Filmy,Oscary 2019,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Green Book” [OSCARY 2019]

green book
green book

Green Book jest nominowany do Oscarów 2019 w pięciu kategoriach. Czy słusznie? Mateusz i Sylwia w ciągu kilku dni byli w kinie na filmie w reżyserii Petera Farrelly’ego już dwukrotnie, a zdarza im się taka sytuacja niezwykle rzadko. Powiedzieć, że są produkcją zauroczeni, to nie powiedzieć niemal nic. Doceniają w niej w zasadzie wszystko – fenomenalne aktorstwo, muzykę zapadającą w pamięć, genialnie napisany scenariusz, chemię między głównymi aktorami, dbałość o to, by humor i wzruszenie przeplatały się ze sobą, a miejscami wręcz na siebie nakładały. Czy to najlepszy film, jaki widzieli w tym roku, który zaczął się przecież całkiem niedawno? Poniżej znajdziecie dyskusję naszych redaktorów na jego temat, ostrzegamy jednak uprzejmie, że znajdziecie w niej głównie zachwyty. Historia żyjącego wśród uprzedzonej na tle rasowym społeczności Tony’ego Lipa, który, by utrzymać rodzinę, zatrudnia się jako kierowca zamożnego i dystyngowanego… czarnoskórego muzyka okazała się niezwykle ciepła, pełna ujmujących scen i angażująca widza w każdej mijającej wraz z seansem minucie. I zanim oskarżycie scenariusz o banał i wtórność, pamiętajcie, że oparto go na prawdziwej historii prawdziwej przyjaźni.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Green Book to jeden z tych filmów, na które czekałem długie miesiące. Ja bardzo lubię tego typu historie i w zasadzie byłem święcie przekonany, że ta produkcja będzie przynajmniej bardzo dobra. Oczywiście wszystko jest kwestią indywidualnego odbioru, ale ja uwielbiam lata sześćdziesiąte w popkulturze, uwielbiam bluesa, intrygują mnie filmy poruszające tematykę segregacji rasowej i tego, jak ludzie do niej podchodzili oraz jak odnajdywali się w takiej rzeczywistości. Jedyny element, który budził mój głęboki niepokój, to osoba reżysera. Peter Farrelly dotychczas bardziej znany był z takich dzieł, jak seria Głupi i głupszy, Płytki facet czy Sposób na blondynkę. Dlatego też bałem się o jakość oraz o wizję świata przedstawionego w Green Book. Na szczęście Farrelly bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i wyszedł mu film genialny.

Sylwia Sekret: Ja z kolei nie nastawiałam się na nic konkretnego, wybierając się do kina. Powiem więcej – nie do końca nawet orientowałam się, o czym Green Book ma opowiadać. Wiedziałam jedynie, że jest nominowany w najważniejszej kategorii oscarowej i byłam ciekawa, co też będzie miał do zaproponowania film, który walczy z bardzo głośnymi i w wielu przypadkach komercyjnymi produkcjami typu Bohemian Rhapsody, Narodziny gwiazdy czy Czarna Pantera (w tę ostatnią nominację nie mogę uwierzyć zresztą do tej pory). Ostatnio mam spore problemy, żeby wysiedzieć w kinowym fotelu bez wiercenia się, bez sprawdzania tego, ile czasu zostało jeszcze do końca seansu, bez poczucia pewnego znużenia – głównie fizycznego. Podczas seansu Green Book – owszem, pokręciłam się trochę, ale jednocześnie już dawno nie siedziałam w kinie tak przykuta do fotela i miałam totalnie gdzieś to, że może mi być niewygodnie. Ten film mógł spokojnie trwać nawet trzy godziny – myślę, że zaangażowanym widzom kompletnie by to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie; a zaangażować się w opowiadaną przez Petera Farrelly’ego historię jest niezwykle łatwo – to po prostu przychodzi samo. Wyszłam z kina oczarowana – zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem.

WADY I ZALETY FILMU

Mateusz: Powiem tak – dla mnie to jest film idealny. Od dnia premiery byłem na nim dwa razy i za drugim razem bawiłem się lepiej niż za pierwszym, mimo tego że za pierwszym z pewną dozą ostrożności, ale jednak, wystawiłem najwyższą notę. Drugi seans utwierdził mnie tylko w słuszności mojej decyzji i z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że to prawdopodobnie najlepszy film, jaki widziałem w 2019 roku. Zresztą, trudno będzie innym produkcjom walczyć o to miano, ponieważ obraz Farrelly’ego tak idealnie ze mną współgra, że trafił do mojego filmowego top 3. Dlatego przykro mi bardzo, ale ja wstrzymuję się od głosu, jeśli chodzi o wady tejże produkcji. Dla mnie Green Book to film idealny.

Sylwia: Mnie również niełatwo będzie wskazać jakiekolwiek wady tej produkcji. Green Book to film, w którym wszystko idealnie ze sobą współgra i wszystko zostało przemyślane od pierwszych scen do samego końca. Nawet początkowe wydarzenia, które później nie mają teoretycznie żadnego wpływu na fabułę jako taką (jak scena z kapeluszem czy wyrzucenie szklanek do kosza), są niezwykle istotne dla zarysowania charakteru jednej z postaci, wprowadzenia widza w jej świat, co później pozwoli nam zrozumieć, jak niełatwą podróżą była w efekcie trasa koncertowa Dona Shirleya – dla każdego z nich. Złośliwi lub malkontenci powiedzą pewnie, że wadami filmu będą jego przewidywalność czy głoszenie prawd, o które nietrudno w niejednym podobnym filmie. Sam motyw dwojga ludzi, którzy spełniają wszystkie warunki do tego, by się nienawidzić, a ich wspólna podróż powinna skończyć się fiaskiem, by w efekcie jednak zaowocować przyjaźnią, nie jest zresztą kinu obca. Być może pojawią się więc głosy mówiące o wtórności, o powtarzalności, braku unikatowości… I być może byłyby nawet na miejscu, gdyby nie dwie sprawy. Po pierwsze ten film jest po prostu genialny i z prostych na pozór elementów tworzy dzieło sztuki, a to nie udaje się każdemu; po drugie Green Book jest inspirowany prawdziwą historią, prawdziwą przyjaźnią i tym, jak się ona zaczęła, zatem wytykanie banału czy wtórności będzie tu po prostu nie na miejscu. Póki co zatem oddaję głos na powrót Mateuszowi.

Mateusz: Wiadomym jest, że teraz będę wymieniał zalety, do których zaliczam… wszystko. Począwszy od problematyki, która była aktualna, jest bardzo aktualna w dzisiejszych czasach i będzie aktualna aż do końca ludzkości. O problematyce pomówimy jednak w innym miejscu, teraz wymienimy kolejno inne plusy tejże produkcji: muzyka? Oj tak, jest cudowna. Aktorstwo? Mistrzostwo świata. Scenariusz? Świetny, lekki, przystępny, z drugiej strony nienachalny i dający szerokie pole do przemyśleń. Zresztą jest to film bazujący na prawdziwej historii Tony’ego Lipa oraz Dona Shirleya, którego współproducentem, współscenarzystą oraz konsultantem był syn Tony’ego – Nick Vellelonga. Scenografia, kostiumy i pozostałe kwestie techniczne? Tu również naprawdę trudno się do czegoś przyczepić.

Sylwia: Wymieniłeś wszystko, co sprawia, że ten film jest tak dobry. Muzyka, aktorstwo, problematyka i jej ujęcie, scenariusz… stoją na najwyższym poziomie i możemy tylko marzyć, by powstawało coraz więcej takich produkcji. Oglądając ten film, czuć, że stworzyli go ludzie nie tylko doskonale rozumiejący problem, który poruszają, ale także kochający kino i pragnący wpływać na ludzkie emocje – i to się udało. Green Book śmieszy i wzrusza w tym samym momencie, co zdarza się bardzo rzadko produkcjom filmowym. To jeden z tych obrazów, które nie poruszają wyłącznie powierzchownie, ale dogłębnie. Wzruszając się na nim, nie mamy poczucia, że zatańczyliśmy tak, jak twórcy nam zagrali, że wzruszyliśmy się dokładnie w tym momencie, bo po to został on napisany i zagrany. Nie, Green Book to film uniwersalny, ale jednocześnie dzieło emocji indywidualnych, bardzo głębokich. Opowiada być może o prostych rzeczach, ale w fenomenalny sposób dociera do samego wnętrza człowieka, a przy tym zachowuje humor, lekkość i realność. I to jest właśnie jego największa zaleta.

PROBLEMATYKA

Mateusz: Green Book to opowieść o niezwykłej (a może właśnie zwykłej?) przyjaźni między Amerykaninem włoskiego pochodzenia, Tonym Vallelongą, a amerykańskim czarnoskórym pianistą, Donem Shirleyem, która zrodziła się między nimi w czasie tournée tego drugiego po południowych Stanach Ameryki na początku lat 60. XX wieku. Tony został wynajęty jako kierowca oraz ochroniarz doktora Shirleya na czas trwania jego ośmiotygodniowej muzycznej podróży po Ameryce. Zamknięci w nowoczesnym Cadillacu mężczyźni będą zmuszeni do znalezienia wspólnego języka, a nie będzie to zadanie łatwe, ponieważ dzieli ich w zasadzie wszystko. Począwszy od społecznej pozycji, majętności, wykształcenia, na poglądach i podejściu do życia kończąc. Przytoczone przeze mnie wcześniej czasy znane były z wciąż trwającej segregacji rasowej i bardzo negatywnie podchodzącego do czarnoskórych Południa, dlatego kluczowa w tej podróży była  tytułowa Zielona Książka –  rodzaj przewodnika dla zmotoryzowanych, podróżujących czarnoskórych mieszkańców Ameryki, w którym zawarto informacje o wszelkich lokacjach przyjaznych dla “kolorowych”, w których mogli czuć się bezpiecznie i swobodnie.

Sylwia: Przyjaźń, rasizm, stereotypowe postrzeganie świata… o tym wszystkim już wspomniałeś. Są to oczywiście sprawy niezwykle ważne i zostały bardzo umiejętnie w filmie poruszone. Warto jednak dodać, że Green Book w dużej mierze porusza również problem hipokryzji. Uderza ona widza niekiedy bardzo mocno i wcale nie tłumaczą jej czasy, w jakich przyszło żyć głównym bohaterom. Fantastycznie została pokazana i podkreślona w kilku scenach (toaleta, kolacja). Warto również wspomnieć o tym, że produkcja  opowiada także o potrzebie przynależności i akceptacji. W pewnym momencie jeden z bohaterów tłumaczy, dlaczego nie jest akceptowany przez żadną w zasadzie społeczność, nawet “swoich ziomków”, jak nazywa ich drugi bohater. Samotność wynikająca z braku przynależności i akceptacji do grupy społecznej czy etnicznej przewija się w zasadzie przez cały film i choć jest ukazana subtelnie, zdajemy sobie z niej sprawę bardzo wyraźnie.

Mateusz: Green Book to film kontrastów. To nie pierwszy obraz, który wykorzystuje właśnie kontrasty, żeby ukazać istotne kwestie, ale jeden z niewielu, który robi to tak udanie, często przedstawiając je wprost, w sposób oczywisty, ale równie często dzieje się to na drugim planie, w jakimś wypowiadanym zdaniu, w gestach… Czasami z kolei dostrzegamy kontrast dopiero w scenie, która występuje kilkanaście minut później. Produkcja, która zdobyła trzy Złote Globy i walczy aż o pięć Oscarów, to uniwersalna opowieść o męskiej przyjaźni, o dobrych i złych ludziach, o chorej ludzkiej polityce oraz mentalności, która narzuciła chore i niczym niepodparte podziały, które nigdy nie powinny mieć miejsca (a które wciąż niestety mają, ale zauważalne są na innych płaszczyznach życia). To także opowieść o stereotypach, utartych frazesach związanych z daną nacją, danym kolorem skóry, daną dzielnicą czy miejscem. To film o biednych i bogatych, o pięknie muzyki, zarówno tej uznawanej za wysoką oraz za masową. Oczywiście jest tych kontrastów i zagadnień znacznie więcej, ale nie będziemy ich przecież tu wymieniać.

Sylwia: Z Twojej powyższej wypowiedzi wynika jedno i najważniejsze – Green Book to opowieść o ludziach, a ponieważ opowieść ta toczy się w skomplikowanych czasach, kiedy wiele spraw dopiero się kształtowało, a wiele umysłów dopiero powoli otwierało, widz otrzymuje opowieść cholernie ciekawą i pouczającą, ale w sposób nie moralizatorski i absolutnie nie nachalny.

NAJLEPSZA SCENA

Mateusz: To niemożliwe, absolutnie niewykonalne, żeby wybrać tylko jeden fragment z filmu, który nieustannie bawi, wzrusza, smuci, złości i intryguje. W mojej głowie jednak przewijają się mocniej niektóre z nich. Zarówno z tych cięższych, jak scena, w której doktor Shirley smaruje siniaki na swojej twarzy brązową pastą do butów. Moment niezwykle wymowny, bolesny i upokarzający. Zarówno dla bohatera, jak i dla oglądającego. Podobnie rzecz ma się ze sceną, w której Shirley wychodzi z samochodu w deszczu. To zdecydowanie Oscarowa scena, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu; jak i z tych lżejszych, jak ta, w której Don Shirley pokazuje barmance Pomarańczowego Ptaka, co potrafi. O, wiem! – albo scena z jedzeniem kurczaka w samochodzie! Albo porady jak pisać romantyczne listy! Mógłbym wymieniać jeszcze wiele scen, bo jak już wspomniałem – ja kocham ten film całym sobą i mógłbym o nim gadać w nieskończoność, ale po pierwsze – nie chcę nikomu psuć zabawy, po drugie, wyszedłby nam z tego zdecydowanie za długi tekst. Generalnie rzecz ujmując – cała ewoluująca relacja między Tonym a Donem to najlepsza scena. Czyli tak naprawdę mowa tu o niemal całym filmie.

Sylwia: Nie dość że wymieniłeś większość genialnych scen, to jeszcze powiedziałeś – z czym oczywiście się zgadzam – że cała ich relacja i sposób jej przedstawienia zasługuje na miano najlepszej sceny. Green Book usiany jest genialnymi momentami, nawet jeśli jest to akurat tylko z pozoru błahy dialog między bohaterami. Niemal każde ujęcie jest tu bardzo ważne i wnosi coś istotnego – jeśli nie dla fabuły, to dla problematyki lub okazuje się pomocne przy zrozumieniu bohaterów. Do tego, co napisałeś, dodałabym jeszcze scenę z zaśmieconym fortepianem, która w moim odczuciu była w pewnym sensie momentem przełomowym, w którym widz zrozumiał, że po pierwsze uprzedzenia Tony’ego są raczej otoczką, a po drugie, że ten mężczyzna, w którego żyłach płynie włoska krew, może i jest prostym człowiekiem, ale ma nie tylko dobre serce, ale również jeśli się do czegoś zobowiązał, to na pewno się z tego wywiąże. No i scena ze szczęśliwym kamyczkiem podbiła moje serce!

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Mateusz: Podobnie jak wszystkie pozostałe elementy składowe filmu Green Book, również bohaterowie to zestawienie kontrastów. Tony “Wara” Vallelonga to pewny siebie mężczyzna włoskiego pochodzenia zamieszkujący Bronx, który większość życia przepracował jako ochroniarz w wielu nowojorskich klubach nocnych, potrafi zatem zarówno zręcznie “wciskać kit”, jak i przywalić pięścią, gdy siła argumentów nie wystarcza. Tony to dobroduszny typ – ma kochającą żonę, dwójkę synów i wielką familię, dlatego próbuje jakoś związać koniec z końcem. Tony jest także uprzedzony rasowo, dlatego gdy otrzymuje ofertę od pewnego tajemniczego doktora, który okazuje się być czarnoskórym muzykiem, a nie doktorem – Wara reaguje niezbyt pozytywnie. Ten poczciwy mężczyzna to także prosty człowiek, który z pewnością nie ma porządnego wykształcenia i do życia podchodzi w sposób bezpośredni – jeśli żyjesz – żyj, jeśli jesz – jedz, jakby to był twój ostatni posiłek, jeśli pracujesz – pracuj. W jego życiu wszystko jest proste i nie ma miejsca na udziwnienia, komplikacje. Masz coś do dodania o naszym gadatliwym Tonym?

Sylwia: Oczywiście, że mam! Wspomniałeś, że Tony jest uprzedzony rasowo… ale ja nie byłabym aż tak stanowcza w wygłaszaniu osądów. Po pierwsze, myślę, że gdyby “Wara” był rasistą w pełnym tego słowa znaczeniu, to jego relacja z Donem nie ewoluowałaby tak szybko… zresztą pewnie w ogóle nie nająłby się jako jego kierowca. Po drugie, przez cały seans miałam nieodparte wrażenie, że – jak już wspomniałam wyżej – uprzedzenia Tony’ego to tylko otoczka. Cała jego włoska rodzina jest negatywnie nastawiona do “bambusów”? Więc Tony również. Jednak wynika to nie z jego osobistych uprzedzeń, a raczej z wpływu rodziny i społeczeństwa, a także z prostego faktu, że zapewne nie miał do tej pory okazji z żadnym czarnoskórym bliżej się zaznajomić. Tony jest typem faceta, który kocha sercem i rozumie rozumem – nigdy na odwrót i zawsze po ludzku. To, że nie jest typem mężczyzny uprzedzonego, pokazuje zresztą scena, kiedy Wara idzie oznajmić spotkanym przypadkowo znajomym, że nie przyjmie ich propozycji, a chwilę wcześniej rozmawia z Donem. Tłumaczy wtedy, że przepracował w nocnych klubach wiele lat i wie, że świat potrafi być… skomplikowany. Nie będę rozwijała tej sceny, nie chcąc zdradzać zbyt wiele z fabuły. Dążę jednak do tego, że choć Tony to prosty, nieposiadający wykształcenia człowiek, to ostatecznie jest w nim więcej mądrości niż w wielu ludziach z “wyższych sfer”, których on i Shirley spotkali podczas swojej podróży.

Mateusz: Po drugiej stronie barykady jest doktor Don Shirley – wyniosły, dystyngowany, wysoko wykształcony czarnoskóry pianista, który jest ceniony na całym świecie za swój muzyczny geniusz. Mieszka nad sceną elitarnej Carnegie Hall, ma służbę, a jego mieszkanie to zbiorowisko antyków i ozdób z całego świata. To samotny, smutny i wyobcowany mężczyzna, który nie potrafi znaleźć sobie miejsca w świecie i swoje kłopoty próbuje zatopić w sporych ilościach alkoholu, pozwalając sobie na niego jednak tylko wieczorami. Ciekawi mnie, co z kolei masz do powiedzenia o doktorze Shirleyu?

Sylwia: Donald Shirley to bardzo ciekawa postać, która – jak słusznie już kilkukrotnie zauważyłeś – jest istnym kontrastem, jeśli zestawimy go z Tonym. To dystyngowany mężczyzna, który wykształceniem, erudycją, bezbłędnymi manierami i strojami pragnie ukryć fakt (głównie sam przed sobą), że jego “bracia” postrzegani są głównie jako służący i nieobyci wieśniacy, jedzący smażonego kurczaka zatłuszczonymi rękami. Don wydaje się na siłę odseparowywać od takiego wizerunku, ale w efekcie nie przynależy do żadnej grupy społecznej, co wraz z brakiem kontaktu z rodziną skutkuje dojmującą samotnością – przyodzianą w kości słoniowe, drogie materiały i oklaski obcych ludzi, ale nadal samotnością.

Wydaje się, że Don i Tony musieli trafić właśnie na siebie – że to był punkt zwrotny w życiu ich obojga. Każdy coś zrozumiał i czegoś się nauczył, jednak… jeśli mam być szczera, wydaje mi się, że więcej (mimo wszystko) z tej wspólnej podróży wyciągnął dystyngowany doktorek aniżeli prostolinijny Tony.

 

AKTORSTWO

Mateusz: Green Book to przede wszystkim aktorskie show Viggo Mortensena i Mahershala Aliego. Chemia między tymi aktorami jest wręcz nieziemska. To dojrzali artyści, którzy doskonale znają swoje możliwości i czuć to w każdej scenie. Mężczyźni świetnie się uzupełniali i jako widz mam poczucie, że aktorsko o siebie dbali, wyciągając z siebie na ekran to, co mają najlepszego w swoich repertuarach. Zdaję sobie sprawę, że mogę brzmieć jak tania akcja marketingowa, ale naprawdę jestem zachwycony tym, co pokazali główni aktorzy tego filmu, ponieważ ewolucja, która zachodzi w każdym z bohaterów, jest niesamowita. Wykonali fenomenalną robotę, tym bardziej że każdy z nich musiał wykazać się na kompletnie odmiennych polach. Mortensen miał pozornie więcej do pokazania, ponieważ jego bohater to człowiek otwarty, bezpośredni i prosty, z kolei bohater Aliego to człowiek zamknięty, sztywny i kompletnie nieszczęśliwy. Nie umiem powiedzieć, który z nich był lepszy. Moim zdaniem nie da się tego zestawić, bo jak już wspomniałem – każdy z nich miał inne rzeczy do pokazania. Gdyby jednak ktoś zmuszał mnie do podjęcia wyboru, to mimo wszystko postawiłbym na Mahershalę, ponieważ na potrzeby filmu musiał nauczyć się grać na fortepianie. Nie chciałbym w tym swoim zachwycie zapomnieć o równie rewelacyjnej Lindzie Cardellini, która zagrała żonę Tony’ego. Dawno nie widziałem roli tak ciepłej, naturalnej i ujmującej. Cardellini potrafi jednym uśmiechem zrobić więcej niż niejedna przereklamowana aktorka młodego pokolenia będąca obecnie na topie.

Sylwia: Casting do tego filmu zasługuje na najgłośniejsze oklaski, podobnie jak ostatecznie aktorstwo. Masz absolutną rację co do tego, że niemal niemożliwością jest wybrać, który z aktorów ostatecznie wypadł lepiej. Ja osobiście jestem totalnie zauroczona kreacją Mortensena. Owszem, miał bardziej “wdzięczną” rolę, ale mnie ujął najbardziej w tych momentach, kiedy niemal niezauważalnie gestykuluje (ach, te włoskie gesty) lub parska śmiechem dosłownie przez krótką sekundę. Udawały mu się te sceny tak niesamowicie naturalnie, jakby grał postać Tony’ego przez całe życie. Z niedowierzaniem sprawdzałam, że aktor wcale nie ma żadnych włoskich korzeni, gdy tymczasem byłam o tym po seansie przekonana! Natomiast Mahershala Ali… no cóż… przy tej roli również dłonie składają się same do oklasków. Zresztą, tak jak powiedziałeś, chemia między tymi aktorami jest niesamowita, a to nie zdarza się każdorazowo. Gdyby role Dona i Tony’ego odegrali aktorzy wybitni, ale tacy, między którymi tej chemii by nie było – film mógłby stracić bardzo wiele ze swojego ciepła i tego łapania za serducho.

Cieszę się, że wspomniałeś również o Lindzie Cardellini, bo choć jej rola siłą rzeczy musiała zniknąć, przysłonięta przez aktorów pierwszoplanowych (choć Ali został uznany za aktora drugoplanowego, co jest niesamowicie dziwne), to kobieta wykonała kawał świetnej roboty, tworząc postać, której już chwilowe pojawienie się na ekranie skutkowało falą ciepła i uśmiechem na twarzy widza.

KWESTIE TECHNICZNE

Mateusz: Muzyka to pierwszy i chyba najbardziej istotny element techniczny tego filmu. Trio Shirleya wykonuje miks między muzyką poważną a jazzem i fragmenty ich koncertów przyjdzie nam usłyszeć w trakcie seansu. I co tu dużo mówić – można nie lubić takiej muzyki, można być z nią nieosłuchanym, ale nie sposób nie zachwycić się tymi aranżacjami oraz wirtuozerią płynącą z trzech instrumentów, wprawionych w ruch przez trzech genialnych muzyków. Zestawieniem dla występów Shirleya jest popularna w tamtych latach muzyka Chubby Checkera, Little Richarda czy Arethy Franklin, czyli czołowych przedstawicieli rock’n’rolla, soulu i bluesa. I w głównej mierze mieszanka takich gatunków muzycznych towarzyszy całemu filmowi i jest to ścieżka przemyślana i zręcznie spięta w spójną całość. Aż żałuję, że obyło się bez nominacji za najlepszą muzykę.

Sylwia: W zasadzie powiedziałeś to, co najważniejsze. Warto zwrócić uwagę również na scenografię, choć oczywiście nie jestem w tym temacie ekspertem, ale myślę, że tło filmu zostało bardzo wiarygodnie oddane, jeśli chodzi o Amerykę lat 60. Knajpy mają niesamowity i niepowtarzalny klimat, a dym papierosowy unosi się niemal wszędzie, czego teraz już (na szczęście) nie uświadczymy. Muzyka to oczywiście klasa sama w sobie – świetnie towarzyszy historii i współgra z nią, nadając jednocześnie odpowiedni ton konkretnym scenom.

OSCAROWE SZANSE

Mateusz: Będzie to z mojej strony nieco nieprofesjonalne, ponieważ nie widziałem jeszcze wszystkich filmów nominowanych w najważniejszej kategorii, ale moim skromnym zdaniem Green Book ma wszystko, żeby zdobyć najważniejszą statuetkę. Tym bardziej że był triumfatorem Złotych Globów, a nie od dziś wiadomo, że jak ktoś wygrywa Złote Globy, to ma 90% szans na zwycięstwo także podczas rozdania Oscarów. Mam też olbrzymie nadzieje, że zarówno Viggo Mortensen jak i Mahershala Ali wyjdą z 91. gali ze swoimi złotymi rycerzami. Wszystko oczywiście wiązać będzie się z tym, jaki kierunek obierze Akademia w tym roku. Jeśli główny nacisk zostanie położony na aspekty polityczne, zwyciężą aktorzy z filmu Vice, jeśli zaś dominować w tym roku będzie tematyka muzyczna, większe szanse będą mieć aktorzy z Narodzin Gwiazdy oraz Bohemian Rhapsody. Trudno oszacować – Ali dostał już Oscara dwa lata temu, co może przemawiać przeciw jego osobie, z kolei Mortensen jakoś wydaje mi się średnio lubiany przez członków Akademii (może przez Władcę Pierścieni?). Jeśli chodzi o najlepszy scenariusz – tutaj konkurencja jest bardzo silna i naprawdę niełatwo to ocenić. Z tych filmów, które już widziałem, to właśnie Green Book podobał mi się najbardziej (także scenariuszowo), ale są osoby, które zarzucają twórcom zbyt lekkie podejście do tematu.

Sylwia: Zbyt lekkie podejście do tematu? Naprawdę? Niekiedy śmieszą mnie te wszystkie opinie – zbyt lekkie podejście, zbyt pompatyczne podejście, zbyt takie, zbyt takie… Na wszystkie świętości!, przecież nie możemy każdego trudnego tematu otaczać taką czcią i powagą, żeby nie można było przy tym zażartować. Czasami człowiek właśnie tak rozładowuje napięcie i sytuację i to jest również absolutnie naturalne. Poza tym nie zapominajmy, że Green Book to opowieść inspirowana prawdziwą historią, a nie zmyślona od zera…

Wróćmy jednak do właściwego tematu. Zatem Oscary. Moim zdaniem w kategorii najlepszy film Green Book po prostu powinien wygrać – bez dwóch zdań. Ten film ma wszystko, owszem, ale nie w takim znaczeniu, że widz czuje, iż dana produkcja została pod Oscary napisana (a z niektórymi nominowanymi tak właśnie jest…). Green Book dociera prosto do serca widza i to jest w nim najważniejsze. Scenariusz oryginalny? Tu również szanse są duże. Co do aktorów natomiast… Niesamowicie krzywdzące jest to, że rola Aliego została uznana za drugoplanową – jak dla mnie ich role są równoważne; z drugiej strony może to i dobrze, bo dzięki temu obydwoje mają szansę na zgarnięcie statuetki i nie muszą ze sobą rywalizować. Za Mortensena będę bardzo mocno trzymała kciuki, zresztą za jego ekranowego partnera tak samo. A to że zgarnął statuetkę niedawno? Mam nadzieję, że akademia nie będzie kierowała się tak irracjonalnymi pobudkami.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Mateusz: Green Book to film, w którym człowiek po prostu się zakochuje. Mortensen i Ali tworzą duet, który zapisze się w historii kina. Inteligentny scenariusz to zręczne i piekielnie udane połączenie kontrastów niemal na każdej możliwej płaszczyźnie. Dzięki temu Green Book to jednocześnie kino ambitne oraz czołowy kandydat do Oscarów. Czego chcieć więcej? Jak już zdążyłem wspomnieć – dzieło Farrelly’ego z miejsca trafiło do grona moich ulubionych filmów. To film kompletny i ja jako widz czuję się absolutnie spełniony.

Sylwia: Ja również… ale jak mogłoby być inaczej? W Green Book zagrało absolutnie wszystko –  muzyka, aktorzy, historia i to ciepło wynikające z tego, że wiemy, iż film oparto na prawdziwej historii, co dodatkowo sprawia, że wychodzimy z kina jeszcze bardziej wzruszeni i podbudowani. Momentami podczas seansu miałam delikatne skojarzenia z filmem Nietykalni, choć Green Book oceniam jednak znacznie wyżej. To niesamowicie mocno oddziałująca na człowieka opowieść o przyjaźni, o drzemiących w człowieku uprzedzeniach, o samotności, o silnej potrzebie akceptacji i przynależności, o ludziach, którzy sami tworzą bariery, które później przez dekady trzeba forsować. To film, który może trafić do serc wielu widzów o różnych upodobaniach filmowych – świetnie napisany i rewelacyjnie zagrany. Mam pewność, że nie jest to filmowa wydmuszka pokroju La La Land (nasz nieprzychylny Wielogłos znajdziecie TUTAJ), o której za parę lat nikt nie będzie pamiętał, lecz dzieło, do którego będzie się wracać i o którym będzie się mówić jeszcze długo po tym, jak otrzyma (mam nadzieję) Oscara w najważniejszej kategorii.

 

Film obejrzeliśmy dzięki Cinema City


Przeczytaj także:

Recenzja filmu Narodziny Gwiazdy

Wielogłos o filmie Vice

Recenzja filmu Bohemian Rhapsody

Recenzja filmu Czarna pantera

Ocena Mateusza10
Ocena Sylwii9
9.5Ocena ogólna