Audiobooki,Książki,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Kolekcjoner kości”

Mamy dobrą wiadomość dla fanów Jeffreya Deavera oraz książek audio – wreszcie jest pierwszy polski audiobook najpopularniejszego cyklu amerykańskiego autora! Kto do tej pory nie miał okazji bądź chęci, żeby zapoznać się z twórczością Deavera, Kolekcjoner kości będzie dobrym dziełem na start. Mamy szczere nadzieje, że w najbliższej przyszłości pojawią się kolejne tomy, ponieważ uważamy, że przygody Lincolna Rhyme’a oraz Amelii Sachs są warte uwagi, a ponoć każdy kolejny tom jest tylko lepszy od poprzedniego. Dziś zapraszamy Was do lektury Wielogłosu, w którym rozmwiamy o tym, jak wypadł w naszych oczach Kolekcjoner kości i jak ta historia sprawdza się w formie audiobooka.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Z amerykańskim pisarzem miałem już styczność kilka lat temu, kiedy to czytałem powieść Puste krzesło, która– jak się okazało – jest trzecim tomem cyklu Lincoln Rhyme. Jak się okazało – znajomość poprzednich tomów nie była mi niezbędna, ale wiedziałem, że część rzeczy mi umknęło. Dlatego gdy zobaczyłem, że na stronie Audioteki.pl w dziale nowości jest dostępny pierwszy tom przygód – Kolekcjoner kości – sparaliżowanego detektywa z Nowego Jorku nie wahałem się ani chwili, ponieważ już od dawien dawna chciałem przyswoić sobie serię, która przysporzyła Jeffreyowi Deaverowi największą popularność, ale jakoś nie było wcześniej okazji. Po lekturze Kolekcjonera kości nie jestem zawiedziony, ale też nie mogę wprost powiedzieć, bym był zachwycony. Niby obyło się bez zgrzytów i nic tak naprawdę mi nie przeszkadzało, ale jednak ciągle miałem nieodparte wrażenie, że w zasadzie to, co czytam, nie jest niczym szczególnie wybitnym w kategorii kryminalnych powieści.

Sylwia Sekret: Tak się jakoś złożyło, że ja również z pisarzem tym miałam po raz pierwszy do czynienia podczas lektury powieści Puste krzesło – którą zresztą sama Ci polecałam. I fakt – nieznajomość poprzednich części nie była jakąś dużą przeszkodą, ale można było odczuć, że czegoś w tej historii brakuje. Dlatego ucieszyłam, się że Audioteka oraz Prószyński Media postanowiły cały cykl wydać w formie audio, bo przez brak czasu i stosik nieprzeczytanych książek pewnie jeszcze długo bym po niego nie sięgnęła. A Puste krzesło naprawdę mi się podobało – było wciągające i o ile dobrze pamiętam (czytałam to dobre kilka, a może nawet więcej, lat temu) dość zaskakujące i przewrotne. I choć Kolekcjoner kości jest dobrą powieścią, to tego zaskoczenia i elementu przewrotności w nim zabrakło. Historia jest interesująca, ale odrobinę brakuje jej jakiegoś błysku. Choć jednocześnie czuć w niej potencjał i słucha się tej powieści z przekonaniem, że to tylko wstęp do coraz lepszych tomów.

ZALETY I WADY POWIEŚCI

Mateusz: Dla mnie największą zaletą powieści Kolekcjoner kości jest naprawdę świetnie wykreowana postać detektywa po przejściach, Lincolna Rhyme’a, a co za tym idzie – podjęcie przez autora trudnego i niewygodnego tematu kalectwa, które życie pełnego energii, spełnionego zawodowo człowieka przemienia w przytłaczający koszmar, z którym nie sposób sobie poradzić, a jedynym wyjściem wydaje się być ucieczka w samobójstwo, które staje się obsesją mężczyzny; jego nieprzeciętny umysł oraz wiedza z zakresu kryminalistyki marnują się, odkąd Rhyme nie jest w stanie poruszać kończynami. Zresztą postać detektywa można porównać do innej dość podobnej postaci znanej z popkultury, czyli do Doktora Gregory’ego House’a, co samo w sobie stanowić powinno rekomendację dla tych, którzy Lincolna Rhyme’a jeszcze nie znają, a lubią jednostki nietuzinkowe, kontrowersyjne oraz wybitne. W poczet zalet wpisuję również Amelię Sachs i to, w jaki sposób autor połączył tę dwójkę, tworząc jeden z ciekawszych i bardziej zapadających w głowie duetów w literaturze.

Sylwia: A mnie Amelia jakoś średnio przypadła do gustu – przynajmniej na razie. Natomiast co do postaci detektywa, muszę się zgodzić – stanowi on nie tylko największy plus Kolekcjonera kości, ale także najsolidniejszy fundament do budowania kolejnych części z tego cyklu. Rhyme jest bardzo charakterystyczny, nie tylko ze względu na swoje kalectwo i myśli samobójcze z nim związane, ale także przez wzgląd na swój charakter – detektyw to człowiek nieugięty, pełen dyscypliny i cynizmu, a to – jak już nie raz zdążyliśmy się przekonać – cecha pożądana u bohaterów tak literackich, jak i filmowych czy serialowych.

Mateusz: Przejdźmy jednak do wad – jedną z nich jest z pewnością mimo wszystko niezbyt zajmujący wątek główny oraz pościg za „tym złym”. Nie wywołuje to w czytelniku takich emocji, jak prawdopodobnie miało być, bo dla mnie istotniejsze były kwestie poboczne oraz te, które wyłaniały się z powieści tak zwanym „mimochodem”. Nie twierdzę, że intryga uknuta przez Deavera jest nijaka – poszczególne zbrodnie są świetnie przemyślane i pomysłowość autora, jak również szczegółowość w badaniu miejsc zbrodni  zasługuje na oklaski, ale całość nieszczególnie mnie porwała.

Wspomniana przeze mnie drobiazgowość w postępowaniu śledczym dla jednych może być niekwestionowaną zaletą, dla innych zaś odrobinę nużącym elementem, wytrącającym płynność z  lektury, dlatego też nie liczę tego ani jako wadę, ani jako zaletę. Z jednej strony ciekawiło mnie, jakie metody są stosowane podczas śledztwa, z drugiej już po którymś razie szczegółowego objaśniania punkt po punkcie zawiłości kryminalistyki i związanycch z nią dziedzin byłem tym odrobinę przytłoczony i znudzony.

Sylwia: Miałam podczas słuchania dokładnie takie same odczucia dotyczące tej drobiazgowości. Z jednej strony było to interesujące i nie tak często spotykane w kryminałach, z  drugiej jednak ta szczegółowość przy jednoczesnym byciu laikiem w tych sprawach okazywała się właśnie na dłuższą metę nieco nużąca i bywało, że niewiele z niej rozumiałam.

Do wad powieści od siebie dodałabym natomiast te krótkie i nieliczne fragmenty, podczas których poznawaliśmy perspektywę kolekcjonera kości. O ile w niektórych kryminałach lubię ten zabieg – jak na przykład w książkach Tess Gerritsen – o tyle tutaj były one za krótkie i w zasadzie nic nie wnosiły do fabuły, a jedynie odkładały w czasie rozwój akcji. Moim zdaniem powieść spokojnie mogłaby zostać pozbawiona tych rozdziałów.

RYS FABULARNY

Mateusz: Pierwotnie wydana w 1997 roku powieść (pierwszy raz w Polsce w 2000 roku) Kolekcjoner Kości opowiada o młodej policjantce Amandzie Sachs, która podczas codziennego patrolu odnajduje wystającą dłoń pogrzebanego (jak się później okazuje) żywcem mężczyzny. Dość szybko wychodzi na jaw, że to dopiero pierwsza ofiara makabrycznej gry zamaskowanego mordercy, który bawi się z policją, pozostawiając jej tropy, które mają doprowadzić ich na kolejne miejsca zbrodni. Nie radząc sobie z zagrożeniem, policja zwraca się do byłego szefa wydziału zabójstw – Lincolna Rhyme’a, który aktualnie planuje swoje samobójstwo…

Sylwia: I w zasadzie, jeśli chodzi o “rys” fabularny, można by na tym poprzestać. Dodać można jeszcze, że od samego początku zostajemy wciągnięci w kryminalny charakter powieści i w zasadzie poznajemy ofiary zbrodni wcześniej niż policjantka, ponieważ towarzyszymy im w pierwszym rozdziale, kiedy to jeszcze żywe trafiają pod mordercze skrzydła kolekcjonera. Warto wspomnieć także o tym, że tak jak Rhyme planuje samobójstwo i odwiedziony zostaje od tego przez wciągnięcie go w śledztwo, tak Amanda planuje zmienić nieco rodzaj wykonywanej pracy, a dzień, w którym znajduje wystającą z ziemi dłoń, miał być jej ostatnim, kiedy udaje się na patrol. Dwoje głównych bohaterów łączy więc to, że sprawa kolekcjonera kości pokrzyżowała im plany.

STYL, JĘZYK

Mateusz: Jeffrey Deaver operuje prostym, konkretnym językiem, który daleki jest od literackich wygibasów, przez co w pełni możemy skupić się na opowiadanej historii. Autor niespecjalnie ma chęć, by epatować brutalnością oraz makabrą, przez co niektórzy mogą być zawiedzeni, ale nie uważam tego za istotny i konieczny element literackiej sensacji, by traktować to jako wadę. Zamiast tego, Deaver skupił się na aspekcie psychologicznym, nadając swoim bohaterom głębi, której nie powstydziliby się najlepsi pisarze.

Sylwia: Nazwisko Deavera kojarzy niemal każdy i na pewno do ogromnej popularności pisarza przyczynił się właśnie styl, w jakim tworzy kolejne książki. Niby nie można powiedzieć o nim czegoś konkretnego, niby po tej jednej powieści nie da się wyłonić jakichś charakterystycznych dla niego cech, ale na pewno nie można odmówić książce tego, że jej treść mija szybko i bezboleśnie, język jest plastyczny, ale nie przekombinowany. Nic nam nie przeszkadza w odbiorze zagadkowej treści, a tak się czasem niestety zdarza, kiedy autor za bardzo skupia się na tym, aby jego styl był charakterystyczny. Jeffrey Deaver robi natomiast swoje i robi to dobrze. Założę się również, że z czasem, po przeczytaniu kilku jego książek, będziemy mogli zwrócić uwagę na pewne elementy wyróżniające jego styl  – w pozytywnym sensie oczywiście.

INTERPRETACJA AUDIOBOOKA

Mateusz: Ireneusz Załóg to uznany reżyser dubbingowy oraz lektor, który przygodę z audiobookami rozpoczął stosunkowo niedawno. Z głośniejszych tytułów, które czytał przeważają własnie te wydane przez Prószyńskiego i S-kę. Szczerze przyznam, że przez długi czas nie mogłem się przekonać do jego interpretacji. Wydawała mi się nieco zbyt szybka, brakowało mi dłuższych przerw między dialogami. Głos ma ciekawy, aczkolwiek inpterpretacja przez dłuższy czas mnie nie zadowalała, w końcu jednak przyzwyczaiłem się do sposobu narracji i aktualnie nie postrzegam jej jako wady.

Sylwia: Ireneusz Załóg ma bardzo charakterystyczny głos – głęboki i ciepły, a do tego taki, że od razu kojarzy się z głosem, który czyta reklamy lub który możemy usłyszeć w radiu. To taki głos, którego słucha się z przyjemnością. Lektor poradził sobie z interpretacją i raczej nie mam tutaj nic do zarzucenia aktorowi. Jedynie w nielicznych momentach daje o sobie znać hiperpoprawność, kiedy Załóg aż nadto wyraźnie podkreśla wymowę głosek nosowych – “ę” i “ą”.

Natomiast co do samej realizacji audiobooka, w pierwszych kilkunastu minutach nie mogłam pozbyć się wrażenia, że kiedy głos aktora cichnie, w tle słyszę lekki pogłos, jakby dobiegający z bardzo daleka szum pracujących sprzętów. Nie wiem, czy to tylko moje wrażenie, ale nie dawało mi to spokoju, dopóki wkrótce nie ucichło.

Mateusz: Masz rację – widać to było szczególnie w pierwszych sekundach danego pliku – nagraniu towarzyszy czasem wyraźny, czasem ledwie wychwytywalny szum, który po 2, 3 sekundach znika. Dawno już nie spotkałem się z czymś takim w audiobooku. Przeszkadzać to nie przeszkadza, ale nie da się tego nie zauważyć.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Mateusz: Kolekcjoner kości Jeffreya Deavera to powieść dobra, ale nic ponadto. Zapewni czytelnikowi (bądź w tym wypadku słuchaczowi) kilka godzin przyzwoitej rozrywki i jest to udane wprowadzenie na literackie salony duetu Lincoln Rhyme & Amelia Sachs. Jestem ciekaw kolejnych tomów, dlatego mam nadzieję, że Wydawnictwo Prószyński i S-ka oraz Audioteka nie poprzestaną na tej powieści Deavera i w najbliższej przyszłości przyjdzie nam zapoznać się z dalszymi losami detektywów z Nowego Jorku.

Sylwia: Równiez mam nadzieję, na kolejne tomy, bo choć sam Kolekcjoner kości nie zachwyca jakoś specjalnie, to mając w pamięci Puste krzesło, które często wspominam, wiem, że dalej będzie tylko lepiej, a – jak już wspomniałam – podwaliny pod świetny cykl widać w tym pierwszym tomie, więc nie ma powodu, aby każdy kolejny tom nie był  lepszy od poprzedniego. No i ciekawi, czy Rhyme z każdą częścią będzie próbował popełnić samobójstwo i z każdą kolejną częścią coś będzie mu przeszkadzało, czy jednak coś raz a dobrze go od tego odwiedzie. Na przykład piękna policjantka…

Fot.: Audioteka.pl

audioteka claim PL reserved black

Podobne wpisy:

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *