Seriale,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Kidding”, sezon 1

Kidding
Kidding

Jeśli czytacie to w roku 2019 i do waszych zainteresowań zalicza się hurtowe oglądanie produkcji małego ekranu, to pierwszym słowem, jakie ciśnie się na usta w temacie seriali, jest Netflix. Cała masa premier miesiąc w miesiąc, wszystkiego do wyboru, do koloru! Tylko czy ilość idzie w parze z jakością? I tutaj już pojawia się problem, bowiem w całym tym netflixowym potoku nowości, ostatecznie niewiele produkcji okazuje się być rasowymi hitami wartymi uwagi. Zupełnie inaczej rzecz ma się u największego konkurenta amerykańskiej platformy, czyli w szeregach HBO. Tutaj rocznie tytułów przybywa nieporównywalnie mniej, jednak jakościowo – trzeba to sobie szczerze powiedzieć – różnica jest dosyć spora. W samym 2018 roku znakiem HBO sygnowane były takie przeboje jak ekranizacja bestsellerowej powieści Ostre przedmioty, pokręcone, a zarazem przekomiczne Killing Eve, kolejna ekranizacja, tym razem z Benedictem Cumerbatchem, czyli Patrick Melrose, czy choćby największy wygrany rodzimej sceny – Ślepnąc od świateł. I jeśli myśleliście, że to najlepsze, co dało nam HBO w zeszłym roku, to najwyraźniej nie oglądaliście jeszcze powrotu na mały ekran Jima Carreya w niepowtarzalnym Kidding! Jeden z najbardziej rozpoznawalnych aktorów-komików w historii wrócił w roli legendarnego gospodarza dziecięcych programów edukacyjnych, którego życie to niekończące się pasmo porażek; sam bohater zbywa je natomiast nadludzką wiarą w drugiego człowieka. Zachęciło Was to wystarczająco do sięgnięcia po jeden z najlepszych telewizyjnych obrazów ostatnich miesięcy? Jeśli nie, istnieje spora szansa, iż poniższy tekst zmieni Wasze zdanie.


WRAŻENIA OGÓLNE

Przemek Kowalski: Kidding, wbrew temu, co sugerować mogą kolorowe plakaty promujące i uśmiechnięta buzia Jima Carreya, to serial niezwykle smutny i dosyć ciężki w odbiorze. Główny bohater to podziwiany w Ameryce (oraz na całym świecie) prezenter telewizyjnego, edukacyjnego programu dla dzieci – Pan Pickles (w tej roli oczywiście Carrey). Poznajemy go w najtrudniejszym w życiu momencie – kilka miesięcy wcześniej w wypadku samochodowym zginął jeden z jego synów (bliźniaków), Phil. A jakby tego było mało, żona zostawiła go dla kolegi z pracy. Podziwiany przez wszystkich Jeff Pickles (świetna scena, kiedy to złodzieje w nocy kradną jego auto spod apartamentu, rozmontowują je na części, a gdy orientują się, do kogo samochód należy, składają wszystko do kupy i odstawiają na miejsce tak, że właściciel nie orientuje się nawet, iż auto zniknęło) to naprawdę dusza człowiek – opłaca leczenie człowieka, który bądź co bądź zabił mu syna, do wszystkich uśmiecha się i pragnie im pomóc. W środku jednak trawi go żałoba, której nijak nie może dać upustu. Zaczynają narastać w nim gniew oraz frustracja, które wraz z przemiłym sposobem bycia Picklesa stanowią mieszankę wybuchową i z całą pewnością wartą obejrzenia.

Patryk Wolski: Kidding cieszy mnie z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że traktuję ten serial jako wielki powrót Jima Carreya, który – takie przynajmniej odnoszę wrażenie – od kilku lat nie miał w czym się pokazać szerszej publiczności. Zbyt często wracałem do starszych produkcji mniej lub bardziej poważnych, w których zagrał. Bo wiadomo, że to aktor kojarzony głównie z komediami, ale miał kilka wybitnych ról dramatycznych. Po drugie, to jest czarna komedia, a ja lubię czarne komedie. Tak więc komediowo-dramatyczny Carrey ma szansę w jednej produkcji spotkać te dwa światy jednocześnie? Bomba! A po trzecie – to bardzo dobry serial jest.

WADY I ZALETY SERIALU

Patryk: Serial nie pieści się z widzem i od samego początku zalewa go wieloma wątkami –  tymi humorystycznymi, ale również tymi smutnymi i dramatycznymi. Znam osoby, które po pierwszym odcinku uznały, że to będzie zbyt ciężki serial. I oczywiście rozumiem ich obawy – przecież od razu się dowiadujemy, że syn Jeffa zginął w wypadku, przez co rozpadło się jego małżeństwo; żeby tego było mało, jego małżonka się od niego odsunęła, więc Pan Pickles mieszka w małej kanciapie obok imprezujących studentów. Małżeństwo jego siostry też przeżywa trudny okres… to tylko wierzchołek góry lodowej. Nie wiem, czy Ty odniosłeś takie wrażenie, ale absurdalny czasami humor w jakiś sposób rozmontowuje te przykre sytuacje, wymuszając salwy niekontrolowanego śmiechu. Są momenty dojmująco smutne, owszem – ale nie sprawiają one, że człowiek chce się zwinąć w kłębek i płakać. Tak więc zarzut o skrajnej depresyjności serialu muszę ze swojej perspektywy odrzucić.

Podobało mi się również to, w jaki sposób serial stopniowo ewoluuje. Przyznam się, że gdzieś w połowie sezonu poczułem lekką irytację, że nic tu się nie będzie już działo, że twórcy będą w kółko klepać tę samą formułkę – Jeff chce nadal być częścią rodziny ale nie może, więc jest smutny, a jego najbliżsi martwią się bardziej o przyszłość programu niż o losy Pana Picklesa. Tym bardziej że produkcja jego show to w zasadzie interes rodzinny, natomiast ojciec Jeffa wprost myśli o jego odsunięciu. Ale serial zaczął się coraz bardziej dogrzebywać do strasznie zagmatwanych relacji rodzinnych “rodu Picklesów” i robiło się coraz ciekawiej. Przełomowy był dla mnie ósmy odcinek, który całkowicie zmienił moją perspektywę postrzegania rodzinnego dramatu Jeffa.

Przemek: Zacznę od odniesienia się do depresyjności serialu i jego dojrzewaniu z każdym odcinkiem. Ja również gdzieś w okolicach piątego epizodu odczułem „znudzenie”, choć nie do końca to słowo oddaje moje uczucia. Było rzeczywiście gdzieś w połowie sezonu pytanie o to, czy ten serial w ogóle ewoluuje, i na szczęście, tak się właśnie dzieje, bowiem drugą połowę pierwszej odsłony ogląda się z zapartym tchem, a ostatnie sceny trzech ostatnich odcinków zostawiają widza za każdym razem ze szczęką na podłodze.

Co zaś tyczy się smutku w Kidding, to – tak jak mówisz – są momenty, kiedy człowiek chce się zwinąć w kłębek i najlepiej jeszcze possać kciuka, tak niesprawiedliwy jest los dla Jeffa. Generalnie sytuacja wygląda tak, że za każdy dobry uczynek, zrodzony z najczystszych pobudek, życie odpłaca głównemu bohaterowi dwoma kopniakami w tyłek. Mimo to przebijające się gdzieś spod spodu poczucie humoru oraz – przede wszystkim – siła ducha Picklesa każą nam wierzyć, że gdzieś będzie sprawiedliwość, a i do ekranu można się niekiedy uśmiechnąć.

NAJLEPSZY ODCINEK/ SCENA

Przemek: Trudno wybrać najlepszy odcinek czy konkretną scenę. Ogólnie powiedzieć mogę, iż mnie bardziej do gustu przypadła druga część pierwszej (nie wątpię, że powstaną kolejne) serii, kiedy to frustracja granego przez Carreya bohatera osiąga punkt kulminacyjny, a prowadzą do niego kolejne małe „zdarzenia”, jak chociażby „oskubanie” z piór papugi, swej następczyni. Odcinki od piątego w górę to prawdziwe perełki i właściwie w każdym znajduje się scena bądź kilka, na których widz wstrzymuje oddech. Cudowna inscenizacja dla umierającej na raka Vivian (odcinek szósty – The Cookie), scena podczas rodzinnie spędzanego Święta Dziękczynienia (odcinek ósmy – Philliam) czy też finałowe sceny z dwóch ostatnich epizodów, kolejno LT Pickles oraz Some Day, których treści nie mogę niestety zdradzić, by nikomu nie psuć zabawy. Momentów wartych odnotowania jest zresztą w Kidding całe mnóstwo, a większość z nich bazuje na zasadzie „równowagi w naturze” – jeśli pojawia się życie, musi nastąpić i śmierć, a dobry uczynek wyrównywany jest przez ten zły. O tym zresztą więcej poniżej, podczas omawiania postaci Jeffa Picklesa.

Patryk: Masz rację, wybór jest praktycznie niemożliwy, bo serial może się poszczycić kilkoma scenami, które mocno zapadają w pamięć. Absurdalne zachowanie Vivian i rodziny Jeffa podczas Święta Dziękczynienia było niesamowitą bombą emocji, aczkolwiek ja najlepiej wspominam właśnie cały odcinek ósmy, kiedy mamy szansę zobaczyć żyjącego jeszcze Phila. Bo nagle okazuje się, że dotychczas irytujący Will był oczkiem w głowie ojca, natomiast martwy już Phil sprawiał problemy. Oglądanie tego odcinka gotowało moją głowę, bo tyle dotychczasowych przekonań musiało się zmienić. Zacząłem rozumieć, dlaczego Will po śmierci brata zachowuje się tak, a nie inaczej; Jeff oprócz żałoby odczuwa również żal do siebie, że jego relacje z synem nie były lepsze i teraz nie ma szans ich naprawić. A jeśli chodzi o sceny? W sumie zakończenia trzech ostatnich odcinków były tak “mocarne”, że musiałem zbierać szczękę z podłogi. Zwłaszcza w dziewiątym – chyba z pół godziny nie mogłem przestać zadawać sobie pytanie: “oni naprawdę to zrobili?!”.

Przemek: Przyznaję, że odcinek, o którym mówisz, czyli ten, w którym poznajemy rodzinę sprzed tragedii, a zwłaszcza dwóch synów, podczas gdy obydwaj wciąż żyją, a nie tylko jeden z nich, rzuca inne światło na Willa, który do tego momentu wydaje się być tylko i wyłącznie – że tak się wyrażę – nieznośnym bachorem. Wspomniany epizod zadaje również wiele kluczowych pytań, jednak – jeśli mam być szczery – Will, albo będąc bardziej precyzyjnym, aktor, który się w niego wciela, strasznie działa mi na nerwy. Nawet po odkryciach z odcinka flashbackowego, nie potrafiłem polubić tego chłopca.

NAJGORSZY ODCINEK/ SCENA

Patryk: Powiem szczerze, że na nic nie mam pomysłu. Wspomniałem o tym, że mniej więcej w połowie zacząłem odczuwać nudę i irytację, ale nie umiem tego wytłumaczyć jakąś konkretną sceną czy konkretnym odcinkiem. Kidding na szczęście jest na tyle dobre, że nie obniżyło lotów na dłuższy czas podczas trwania sezonu. Zgadzasz się?

Przemek: W tym momencie mogę się wyłącznie podpisać pod Twoimi słowami, gdyż mam dokładnie takie same odczucia względem Kidding. Nie da rady wskazać najsłabszej części, nawet jeśli za taką trzeba by uznać pewnie odcinki 4 i 5, przy których obaj poczuliśmy znużenie, jednak i one coś w sobie zawierały, coś co sumarycznie zamknęło się w spójną całość.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Przemek: Przyznam szczerze, że tak smutnego obrazu jednego człowieka nie widziałem chyba jeszcze nigdy w życiu. Jeff Pickles to dobry, naprawdę dobry facet z zasadami i złotym sercem, jednak życie co rusz jakby chciało mu pokazać, że za każdy dobry uczynek, za każdy krok do przodu, czeka go policzek i dwa kroki w tył. Wszystko to gotuje się w nim, aż wreszcie bańka zaczyna pękać, tak jak i sam bohater.

Patryk: Muszę powiedzieć, że postać Jeffa wciąż pozostaje zagadką. Podejmuje on czasami tak niezrozumiałe decyzje, że często zastanawiałem się nad jego normalnością. I nie mam na myśli tego, że od momentu śmierci Phila coś mu się potrzaskało w głowie i stał się niezrównoważonym człowiekiem. Nie wiem, czy pamiętasz drobną scenę z meczu hokejowego, kiedy to mały Jeff stracił kontrolę nad swoim gniewem, rzucił się na gracza drużyny przeciwnej i zaczął go po prostu tłuc. Czy już wtedy Jeff był osobą niestabilną emocjonalnie, a obsadzenie go w roli Pana Picklesa było sposobem na utemperowanie jego złości, jednocześnie z możliwością pełnej kontroli przez ojca? Sam przyznasz, że w serialu i później Jeff miał momenty, kiedy jego chorobliwa życzliwość nagle ustępowała złości. Bo przecież poza tym wygląda on na osobę aż za miłą, ślepo wierzącą w ludzką dobroć. Czasami zdaje się być naiwny jak dziecko, które nie potrafi przewidzieć złej natury człowieka.

Przemek: Kurcze, muszę przyznać, że mocno mnie zaskoczyłeś! W sumie sam siebie również zaskoczyłem tym, że na to nie wpadłem! Kompletnie nie zwróciłem uwagi na to, że być może Jeff rzeczywiście obsadzony został w swojej roli, by utemperować jego porywcze ciągoty. Pamiętam jednak scenę z lodowiska i meczu hokeja, choć z mojej perspektywy była to czysta złość na ojca; odebrałem tę scenę na zasadzie pokazania konfliktu pomiędzy ojcem a synem od wczesnego dzieciństwa. Prawdą jednak może być Twoja teoria i kiedy tak myślę z perspektywy czasu, to chyba faktycznie coś jest na rzeczy. Ogólnie odnośnie rozchwiania emocjonalnego Jeffa najbardziej znamienna była dla mnie akcja z papugą i tu też nie wiem, jak to zinterpretować, gdy  Jeff ukradł papugę, następnie wcisnął ją bodajże do rozdrabniarki (co sugerowało, że zabił ptaka), ostatecznie oddał papugę… bez piór. Co Ty na to, Patryku?

Patryk: Ta scena to tylko kolejne potwierdzenie mojej tezy, że Jeff ma bardziej skomplikowane problemy psychiczne niż “zwykła” depresja po utracie syna.

Na uwagę zasługuje w tym kontekście również ojciec Jeffa, który pełni funkcję kierownika produkcji, decydującego o kolejnych odcinkach i akcjach promujących markę Pana Picklesa. Bowiem nie ma co się oszukiwać, że jest to chodliwy towar, znany na całym świecie i uwielbiany zarówno przez dzieci, jak i dorosłych pamiętających swoje lata młodości. Sebastian, pomimo że często rozmawia z synem i martwi się jego zachowaniem, cały czas również myśli cyferkami i kalkuluje, aby burzliwe zachowanie syna nie odbiło się na jakości produktu. Chociaż jako postać był opanowany, ostatecznie wydał mi się być surowym ojcem, który kocha swoje dziecko, ale nigdy mu wprost tego nie powie; uważa, że sama chłodno okazywana troska wystarczy, aby wspierać swojego syna. Tym piękniejsza była scena, gdy w finałowym odcinku to on powiedział do Jeffa: “teraz ty mów”.

Przemek: Fakt, ten “gest” chwycił za serce!

Co do pozostałych postaci to wypadałoby jeszcze wspomnieć o jego siostrze, byłej żonie oraz nowym facecie byłej żony (i tutaj nie będę może spoilerował, ale Patryk wie, co miałbym na myśli, puszczając w tym momencie oczko w kontekście owego faceta, ostatniej sceny pierwszego sezonu i wątku stabilności psychicznej głównego bohatera). Odnośnie pań – choć początkowo nie trawiłem Jill (w tej roli Judy Greer), z czasem zyskała moją sympatię, bo summa summarum wspierała byłego męża i z całą pewnością w jakiś pokręcony sposób go kocha. Z kolei siostra Jeffa to, obok samego głównego bohatera, najbardziej dramatyczna z postaci, choć do teraz nie wiem, jak ją odbierać.

AKTORSTWO

Przemek: Pierwszą, główną i najważniejszą postacią serialu jest oczywiście grany przez Jima Carreya, Jeff Pickles, postać, z obsadzeniem której twórcy nie mogli chyba lepiej trafić, bowiem sam Carrey jest w oczach masowego odbiorcy poniekąd takim właśnie Panem Picklesem. Aktor kojarzony głównie z ról w komediach niskich lotów pokroju Psiego detektywa czy Głupiego i głupszego (osobiście przyznaję, iż mnie w czasach, gdy wymieniane produkcje zyskiwały popularność, strasznie podobał się tego typu humor), prywatnie nie jest i nigdy nie był typem śmieszka (co tyczy się zresztą większości komików, spytajcie o Robina Williamsa), a antydepresanty, jak sam wyznał, łyka garściami. Bycie etatowym żartownisiem to, jak się jednak okazuje, wbrew pozorom, niełatwe zadanie. Łatkę jajcarza próbował odkleić kilkukrotnie, często z powodzeniem (najlepszymi przykładami będą chyba Truman show oraz Człowiek z księżyca), jednak w głowach milionów widzów Jim Carrey to wciąż Ace Ventura z Psiego detektywa. I oto pojawia się Kidding. Świetnie odegrana i zapadająca w pamięć rola, za którą należą się Jimowi Carreyowi wszelkie możliwe nagrody!

Patryk: Rola Jima Carreya to faktycznie majstersztyk i przy tak wyśmienitym występie, pochłaniającym wręcz ekran, trudno wyróżnić innych aktorów grających w Kidding. Co wcale nie oznacza, że odstępują oni znacznie od ogólnego poziomu serialu. To taka produkcja, w której humor przebija się przez warstwy dramatycznych wydarzeń i aktorzy nie mogą być krystalicznie komediowi, dlatego też docenić należy, że swoją grą nie przekłamali obrazu, którym w zamierzeniu miał być ten serial. Pomimo absurdalnych scen, które bardzo łatwo byłoby zepsuć przedramatyzowaniem, cała ekipa wykazuje się profesjonalnym aktorstwem, które nie wytrąca widza z przeświadczenia, że ma do czynienia z projektem, mającym zarówno bawić, jak i łapać za serce. I tyczy się to zarówno aktorów dorosłych, jak i dziecięcych – jak bardzo by Will nas nie denerwował, to wcielający się w niego Cole Allen świetnie się spisał w roli rozdartego nastolatka, który poprzez bunt stara się wymazać z serca rodzinną tragedię. Masz jakieś spostrzeżenia odnośnie do innych aktorów?

Przemek: W zasadzie to mogę się jedynie podpisać. Oprócz Carreya niełatwo kogokolwiek wyróżnić, choć tak jak mówisz, nie jest to ani wadą serialu, ani też nie świadczy o niskim poziomie aktorstwa. Każdy tutaj wpasowuje się idealnie w obraz całości, niektórzy czasami irytują, drudzy są bardziej zabawni, jeszcze inni srodzy, ale jako całość uzupełniają się genialnie.

Patryk: No i nie zapomnijmy o świetnej roli Vivian, w którą wcieliła się Ginger Gonzaga. Aktorka bardzo wiarygodnie odegrała osobę, która zmagając się ze śmiertelną chorobą, chce z życia wyciągnąć, co się jeszcze da. Stworzyła z Jimem Carreyem świetny duet, który przecież w pewnym momencie był bardzo intymny i – mimo tego, jak się skończył – radosny. Wielokrotnie mordka mi się cieszyła, gdy widziałem szczęśliwego Jeffa z Vivian u boku.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Patryk: Kidding to świetny serial, który finał miał taki, że nie wyobrażam sobie kolejnych losów Pana Picklesa. Tym bardziej że w warstwie interpersonalnej serial zrobił tak dużo, że atmosfera zagęściła się do niebotycznych rozmiarów. Jest to serial o smutnych wydarzeniach, ale tonujący wszystko równie szalonym poczuciem humoru. Nie mówiąc już o tym, że błyszczący na ekranie Jim Carrey powrócił w pełnej chwale – daje z siebie wszystko, aktorsko daje mistrzowski popis i przyćmiewa innych aktorów, chociaż oddajmy pozostałej obsadzie to, że gra na tyle dobrze, że nie mamy poczucia, że Carrey spotkał się na planie z amatorami.

Przemek: Kidding to z całą pewnością jeden z najlepszych seriali ubiegłego roku i biorę za te słowa pełną odpowiedzialność. To swego rodzaju fenomen, którego pierwszy odcinek robi wielkie nadzieje, sygnalizując zarazem, czego tak naprawdę możemy się spodziewać, później następuje moment jakiejś nazwijmy to “irytacji” na tę historię i pytania, czy to w ogóle dokądś zmierza. I nagle BUM – od drugiej połowy sezonu numer jeden nie sposób się oderwać, a finałowe sceny ostatnich odcinków wbijają w fotel! Wszystko zostało świetnie zagrane i – zabrzmi to banalnie – pięknie opowiedziane. Trochę to baśń, trochę moralizatorska historyjka, sporo tu dramatu, trudnych tematów oraz… śmiechu. Mógłbym tak wymieniać dalej ale zakończę szczerym: Kidding to serialowa perełka.

Serial Kidding obejrzycie w serwisie HBO GO


Przeczytaj także:

Zakurzony projektor #1: Truman Show