Bridget Jones

Wielogłosem o…: „Dziennik Bridget Jones. Dziecko”

Bridget Jones powróciła i tym razem w stylu, za jaki pokochały ją miliony. Marta i Sylwia nie ukrywają, że trzecia część cyklu, która nie doczekała się jeszcze ekranizacji, Szalejąc za facetem, nie była tym, czego oczekiwały, będąc fankami dwóch poprzednich tomów i głównej bohaterki. Dlatego też obawiały się nieco, że czwarta wydana książka (a fabularnie trzecia) również ich nie zachwyci, zwłaszcza że widziały  już przecież film. Cóż więc nowego może im zapewnić lektura? Jak się okazało, książka Dziennik Bridget Jones. Dziecko to ta Fielding i ta Bridget, za którą tęskniły, a w dodatku powieść w wielu momentach różni się od filmu, więc nie ma mowy o nudzie! Jakie nasze redaktorki mają dokładnie opinie na temat powieści, dowiecie się z poniższego wielogłosu. Podczas czytania najlepiej powinny smakować ziemniaki zapiekane z serem ;).

WRAŻENIA OGÓLNE

Marta: Uwielbiam Bridget, dla mnie to postać już w pewnym sensie kultowa, a na jej kolejne perypetie zawsze czekałam z niecierpliwością. Trochę obawiałam się tego, że książka będzie kopią filmu i wypadnie blado, ale na szczęście bardzo się myliłam. Moje obawy wynikały też trochę z tego, że poprzednia powieść – Bridget Jones. Szalejąc za facetem była dla mnie sporym czytelniczym rozczarowaniem, ale na szczęście kolejna odsłona cyklu – Bridget Jones. Dziecko o zwariowanej Bridget w ciąży to powrót do najlepszej formy Fielding z pierwszej części Dziennika.

Sylwia Sekret: W zasadzie rękami i nogami mogę się podpisać pod tym, co napisałaś. Uwielbiam Bridget i dwie pierwsze powieści o jej przygodach przeczytałam już chyba po trzy razy każdą (albo i więcej, kto by to liczył). Za każdym razem bawię się tak samo dobrze i są to dla mnie książki, po które sięgam, kiedy mam bardzo, bardzo zły humor – zawsze działa (także polecam, jeśli ktoś jeszcze nie czytał). Poza tym moje obawy opierały się dokładnie na tym samy, co Twoje – po filmie (który swoją drogą był rewelacyjny, zresztą pisałam o tym tutaj) nastawiłam się na książkę, która niczym mnie już nie rozbawi ani nie zaskoczy. Zaskoczył mnie z kolei sam fakt wydania książki Bridget Jones. Dziecko. Najpierw pomyślałam, że jest to czwarty tom, ale nie mogło tak być, skoro opis sugerował, że Bridget jest po raz pierwszy w ciąży. A przecież w Szalejąc za facetem Jones była już matką. Później zorientowałam się, że fabuła jest bardzo podobna do trzeciego filmu z serii. O co więc chodzi? – zastanawiałam się. W końcu dowiedziałam się, że film powstał na kanwie felietonów pisanych przez Fielding do “Independent”, a później, uzupełniając fabułę książkową między tomem drugim i czwartym, powstał trzeci. Sama pisarka uzasadnia brak chronologii tym, że z Bridget nigdy nic nie wiadomo, ale ja mam co do tego swoją teorię. Wydaje mi się mianowicie, że ja i Ty nie jesteśmy jedynymi, którym powieść Szalejąc za facetem nie przypadła do gustu, a wręcz sprawiła zawód. Po pierwsze, to już nie była ta sama Bridget – czytałam jej historię topornie i nie sprawiało mi to takiej frajdy, jak w przypadku dwóch poprzednich tomów. Po drugie – jakim prawem, do ciężkiej cholery, Fielding zabiła Darcy’ego? Te dwa czynniki złożyły się na niezbyt specjalny odbiór książki, a to z kolei – moim zdaniem – zaowocowało powrotem takiej Bridget i takiego Marka, jakich pokochaliśmy. I całe szczęście! Bo czwarta książka to powrót do tego, co w Jones najlepsze – humor, inteligencja i genialna rozrywka.

PLUSY I MINUSY POWIEŚCI

Marta: Zdecydowanym plusem jest dla mnie to, że opowieść, chociaż zasadniczo bardzo podobna, nie jest tylko odwzorowaniem filmu. Helen Fielding połączyła zwariowaną naturę Bridget ze wzruszeniami naturalnymi dla kobiet w tak wyjątkowym stanie fizycznym i emocjonalnym. Najbardziej podobało mi się to, że dostałam znowu tę szaloną, zwariowaną Bridget, którą kiedyś pokochałam, ale jednocześnie kobietę, która z rozdziału na rozdział dojrzewa do roli matki i jestem pewna, że sprawdzi się w niej doskonale. Niewątpliwym plusem jest też wybór na potencjalnych ojców Marka i Daniela, ponieważ znowu możemy zobaczyć zawiłości w relacjach między tą trójką, a poza tym Daniel Cleaver kreujący się na poważnego pisarza wielkiego dzieła jest po prostu szalenie zabawny. Fani Bridget znajdą także bardzo dużo odwołań do poprzednich książek (pamiętacie owczarka alzackiego?) i nie sposób nie wzruszyć się przy kolejnym wyznaniu w stylu: Chcę, żebyś był taki, jaki jesteś.

Minusy… chyba ich nie widzę. Całość naprawdę bardzo mi się podobała i nie ma tutaj niczego, co bym zmieniła.

Sylwia: Największym plusem powieści jest dla mnie chyba to, że Mark Darcy żyje. Mówcie, co chcecie, ale powieść Szalejąc za facetem pokazała, że Bridget bez tego ponurego, choć pełnego uczuć, i poważnego, lecz przy tym szalenie zabawnego Darcy’ego, w którego baseniku za młodu taplała się całkiem golutka panna Jones, to po prostu nie Bridget. Dlatego kamień spadł mi z serca, kiedy okazało się, że w tej części Mark ciągle jeszcze żyje, ma się nieźle i w dodatku nadal wikła się w różne perypetie z naszą bohaterką. Drugim plusem jest to, o czym już wspomniałaś, że książka nie jest kopią filmu, co mogłoby źle się na niej odbić. Duży w tym udział miał zresztą sam Hugh Grant, który odmówił zagrania w filmie po raz trzeci, dzięki czemu na ekranie obok Colina Firtha o względy Bridget i nienarodzonego jeszcze dziecka rywalizuje Derek Shepherd, przepraszam – Jack Qwant, w którego wciela się Patrick Dempsey. Uśmiercenie w filmie Daniela sporo zmieniło w fabule, dzięki czemu dzieła są od siebie mimo głównego wątku i problematyki różne. Podobało mi się także to, że książka jest pisana w formie hiperdługiego listu do syna, w którym Bridget tłumaczy nienarodzonemu jeszcze dziecku, jak doszło do tego, że przez moment nie wiadomo było, kto jest jego ojcem. Któż mógł wpaść na to, aby dziecku opowiadać o takich rzeczach? Oczywiście Jones! Taka forma przywodzi na myśl zresztą serial Jak poznałem waszą matkę, z tym że w Bridget Jones faktycznie poznajemy ojca, a nie przyszywanego wujka na pocieszenie.

Z minusów mogę wymienić jedynie to, że książka była za krótka. Ledwie trzysta stron to stanowczo za mało z taką Bridget, jaką kochamy. Taką. Jaka. Jest.

NAJBARDZIEJ ZAPADAJĄCY W PAMIĘCI FRAGMENT

Marta: Jest wiele zabawnych czy wzruszających fragmentów, ale jeśli miałabym wybrać najistotniejszy to postawiłabym na rozmowę Bridget z Markiem, o której już przed chwilą wspomniałam, ale to dopiero początek. Wydaje mi się, że równie zasługująca na zapamiętanie jest wcześniejsza rozmowa Bridget z ojcem, po której nasza bohaterka w końcu zaczyna rozumieć, że mężczyźni to nie bogowie, którzy jednym swoim telefonem decydują o tym, czy kobieta jest interesująca i atrakcyjna, ale zwykli ludzie, którzy mogą mieć takie same obawy, a czasami walczą z kompleksami, do których nie mają odwagi się przyznać. No i każda scena, w której Daniel próbuje opowiadać o swojej Poetyce czasu, którą jeden z recenzentów podsumowuje słowami: To jest największa kupa śmierdzącego, nienadającego się do czytania gówna, przez jaką miałem pecha przebrnąć w życiu sprawia, że od powieści Fielding nie można się oderwać od pierwszej do ostatniej strony. Poza tym to z tego tomu dowiemy się, że nie musimy być doskonałe i czasami trzeba pomyśleć o sobie, przestać spełniać cudze życzenia i powiedzieć: nie. Nie i już.

Sylwia: Masz rację, sceny z ojcem każdorazowo były wzruszające, zabawne i pełne ciepła. Zapadały w pamięć mocno, ale w zasadzie niełatwo mi wskazać jakiś konkretny moment fabularny czy dialogowy, który wybijałby się na tle reszty. Powieść jest bardzo równa, nie ma tu słabszych i gorszych momentów. Książkę się dosłownie pochłania, a na koniec robi nam się przykro, że to już… koniec. Dlatego powiem po prostu, że moim ulubionym fragmentem jest ten, który zaczyna się na stronie 7, a kończy na 298.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Marta: Tak jak już wspomniałam, Bridget jest zwariowana i urocza jak kiedyś, za co pokochały ją miliony czytelniczek na całym świecie, ale jednocześnie ma w sobie ten niesamowity blask. W końcu jest istotą, która może się o kogoś troszczyć, a jej życie wcale nie kręci się wokół odwiecznego dylematu zadzwoni, nie zadzwoni… Jedną z najzabawniejszych postaci jest dla mnie Daniel w swoim pseudointelektualnym, bełkotliwym wydaniu, za to Mark Darcy jest taki jak zawsze, ale w końcu takiego go kochamy, prawda? Jeśli chodzi o pozostałe postaci, to nie ma tu może żadnych zaskoczeń, ale jest za to dobrze nam znana, przezabawna mieszanka wybuchowa: od pijanych Singielek, przez Dęte Mamuśki aż do ciepłego i kochającego ojca Bridget oraz jej trochę niezrównoważonej psychicznie matki. Czego chcieć więcej?

Sylwia: Tak… Daniel, po którym krytycy dosłownie przejeżdżają walcem – to jest coś! Swoją drogą bardzo się cieszę, że Cleaver nie okazał się jednak facetem, który na wieść o potencjalnym dziecku dojrzewa i zamienia się w odpowiedzialnego faceta. Takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach i filmach, a przecież cykl o Bridget Jones pokazuje bardziej słodko-gorzka prawdę. Oczywiście w zabawny sposób i często przerysowany, ale jednak!

Chciałabym wspomnieć przy okazji natomiast o mamie Bridget, która w końcu po tylu latach naszej z nią znajomości, przestaje – pod wpływem córki – patrzeć wyłącznie na opinię innych ludzi, co skutkuje tym, że spadają jej z oczu ograniczające ją klapki, a horyzonty się rozszerzają. Iluż ludziom (w tym także matkom) przydałaby się taka zmiana!

Wszystkie postaci są oczywiście urocze, zabawne, zadziorne, kochane i prześmieszne – czyli dokładnie takie, jak były zawsze. Co prawda szalonych przyjaciół Bridget było tu nieco mniej niż w poprzednich tomach, ale cóż… nie można mieć wszystkiego. Najważniejsze, że powrócili po latach dokładnie tacy sami – nic nie zmieniło się w nich ani na gorsze, ani na lepsze. Bo przecież kochamy ich takimi, jakimi są… :).

STYL, JĘZYK

Marta: Styl jest bardzo swobodny, ale trudno, żeby był inny, skoro to dziennik Bridget. Dostajemy poważne problemy ubrane w bardzo lekką i zabawną formę, więc całość wypada naprawdę świetnie – trochę humorystycznie, odrobinę wzruszająco.

Sylwia: Na szczęście pisanina Bridget nie straciła na lekkości i świeżości. Prostota jej notatek to jeden z elementów składowych sukcesu tych książek i nie znika w najnowszej części. Mamy tu zarówno długie i pseudofilozoficzne wywody, jak i krótkie notki, pisane minuta po minucie, które rozbawiają nas do łez. Nie wiem jak Ty, ale ja czytałam dwie powieści Fielding spoza cyklu o pannie Jones – Potęgę sławy Rozbuchaną wyobraźnię Olivii Joules – i chyba jednak ta pisarka najlepiej wypada, kiedy posługuje się właśnie luźną formą dzienników. Coś w tym musi być, po wspomnianych książek praktycznie nie pamiętam, a jedyne, co mi przychodzi na myśl, to że były dość nijakie.

Marta: Czytałam obie i rzeczywiście Potęgi sławy nawet nie potrafię streścić, za to Olivia miała dla mnie coś ze znanego i uwielbianego szaleństwa Bridget, więc naprawdę ją lubiłam. Myślę, że chodzi też o to, że na co dzień nie wikłamy się w takie sensacyjne intrygi jak te u panny Joules, ale chyba każda z nas spotkała chociaż jednego totalnego popaprańca. A jak nie, to zazdroszczę, bo ja miałam tę wątpliwą przyjemność całkiem niedawno.

Sylwia: Bardzo możliwe, że również w tym rzecz. Swoją drogą „emocjonalni popaprańcy” to wyrażenie, które od pierwszej lektury Dziennika Bridget Jones na zawsze zagościło w moim słowniku (oczywiście używam go tylko w rozmowach z innymi kobietami…).

WYDANIE

Marta: Okładka ma dla mnie zazwyczaj niewielkie znaczenie, ale przyznaję, że ta jest przepiękna. Mamy akcesoria typowo dziecięce, jak pluszowy króliczek i butelka, a przy tym atrybuty Bridget – buty na obcasie i słynne majtki. Kolorystyka też nie jest bez znaczenia, bo pastelowy róż przeplata się z błękitem, a to w końcu barwy doskonale znane kobietom w ciąży. Różowy dla dziewczynki, niebieski dla chłopca.

Sylwia: Ta okładka pewnie już odstraszyła od księgarnianej wystawy czy półki niejednego faceta ;). Fajny jest też kontrast, jaki grafika tworzy z treścią powieści. Spokojne pastele, dziecięce zabawki tworzą aurę sielanki, ciszy, niezmąconego szczęścia i radosnego oczekiwania. Tymczasem po otwarciu czeka na nas nerwówka, stres, chaos, dowcip i… wielka niewiadoma.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Marta: Zdecydowanie warto. Tak jak już wspomniałam, to powrót do Bridget w najlepszym wydaniu, a nawet pomijając porównania z innymi częściami cyklu – po prostu kawał dobrej literatury kobiecej. I określenie „literatura kobieca” w tym kontekście zdecydowanie nie oznacza prozy niższych lotów, nic z tych rzeczy. Będę zdziwiona, jeśli znajdzie się czytelnik, który nie będzie zadowolony z lektury.

Sylwia: Owszem – warto. Zwłaszcza jeśli zawiedliście się, tak jak my, na poprzedniej części. Niesmak lub rozczarowanie zostaną natychmiast zmazane, pozostawiając satysfakcję z lektury, do której na pewno będę wracać. A teraz, mając na półce Bridget Jones. Dziecko, będę mogła od początku do końca przeczytać pierwszy raz po kolei całą trylogię. Tak, trylogię. Bo Szalejąc za facetem strącam w odmęty niepamięci, nie czuję potrzeby wracać do tej książki i nie uznaję jej za pełnoprawną część cyklu. Za to Dziecko uzupełnia moją kolekcję i poszerza asortyment książek na gwarantowaną poprawę humoru.

Fot.: Zysk i S-ka

PS Zapraszamy również do lektury ciekawostki o filmie Dziennik Bridget Jones, którą znajdziecie tutaj.

Bridget Jones

Write a Review

Opublikowane przez

Marta Nowak

Doktorantka na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Pilnie śledzi wszystkie zmiany zachodzące w sferze literatury i kultury. Książkoholiczka, która ma słabość do dobrej literatury dla dzieci, a od czasu do czasu zajmuje się analizowaniem przekładu literackiego. Uważnie śledzi rozwój polskiej kultury.

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.