kraina lovecrafta

Wielogłosem o…: „Kraina Lovecrafta”

Co się stanie, kiedy wspólnie do tworzenia serialu usiądą J.J. Abrams i Jordan Peele? Ten pierwszy to znane nazwisko zarówno w świecie filmu (nowe Gwiezdne Wojny), jak i serialu (Zagubieni). Drugi jest komikiem, który w swoich ostatnich dwóch filmach tchnął mocny powiew świeżości w gatunek horroru (Uciekaj, To my). Co się stanie, jeśli ów serial będzie czerpał inspirację od klasyka literackiej grozy, Lovecrafta? Ale zamiast powoli otaczającego klimatu niepokoju, będzie to głośne i pulpowe, na granicy pastiszu, groteski i kiczu. Co wreszcie stanie się, kiedy to wszystko osadzone zostanie w USA lat 50., a centralnym punktem będzie rasizm i segregacja rasowa dotykająca Afroamerykanów? Jeśli jako odpowiedź w swojej głowie widzicie jakiś dziwny patchwork, coś, co przypomina mityczną mantykorę, to… w zasadzie macie rację. Z tego pomysłu powstał w zeszłym roku serial HBO Kraina Lovecrafta, będący dziwną, nierówną, ale i bardzo oryginalną mieszanką różnych gatunków i stylów. Jako że obecnie premier serialowych jest zdecydowanie mniej, Mateusz i Ania nadrobili ten tytuł i postanowili podzielić się swoimi wrażeniami.


 

WRAŻENIA OGÓLNE 

Anna Plewa: Kraina Lovecrafta to momentami porywające, a momentami dość nużące „opowieści dziwnej treści”. Pełno tu dziwów, magii i czasami natrętnej symboliki. To naprawdę specyficzna, choć dziwnie wciągająca mieszanka weird fictionfantasy. Jeśli dorzucić do tego elementy horroru, dramatu, kina przygodowego i społecznego plus rozliczenie z Lovecraftowskim rasizmem i ksenofobią, dostajemy całkiem udane i nowatorskie nawiązanie do dzieł samotnika z Providance, wzbogacone o na wskroś współczesną krytykę kultury i obyczajowości opartej na nierównościach i uprzedzeniach. Uprzedzam jednak fanów Lovecrafta, że fabuła niemal całkowicie została odarta z grozy i niesamowitości, tak charakterystycznej dla dzieł naczelnego rasisty fantastyki.

Mateusz Norek: Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tym, że powstaje serial o nazwie mającej w sobie nazwisko H. P. Lovecrafta, zatarłem ręce z ekscytacji. Podobnie, jak zapewne wiele osób, ucieszyłem się na myśl, że w końcu dostaniemy wysokobudżetowy serial na podstawie mitów Cthulhu i prozy samotnika z Providence. Moja euforia nie trwała jednak długo, bo szybko w zapowiedziach wyjaśniono, że chodzi o mało popularną u nas w Polsce książkę Kraina Lovecrafta, autorstwa Matta Ruffa. Czerpie ona co prawda nieco z mitologii Cthulhu, ale jej głównym tematem jest rasizm w USA w latach 50. Te informacje ostudziły nieco mój zapał, niemniej zwiastuny nadal wyglądały co najmniej intrygująco, postanowiłem więc dać produkcji HBO szansę. I absolutnie nie żałuję, bo choć mam do niej kilka zastrzeżeń, to jednak jest też jednym z najoryginalniejszych seriali ostatnich lat. 

Jeśli chodzi zaś o produkcję HBO, w pamięci pozostała mi przede wszystkim właśnie ta niesamowita rozpiętość gatunkowa, którą z dość dużą umiejętnością żongluje. Także konstrukcja wielu jego elementów jest nieoczywista lub zmienna. Niech przykładem będą tutaj poszczególne odcinki. Bardzo szybko następuje zawiązanie akcji i bohaterowie wyruszają na poszukiwanie tytułowego celu. Jednak po drugim odcinku wątek (przynajmniej pozornie) chwilowo się urywa i trzeci epizod jest zamkniętą historią. Potem, jak nietrudno już zgadnąć, znowu się to zmienia i toczy jeszcze w inną stronę. Jeden z odcinków to niemalże laurka dla Indiany Jonesa, kolejny jest w całości retrospekcją. Kraina Lovecrafta to przedziwny patchwork, któremu miejscami puszczają mocno szwy, ale jednak w ogólnym rozrachunku solidnie angażuje i przez swoją unikatowość i barwność pozostaje w pamięci.


RYS FABULARNY

Anna: Chicago, rok 1954. Weteran II wojny światowej, Atticus Freeman, wyrusza z Chicago do Massachusetts, by odnaleźć zaginionego w tajemniczych okolicznościach ojca. W podróży po najeżonej niebezpieczeństwami rasistowskiej Ameryce towarzyszy mu wuj George, wydawca Przewodnika Bezpiecznego Murzyna – pozycji niezbędnej dla każdej osoby innym niż biały kolorze skóry, która będzie miała wystarczająco dużo odwagi, by porwać się na zwiedzanie kraju obfitującego w miasta zachodzącego słońca i inne tego typu atrakcje. Drugą towarzyszką tej wyprawy w głąb amerykańskiego jądra ciemności jest Letycja – przyjaciółka Atticusa z dzieciństwa. Jedyna dziewczyna w szkolnym Klubie Miłośników Fantastyki. Tak w skrócie wygląda punkt wyjścia fabuły obfitującej w wydarzenia, od śledzenia których naprawdę cierpnie skóra.

WADY I ZALETY SERIALU 

Anna: Mam wobec Krainy Lovecratfa zastrzeżenia, ale nie zmieniają one faktu, że jest to serial absolutnie oryginalny. Największą wadą okazał się nadmiar, przeładowanie scenariusza tak wielką ilością motywów i wątków, że widz nieuchronnie zostaje przytłoczony fabularnym chaosem. Akcja gna na złamanie karku, twórcy jadą po bandzie, żonglując konwencjami, wplatając w opowieść niekończące się easter-eggi i nieustannie puszczając do widza oko. Czego tu nie ma! Są sceny niemal żywcem wyjęte z przygód Indiany Jonesa, jest obowiązkowy dla opowieści grozy motyw nawiedzonego domu. Jest genialne nawiązanie do klasycznej gotyckiej prozy, Doktora Jekylla i pana Hyde’a. Są czarnoksiężnicy, podróże w czasie i przestrzeni, jest nawet wątek zaczerpnięty z azjatyckiej demonologii. Od tej całej popkulturowej pulpy widz dostaje w pewnym momencie zawrotu głowy. Akcja płynie wartko, niestety kosztem pogłębienia postaci i relacji między nimi. Nadmiar wrażeń może być więc wadą. Do zalet zaliczam pokazywanie rasizmu w sposób, w jaki nie był on dotychczas pokazywany, nawet w twórczości jednego z producentów serialu, Jordana Peele’a – twórcy Uciekaj. Kraina Lovecrafta najbardziej porusza wtedy, gdy twórcy wykorzystują konwencję horroru lub fantastyki, by pokazać, że największymi potworami są ludzie. Nawiedzony dom to igraszka przy prawdziwej grozie, jaką są nienawistni sąsiedzi. Nie sam motyw podróży w czasie robi wrażenie, ale emocje, jakie wzbudza przyglądanie się razem z bohaterami masakrze w Tulsie w 1921 roku. Zabiegiem genialnie podbijającym emocje jest też zilustrowanie najbardziej wstrząsających scen nie muzyką, lecz melorecytacjami poezji czarnoskórych twórców. Muzyka jest zresztą jednym z atutów serialu.  Dopasowana bezbłędnie, zapewnia poszczególnym scenom kolosalną dawkę emocji. I put a spell on you Niny Simone w interpretacji Alice Smith w duecie z obrazem robi piorunujące wrażenie.

Mateusz: Przede wszystkim bardzo zaskoczyło mnie, jak – przy całej przerysowanej magii i pulpowości produkcji – serial w sposób poważny, kompleksowy i ciekawy przedstawia problem segregacji rasowej w USA w latach 50. Bałem się, że wyjdzie to sztampowo i powtarzalnie, bo w takich tematach bardzo łatwo o spłycenie problemu, zbędne moralizatorstwo czy przesadną patetyczność. W Krainie Lovecrafta twórcy od początku do końca mieli na to pomysł, a wątki fantastycznie nie tylko nie przeszkadzają, ale wręcz pomagają, by pokazać ten rasizm z kilku różnych perspektyw. Przede wszystkim jednak serial sięga po prawdziwe, historyczne wydarzenia, w które wrzuca naszych bohaterów. Będziemy zatem świadkami i autentycznego pogromu w Tulsie, o którym wspomina Ania, jak i poznamy przerażającą historię  Emmetta Tilla.

Warto też zaznaczyć, że serial jest miejscami dość brutalny i jeśli czerpie inspiracje z horrorów, to bardziej tych w stylu gore. Miałem wrażenie, że jest to też taki bardzo pokazowy typ brutalności, najczęściej w zupełności nieusprawiedliwiony scenariuszem, tylko bardziej nastawiony na efekt. Przykładowo – pokazanie w pełni pewnej magicznej transformacji nie jest specjalnie istotne dla historii, jednak serial dość pieczołowicie i z całą „mięsistością” pokazuje cały proces kilka razy. Jest też dość zagadkowa dla mnie fabularnie scena, w której odtworzona zostaje, mająca naprawdę miejsce, egzekucja. Niby wcześniej w rozmowie dwóch postaci jest o niej mowa i występuje sugestia, że jedna z nich będzie chciała jej doświadczyć, ale po tym temat już nie wraca, więc cały proces jest tylko pretekstem do mocno krwawego widowiska. 

Zgadzam się natomiast z Anią, że wątków w pewnym momencie pojawia się zbyt wiele i osobiście pod koniec historii pogubiłem się w kilku miejscach. Części motywów twórcy nie byli już w stanie należycie wytłumaczyć, inne urywają się nagle i już nie wracają. Zawiodło mnie również samo zakończenie, bo spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego i nawiązującego może nawet do pierwszej sceny, którą widzimy w serialu (która swoją drogą dobrze pokazuje, czego możemy się spodziewać po Krainie Lovecrafta).

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Anna: Postaci są niestety najsłabszym ogniwem serialu. Główny bohater jest tak irytujący, niedojrzały i kompletnie pozbawiony charyzmy, że nie sposób przejąć się jego perypetiami ani mu kibicować. Atticus miota się po ekranie, sieje ferment, podejmuje niepojęte decyzje i, co najgorsze, nie wzbudza w widzu nawet odrobiny sympatii czy współczucia. Pozostali pierwszoplanowi bohaterowie też nie wzbudzili we mnie żywszych uczuć. Jedynymi postaciami, wobec których poczułam cień sympatii czy zrozumienia to… sukkub i, trochę niesprawiedliwie kreowana na czołowego złoczyńcę, Christina. Kompletnie zmarnowano potencjał tej postaci. Zresztą nie tylko jej. W serialu dzieje się tak wiele i jest tak dziwnie, że na budowanie przekonujących portretów psychologicznych zwyczajnie zabrakło ekranowego czasu. Postaci są przez to rozmyte i niespójne. W zalewie dziwactw bohaterowie wydają się prawdziwi tylko w tych momentach, gdy wybuchają słusznym gniewem albo biorą odwet za prześladowania. 

Mateusz: Tutaj się z Tobą nie zgodzę, bo o ile faktycznie Atticus (ale i Letitia) potrafi wzbudzać silną irytację, to ogólnie serial ma bardzo ciekawych i różnorodnych bohaterów, za pomocą których na wiele odmiennych sposobów opowiada o rasizmie, czarnej kulturze tamtych lat i magii. Pisałem już, że jesteśmy wodzeni za nos, jeśli chodzi o scenariusz, nie inaczej jest także z bohaterami i muszę przyznać, że podobało mi się to, w jaki sposób poznajemy ich w serialu. Na początku produkcja HBO dość jasno pokazuje, że to Atticus i Letitia będą głównymi protagonistami, ale z biegiem czasu okazuje się, że również pozostające z początku w ich cieniu osoby także będą miały sporo do powiedzenia. Mam tutaj szczególnie na myśli Ruby, siostrę Letitsi oraz Hippolytę, ciotkę Atticusa. Choć nie wszystkie motywy z nimi związane podobały mi się, to bardzo doceniam te zmiany pierwszoplanowych bohaterów, bo to coś nietypowego. Zgadzam się z Tobą, że nie mamy tutaj bardzo rozbudowanych kreacji psychologicznych, niemniej są to bohaterowie mocno odmienni i zwyczajnie ciekawi. Również przyjemnie oglądało mi się duet Williama i Christiny. Zagadkowi, posągowo piękni, o dziwnie nienaturalnych, niemal mechanicznych, oszczędnych ruchach. Od razu czujemy, że coś jest z nimi nie tak, że należą bardziej do świata magii niż świata ludzi. I o ile w tych kreacjach jest pewien kicz, pewne przerysowane american dream – jest to bardzo świadome. 

Atticus sam w sobie również jest intrygującą postacią, jego poznajemy jednak trochę bardziej, szczególnie trudną relację z ojcem, która przecież go ukształtowała, zresztą to przez niego wraca w rodzinne strony i wplątuje się w całą aferę z poszukiwaniem tytułowej krainy. Podobało mi się również to, że twórcy pokazują, jak zmieniła go wojna, dodając mu naprawdę konkretnej szarości, o czym piszę nieco dalej. Wydaje mi się, że problem z naszą dwójką, Atticusem i Letitią, polega (przynajmniej dla mnie) na tym, że w ich relacjach za często, niemal cały czas uderzamy w wysokie tony – każda ich sprzeczka kończy się wielkim dramatem, krzykami i płaczem. Oczywiście scenę później zamienia się to w seks na zgodę. Ich związek to ciągły festiwal skrajnych emocji, które bardzo szybko przestają emocjonalnie angażować, a zaczynają po prostu irytować, bo scenariuszowo są po prostu źle napisane. Lub źle zagrane i przeszarżowane.  

AKTORSTWO

Anna: Aktorstwo niestety zawodzi i obok scenariuszowych absurdów bywa najsłabszym punktem fabuły. Być może winę ponosi scenariusz wypełniony źle napisanymi, papierowymi postaciami. Aktorzy naprawdę musieli wspiąć się na wyżyny, żeby wykrzesać odrobinę życia ze swoich bohaterów. Zawodzi nawet świetny zwykle Michael Kenneth. Aktorstwo przeważnie jest drewniane, aktorzy wygłaszają kwestie z namaszczeniem, czarnym charakterom brak charakteru właśnie, a postaci  z założenia pozytywne nie robią tak naprawdę nic konstruktywnego. Zresztą trudno w tak chaotycznej, pulpowej konwencji i na kanwie scenariusza, polegającego na niespójnej bieganinie, nadać bohaterowi jakiś głębszy rys czy motywację inną niż przetrwanie. Na dość nijakim aktorskim tle wyróżnia się Jamie Chung grająca postać, która nie całkiem jest człowiekiem. Aktorka potrafiła „wyposażyć” swoją bohaterkę w głębię, dylematy i sprzeczności, które sprawiają, że paradoksalnie jest bardziej ludzka od reszty postaci.

Mateusz: Faktycznie chyba pierwszą myślą, która przychodzi mi do głowy, jeśli chodzi o ocenianie aktorstwa w Krainie Lovecrafta, to rozczarowanie Michaelem Kennethem, którego bardzo dobrze wspominam z innego świetnego serialu HBO – Zakazanego Imperium. Jego postać niby cały czas była obecna z dwójką głównych bohaterów, ale mimo pozornie istotnych dla fabuły działań, niewiele wnosiła, miała za mało tożsamości. Średnią notę dostają ode mnie główni bohaterowie – Jonathan Majors i Jurnee Smollett. Tak jak pisałem wyżej, bywają przekonujący, ale ogólnie ich role są zbyt przeszarżowane, a przez to nienaturalne. O wiele naturalniej wypadła Wunmi Mosaku jako Ruby i aktorsko to chyba dla mnie najjaśniejszy punkt produkcji HBO. Bardzo podobał mi się również Courtney B. Vance (wujek George) i żałowałem, że nie było go w serialu więcej.  

NAJLEPSZY ODCINEK

Mateusz: Mnogość motywów i wątków w Krainie Lovecrafta ma swoje mocne i słabe strony, natomiast trzeba przyznać, że serial umiejętnie został podzielony na odcinki i każdy z nich jest bardzo wyraźny, charakterystyczny, nie tylko ze względu na część opowiadanej historii, ale także sposób narracji i klimat. Do mnie najbardziej przemówił pierwszy epizod. Już na samym starcie twórcy puszczają do nas oko, że to nie będzie taki zwyczajny serial i możemy przygotować się na pewne szaleństwo. Niemal natychmiast widzimy pierwsze oznaki segregacji rasowej, poznajemy bohaterów i bardzo szybko wyruszamy do tytułowej krainy, na mapie widniejącej jako Arkham. I tutaj klimat robi się gęsty i ciężki, kolejne sceny budują coraz większe napięcie, a my widzimy, jak niebezpieczne jest dla Afroamerykanów podróżowanie po Ameryce lat 60. W końcu pojawiają się też siły nadprzyrodzone i jest to wisienka na torcie pilotażowego epizodu. 

Bardzo ciekawy jest również odcinek 6. Zupełna zmiana miejsca i czasu akcji, a także klimatu. Narracja przedstawiona jest z perspektywy zupełnie nowej bohaterki, a jej relacja z Tickiem od początku pełna jest skrajnych emocji. Klasyczna, Lovecraftowska magia zostaje tutaj zastąpiona demonologią azjatycką, a w tyle widzimy historyczny konflikt zbrojny. Odcinek ten zapadł mi w pamięć również dlatego, że mamy tutaj naprawdę mocną scenę, która może diametralnie zmienić nasze podejście do głównego bohatera. Motyw protagonisty, który mówi o swojej mrocznej przyszłości, o rzeczach, z których nie jest dumny, jest częsty. Nieczęsto jednak widzimy dokładnie, jakie zło ma na myśli – tutaj jest inaczej.  

Anna: Rewind 1921, czyli dziewiąty, przedostatni odcinek serialu zapadł mi w pamięć najmocniej i zrobił najsilniejsze wrażenie. Razem z bohaterami cofamy się w czasie do dnia masakry w Tulsie w 1921 roku. Jesteśmy świadkami napięcia wiszącego w parnym, sierpniowym powietrzu, które po zmroku eksploduje największym pogromem czarnej ludności w historii Ameryki. Cofamy się jednak nie tylko do jądra amerykańskiej ciemności, ale i do praprzyczyn rodzinnego dramatu naszych bohaterów, do samego rdzenia rodowych obciążeń, które ich ukształtowały. I wreszcie – w tym jednym odcinku mamy szansę  zobaczyć w starszym pokoleniu ludzi z krwi i kości. Oglądanie tego odcinka, przynajmniej dla mnie, było dość traumatycznym przeżyciem. Pomimo oczywistych klisz i zdartych schematów, uproszczeń i tanich chwytów, ciężar emocjonalny bycia widzem przejmująco pokazanej zagłady pewnej rodziny był niezaprzeczalny. Wrażenie spotęgowała towarzysząca najbardziej przejmującej scenie odcinka, melorecytacja pełniąca funkcję uwspółcześnionego greckiego chóru – komentarza zza kadru, poetycko nadającego sytuacji kontekst zarówno kulturowy, jak i metafizyczny.

NAJGORSZY ODCINEK

Mateusz: W Krainie Lovecrafta mamy wiele współcześnie popularnych motywów. Bałem się tendencyjności produkcji, zwłaszcza jeśli chodzi o ukazanie rasizmu. Mimo tego, że wątek ten pojawia się niemal na każdym kroku, jak już ustaliliśmy, udało się go przedstawić ciekawie i prawdziwie. Feminizm również się tutaj pojawia, większość bohaterów to kobiety, a ich ambicje, by utrzeć nosa niedoceniającym ich mężczyznom, wybrzmiewa wielokrotnie. I znowu – ograne jest to scenariuszowo dobrze. Aż do odcinka 7. To już mocno za połową serialu, więc byłem przygotowany na niespodzianki, niemniej takiego zwrotu akcji się nie spodziewałem. Nie zdradzając zbyt wiele: jedna z bohaterek, która wcześniej była w cieniu, przenosi się w czasie – kilkukrotnie, będąc dokładnym. I tam natężenie kiczu staje się już zbyt duże, a hasła, które rzucają z ekranu bohaterki, po pierwsze urągają inteligencji widza, bo nie można przedstawić pewnych rzeczy bardziej „łopatologicznie” i banalnie, po drugie uderzają w nas z subtelnością cegłówki. Autentycznie nie mogłem uwierzyć, że to, co śledzę na ekranie, to nadal ten sam serial, który do tej pory tak mi się podobał. 

Anna: Zgadzam się z Mateuszem. Siódmy odcinek jest tak straszliwie przeładowany kiczem, że aż niestrawny. I ten kicz nie ma w sobie nic fajnego, oryginalnego czy ożywczego. Odcinek z założenia opowiadający o poszukiwaniu tożsamości i drogi do siebie jest niestrawną kalką najbardziej oklepanych motywów zaczerpniętych z dzieł, które eksplorowały ten motyw. Wątku Hippolyty (bo to ona poszukuje siebie, przemierzając czas i przestrzeń) nie sposób oglądać bez uczucia zażenowania.

KWESTIE TECHNICZNE

Anna: To kolejna kwestia, do której stosunek mam, delikatnie mówiąc, ambiwalentny. Efekty specjalne w tym serialu są mocno kampowe, celowo przerysowane i tandetne. Bywają też dość obrzydliwe, co może razić widzów nieopatrzonych z konwencją. 

Mateusz: Efekty specjalne w Krainie Lovecrafta są w moim odczuciu bardzo nierówne i wykorzystywane w przeróżnej konwencji. Pierwsza scena serialu to absolutna orgia efektów specjalnych, jaskrawa i przerysowana, groteskowa, ale i solidnie wykonana. Pod koniec pierwszego odcinka, kiedy wchodzimy w poważne klimaty niemal horroru, pojawiają się potwory bardzo dobrze znane fanom Lovecrfata – Shoggothy. Są obecne w serialu kilkukrotnie i one również wykonane są odpowiednio realnie i przerażająco. Raziła mnie w oczy natomiast rezydencja z tytułowej krainy, która raziła swoją sztucznością. Nawet pod koniec serialu, kiedy wracamy do jej ruin, nadal widać, że w większości są one zrobione komputerowo. O Muzyce wspominała już Ania i właściwie nie mam nic do dodania – jest świetna. Podobały mi się również barwy – widać to już na zwiastunach – serial jest niesamowicie kolorowy i na pewno jest to jeden z wyznaczników stylu, jaki obrali twórcy. 

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Anna: Kraina Lovecrafta to przede wszystkim pierwszorzędna rozrywka. Akcja toczy się wartko, wręcz gna na złamanie karku. Każde z opowiadań to odrębna penny dreadful. Na widza czekają spotkania z czarnoksiężnikami, magia, nawiedzony dom, duchy przodków, zakazane eksperymenty, pragnienie władzy, fantastyczne światy. I, w moim odczuciu, rewelacyjnie oddany klimat zapyziałej Ameryki, ówczesnych strachów, strasznych sąsiadów, grozy zapuszczenia się do białej dzielnicy. Serial nie jest arcydziełem, ale mimo wszystko wart jest poznania. Choćby dla atmosfery, muzyki i tła społecznego.

Mateusz: Seriale, których sceny lub całe odcinki pamiętam przez długi czas, to zazwyczaj takie, które zrobiły na mnie duże wrażenie. Zachwyciły mnie klimatem, ujęły trzymającą w napięciu historią czy bohaterami, z którymi się utożsamiałem i na których mi zależało. Często wiąże się to z tym, że śledzenie tych produkcji rozciągnięte było w czasie przez kilka sezonów. Inne tytuły, nawet takie, które uważałem podczas oglądania za dobre, jakoś szybko mi ulatują. Tym bardziej zaskoczony jestem, że – pomimo iż Krainę Lovecrafta obejrzałem jeszcze w tamtym roku – naprawdę dobrze pamiętam jej poszczególne odcinki. Mimo że jest to serial, który nie oddziaływał szczególnie mocno na moje emocje, pozostał jednak w pamięci i to świadczy o nim bardzo dobrze. Zdaję sobie sprawę, że w tym wielogłosie w niemal każdym moim zdaniu pochwały kontrowane były jakimś zarzutem wobec produkcji HBO, ale nawet jeśli nie wynika to wprost z całości tekstu, to jednak Krainę Lovecrafta zdecydowanie polecam. To serial oryginalny i zaskakujący, ocierający się o różne gatunki i bawiący się konwencją. Zdecydowanie lżejszy i rozrywkowy, choć niepozbawiony tematów poważnych. Jeśli nie umiecie obecnie znaleźć wśród nowości tytułu dla siebie – warto go nadrobić. 


Serial można oglądać na HBO GO

kraina lovecrafta

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Norek

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.