Filmy,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Hobbit: Bitwa Pięciu Armii”

Peter Jackson ostatecznie zakończył swoją przygodę z ekranizacją tolkienowskiego Hobbita. Czy ostatnią częścią trylogii, Bitwą Pięciu Armii, pozytywnie zaskoczył, utrzymał poziom, czy może zawiódł wytrwale czekających na kolejną część widzów? Choć zdania jak zawsze są podzielone, to w jednym jesteśmy zgodni: Bitwa Pięciu Armii to najsłabsza część trylogii, mimo wspaniałych krajobrazów i wciąż genialnych (tu się niekiedy kłócimy) aktorów. Zanim przejdziemy dalej, musimy Was ostrzec, Drodzy Czytelnicy, że poniższa dyskusja może zawierać śladowe (a raczej ogromne) ilości spoilerów ;).

WRAŻENIA OGÓLNE

Michał Bębenek: Zwieńczenie wielkiego widowiska Petera Jacksona robi wrażenie, niestety głównie wizualne. Z tego też względu, jeśli tylko macie okazję, polecam obejrzeć ten film w formacie IMAX.

Jakub Pożarowszczyk: Pozytywne. Nie jest to kino wielkie, nie jest to kino godne trylogii Władcy Pierścieni (chociaż Randal ze Sprzedawców uważa, że jest tylko jedna trylogia – Gwiezdne Wojny część 4-6). Dobra zabawa, ot co. Masa efektów specjalnych, dynamicznych scen, zwrotów akcji. Po prostu blockbuster w Śródziemiu.

Sylwia Sekret: Jeśli film ma robić wrażenie tylko ze względu na to, gdzie zostanie obejrzany, to nie wiem, czy ma to jakikolwiek sens. Ale, ale! Nie o tym miałam mówić. Wrażenia ogólne mam mieszane, bo o ile film nie był zły, o tyle w porównaniu z pozostałymi częściami wypada nieco blado.

Mateusz Cyra: Moim zdaniem Bitwa Pięciu Armii nie powinna była w ogóle powstawać. Oglądało się to przyzwoicie, pewne rzeczy trzymały wyznaczony przez Jacksona oraz ekipę twórców poziom, ale w tym filmie było tyle mankamentów, że ja jestem bardziej związany z przeciwnikami ostatniej części hobbitowej trylogii.

HTBOTFA-TRLR-0009

PLUSY I MINUSY FILMU

Michał: Plusem trzeciego Hobbita jest oczywiście to, z czego słyną wszystkie tolkienowskie adaptacje „made in New Zealand”. Wspaniałe plenery i rewolucyjne efekty specjalne. Minusem są niemiłosierne rozciągania akcji i dokładanie zupełnie niepotrzebnych, w ogóle nie występujących w książce, wątków.

Jakub: Plusem jest niewątpliwie pokazanie wątków spoza książki, będących tym samym wprowadzeniem do Władcy Pierścieni, jak walka z Czarnoksiężnikiem w Dol Guldur. Taki zabieg powoduje z miejsca, że tolkienowskie ekranizacje Petera Jacksona stają się swoistą zamkniętą heksalogią.

Minusy to, rzeczywiście, kilka bezsensownych i nic niewnoszących do fabuły postaci, jak Alfrid czy niestety elfka Tauriel, która, mimo że nawet urodziwa, irytowała swoim uczuciem do krasnoluda Filiego (a może Kiliego?). No cóż, swoisty gender i erotyka międzygatunkowa zawędrowała także do Śródziemia.

Sylwia: Kiliego :). Swoja drogą, brakowało mi jeszcze trzeciego brata, na którego wołaliby Gili: Gili! Gili…!

Plusem, jak wspomniał Michał, są krajobrazy, szeroko rozumiane widoki i efekty, choć w tych ostatnich, w pewnym momencie (wszyscy wiemy, w którym) twórcy nieco przesadzili. Minusem jest oczywiście – zgadzam się tutaj z Kubą – wątek miłosny;  totalnie zbędny i, no cóż…po prostu żałosny. Poza tym – podtytuł, który mnie osobiście wprowadził w błąd (do tej pory nie mogę się doliczyć piątej armii), a także kilka scen, które sprawiły, że obraz Petera Jacksona obniżył loty całej trylogii.

Mateusz: Plusy filmu? W dalszym ciągu dobra muzyka, pieszczące oczy krajobrazy, Ian McKellen jak zwykle w dobrej formie, no i… początkowe oraz końcowe 15 minut. Właśnie o jedyne pół godziny wystarczyło wydłużyć Pustkowie Smauga, żeby zakończyć ekranizację Hobbita z klasą.

Minusy? O jejku… Od wygibasów podrasowanego komputerowo Legolasa, przez “durny” wątek miłosny (Tolkien pewnie przewraca się w grobie), na kompletnym zatraceniu magii wcześniejszych części oraz niektórych efektach specjalnych tak słabych, że w zębach trzeszczało, kończąc. Jak tak teraz o tym myślę, to się zastanawiam, czemu ja na Filmwebie wystawiłem temu filmowi ocenę 6/10…

NAJLEPSZA SCENA

Michał: Przybycie armii krasnoludów pod wodzą Daina Żelaznej Stopy jadącego na wielkiej świni i mówiącego ze szkockim akcentem (w tej roli świetny Billy Connolly, rodowity Szkot).

Jakub: Szczerze mówiąc, trudno wyróżnić taką scenę, ale chyba będzie to moment w filmie, gdzie w jednym ujęciu widzimy Ian McKellena, Christophera Lee, Hugo Weavinga i jak zawsze fenomenalną Galadrielę – Cate Blanchett. Chodzi oczywiście o potyczkę z Czarnoksiężnikiem w Dol Guldur.

Sylwia: Mnie ujęła scena, już po tytułowej bitwie, kiedy po śmierci Thorina, Bilbo i Gandalf siedzieli obok siebie, a czarodziej wyciągnął fajkę – ujmujące, naprawdę :).

Mateusz: Myślę, myślę i myślę… I nic konkretnego mi nie przychodzi do głowy. Film nie był tragiczny, ale jakoś wielu scen, które byłyby warte wspomnienia, to nie pamiętam. Generalnie z różnych względów zgadzam się z Waszymi typami, ale sam nie dodam chyba nic nowego.

NAJGORSZA SCENA

Michał: W tej kategorii załapały się co najmniej dwie sceny (prawdopodobnie byłoby więcej, ale akurat te dwie utkwiły najlepiej w mojej pamięci). Pierwsza to fragment tytułowej Bitwy Pięciu Armii, kiedy zaczynają pojawiać się coraz to nowe strony konfliktu i kolejne stwory. W momencie kiedy do akcji wkraczają robakołaki (sic!), na moich ustach zagościło niewypowiedziane „co to k…a jest?!”. Jednak niezastąpiony Dain podsumował to lepiej, rzucając krótkie „Przesada”. Jakby tego było mało, w późniejszym etapie bitwy, kiedy do walki przyłączają się wielkie orły, jeszcze było to do przełknięcia, ale gdy z grzbietu jednego z nich zeskoczył Beorn, parsknąłem śmiechem. Drugą najgorszą sceną była walka Thorina z Azogiem, a konkretnie jej końcówka, kiedy rzekomo pokonany ork płynie pod lodem. Któż z Was zupełnie nie spodziewał się, że brzydal otworzy oczy i wyskoczy spod lodu? Nikt się nie zgłasza? Tak też myślałem ;).

Jakub: Legolas skaczący po spadającym w otchłań gruzie mostu, na którym walczył z Bolgiem. I każda scena, gdzie okazują sobie miłość nawzajem Tauriel z tym… no… młodym krasnoludem, nie pamiętam już którym.

Sylwia: Kilim ;). Nie będę z Wami polemizowała, chłopaki. Walka Thorina z Azogiem i te myśli widzów – no kiedy on w końcu otworzy te oczy i go „niespodziewanie” zaatakuje? – bezcenne. Natomiast a propos tego, o czym wspomina Kuba – skaczący po gruzach mostu Legolas – zastanawiam się jak, przy takim budżecie i takich efektach można było spieprzyć tę scenę? Nie oszukujmy się – było to po prostu żałosne i założę się, że ja i, siedzący obok mnie w kinie, Mateusz nie byliśmy jedynymi, którzy parsknęli wtedy śmiechem.

Co do Tauriel – nic nie poradzę na to, że podczas seansu widziałam w niej tylko Kate z Zagubionych. Nie pomagało również to, że sceny z jej udziałem, można by było bez szwanku dla filmu – a wręcz przeciwnie – wyciąć. Moment umierania jej ukochanego Kiliego, kiedy kamera co chwila przeskakiwała z niej jęczącej na niego wzdychającego, był po prostu beznadziejny.  Poza tym, serio, jak długo można wydawać ostatnie tchnienie?!

HBT2-037477r

Mateusz: Po raz kolejny mnie wyprzedziliście i napisaliście wszystko to, co mi przeszkadzało w filmie. Najgorszy był oczywiście upiększony komputerowo Legolas (któremu nawet to nie pomogło) z całą gamą idiotycznych zachowań. Już lot na nietoperzu był żałosny, ale łamanie grawitacji rodem z kreskówek z serii Looney Tunes, to już było przegięcie roku. Ogólnie mój główny zarzut – będący jednym wielkim minusem – do tej części to: spłaszczenie fabuły do maksimum, skupienie się w znacznej mierze na efektach specjalnych, wpychanie niemalże wszędzie CGI (Computer Generated Imagery).

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE

Michał: Dziury fabularne to kwintesencja tego filmu. Wszystkie niepotrzebne, dołączone na siłę wątki były jedną wielką dziurą fabularną, z wątkiem romantycznym Tauriela – Kili, na czele. Jedyny dołożony wątek, który w miarę mi się podobał, to rozwinięcie tematu Saurona i widowiskowa walka w ruinach Dol Guldur (kto by pomyślał, że wiekowy Saruman może tak śmigać).

Jakub: A propos tego, o czym wspomina Michał: Saruman w czasie akcji Hobbita miał pewne jakieś 2000 lat (przypłynął do Śródziemia ok. 1000 roku Trzeciej Ery), więc formy i długowieczności pozazdrościć. Jednak brakuje mu trochę do Elronda pamiętającego doskonale Drugą Erę. Co do fabuły natomiast, to całość oceniam nisko. Masa dziur, braku logiki, przeskakiwania z wątku na wątek. Na szczęście Bitwa Pięciu Armii uratowała sprawę całego filmu, chociaż bitwa sama w sobie, porównując ją, chociażby do sceny obrony Helmowego Jaru, nie porywa – jest momentami chaotyczna i z czasem człowiek w tym bitewnym zgiełku gubi się po prostu.

Sylwia: Jak już wspomniałam – gdzie do cholery była piąta armia? Bo, jeśli liczyć różne dziwne rzeczy i zwierzęta, to wyjdzie nam więcej niż pięć armii, a jeśli wliczać ich nie będziemy – pozostają nadal cztery. Na początku myślałam, że piątą armią będą te całe robakołaki, jednak – czego nie rozumiem do tej pory – po spektakularnym w zamierzeniu wypełznięciu spod ziemi – zostały w reszcie filmu całkowicie pominięte. Po prostu świetnie. A nie mogli tak zamiast o robakołakach zapomnieć o elfce zakochanej w krasnoludzie? No nie mogli, no.

Mateusz: Bitwa Pięciu Armii to jedna wielka dziura fabularna. Film został uszyty bardzo grubymi nićmi i ewidentnie widać, że został zrobiony na modłę filmów o superbohaterach, którymi tak się “jara” teraz znaczna większość popcornożerców. Do tego stopnia, że czekałem tylko aż ktoś gdzieś zawiesi dumnie powiewającą flagę Stanów Zjednoczonych.

EFEKTY SPECJALNE/SPRAWY TECHNICZNE

HTBOTFA-FP-0001

Michał: Twórcy efektów specjalnych przez te wszystkie lata pracy nad obiema trylogiami doszli w swoim fachu do perfekcji. Można śmiało powiedzieć, że udało im się ożywić świat Tolkiena. Dużym ułatwieniem był tutaj też dobór plenerów. Kiedy twórcy wpadli na pomysł kręcenia w Nowej Zelandii, był to strzał w dziesiątkę. Zastanawiam się teraz, kiedy ten kraj oficjalnie zmieni nazwę na Śródziemie ;).

Jakub: Fabuły prawie nie ma, ale wizualnie ten film to potęga. No i te nowozelandzkie krajobrazy. Liczę, że Bagiński chociażby w 1/10 rozsławi ponure polskie bory i lasy w swojej ekranizacji Wiedźmina, tak jak to Jackson zrobił z Nową Zelandią.

Sylwia: Robi wrażenie – owszem, będę się jednak trzymała tradycji i ocenę efektów specjalnych pozostawię mężczyznom.

Mateusz: Panowie, szanujcie się. Aż tak dobry ten film wizualnie nie był. Dowodem walka Legolasa z Bolgiem, o której już wcześniej wspominał chyba każdy z nas. Cóż z tego, że ostatni Hobbit był kręcony ponad dekadę po ostatnim Władcy Pierścieni, jeśli niektóre efekty specjalne nadal wyglądają mocno średnio? Mam wrażenie, że 90% efektów zostało zrobionych z niezwykłą dbałością, ale pozostałe 10% robili albo praktykanci, albo po prostu komuś coś się pomyliło.

AKTORSTWO 

Michał: Trzy nazwiska – Martin Freeman, Richard Armitage i Benedict Cumberbatch (czyli Bilbo, Thorin i Smaug). Ci panowie dźwigali na swoich barkach ciężar tego filmu. Szkoda tylko, że dokończenie wątku smoka zajęło tyle czasu, że spokojnie można było to umieścić w końcówce drugiej części. Freeman nie tyle grał Bilbo, co po prostu nim był. Idealny dobór aktora, lepszy nawet niż jego stara wersja w wykonaniu Iana Holma. Armitage doskonale odegrał irytujące meandry popadającego w szaleństwo Thorina. Natomiast Cumberbatch, mimo że był tylko głosem, zagrał lepiej niż większość obsady tego filmu.

Złota Malina należy się za to Orlando Bloomowi. Legolas w jego wykonaniu nie miał w sobie już nic z tej lekkości znanej z Władcy Pierścieni.

Jakub: Drugoplanowi – jak zawsze w takich filmach. Przyjemnie się patrzy na aktorów, jak: Ian McKellen, Cate Blanchett, Stephen Fry (zgadnijcie kogo zagrał!), Luke Evans (Bard Łucznik) czy nawet hipnotyzujący podobno żeńską część publiczności – Lee Pace (Thranduil). Pochwalić należy Martina Freemana, zdecydowanie najlepszego aktora wśród wszystkich hobbitów w Śródziemiu.

HBT3-066142r

Nie byłem rozczarowany specjalnie czyimś aktorstwem. No może współczesny Legolas grany przez Orlando Blooma wydawał się przez całą trylogię strasznym sztywniakiem. Richard Armitage też mnie nie przekonał kreacją Thorina Dębowej Tarczy. Oczywiście, wyglądał dumnie, jak prawdziwy władca Krasnoludów, jednak nie porwał mnie swoją rolą, szczególnie, że postać Thorina stwarzała olbrzymie możliwości.

Sylwia: Ja natomiast nie rozumiem zachwytów nad rolą Cate Blanchett. Nie mówię, że zagrała źle, ale mnie osobiście irytowała jej ciągle jedna mina, która całą postać sprowadziła do kobiety z zatwardzeniem. Hm… czy elfy w ogóle mogą mieć zatwardzenie?

HTBOTFA-TRLR2-0005

Jako skrawek żeńskiej części publiczności czuję się w obowiązku zabrać głos i powiedzieć: Lee Pace, serio? Może nie aktor, ale postać grana przez niego była obrzydliwa. W ogóle aktorzy grający elfy, chyba za bardzo skupili się na tym, żeby odgrywać postaci dumne, wyprostowane i godne. W związku z czym często wychodziły im osobistości – narcystyczne, które połknęły kij od szczotki i może byłyby wiarygodne, gdyby nie to, że każda jedna była zbyt podobna do kolejnego i poprzedniego elfa. Nie to, co Liv Tyler. A od Thranduila dużo bardziej, hm… przyciągał mój (żeński przecież) wzrok Bard, Pogromca Smoka.

Natomiast Martin Freeman i Ian McKellen to klasy same w sobie. Sceny z tą dwójką zawsze wywoływały uśmiech na mojej twarzy. Choć w Bitwie Pięciu Armii zarówno jednego, jak i drugiego było stanowczo za mało.

Mateusz: Sylwia napisała to, o czym ja miałem wspomnieć. Elfy w „Hobbicie” były zwyczajnie najsłabsze. Podobnie również jak ona – nigdy nie rozumiałem fenomenu Cate Blanchett w roli Galadrieli. Krasnoludy (nawet jeśli nie jestem w stanie ich rozróżnić) spełniały swoją rolę – tam, gdzie było trzeba, były zabawne. Niesamowicie irytował mnie Alfrid z tym swoim wiecznym tchórzostwem, ale on akurat miał taki być, dlatego brawa dla Ryana Gage’a za dobrą kreację (i nie mam tu na myśli tej kiecki, którą założył w pewnej scenie). Reszta – poza lapidarną wzmianką żeńskiej części naszej dyskusji – nie zwróciła uwagi na Barda, który mi osobiście przypadł do gustu i mam nadzieję, że Luke Evans dostanie teraz więcej ról, bo drzemie w nim spory potencjał.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Michał: W kwestii postaci, dużym niedopatrzeniem było dla mnie ignorowanie większej części kompanii krasnoludów. Fabuła skupiała się na tych najbardziej charakterystycznych, a pozostali zupełnie ginęli w tle. Mówiąc obrazowo – mając przed nosem zdjęcie Drużyny Pierścienia, ile z postaci potraficie nazwać? Podejrzewam, że większość odpowie – wszystkie. Mając zdjęcie krasnoludzkiej drużyny z Hobbita, ilu z nich uda Wam się wymienić z imienia? No wiadomo, jest Thorin, jest Kili, bo zrobili z niego przystojniaka z wątkiem miłosnym, jest Fili, jego brat, ten siwy to Balin, gruby to Bombur, eee… Dwalin? Gloin? Ale który jest który?! A kim są ci pozostali? Hmm, no właśnie. Znając książkę, masz szansę znać imiona wszystkich, ale też nie dopasujesz ich do twarzy. Nie znając, książki widzisz tylko, że jakieś tam krasnoludy biegają w tle za Thorinem.

Sylwia: Gdzieżby tam – Kili nie był przystojny.

Jakub: Thranduil. Wielki władca elfiego królestwa robił wrażenie za każdym razem, pojawiając się na ekranie. Dumny, wyniosły, budzący natychmiastowy respekt, zadufany, pewny siebie – bardzo dobra kreacja Lee Pace’a. Ponadto mile mnie zaskoczyła postać Radagasta Brązowego, o którym z kart powieści Tolkiena było wiadomo tyle, że jest czarodziejem pilnującym przyrody i żyjącym zgodnie z naturą. W Hobbicie doprawdy w sposób interesujący i zabawny rozwinięto tę postać, która jak się okazało, odegrała istotną rolę w akcji filmu.

HBT3-073131r

Sylwia: Nie rozumiem, dlaczego twórcy ostatecznie zrobili z Thorina Dębowej Tarczy idiotę. Nie mówię o momentach jego zaślepienia, kiedy to zapomniał o swoich walczących towarzyszach czy o obietnicy złożonej ludziom z Miasta na Jeziorze – to było dobre, potrzebne, naprawdę przyzwoicie zagrane i choć krasnoludzkie, to takie…ludzkie. Ale scena, która ostatecznie doprowadza do jego śmierci? No błagam! Z dumnego, walecznego, odważnego i – co ważne – inteligentnego krasnoludzkiego przywódcy zrobili durnia, który umiera przez własną głupotę, w sposób beznadziejny i banalny. Jakbym mogła, weszłabym w ekran podczas tej sceny i pacnęła go w głowę, kiedy tak stał, niemalże z rozdziawioną gębą, nad przepływającym pod lodem orkiem.

Tak się zdenerwowałam na samo wspomnienie, że nie chcę mi się już pisać o innych postaciach.

Mateusz: Bard to jedna z lepszych postaci w Bitwie Pięciu Armii. Odniosłem też wrażenie, że Jackson zrobił z niego człowieka najbardziej wiernego tolkienowskim założeniom tego, jacy mają być ludzie. Jak dla mnie Bard spokojnie mógłby znaleźć się w Drużynie Pierścienia jako wsparcie Aragorna i Boromira. Przyjemnie oglądało się wszelkie sceny z jego udziałem. No i – co by nie mówić – w końcu to pogromca Smauga.

HTBOTFA-TRLR-0007

PODSUMOWANIE TRYLOGII 

Michał: Trylogia, która w ogóle nie powinna być trylogią, o dziwo wypada całkiem dobrze. Mimo tych wszystkich niedopatrzeń, dziur i zapychaczy, miło było co roku oczekiwać na premierę kolejnej części filmu z uniwersum Tolkiena. Jednak Hobbit jako całość zdecydowanie nie dorasta do pięt Władcy Pierścieni. Ciekawe czy teraz już Jackson przestanie męczyć biednego J.R.R., czy też może wpadnie mu do głowy realizacja serialu na podstawie Silmarilionu ;).

Jakub: No cóż. Mieliśmy trylogię Władcy Pierścieni. Mamy trylogię Hobbita. Czekam na oddzielną heksalogię Silmarillionu i kilkusezonowy serial na podstawie Niedokończonych Opowieści ze spin-offem w postaci Dzieci Hurina. A tak na poważnie – nowa trylogia Jacksona, to bardzo dobre kino rozrywkowe i niestety nic ponadto. Obawiam się, że jeden, dwa seanse wystarczą mi na całe życie, w przeciwieństwie do Władcy…, do którego staram się wracać raz na rok i nigdy mi się nie nudzi.

Mateusz: Pierwsza część była świetna, jeśli nie rewelacyjna. Najwierniej oddawała ducha książki i była – po prostu – ciepłym filmem. Druga część zaczynała odkrywać przed widzami coraz więcej mankamentów, ale ratował ją niezwykle charyzmatyczny i perfekcyjnie odegrany Smaug (Benedict Cumberbatch – uwielbiam Cię za to!) oraz finałowa piosenka. I see fire uważam za najlepszą piosenkę ze wszystkich sześciu filmów związanych ze Śródziemiem. Niestety ostatnia część to już ewidentne dmuchanie balonika bez większego celu i ostatnia część wyszła najgorzej, pozostawiając niestety po sobie pustkę i niesmak. Bitwa Pięciu Armii to film, z którego zadowoleni wyjdą tylko ci widzowie, których Peter Jackson zdoła oczarować licznymi efektami specjalnymi, morzem ognia oraz armii, które tak naprawdę są niczym więcej jak tylko zręcznym „kopiuj-wklej”. Dlatego, taktując całość jako trylogię, wrażenia mam dobre, mimo końcowego zawodu. Niestety nie jest to Władca Pierścieni. Chociaż jakbym miał wybierać, to wolałbym, żeby filmy z podtytułem Drużyna Pierścienia, Dwie Wieże oraz Powrót Króla powstały teraz, nie dekadę temu.

HTBOTFA-TRLR-0016

Sylwia: Fakt – w Bitwie Pięciu Armii z niecierpliwością wyczekiwałam końcowego utworu muzycznego, mając w pamięci rewelacyjne I see fire. Niestety były tylko jakieś smęty. Co do całej trylogii natomiast – pamiętam, że po obejrzeniu pierwszej części Hobbita, byłam niezwykle zaskoczona i film podobał mi się bardziej niż trylogia Władcy Pierścieni. Po obejrzeniu Bitwy Pięciu Armii sama już nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. To, co nadal wyróżnia tę ekranizację, to dużo lepszy niż Frodo hobbit. Będę tęskniła za Bilbo i dziękuję mu za to, że teraz wszyscy już wiedzą, że nie trzeba być wysokim, żeby być kimś ;).

[buybox-widget category=”movie” name=”Hobbit: Bitwa Pięciu Armii” info=”Peter Jackson”]

Fot.: forumfilm.pl

Podobne wpisy:

Komentarze: 2

  1. Michał Bębenek 21 stycznia, 2015 at 14:20 Odpowiedz

    Taka ciekawostka dotycząca piosenki końcowej z “Bitwy pięciu armii” (która, oczywiście, zgadzam się nie dorastała do pięt “I See Fire”). Otóż, wykonawcą tej piosenki był Billy Boyd, czyli Pippin z “Władcy Pierścieni”. ;)

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *