aktorów zagrało tu bardzo dobrze, a nawet świetnie, ale nie oszukujmy się i nie bójmy się tego powiedzieć  – Czas mroku JEST teatrem jednego aktora. Nie dlatego jednak, że pozostali zagrali gorzej, tylko dlatego, że Gary Oldman zagrał świetnie postać, wokół której dzieje się niemal 100% akcji filmu. Ten film został stworzony tak, by to właśnie ta jedna kreacja zapadła nam najbardziej w pamięć i scenariusz skonstruowany jest tak, że po prostu nie mogło być inaczej. Aktor wykonał kawał świetnej roboty, jest w swojej roli szalenie przekonujący i ja jego kreację kupuję całkowicie. Kristin Scott Thomas również zagrała bardzo dobrze, choć pozwolę sobię wyrazić opinię, że twórcy filmu nie pozwolili jej na wiele – jej postać mimo wszystko jest dość płaska; nie mieni się na wiele odcieni, ale być może właśnie taka miała być. Zresztą, jak już wspomniałam, Czas mroku kręci się wokół jednej postaci i nie było w nim miejsca na to, by wgłębić się w charakter Clementine.

Mateusz: Powiedziałyście w zasadzie wszystko to, co ja sam uważam na ten temat. Czas mroku to przede wszystkim Gary Oldman, dopiero potem można mówić o całej reszcie, która – co warto podkreślić – zagrała na wysokim poziomie, będąc dla Oldmana bardzo dobrymi partnerami na planie. Chciałoby się oglądać więcej takich filmów, gdzie nie sposób przyczepić się choćby do jednego członka obsady.

KWESTIE TECHNICZNE

Sylwia: Uważam, że pod tym względem nie ma się absolutnie do czego przyczepić, a przynajmniej ja nie widzę do tego żadnego powodu, ale też nie jestem znawcą w tym temacie. Zdjęcia sa świetne i niejednokrotnie uwypuklają to, co w danej sytuacji było do uwypuklenia; gra światłem i cieniem również robi dużo dobrego, a wieczne wrażenie lekko przyciemnionego ekranu świetnie komponuje się zarówno z tytułem, jak i ogólnym wydźwiękiem produkcji. O charakteryzacji wspomnimy zapewne poniżej, ale postać Churchilla, czyli Oldmana nie do poznania, mówi tutaj sama za siebie. Na ten moment nie za bardzo pamiętam muzykę z filmu, nie wiem jednak, na ile to jest kwestia mojej amnezji, a na ile tego, że nie była po prostu aż tak istotnym elementem produkcji. Zapewne jednak moi rozmówcy mnie poratują w tej kwestii – wierzę w nich ;).

Mateusz: Mrok. To pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl w kontekście tej produkcji. Gra świateł i wszędobylskie przyciemnienie obrazu idealnie współgrają z wagą wydarzeń przedstawionych w scenariuszu. Absolutny strzał w dziesiątkę i jedna z bardziej wyraźnych i znaczących kwestii technicznych w ostatnich latach. Ostatni raz takie wrażenie wywoływały albo zdjęcia trzykrotnie nagrodzonego Oscarem za zdjęcia Emmanuela Lubezkiego, albo montaż Birdmana. Odwzorowanie epoki w Czasie mroku jest naprawdę świetne i pamiętam, jak w trakcie filmu przypomniało mi się, że ludzie często wyłapują w tego typu filmach jakieś elementy, które ostatecznie znajdują się na taśmie filmowej, mimo iż nie powinny – i przez jakiś czas szukałem błędu, który mógłbym potem tutaj wytknąć – “niestety” nic takiego nie znalazłem. Odnośnie muzyki – włoski kompozytor Dario Mirianelli wykonał przyzwoitą ścieżkę dźwiękową, która jednak rozmywa się w pamięci odbiorcy po zakończeniu filmu. Na ten moment nie pamiętam nawet żadnego charakterystycznego motywu przewodniego, dlatego soundtrack oceniam dość przeciętnie – był, ale traktować go należy tylko jako tło.

Magda: W stu procentach zgadzam się z Sylwią – nie zauważyłam żadnych uchybień technicznych, a wręcz przeciwnie, mogę pochwalić twórców przede wszystkim za wspomnianą grę światłem. Jak już napisali moi współmówcy, cały obraz jest niezwykle przydymiony, ciemny i przytłaczający, co w przypadku tego filmu jest ogromną zaletą. Dzięki wszechogarniającemu mrokowi można uznać, że ujęcia są spójne z fabułą i nadają jej dodatkowego wymiaru emocjonalnego. Niestety wiara Sylwii w moją wiedzę na temat ścieżki dźwiękowej produkcji Wrighta była przesadzona – zapamiętałam ją jedynie jako dobrą i faktycznie momentami budującą napięcie, natomiast niespecjalnie wyróżniła się na tle innych soundtracków, na które przeważnie zwracam uwagę w czasie seansu.

OSCAROWE SZANSE

Mateusz: Powiem krótko – jeśli Gary Oldman jakimś cudem nie dostanie Oscara, to chyba lepszej okazji ku temu już miał nie będzie. Niestety zawsze trudno się wypowiedzieć w sytuacji, gdy spośród nominowanych widziało się tylko jedną rolę. Na ten moment mogę sobie jedynie gdybać oraz polegać na wiedzy Oscarowej sprzed lat, a ta mi mówi, że w 80% ten aktor, który zdobył za swoją rolę Złotego Globa, jest tak naprawdę na ostatniej prostej do zgarnięcia Złotego Rycerza. Potwierdzeniem moich słów niech będą ostatni trzej laureaci za Najlepszą Pierwszoplanową Rolę Męską – Casey Affleck, Leonardo DiCaprio oraz Eddie Redmayne, którzy wcześniej otrzymali za swoje role Złote Globy. Jeśli miałbym wróżyć z fusów (w wyniku tego, że widziałem na ten moment tylko popis Oldmana) to ryzykuję stwierdzenie, że Daniel Day-Lewis może być największym zagrożeniem dla Brytyjczyka. W pozostałych kategoriach obstawiam, że Czas mroku ma realne szanse na statuetkę tylko w kategoriach “Najlepsza charakteryzacja i fryzury” oraz “Najlepsza scenografia”. A Wy co o tym sądzicie?

Magda: Również uważam, że Gary Oldman zasługuje na statuetkę – jeśli nie dostanie jej za tę kreację, nie mam pojęcia, co jeszcze musiałby zrobić. Jak wcześniej nadmieniłam, jest to rola wybitna, która powinna być nagrodzona za świetne aktorstwo, jednak nie miałaby racji bytu, gdyby nie cudowna i zapierająca dech w piersiach charakteryzacja. Podczas seansu nawet przez moment nie byłam w stanie sobie przypomnieć, jak wygląda Oldman, którego zatrudnienie do tej roli budziło duże kontrowersje właśnie ze względu na aparycję. Na całe szczęście dla tej produkcji, Wright otoczył się specjalistami, którzy zrobili z kandydata do Oscara podstarzałego polityka po przejściach. Stąd uważam, że statuetka za najlepszą charakteryzację również powinna i raczej padnie łupem twórców biografii Churchilla. Jeśli chodzi zaś o nagrodę za Najlepszy Film, na to widzę bardzo małe szanse. Sama mam już faworyta w tej kategorii, cudowne Trzy billboardy za Ebbing, Missouri, i seans Czasu mroku nie tylko tego nie zmienił, ale również nie poddał w wątpliwość mojego wyboru.

Sylwia: Ja również nie widziałam pozostałych nominowanych za pierwszoplanową rolę aktorów, ale obstawiam w ciemno, że Oldman może już szykować gablotkę. Ja – podobnie jak Magda – nie mogłam podczas seansu przypomnieć sobie twarzy aktora, za co również osoby odpowiedzialne za charakteryzację, powinny zostać nagrodzone. Wracając jednak do Oldmana, nie sądzę, by miał on większą konkurencję – charakteryzacja zrobiła swoje, ale nawet najlepsza, odeszłaby w zapomnienie, gdyby skrywał sie pod nią kiepski lub nawet tylko dobry aktor. Wątpię też, by Czas mroku miał zgarnąć statuetkę za najlepszy film, aczkolwiek, choć póki co również również wspomnianym Trzem billboardom…, z dwojga złego, gdyby jakimś cudem dzieło McDonagha wypadło z rywalizacji, wolałabym żeby to Czas mroku wygrał niż kiepściutki i niesłychanie rozczarowujący Kształt wody.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Sylwia: Czas mroku nie jest może filmem wybitnym czy rewelacyjną filmową biografią, z której wiele dowiemy się o znanym człowieku. Jest jednak świetnym dziełem skupiającym się na pewnym mrocznym okresie historii i ukazuje w dosadny sposób, jaka odpowiedzialność spoczywała w pewnym momencie na premierze Wielkiej Brytanii, z czym się zmagał i dzięki czemu – prawdopodobnie – poradził sobie z tym wszystkim. Fakt, film nie ustrzegł się przed pewnymi patetycznymi scenami, ale taka już chyba po prostu rola kina, które mimo wszystko to fabułę – czy popartą faktami historycznymi, czy nie – bierze sobie za cel. Czas mroku nie jest reportażem, nie jest też filmem, z którego kolejne pokolenia uczyć się będą historii, ale jest rewelacyjnie skonstruowaną opowieścią o trudnym człowieku, który w niełatwych czasach musiał podejmować mroczne decyzje, z którymi – nie zapominajmy – musiał żyć do samego końca.

Mateusz: Czas mroku oferuje nam najlepszą wersję Winstona Churchilla w historii kina. To udana, zapadająca w pamięci i zmuszająca do dyskusji produkcja, czego doskonałym przykładem jest choćby długość niniejszego Wielogłosu. W trakcie seansu ze znajomymi śmialiśmy się, że dzieło Wrighta to prequel Dunkierki Nolana. Teraz, gdy się nad tym poważnie zastanawiam, to stwierdzam, że coś w tym jednak jest i naprawdę można zrobić sobie taki minimaraton, bo obie produkcje idealnie ze sobą współgrają, pokazując wydarzenia z tego samego okresu historii z dwóch różnych perspektyw.

Magda: Zgadzam się z moimi przedmówcami, a w szczególności z Mateuszem. Czas mroku to dobry film wojenny, który w zestawieniu z Dunkierką nabiera zupełnie innego wymiaru, co jest jednocześnie jego zaletą, jak i jedną z największych wad. Z jednej strony to świetne ukazanie tego samego zdarzenia z zupełnie innej perspektywy, z drugiej zaś produkcja Wrighta nie ustrzeże się porównań z dziełem Nolana, w których dla mnie lepiej wypada ta druga. Dlaczego? Dunkierka wychodzi poza schemat; zrywa z konwencjami, które w kinie wojennym wydają się niemal obowiązkowe, natomiast Wright czerpie garściami z klasyki i trzeba przyznać, że robi to bardzo umiejętnie. Niemniej jednak trzymanie się schematu sprawia, że film oceniłabym jedynie jako dobry, może nawet zwyczajnie solidny, choć z pewnością wart zobaczenia chociażby dla fenomenalnego aktorstwa czy świetnych zdjęć.

Fot.: United International Pictures 


Ocena Sylwii: 8/10

Ocena Mateusza: 8/10

Ocena Magdy: 6,75/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *