Wielogłosem o…: „Kroniki Amberu” Roger Zelazny

Od premiery pierwszej części minęło już 45 lat, a  „Kroniki Amberu” wciąż pozostają w ścisłym kanonie literatury fantasy. Pierwszy pięcioksiąg opowiadający losy książąt Królestwa Amberu został po raz kolejny wznowiony na polskim rynku wydawniczym, a my skorzystaliśmy z okazji, aby się przekonać, czy Zelazny rzeczywiście zasługuje na miano klasyka gatunku.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: O „Kronikach Amberu” słyszałem bodajże od ponad 8 lat. Wtedy znajoma niezwykle gorąco polecała mi, żebym zapoznał się z tym cyklem, jeśli jestem fanem fantastyki. Ja jednak jakoś cały ten czas miałem nie po drodze z Rogerem Zelaznym i jego „Kronikami Amberu”. A to było mi szkoda pieniędzy, a to – gdy w końcu się łaskawie zdecydowałem – nie było możliwości zakupu książki z powodu wyczerpanego nakładu. Wydawnictwo Zysk i S-ka postanowiło rozpocząć rok od wznowienia niezwykle popularnego (kiedyś) cyklu Zelaznego i bardzo się z tego powodu cieszę.

Patryk Wolski: Ja, podobnie jak Mateusz, o „Kronikach Amberu” słyszałem wiele (w głównej mierze wiele dobrego), ale nie umiałem się przełamać, aby do monumentalnego dzieła Zelaznego zajrzeć. Było to tym trudniejsze, że kiedyś miałem już okazję zetknąć się z prozą tego autora, ale nie była to dla mnie satysfakcjonująca przygoda. Zgodnie z przeświadczeniem, że pierwsze dobre wrażenie można zrobić tylko raz, spychałem Zelaznego gdzieś na peryferia swoich literackich zainteresowań. W końcu jednak przyszła kryska…

Mateusz: Pierwszy tom – będący pięcioksięgiem – przybliża nam losy Corwina, jednego z dziewięciorga książąt legendarnego świata/miasta, Amberu. Czytelnik właściwie od pierwszej strony zostaje wepchnięty w świat, w którym ciągle coś się dzieje, i którego zależności przyjdzie mu odkrywać stopniowo, księga po księdze. Dzieje się tak dlatego, że wydarzenia obserwujemy z perspektywy głównego bohatera, który nie jest przecież wszechwiedzący (pierwsze rozdziały pierwszej księgi udowadniają, jak bardzo nieświadomy i zdezorientowany jest Corwin). Dzięki temu książka w wielu chwilach zaskakuje, co dla fantastyki jest olbrzymią zaletą.

Patryk: Warto uchylić nieco więcej fabuły – Corwina poznajemy w momencie, gdy rozgrywa się batalia o tron królestwa Amberu. Jako jeden z synów zaginionego króla Oberona jest on pretendentem do tronu z bardzo mocnymi prawami roszczeniowymi. Problem w tym, że jak zauważył Mateusz, Corwin w wyniku pewnych splotów wydarzeń „nie jest w temacie” i musi improwizować. Oczywiście, konflikt między nim a drugim księciem aspirującym na założenie korony na swe skronie ściąga uwagę pozostałych synów i córki Oberona. A to tylko początek tej wielkiej sagi, która później rozrasta się w epicką historię.

 

ZALETY I WADY KSIĄŻKI

Mateusz: Przed chwilą wspomniałem o tym, że nieprzewidywalność „Kronik Amberu” jest jedną z jej znacznych zalet. Do takowych zaliczyć chciałbym również plątaninę intryg, która powoduje u czytelnika ogromne zainteresowanie, kto też tym razem na kogo wpłynął, kto co komu zrobił, jakie miał ku temu motywy oraz z czego tak naprawdę dane zachowanie wynika. „Kroniki Amberu” są z pewnością udanym studium ludzkiej psychiki jak i zachowań. Na uwagę zasługuje również niebanalna wyobraźnia autora. Były momenty, gdy z nieskrywaną przyjemnością zagłębiałem się w wykreowany świat, ponieważ Zelazny stosował naprawdę nietypowe rozwiązania, a sytuacje, w których znajdowali się bohaterowie raz po raz powodowały uśmiech, bo chociaż nie zawsze się z danym rozwiązaniem zgadzałem, zawsze czułem, że autor dokładnie przemyślał swoje wybory.

Patryk: Bezsprzecznie zgodzę się z moim kolegą, że największą siłą „Kronik Amberu” jest ich nieprzewidywalność i stałe zaskakiwanie czytelnika nowymi aspektami funkcjonowania świata Amberu i podległych mu Cieni, jak również postępowaniu bohaterów w walce o sukcesję. Pierwszy tom składa się z pięciu minipowieści i z radością przyjmowałem fakt, że każda kolejna część potrafi wywrócić do góry nogami dotychczas postrzegany przeze mnie układ sił w rodzinie książąt Amberu, jak i całego istniejącego świata. Co prawda przy piątej części nieco zeszło ze mnie powietrze, przez co nie poczułem aż tak mocno finałowych scen, ale mimo wszystko nie da się ukryć, że Zelazny to podstępny intrygant, który wodzi czytelnika za nos. Wśród zalewu literatury fantasy, która jest przewidywalna jak menu niedzielnego obiadu u statystycznego Kowalskiego, „Kroniki Amberu” wyróżniają się pomysłowością. Jednym słowem – cały czas się dużo dzieje i Zelazny trzyma w napięciu.

Mateusz: Do wad zmuszony jestem zaliczyć niezwykle nużące i momentami kłopotliwie niezrozumiałe opisy podróży Corwina przez różnorakie Cienie, a już piekielny rajd w jego wykonaniu, zajmujący przynajmniej 1/3 ostatniej księgi to koszmarna męczarnia, którą czytelnik ma ochotę czym prędzej zakończyć, a niestety to trwa, trwa i skończyć się nie chce.

Patryk: Opisy przyrody, zmiany warunków klimatycznych i przejmujące – chyba tylko według samego autora – wędrówki przez Cienie podkreślane enigmatycznymi wielokropkami to sól w oku tej wielkiej serii. Zelazny chyba omijał zajęcia z opisywania krajobrazu, bo robi to niezwykle nudno i nieudolnie. Dlatego też ostatnia minipowieść była dla mnie najnudniejszą przeprawą przez Amber i marzyłem, żeby już się skończyła.

 

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Mateusz: Jedną z moich ulubionych postaci jest Random, najmłodszy z książąt Amberu. Nieco zwariowana postać, cechująca się dużą dozą lekkomyślności wymieszanej z nadmierną pewnością siebie, ciętym językiem oraz zamiłowaniem do hazardu i muzyki jazzowej. Moja sympatia dla tego bohatera nie wynika jedynie z cech jej charakteru oraz niektórych zachowań. Ujęła mnie szczerość Randoma oraz jego brak zaangażowania w sieć rodzinnych intryg. Oczywiście – jak każdy Amberyta – był ich częścią, jednak nie odegrał roli tak znaczącej, jak pozostałe dzieci króla Oberona. Jeśli miałbym wykazać jakiś zawód, z pewnością byłaby to postać Eryka, mająca niebywały potencjał, który jednak w drugiej księdze został przez autora brutalnie niewykorzystany.

Patryk: Dla mnie właściwie każda postać z rodu Amberytów była intrygująca – od głównego bohatera poczynając – a to za sprawą nieprzewidywalnych zachowań i motywacji, które nimi kierowały i elastycznie zmieniały się względem panującej sytuacji w królestwie Amberu, będąc dla Corwina zagadką. Główny bohater do końca nie wiedział, komu może zaufać, a kogo postrzegać jako swojego rywala  i to było pasjonujące; dzięki temu żadna z postaci nie wydawała mi się nudna. Sam Corwin to również nie lada postać, gdyż wraz z postępującymi, coraz bardziej dramatycznymi, dziejami Amberu, zachodzi w nim znaczna przemiana. Nieoczekiwane koleje losu wpływają bardzo mocno na jego charakter, przewartościowując jego szkielet moralny. Świetna, wielowarstwowa postać.

Szkoda jedynie, że w pierwszym szeregu stoją głównie męskie postacie, a księżniczki Amberu są niepokojąco bierne, a przez to mało interesujące. Pamiętam, że mniej więcej w połowie lektury zastanawialiśmy się z Mateuszem, czy kobiety odegrają jakąś ważniejszą rolę w tej ogromnej intrydze, jaką jest walka o tron Amberu. Nie wiem jak mój współmówca, ale mam wrażenie, że na odpowiedź na to pytanie musimy poczekać do drugiego tomu.

Mateusz: Nie do końca się z tym zgodzę, bowiem już w księdze czwartej, a potem i w piątej jedna z sióstr miała znacznie większą rolę, niż można się było na początku spodziewać. Okej, może nadal nie była postacią aż tak istotną, jak większość jej braci, ale na tle pozostałych – jakże nijakich – sióstr wybiła się.

Patryk: Fakt, wybiła się – ale mimo wszystko wciąż spełniała funkcję poboczną, bo mimo ogromu mocy, jaką pozornie posiadała, było jej zaskakująco mało na pierwszym planie. Dla mnie więc wciąż pozostała figurantką.

 

STYL, JĘZYK

Patryk: „Kroniki Amberu” w swej konstrukcji są opowieścią snutą przez Corwina, który jest narratorem – dzięki czemu czytelnik nie jest wszechwiedzący, a jedynie ograniczony do stanu wiedzy głównego bohatera. Muszę przyznać, że z początku przeszkadzały mi luki w kreowaniu świata przedstawionego przez Zelaznego, ale wypełnianie białych plam dokonuje się sukcesywnie. To również wiąże się ze sposobem narracji, bowiem sam Corwin tak naprawdę do końca nie jest świadom, jak funkcjonuje Amber i Cienie. Dlatego dopiero mniej więcej w połowie lektury zorientowałem się że to, co nazywałem wadą, jest kolejnym etapem skomplikowanego i niejednorodnego świata przedstawionego, który czytelnikom zaserwował autor.

Roger Zelazny ani nie zachwyca, ani nie masakruje słowa pisanego. Pisze przyzwoicie, lecz nie porywająco; nie ma mowy ani o grafomanii, ani o wirtuozerii. Raczej lawiruje między porządnym, rzemieślniczym pisaniem, gdzie nie poskąpi ironii czy wciągającej relacji z jakiejś przygody; z drugiej strony jednak pojawiają się te nieszczęsne opisy podróży, gdzie autor daje się ponieść jakiejś metafizycznej ekstazie niewiele znaczących słów. Z żalem muszę przyznać, że pomimo ciekawej fabuły szybko odczuwałem zmęczenie treścią, a najłatwiej obwinić mi za to właśnie pióro pisarza, które nie elektryzuje i nie zespala czytelnika z książką. Dla mnie jest to styl, który nie zapada w pamięć i nie wyróżnia się niczym wartym uwagi.

Mateusz: Dokładnie tak – Zelazny nie może pochwalić się niczym szczególnym, jeśli chodzi o konstrukcję zdań jak i urozmaicenie językowe, ale nie można mu w żadnym momencie zarzucić, że jest jakimś niewykształconym literackim samoukiem, który kleci swoje książki bez ładu i składu. Jego styl plasuje się gdzieś w bezpiecznym środku, nie wybijając się ani powyżej przeciętności, ani nie zahaczając o literackie doły, co też czyta się przyzwoicie i bez większych przeszkód. Może to i lepiej, bo czytelnik nie jest przez to rozpraszany osobą autora, tylko w pełni może oddać się pasjonującej lekturze ;).

Natomiast odnośnie tego, co przez jakiś czas Patryk widział jako minus książki, ja od samego początku widziałem tylko i wyłącznie jako plus. Narracja pierwszoosobowa w tym wypadku sprawdziła się świetnie. Czytelnik na początku jest tak samo zdezorientowany jak główny bohater i wraz z nim poznaje rozdział po rozdziale, księga po księdze, zależności Amberu i kolejne prawa rządzące się tym niezwykłym światem. Moim zdaniem takie poprowadzenie narracji to strzał w dziesiątkę, bowiem nie jesteśmy z miejsca zarzuceni niezrozumiałą ideologią oraz ciągiem przyczynowo-skutkowym, w którym (powiedzmy sobie szczerze) nie bylibyśmy w stanie się odnaleźć. A tak? Krok po kroczku autor uchyla przed czytelnikiem kolejny rąbek tajemnicy, dokłada kolejny element do tych olbrzymich puzzli, którymi są „Kroniki Amberu”.

 

WYDANIE

Mateusz: Wydawnictwo Zysk i S-ka wykonało kawał porządnej roboty przy tym wydaniu. Tom pierwszy pochwalić się może bardzo ładną okładką z interesującą kolorystyką. Twarda oprawa przyjemnie komponuje się z ilością stron i dobrze trzyma się książkę w dłoniach. W środku – najistotniejsza przecież – treść, którą przyswaja się bardzo przyjemnie za sprawą odpowiednio dobranej czcionki. Zdarzyło się kilka literówek, jednak poza tym w kwestiach wydania nie mam czego się przyczepić.

Patryk: Piękne wydanie klasyki fantasy, które dumnie prezentuje się na półce. Z takim szacunkiem powinno się traktować wielkie książki!

 

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Patryk: „Kroniki Amberu” to jazda obowiązkowa dla fanów fantastyki. Osobiście jestem szczęśliwy, że dałem Zelaznemu jeszcze jedną szansę – i tym razem się nie zawiodłem. Chociaż drobne niedoróbki nie pozwalają mi postawić tej książki najwyżej w swym panteonie arcydzieł, to jest to lektura, która wciąga nieustającą akcją i fenomenalnymi zwrotami fabularnymi. Z ostateczną oceną należy też poczekać do kolejnego tomu, gdyż podejrzewam Zelaznego o ukrycie kilku wątków – pozornie wyglądających na nienaturalnie urwane – i powróceniu do nich w następnych księgach. Dobrze, że minipowieści ze świata Amberu zostały zebrane w większe tomy i wydane w takiej formie, ponieważ nie wyobrażam sobie, żeby po jednej księdze nie przejść od razu do kontynuacji. Sam już teraz przebieram nóżkami ze zniecierpliwienia, ponieważ nie mogę już się doczekać na drugi pięcioksiąg. Mam nadzieję, że będzie on równie udany.

Mateusz: Mam dokładnie te same przemyślenia, co Patryk. Nie mogę się doczekać wydania tomu II i poznania kolejnego pięcioksięgu – a co za tym idzie – całej historii. Po półmetku jestem jednak nad wyraz zadowolony i, o ile może rzeczywiście nie postawiłbym „Kronik Amberu” na podium literackiej fantastyki, to jest to pozycja, którą każdy szanujący się fan gatunku znać powinien. Ja, z pewnością, za każdym razem podczas rozmów na ten temat, wspomnę z nostalgią sagę Rogera Zelaznego i raczej będę polecał ją każdemu. No, może nie każdemu, bo weterani gatunku „Kroniki Amberu” z pewnością mają już za sobą. Jednak jeśli ktoś, kto dopiero stawia pierwsze kroki z fantastyką, będzie potrzebował rekomendacji, od czego warto zacząć – wskażę właśnie na nieżyjącego już Amerykanina i jego „Kroniki Amberu”.

Fot.: zysk.com.pl

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

1 Komentarz

  • Cóż, jeśli chodzi o to, że Zelazny olał- przeczytałam oba pięcioksięgi, a czego dopiero w ósmym tomie pojawia się ciekawa postać żeńska, która i tak potem jest obiektem seksualnym ( tiaa… ta scena była ohydna), a w dziesiątym tomie pojawia się ostra babka, ale i ona nie ma za wiele do powiedzenia- postacie żeńskie, tłumaczę to sobie innym podejściem. To był lata siedemdziesiąte, teraz są prawie dwudzieste dwudziestego pierwszego wieku. Czterdzieści lat to ogromna różnica.
    Szkoda, że nikt nie wspomniał o Benedykcie :-( Niby postać drugoplanowa, pojawia się niezbyt często, ale, kurde, to jedna z moich ulubionych postaci, mam taką radochę jak tylko się pojawia. ^-^
    Wracając jednak do książki- nie czytajcie, broń Boże, drugiego pięcioksięgu! Szósty i siódmy tom ciągną się jak flaki z olejem, Merlin jest nudnym narratorem, a motywacje jego wroga można o kant stołu rozbić. Ósmy tom jest niezły, oniryczny, mroczny, ale kocham go za jedną scenę… dziewiąty ujdzie, dziesiąty to kompletna porażka, urywa się w najlepszym momencie. Podejrzewam, że autor chciał coś jeszcze napisać, ale mu się umarło i lipa. :-(

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.