Filmy,Oscary 2020,Wielogłos

Wielogłosem o…: „Historia małżeńska”

historia małżeńska
historia małżeńska

Historia małżeńska to kolejny już film, który możemy obejrzeć na platformie Netflix, nie czekając na jego kinową premierę, nie wydając na bilet, w dodatku siedząc w domowym zaciszu. To również kolejny przypadek, w którym netflixowa produkcja powalczy najprawdopodobniej o Oscara bądź nawet kilka – choć niektóre statuetki zdają się już wręczone. Najnowsze dzieło Noah Baumbacha opowiada o małżeństwie, w którym nie udało się zażegnać kryzysu. I choć początkowo małżonkowie chcieli załatwić formalności szybko, polubownie i bezboleśnie – nie do końca się to udało. Historia małżeńska to historia rozwodu, rozpadu związku i uczuć, od których nie da się uwolnić, podobnie jak od pewnych przyzwyczajeń. Zarówno Magda, jak i Sylwia wystawiają produkcji bardzo wysoką notę. W poniższym Wielogłosie dzielą się swoimi spostrzeżeniami i tłumaczą, dlaczego film tak mocno je poruszył, i które kreacje aktorskie cenią sobie najbardziej. Zapraszamy do lektury!

 

WRAŻENIA OGÓLNE

Sylwia Sekret: Historia małżeńska zdecydowanie wpisuje się w ten typ filmów, które lubię, a o których niektórzy mogą powiedzieć, że są nudne i opowiadają o niczym. I tutaj trzeba wyróżnić dwa takie typy: filmy, które faktycznie nie mają do przekazania zbyt wiele (choć może do pokazania dużo), jak na przykład słynna Roma, i filmy, które tylko pozornie opowiadają o niczym, a tak naprawdę torpedują nas emocjami i problematyką. I właśnie tym drugim rodzajem filmu jest dla mnie Historia małżeńska.

Magda Przepiórka: O, świetnie, że wspomniałaś o Romie w kontekście Historii małżeńskiej – mam podobne wrażenia. Film Cuarona, choć wybitny pod względem wizualnym, cierpi na pewien brak tego nieuchwytnego czegoś, czym produkcja Baumbacha przepełniona jest w zanadrzu. Historia małżeńska to małe wielkie kino o miłości, ciepłe w swej gorzkości, nieprzytłoczone rozwiązaniami technicznymi, na wskroś dojrzałe. Jednocześnie poraża perfekcyjnie wyważonym montażem oraz często surowymi, minimalistycznymi kadrami. Jest to film o może nie do końca gasnącym, ale z pewnością zmieniającym swoją formę uczuciu, które jednak nadal przesycone jest drobnymi gestami, dziejącą się jakby mimochodem, na wpół nieświadomie, naturalną czułością. W końcu jest to kino mówiące o rozwodzie, przedstawiające poszczególne kroki do niego prowadzące, ale i ukazujące, jak cała ta machina zaczyna żonglować wcześniejszymi postanowieniami Nicole i Charliego, jak zmienia ich perspektywy.

WADY I ZALETY FILMU

Sylwia: Na początek wspomnę o tych elementach, które roztrząsać będziemy później, a więc: aktorstwo, praca kamery, scenariusz – te kwestie to niezaprzeczalne zalety filmu Noah Baumbacha. Okej, skoro to mamy już z głowy, przejdźmy do spraw mniej oczywistych. Historia małżeńska to wbrew tytułowi – albo też ze szczególnym jego uwzględnieniem (bo przecież jedyną drogą do rozwodu jest małżeństwo, a za każdym rozwodem skrywa się jakaś małżeńska historia) – historia rozwodu. Rozstania dwojga ludzi i ich sądowej batalii o podział majątku i opiekę nad synem. To także opowieść o tym, jak z „załatwmy to polubownie” za sprawą łasych na zwycięstwo prawników przejść do „moja racja jest najmojsza i chce wziąć wszystko”. To oczywiście ogromny skrót, bo za historią Nicole i Charliego kryją się wspólne lata, marzenia, plany, przeżywane razem niepokoje i ponoszone porażki. I właśnie ten ogrom emocji, którymi bombardowany jest widz, jest największą zaletą tego tytułu. Im mocniej bohaterowie oddalają się od siebie i im ciaśniej owijają ich sobie prawnicy wokół palca, tym wyraźniej widzimy, jak wiele kiedyś dla siebie znaczyli.

Magda: Ten dysonans wzajemnych uczuć i zachowań – to oddalanie się od siebie i jednoczesne powolne uświadamianie sobie tego, jak ważni byli dla siebie nawzajem – o którym mówisz, było jednym z najboleśniejszych dla mnie segmentów Historii małżeńskiej. Ogrom wrażliwości, subtelnych niuansów, niejednoznaczność uczuć, które udało się unieść i roztoczyć po ekranie Baumbachowi, wręcz poraża swoją perfekcją. Wciąż w dużej mierze film jest przykładem produkcji o drodze ku rozwodowi prawiącej, związanych z pielgrzymką tą konsekwencjach, jej cieniach, jak i blaskach; rozwód jest jednak tutaj osobliwą drogą do wzajemnego poznania, do próby przybrania punktu widzenia drugiej osoby – co ani Nicole, ani Charliemu wcześniej się nie udało. Bohaterowie na powolnej drodze do wyniszczenia, stopniowo zaczynają uświadamiać sobie, ile dla siebie znaczyli, ile wciąż znaczą, i ile mogą znaczyć w przyszłości – nawet jeśli ta wzajemna czułość, uczucie pomiędzy nimi nie przybierze już nigdy więcej formy, w jakiej skupione było wcześniej – bo jest to przecież ze wszech miar już niemożliwe.

Natomiast delikatne komediowe rysy – zazwyczaj zresztą umiejscowione w punkt, perfekcyjnie komentujące to, co wewnętrzne i to, co zewnętrzne – ubarwiają historię, ale i nakreślają pewien absurd relacji Nicole i Charliego. Mimo tego, że ich związek został zakończony, dwójka ta nadal jest sobie intensywnie bliska, nadal zna siebie nawzajem, jak nikt inny, nadal potrzebuje, nadal pragnie o siebie dbać. Kłótnia może na moment zaburzyć ich więź, nie jest w stanie jednak pod żadnym względem jej przerwać. Dużym pozytywem jest ukazanie intelektualnego środowiska, acz taplającego się w zdystansowanej zupie, bez krzty pretensjonalności. Na plan pierwszy wyniesione są za to nieporadne, niezręczne żarty, dziwaczność charakterów, ich kompleksy, zaburzone mniemanie o sobie, które nijak się ma czasami do tego, jak odbierane są przez inne stworzenia żywe – wszystko to w tragikomicznym tonie, duchem wczesnego Allena podszyte.

Sylwia: Ogromnym plusem jest także to, że twórca nie tylko nie ocenia stron konfliktu, ale także poniekąd stara się i nas od tego odwieść. Czyli inaczej niż w filmie, od którego trudno jest mi uciec myślami, kiedy rozmyślam o Historii małżeńskiej, a więc podobnej na wielu płaszczyznach Sprawie Kramerów (nawet plakaty są podobne). W dziele z 1979 roku bohater grany przez Dustina Hoffmana szybko zyskiwał sympatię widza, a postać matki, w którą wcieliła się Meryl Streep, była antagonistą, za którego nie trzymaliśmy raczej kciuków. I choć nieudolnego robienia tostów francuskich nijak nie można porównać do niezdarnego opatrywania krwawiącej ręki, to bohaterowie męscy są do siebie w jakiś sposób podobni.

Brak faworyzowania którejś ze stron ma też być może swoje podłoże w tym, że reżyser czerpał wiedzę do filmu z własnego doświadczenia – z rozwodu, który przeżył na własnej skórze. To z kolei nadaje dziełu prawdziwości i tłumaczy, skąd ta emocjonalność i realizm przedstawianych sytuacji, a więc plusy stanowiące o jego świetności.

Magda: Co ciekawe, Noah Baumbach nie tylko sam przeżył rozwód, ale i zmagał się z jego konsekwencjami w dzieciństwie, gdy jego rodzice podjęli decyzję o rozstaniu. Zerwanie jest więc tematem niezmiernie dla reżysera istotnym (jego Walka Żywiołów z 2005 roku porusza podobną tematykę, lecz tam Baumbach, inaczej niż w Historii małżeńskiej, skupia się bardziej na dzieciach, nie zaś na parze). Interesujące jest to, że reżyser przedstawił dotychczas w swoich filmach dwie perspektywy zderzenia się z rozwodem i procesu przechodzenia przez niego – w ujęciu dziecięcym, a więc niepełnym rozumieniu tego, co dzieje się wokół, jak i w ujęciu człowieka dorosłego, pozornie bardziej dojrzałym, lecz często nie do końca jednak świadomym wszystkich możliwych konsekwencji wynikających z każdej, drobnej nawet decyzji, czynu czy wypowiedzianych słów. Można się tutaj pokusić o stwierdzenie, że spory aspekt autobiograficzny w wymienionych produkcjach mógł się pojawić, co widać w tej ogromnej dozie emocjonalności i autentyczności, o których piszesz.

Dla mnie niepodważalną zaletą Historii małżeńskiej jest to, że próżno szukać w niej cynizmu. Celne i dobrze wypunktowane obserwacje codzienności? Zdecydowanie tak, jednak wyzbyte z jakiegokolwiek zbędnego sarkazmu. Złośliwości? Owszem, lecz raczej w perspektywie podkreślającej zróżnicowane osobowości w rodzinie, kontrastujące ich charaktery, unoszące sprzeczności i niedorzeczności ich relacji, które na przekór utrzymują ją w silnych ryzach.

Sylwia: Jeśli chodzi zaś o wady Historii małżeńskiej, to jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, a raczej czego mi zabrakło, to większego zaangażowania syna bohaterów w rozgrywającą się między nimi batalię. Chłopiec będący przecież w oku cyklonu wydaje się w niewielkim stopniu przejmować tym, co dzieje się z jego rodzicami, a więc centrum jego wszechświata. Nie widzimy czy i jakie spustoszenie czyni w nim rozpad małżeństwa mamy i taty. Tego trochę mi zabrakło. Jednak, jak wspomniałaś, reżyser już wcześniej, w innym filmie skupił się na perspektywie dziecka, jeśli chodzi o przeżywanie rozwodu, być może więc nie chciał sam siebie w pewnym stopniu kopiować.

Magda: Trudno mi wymienić tutaj jakiekolwiek wady. Słabe skupienie się na postaci Henry’ego moim zdaniem bardziej pozwoliło scentralizować uwagę na duecie Nicole-Charlie, przyzwyczaić się do nich, poznać, obyć z nimi, choć zgadzam się, że reakcje Henry’ego mogły nie do końca satysfakcjonować. Z drugiej strony można teraz dywagować nad tym, jaką wrażliwość prezentował chłopiec, w jaki sposób została mu wcześniej zarysowana sytuacja – najpierw separacji, potem rozwodu; jak generalnie powolne wprowadzenie w nową rzeczywistość, sposób, w jaki Charlie i Nicole starali się go z nią oswoić, wpłynął na jego późniejsze zachowanie. Po części szkoda, że nie było dane nam zmierzyć się z tym na ekranie.

PROBLEMATYKA

Sylwia: Wiele na ten temat słów już padło, ale też film ten jest taką produkcją, o jakiej trudno cokolwiek powiedzieć w oderwaniu od tematu, jaki porusza. Reżyser nie bez powodu zaczyna swoją historię od tego, że bohaterowie nawzajem wymieniają to, co w sobie kochają. Wstęp, który mógłby rozpoczynać ceremonię ślubną, okazuje się tylko zadaniem wykonanym w ramach terapii. Z czasem widz będzie się nawet zastanawiał, czy to, co wymienione zostało jako zalety drugiej osoby, nie przekształciło się w pewnym momencie w wady. Ostatecznie jednak, w świetle jednej z ostatnich scen, rozumiemy, że te listy pokazują jedynie, iż miłość to cholernie skomplikowana sprawa, a wsadzenie jej w sztywne ramy małżeństwa nie zawsze stanowi gwarancję niezmienności i bezpieczeństwa. Że czasem sama miłość po prostu nie wystarcza.

Magda: Klamra dotycząca czytania listów do siebie, która spina początek i koniec Historii małżeńskiej, jest jedną z bardziej uroczych scen we współczesnej kinematografii. Ukazuje dwoistość natury ludzkiej, delikatnie wskazuje na to, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Tak jak piszesz – to, co kiedyś nas urzekało w drugiej osobie, w pewnym bliżej nieokreślonym momencie zamienić się może w przysłowiową kość niezgody, w problem nie do przeskoczenia. Co interesujące, końcówka filmu raz jeszcze zaburza założenia, a list Nicole do Charliego, który znajduje Henry, przeczytany przez mężczyznę na głos, przywołuje wspomnienia, zdarzenia, momenty, które znów rozpalają tę czułość, czułość w formie wyzbytej z resentymentu, lecz przepełnioną tym jedynym rodzajem sentymentu, za czymś na zawsze już utraconym, za fragmentami życia, których wspomnienia wywołują jednak to, raz jeszcze, jedyne w swoim rodzaju, uczucie wewnętrznego ciepła. Zresztą, cała Historia… utrzymana jest w takim słodko-gorzkim tonie, w którym miłość – w każdej możliwej konfiguracji – odgrywa najważniejszą rolę.

Sylwia: Historia małżeńska w mrocznym świetle ukazuje prawniczy świat, do którego wchodząc, pozbawiamy się wszelkich skrupułów, gotowi na ciosy poniżej pasa. To z kolei przypomina, że o ile małżeństwo to prywatna sprawa, o tyle rozwód jest już mechanizmem państwowym i finansowym, który raz wprawiony w ruch, będzie pracował intensywnie, by w sposób mechaniczny oddzielić mięso tego małżeństwa od kości.

Baumbach już post factum ukazuje, jak bardzo może oddalić się od siebie dwoje kochających się ludzi, jak mogą się rozminąć i z najbliższych sobie jednostek stać się w zasadzie wrogami. A robi to, przypominam, bez wskazywania winnych, podkreślając wręcz, że zamiast winnych mamy tu same ofiary.

Magda: To balansowanie pomiędzy światopoglądem Charliego a Nicole idealnie w całym filmie wybrzmiewa. Pomimo tego, że wraz z rozwojem fabuły zarzuty wobec siebie przybierają na sile i intensywności, Baumbach unika jak może określenia winy, zrzucenia jej na czyjeś barki. Dzięki temu my sami, jako odbiorcy, skupiamy się bardziej na tym, jak poniewierane są postacie, co jest skutkiem zgody na wejście do sądowej machiny, przyjęcia warunków, jakie tam panują, a także walką z ich konsekwencjami. Oddanie władzy i decyzyjności w ręce wynajętych prawników da określone efekty, pozwoli na wygranie rozprawy, wytknięcie błędów, wyrzucenie tlących się wewnątrz oskarżeń, ale i w pewien sposób zainfekuje myślenie, zachowanie Charliego i Nicole. Sprawi, że zaczną działać wbrew swoim wcześniejszym założeniom, w imię… Właśnie, w imię czego?

Bohaterowie Baumbacha często znajdują się w przysłowiowej kropce, nie wiedzą gdzie, po co i jak ze swym życiem zagrać (jak Frances Ha, choć ona w tej niepewności, w niewyraźnej, niepewnej przyszłości nie widzi nic niepokojącego). Może i z Historii małżeńskiej nie bije tak wyraźna niezręczność, jak z Frances Ha, lecz wciąż jest ona wyczuwalna, odbijając się na nas i wpływając na nasze własne poczucie niezręczności. Co się chwali, gdyż odzwierciedla ludzką, nieporadną w swoich zmaganiach, zachowaniach i pozach, rzeczywistość.

NAJBARDZIEJ ZAPADAJĄCA W PAMIĘĆ SCENA

Sylwia: Mam do wymienienia dwie sceny i myślę, że dla nikogo, kto widział film, moje wybory nie będą zaskoczeniem. Pierwszą jest moment kłótni bohaterów. Fantastyczne długie ujęcie, niesamowite emocje i napięcie, kłótnia, która nie wygląda, jak wyssana z palca, podczas której bohaterowie nakręcają się tak, że zaczynają padać słowa, których niemal od razu żałują. Któż z nas nie wpadł nigdy w taką pętlę żalu, nienawiści, agresji i wyrzutów? Chyba każdy choć raz. Rewelacyjnie zagrana i napisana scena. Byłam pod wielkim wrażeniem, oglądając ją. I tutaj również moim zdaniem aktorsko wygrywa Adam Driver. Drugą sceną jest jedna z ostatnich, kiedy ojciec i syn wspólnie czytają. Nie chcę zdradzać więcej, ale to, co zrobił w tej scenie ciemnowłosy aktor, rozwaliło mnie na łopatki.

Magda: Scena kłótni jest przykładem perfekcyjnie zrealizowanego i zagranego momentu filmowego – Scarlett Johansson oraz Adam Driver są tutaj wręcz rozdzierający; spokojna z pozoru próba pojednania, która zamienia się w coraz gorsze, coraz bardziej dotykające i trafiające w czułe miejsca oskarżenia. Niewypowiedziane słowa, które stają się wypowiedzianymi, choć tak naprawdę wcale nie chciały wydostać się na zewnątrz. Samoświadomość bohaterów tego, że przekroczyli pewną granicę, że cofnąć się już tych draśnięć nie da. Mimo tego, że oboje przepraszają – wiedzą, że to tak wcale nie miało być, to tylko nerwy, które ich poniosły, to tylko stres, puste słowa, przecież zapomnimy – to mają świadomość tego, że rzucone w twarz frazy pozostaną już z nimi na zawsze. I choć scena ta rozdziera, to mam w Historii małżeńskiej dwie inne, może przez to, że krótsze, bardziej swą ulotnością zapierające dech. Pierwsza z nich dzieje się zaraz na początku opowiadanej historii – scena, po części niespodziewanego powrotu do domu. Charlie i Nicole znajdują się w barze, w pewnym momencie do Charliego podchodzi współpracownica, kobieta z którą – według podejrzeń Nicole – Charlie miał, czy też dalej ma, romans (jak się później okaże, nie było to tylko błahe, przewrażliwionym rytmem podszyte oskarżenie, teraz jednak nie ma to znaczenia). Nicole wstaje, kamera na nią momentalnie najeżdża, cięcie, Charlie odwraca się w jej kierunku, znów szybkie zbliżenie, tym razem na jego twarz, cięcie. Dwa szybkie, proste zabiegi montażowe, które nadają całości intymnej dynamiczności, znaczenia, które tylko ta dwójka może w tak intensywny, głośny w swej ciszy sposób, wyłapać. Nicole wychodzi, Charlie za nią, wracają do domu – żadne jednak nie wypowiada nawet pojedynczego słowa. Najpiękniejszy emocjonalnie kadr z całego filmu, to moment powrotu metrem: ona siedzi, on stoi naprzeciw niej, tylko patrząc. I tak wracają – razem, a jednak osobno, wciąż w siebie wczepieni, ze sobą spojeni, jednak już nie tak, już nie w ten sposób. Jednocześnie ich ciała, umysły, jakby nie do końca zdają sobie z tego sprawę, wciąż lgnąc i lgnąc do siebie. Dopiero w domu wychodzą z nich pierwsze słowa, z pozoru spokojne, z pozoru neutralne, ale podszyte wewnętrznym poczuciem złości, niesprawiedliwości odnośnie do tego, co się z nimi stało. Druga scena, mniej więcej w połowie filmu, wykorzystuje podobny zabieg montażowy – wspólne zamykanie zepsutej bramy, siłowanie się z nią; duet znów naprzeciw siebie, już po dwóch stronach barykady, jednak na koniec ich spojrzenia na moment, na sekundę spotykają się ze sobą. Kryzys ich związku, a następnie proces rozwodowy zapowiada nadejście nieubłaganej jego apokalipsy, końca, który nie zapowiada kolejnego początku. A nawet jeśli miałoby się to stać w nieokreślonej bliżej przyszłości, to nigdy już w takim kształcie, po jakim dwójka ta poruszała się wcześniej. Jednak spojrzenie to daje nieuchwytną nadzieję na coś – że może kiedyś dwójka ta będzie umieć współpracować, wspólnie egzystować, choć już na całkowicie innych zasadach.

Sylwia: Przeglądając Internet, z ciekawością konfrontując moją opinię o filmie z opiniami innych, spotkałam się z zarzutem, że scena, którą wymieniasz jako drugą (zamykanie bramy), jest spośród kilku innych symbolicznych scen zbyt dosłowna i niepotrzebna. Odstająca w pewien sposób od reszty dzieła. I choć moment ten nie należy może do moich ulubionych, to osobiście się z tym nie zgadzam i myślę, że było w tej scenie tyle symboliki i tyle dosłowności, ile potrzeba.

Pozwolę sobie wymienić także scenę, w której bohater grany przez Drivera śpiewa podczas spotkania ze znajomymi z teatru. Jest to również bardzo mocna scena, a wymieniam ją także dlatego, że zapadła ona najbardziej w pamięć Mateuszowi – redaktorowi, który miał współtworzyć z nami ten tekst, zrezygnował jednak, widząc, jakie rozmiary osiągnął (tekst, nie ów redaktor).

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: Prawda jest taka, że poza Nicole i Charliem trudno kogoś omówić. Oczywiście w filmie nie brakuje postaci drugoplanowych, ale dowiadujemy się o nich tyle, ile pozwala nam widzieć pryzmat rozwodu. Prawnicy są nakręconymi na swoją pracę i zwycięstwo trybikami, mama Nicole jest zagubiona pomiędzy oczywistą miłością do córki a ogromną sympatią do zięcia. Nie ma czasu ani sensu poznawać ich w oderwaniu od tego, co dzieje się z tytułowym małżeństwem. To Nicole i Charlie są dwoma bijącymi żywiołowo sercami tego filmu. I oczywiście, mimo że reżyser robi wszystko, byśmy nie osądzali i nie dzielili naszych sympatii, to dokładnie tak jak w życiu – nie da się tego uniknąć. Ja większym sentymentem darzę Charliego, ale być może wynika to z faktu, że Adama Drivera uwielbiam, odkąd po raz pierwszy zobaczyłam go na ekranie, co miało miejsce przy okazji serialu Dziewczyny. Natomiast za Scarlett Johansson nigdy nie przepadałam i być może stosunek do aktorów odbił się na moim stosunku do postaci. Wpływ na to mogło mieć również to, że wydaje się, iż to Charliemu zostało poświęcone więcej czasu ekranowego. Nie bez znaczenia jest również fakt, że Nicole niemal zawsze widzimy w otoczeniu bliskich. Nawet z prawniczką zaczyna się przyjaźnić. Charlie natomiast jest pozostawiony sam sobie. Wiemy, że nie utrzymuje kontaktów z rodziną i to żona i syn byli dla niego najbliższą familią. Są oczywiście także ludzie z teatru, ale pomimo zapewnień, nie widzimy na ekranie tej więzi z nimi. Co ciekawe, zdrada Charliego zostaje bardzo pobłażliwie potraktowana, niemal zapomniana, a przecież twórcy zazwyczaj tak ochoczo wykorzystują ten wdzięczny temat. Może również dzięki temu Charlie w naszych oczach otrzymuje więcej sympatii, niż to jest potrzebne? Wiemy, że Nicole w otoczeniu rodziny poradzi sobie. Jej były mąż wzbudza w nas natomiast niepokój, czy osamotnienie pozwoli mu przetrwać.

Magda: Tak, zdecydowanie duet Charlie-Nicole jest tutaj dominujący. Jednak w moim przypadku, Baumbachowi udało się coś niezwykłego – dotąd nie pałałam i nadal nie pałam szczególną filmową sympatią do Scarlett Johansson, a w Historii małżeńskiej po raz pierwszy sposób zagrania przez nią postaci może nie tyle zachwycił, ile wzbudził ogromny podziw we mnie. Nicole i Charlie to charaktery pieczołowicie nakreślone, co odbija się pozytywnie na ich odbiorze. Nie zawsze zgadzam się z ich decyzjami, poglądami czy zachowaniami, jednak dzięki reżyserowi i aktorom, duetowi temu kibicuje z całego serca, o dziwo – czym sama byłam zaskoczona – przez większość czasu bezstronnie (choć muszę przyznać, że momentami szala przechylała się na stronę Nicole).

Co do postaci drugoplanowych, zdecydowanie pragnę wyróżnić – pomimo sporego dysonansu w odbiorze – prawniczkę Norę Fanshaw, która prezentuje wbrew pierwszemu wrażeniu, osobowość złożoną. Nora to, podobnie jak prawnik Jay, dążąca po trupach do celu osoba, dla której chwała i sukces są założeniami napędzającymi ją w życiu. Jednakże parę krótkich momentów pokazuje, że i ona miała kiedyś swe młodzieńcze ideały, które zapoczątkowały jej karierę i pozwoliły wzbić się na wymarzony – w jej interpretacji – szczyt. Z kolei scena wyboru dań na lunch, która przerywa negocjacje rozwodowe, pokazuje, że praca jest tylko pracą, a pod płaszczykiem codziennych masek i kreacji kryją się zwyczajni ludzie – a gdy przychodzi do tematu jedzenia, kurtyna ta opada i w końcu możemy sobie swobodnie pożartować, porozmawiać. Jednak tylko na chwilę, na minut parę, bo potem trzeba już wracać do swych wyuczonych ról.

AKTORSTWO

Sylwia: Scarlett Johansson gra rewelacyjnie, a Adam Driver przechodzi samego siebie. Tak w dużym skrócie mogę opisać ten duet. Znana z  Niewiarygodnych Merritt Wever zagrała świetnie, choć miała tylko jedną niedługą scenę. Nie przekonała mnie natomiast nominowana za tę rolę do Złotych Globów Laura Dern. Nie dość, że gra w każdej scenie tak samo, to w dodatku wtórnie, bo nie zobaczyłam w jej wykonaniu nic, czego nie pokazałaby w Wielkich Kłamstewkach. Ba!, momentami zastanawiałam się, czy w serialu HBO Dern również nie grała prawniczki – tak te kreacje były dla mnie podobne.

Magda: Zdecydowane tak – odnośnie do gry Johansson. Dla mnie jest to chyba najlepsza rola w całej jej karierze, w dodatku nieirytująca (pokazuje, jak wiele możliwości i pokłady różnorodnych środków filmowych mieści się w jej osobie). Scarlett i Driver napromieniowani są autentycznością, swobodą poruszania się na ekranie, co tym bardziej budzi podziw, że aktorzy musieli ściśle opierać się na skrypcie scenariusza Baumbacha bez szans na improwizację. A taki, chociażby, monolog Nicole w trakcie pierwszego spotkania z prawniczką Norą zachwyca i daje poczucie totalnej wręcz improwizacji, tak naturalnie jest to przedstawione (kolejna ciekawostka: Johansson w trakcie realizacji Historii małżeńskiej sama przechodziła przez rozstanie i skutkujący nim rozwód, dlatego też scena ta, jak i inne, nabierać mogą kolejnych znaczeń w znaczeniach).

Co do Merritt Wever, o której wspominasz, to faktycznie – pomimo małego czasu ekranowego, jej rola zapadła mi najbardziej, poza duetem Nicole-Charlie i  samą Norą, w pamięć. Zresztą miałam podobnie z Julie Hagerty wcielającą się w postać matki Nicole. Wątek siostry i matki wprowadził sporo dobrego humoru, często opartego wyłącznie na gestach, grze ciałem, „nieokrzesaniu” postaci. Warto również tutaj wspomnieć charakterny powrót Ray’a Liotty jako prawnika Jaya. Można by określić go jako męską wersję Nory, granej przez Dern, ale daje on i wiele od siebie, nie pozwalając o tej małej roli szybko zapomnieć. No i właśnie: Laura Dern. Ambiwalentny stosunek mam, gdy myślę sobie o jej roli. Można zarzucić, że Laura jest w niej po prostu Laurą, nie wychodzi poza swoje emploi, jest wręcz kopią postaci z Wielkich kłamstewek. Jednakże Dern roztacza wokół siebie ten swój autorski urok, niepodrabialną aurę „dernowości”, na którą ja niestety nie jestem odporna. Aktorka jest tutaj wtórna – wtórność ta może drażnić, wywoływać zmęczenie, z drugiej strony charyzma Dern nie daje za wygraną, tchnąc życie w – wydawałoby się – już wyraźnie wyeksploatowany model postaci.

KWESTIE TECHNICZNE

Sylwia: Zastanawiam się, o co chodzi, ale gdyby nie samochody, telefony i tego typu techniczne wynalazki, byłabym pewna, że jest to film, którego akcja dzieje się kilkadziesiąt lat wstecz. Bohaterowie nie ubierają się współcześnie, ich domy nie są urządzone nowocześnie, a kolorystyka filmu, lekko wyblakły i jakby ziarnisty obraz sama nasuwa skojarzenie z innyni latami. Może się mylę, a wzrok splatał mi figla, ale  to wrażenie towarzyszyło mi przez cały seans.

Magda: Oglądając filmy Baumbacha, mam nieodparte wrażenie, jakby czas zatrzymał się w nich w miejscu. Czy jest to jego debiut Kicking and screaming, czy Frances Ha, czy właśnie Historia małżeńska – wszystko wydaje się zachowane, dziejące się w jednej linii czasowej. Zauroczył mnie montaż (za który odpowiada Jennifer Lame, odpowiedzialna za, między innymi: Frances Ha czy Manchester by the Sea) w tym filmie, proste rozwiązania dające najlepsze efekty – punkty skupiające uwagę czy klasyczna zasada 180 stopni, ale i sporo kompozycji zrównoważonych nadawało w filmie każdemu obiektowi istotnego „ciężaru”. Z kolei zdjęcia skąpane w reżyserskiej stylistyce atakują odbiorcę diaboliczną wręcz perfekcyjnością, kontrastując ze sobą bohaterów i przedmioty w ich otoczeniu. Często małe, zamknięte kadry nadają poszczególnym scenom intymności, prywatności, poczucia, jakbyśmy wkraczali w kameralny, poufały świat bohaterów.

Sylwia: Na uwagę zasługują także długie, bardzo długie ujęcia, które wymagały od aktorów skupienia i ciężkiej pracy. Przynoszą one jednak efekt, który był tego wart. To bowiem te długie ujęcia, robią na nas największe wrażenie. Swoje robią też bardzo powolne, niemal niezauważalne, zbliżenia. Kamera wręcz skrada się do aktorów, co świetnie buduje napięcie i tworzy intymny klimat.

OSCAROWE SZANSE

Sylwia: Niestety, ale jest już niemal pewne, że Oscara za główną rolę męską otrzyma filmowy Joker, czyli Joaquin Phoenix. Co prawda tego filmu nie wiedziałam, ale szkoda, że Driver nie będzie miał szans, bo jego rola jest naprawdę wyśmienita. Podobnie zresztą jak Johansson.  Nie przepadam za nią, ale tym filmem udowodniła mi, że nie muszę jej lubić, by docenić. Myślę, że Historia małżeńska może liczyć na sporo nominacji – film, reżyser, dwie główne role, scenariusz, być może muzyka…

Patrząc po Złotych globach, również Laura Dern ma szansę na nominację, co dla mnie akurat jest niezrozumiałe.

Magda: Historii małżeńskiej nie prognozuję za dużych oscarowych szans. Pewnie, Johansson prawdopodobnie zgarnie nominację za swoją rolę, podobnie jak Driver, lecz wątpię, aby któreś z nich miało tę konkurencję wygrać. W głównej roli męskiej, jak piszesz, pewnie będzie to Joaquin, w głównej roli damskiej, trudno mi stwierdzić, choć spore szanse ma sama Renée Zellweger za rolę w Judy – wszak powszechnie wiadomo, że Hollywood kocha się w takich kinowych powrotach i powstaniach z kolan po upadkach. Co do Laury Dern – nie wiem, czy nominację otrzymać powinna, jest to rola dobra, acz powtarzalna. Chyba byłabym już bardziej skora do wręczenia nominacji Merritt Wever za jej krótki, ale intensywny występ w Historii... Można się i pokusić o nadzieję na wygraną w kategorii Najlepszy scenariusz oryginalny, bo dla mnie jest to skrypt perfekcyjnie rozpisany.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Sylwia: Historia małżeńska to film, do którego – zdawałoby się – scenariusz pisało po prostu życie. I coś w tym jest, bo reżyser miał jakoby czerpać doświadczenia i inspiracje z własnego rozwodu. To taka uwspółcześniona Sprawa Kramerów i nie ma w tym stwierdzeniu faworyzowania żadnego z tych dwóch filmów, tak jak Baumbach nie faworyzuje ani Nicole, ani Charliego. To jedynie dowód na to, że takich Kramerów i Barberów jest na świecie cała masa. Takich małżeństw i takich rozwodów. Bo Historia małżeńska to przede wszystkim bardzo ludzki film i myślę, że większość z nas znajdzie w nim choć jeden krótki moment, podczas którego będzie mógł utożsamić się z którymś z bohaterów.

Magda: Historia małżeńska to najdojrzalszy film Noah. W swojej autentyczności, szczerości, codziennej rutynie, rzeczach ważnych i z pozoru mniej ważnych, rodzinie, skomplikowanych relacjach, które wiążą najbliższych – i choć nie zawsze ułatwiają komunikację, to w niektórych chwilach są w stanie zdziałać „niezdziałalne”. To również film i o tym, jak dorastając, stajemy się coraz to bardziej podobni do swych rodzicieli, zazwyczaj nieświadomie przejmując ich cechy – tym bardziej to bolesne, gdy uświadamiamy sobie, że także i te najgorsze, wzbudzające w nas odrazę, pogardę, wstyd, niepokój. Dzieje się to codziennie, niecodziennie jednak jest to na tak ujmującej drodze ukazane. Idąc dalej – Historia małżeńska to opowieść o końcu. O niewyobrażalnym sobie wcześniej przez żadną z postaci finale, który jednocześnie nie jest klasycznym końcem, zerwaniem totalnym, absolutnym. Nicole i Charlie są ze sobą tak złączeni, choć i – jak odkrywają – niedopasowani, że czysta nienawiść do siebie nawzajem jest emocją w ich przypadku niemożliwą. W końcu Historia małżeńska to szczera opowieść o miłości, o związku, który wciąż jest nią przepełniony, ale para go tworząca już nie wie, jak ma dalej współegzystować. To historia o dwójce ludzi, która nie potrafi już być ze sobą razem. A może nigdy nie potrafiła? Historia małżeńska mówi o meandrach życiowych w prostych słowach, acz dojmującej formie. Mówi o czymś nieuchwytnym, o tym, co jest pomiędzy i jest tak ciężkie do wyłapania, podkreślenia. Mówi o chwilach ulotnych – i to, jak o nich mówi, czyni ją małym wielkim filmem.

Fot.: Netflix

Podobne wpisy:

Ocena Sylwii9
Ocena Magdy9
9Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *