Filmy,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Mój piękny syn”

mój piękny syn
mój piękny syn

Mój piękny syn to film pod wieloma względami wyjątkowy. Nie tylko bowiem podejmuje ważną problematykę uzależnienia od narkotyków i zmagania się z tym nałogiem ze strony najbliższej rodziny narkomana, ale także, co najważniejsze, czerpie z prawdziwych opowieści syna i ojca. David Sheff opisał swoją walkę z nałogiem syna w powieści Mój piękny syn, a Nic Sheff opowiedział o wyczerpującym nałogu w publikacji Na głodzie. Moja historia walki z nałogiem. Na podstawie tych dwóch książek powstał film z gwiazdorską obsadą, który na szczęście, według Sylwii i Mateusza, obył się bez banalnych i na siłę wzruszających scen, nie popadając tym samym w komercję. Jednak dla Mateusza produkcja ta ma również swoje wady; Sylwia natomiast jest do tej opowieści nastawiona bardziej pozytywnie. W poniższym Wielogłosie dzielą się swoimi przemyśleniami i wrażeniami tuż po odbytym seansie.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Szczerze mówiąc? Byłem pełen obaw, gdy myślałem o filmie Mój piękny syn. Czytając informacje o powieściach, które lada moment ukażą się w Polsce za sprawą Poradni K, oraz oglądając zwiastun, miałem wewnętrzne przeświadczenie, że film belgijskiego reżysera Felixa Van Groeningena będzie takim typowym, kliszowym, nakręconym pod Oscary dramatem rodzinnym o uzależnieniu i jego wszystkich mrocznych stronach. Na szczęście okazało się, że Mój piękny syn to… dramat rodzinny o uzależnieniu i jego wszystkich mrocznych stronach, ale nakręcony ze smakiem, wyważony i zdecydowanie nie nastawiony na to, żeby przekonać Akademię, że to najsmutniejsza historia zeszłego roku.

Sylwia Sekret: Też się trochę tego obawiałam i spodziewałam dość płaczliwego filmu, który będzie miał sporo takich scen, w których aktorzy będą mogli powalczyć o Oscary… i które będą miały na celu przede wszystkim wyciśnięcie z widza łez. Z drugiej strony jednak, czytając informacje o książkach, a także oglądając zwiastun, miałam mimo wszystko nadzieję na naprawdę dobry film – mimo tego że byłam pewna, iż będzie on mocno komercyjnym dramatem. Tymczasem okazało się, że wbrew pozorom Mój piękny syn to film trudny i… dość surowy, a także oszczędny w wyrazie. Pozostaje mocno intymną i prywatną historią, mimo że przeniesiono ją z prawdziwego życia i z książek na ekran.

WADY I ZALETY FILMU

Mateusz: Gdy myślę o wadach tego filmu, przychodzi mi do głowy niepotrzebnie zaburzona chronologia zdarzeń i brak konsekwencji reżysera z tym związany – na początku filmu oglądamy kilka scen, ekran wyciemnia się, po czym w nowej scenie otrzymujemy informację, że teraz oglądamy wydarzenia sprzed 12 miesięcy… tylko po to, by następnie obserwować kolaż różnych scen z całego przekroju życia Nica i jego ojca Davida. Ten montażowy chaos momentami topornie się ogląda i jest to najpoważniejsza wada dzieła Groeningena.

Sylwia: Na początku również miałam z tym problem – przeszkadzało mi to i nie potrafiłam długo zorientować się, o jakim czasie akurat opowiadają twórcy. Czy dane wydarzenia dzieją się po pierwszym czy drugim odwyku? Czy ojciec szuka syna po jego pierwszym zniknięciu czy już po kolejnym? Jednak z czasem nie tylko przestało mi to przeszkadzać, ale wręcz coraz mocniej zastanawiam się nad tym, czy nie wpisać tego w poczet zalet filmu. Dlaczego? Ponieważ, jak mniemam, tak mocno zaburzona chronologia, bez żadnych pomocniczych środków, które mogłyby pozwolić widzom zorientować się lepiej w czasie, musi być efektem zamierzonym i przemyślanym. A skoro takim właśnie była, to przypuszczam, że miało to na celu coś konkretnego. I osobiście wydaje mi się, że chodziło o to, by widz popadł w taką samą dezorientację jak syn i ojciec. Dla uzależnionego chłopaka kolejne “rzucenie” narkotyków, kolejny powrót do domu, kolejny detoks i kolejne załamanie dość szybko zaczęły się z pewnością zlewać w jedno – choćby przez zamroczony używkami umysł. Natomiast ojciec przez beznadzieję i finalny brak wiary, a także wyczerpanie, mógł widzieć walkę syna z nałogiem, jak także swoją bitwę o jego życie, jako właśnie ciąg zaburzonych chronologicznie wydarzeń; jako kolaż lepszych i gorszych chwil. I sądzę, że właśnie dlatego widz otrzymał taką właśnie relację. Chronologia nie była tu ważna.

Mateusz: Nie podobał mi się także brak konsekwencji, jeśli chodzi o nałóg Nica Sheffa. Film rozgrywa się na przestrzeni kilku lat (przetykany ponad 14-miesięczną trzeźwością) i w tym czasie obserwujemy – owszem – psychiczną stronę walki z nałogiem. Jednak twórcy ograniczają się tylko do tego. W dwóch czy trzech scenach Chalamet dodaje od siebie cegiełkę do swojej postaci i ślini się od narkotyków, dodatkowo w bodajże jednej scenie zostajemy uraczeni wglądem w pokłutą rękę Nica, jednak to jedyne fizyczne objawy, jakie zaprezentowali twórcy. Paradoksalnie skutki długotrwałego zażywania metaamfetaminy prowadzą do zmniejszenia produkcji śliny, co z kolei prowadzi do wypadania zębów, dodatkowo występuje szereg fizycznych objawów, takich jak liczne krosty, wrzody, drastyczna utrata wagi, szara cera, liczne zmarszczki i inne widoczne objawy, których… nie zobaczymy. Wygląd Nica na przestrzeni całego filmu i kilku lat nałogu nie ulega najmniejszej zmianie i to duże przeoczenie ze strony reżysera oraz działu charakteryzacji. Oczywiście – można stawiać w obronie filmu i skwitować argument tym, że Mój piękny syn to przede wszystkim opowieść o sile ojcowskiej miłości, więzach rodziny i psychicznym aspekcie walki z nałogiem – nie wyklucza to jednak faktu, że zmiany fizyczne powinny zostać lepiej zarysowane.

Sylwia: Nie mam pojęcia, jak reaguje organizm na narkotyki. Nie wiem, czy każdy reaguje tak samo i jak to jest z tym “długotrwałym wpływem” na cechy fizyczne. Czy u każdego działa to identycznie? Czy narkoman, który jest jednocześnie niemalże bezdomny, nikt się o niego nie troszczy (w tym o jego higienę), będzie wyglądał tak samo po 3 latach nałogu, jak narkoman, który co jakiś czas przechodzi detoks, o którego wciąż troszczy się rodzina, któremu nie brakuje na jedzenie…? Nie wiem. Trudno mi się wypowiedzieć na ten temat. Tym bardziej że nie dostajemy chyba konkretnej informacji, ile dokładnie lat z życia Nica obserwujemy. Nie jest to tylko nieco ponad rok, ewentualnie dwa lata? Jeśli tak, to biorąc pod uwagę przerwy w nałogu i czuwającą nad nim rodzinę… być może mogło nie odbić się to na nim tak znacząco. Nie chce mi się wierzyć, że twórcy nie zadbaliby o tak ważny aspekt – zwłaszcza mając do dyspozycji, jeśli chodzi o komentarz i porady, samego Nica Sheffa i jego ojca. W sieci możemy znaleźć zresztą mnóstwo zdjęć prawdziwego Nica, z różnych lat jego życia, i na żadnym nie wygląda tak, jak opisujesz… Może więc na nim nałóg nie zdążył odbić się aż tak mocno?

Mateusz: Nie wiem, może. W każdym razie dla mnie troszkę po macoszemu zostało to ukazane. Jeśli zaś chodzi o zalety – przede wszystkim wyróżnić należy chemię między duetem Carell-Chalamet. Panowie perfekcyjnie się uzupełniają, ich wspólne sceny to momentami prawdziwe perełki i ogląda się to z najwyższą przyjemnością. To głównie oni są odpowiedzialni za ostatecznie pozytywne oceny filmu. Podoba mi się fakt, że – mimo tego że są lepsze filmy traktujące o uzależnieniu młodych ludzi od narkotyków (Przetrwać w Nowym Jorku) – twórcom udało się zachować zdrowy balans między niepotrzebnym efekciarstwem a powagą historii. Dlatego jeśli ktoś liczy na sceny żywcem wyjęte z Requiem dla snu – to nie jest film dla Was. Mój piękny syn to przede wszystkim historia ojca. Ojca, który walczy o życie i zdrowie syna. Nałóg Nica przewija się w tle, kilka razy zobaczymy chłopaka pod wpływem, a walka z nałogiem zostanie oczywiście zilustrowana, ale to w dalszym ciągu opowieść o cierpiącym ojcu, który nijak nie potrafi pogodzić się z życiowym wyborem swojego pierworodnego. W poczet zalet należy także wpisać świetnie dobraną ścieżkę dźwiękową. Chyba od czasów Baby Drivera nie słuchałem tak świetnie wkomponowanego w filmu soundtracku.

Sylwia: Tak, duet aktorski spisał się świetnie, a podkreślić trzeba, że mimo iż historia dawała taką możliwość, to na szczęście twórcy nie połasili się na ckliwe sceny pisane stricte pod puszczanie ich na Oscarowej gali przy wymienianiu nominowanych. Oglądając ten film, czuć, że nie został on napisany pod publikę. Choć prywatność Davida Sheffa i jego syna Nica, została naruszona tak przez książki, jak i przez film, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, o którym wspominałam już wcześniej, że produkcji udało się zachować sporą dawkę intymności. Ta historia jest bardzo ich; jest bardzo cicha i prywatna. Ta produkcja nie krzyczy o problemie, lecz opowiada o nim szeptem (mimo że ostatecznie zrobił się wokół niej medialny szum). Jest w niej mało miejsca dla widza, ale to akurat moim zdaniem bardzo dobrze o niej świadczy. I choć Hollywood uwielbia uniwersalne produkcje, to właśnie filmu Mój piękny syn bym taką nie nazwała. To bardzo osobista historia, która – owszem, opowiada o problemie, z którym mierzy się niejeden człowiek, ale robi to w tak wysublimowany sposób i tak indywidualny dla bohaterów, że staje się po prostu ich historią. Nie podepniemy pod nich nikogo innego, mówiąc – to mogło przydarzyć się Tobie, mnie, jemu. Nie. To jest historia Davida, Nica i ich bliskich. A takich historii ostatnio brakuje w kinie, bo uniwersalność, krzykliwość i światowy dramat po prostu lepiej się sprzedają. I obok aktorstwa to właśnie to jest dla mnie największym plusem filmu – jego intymność i mimo wszystko pozostanie prywatną opowieścią.

NAJLEPSZA SCENA

Mateusz: Za najlepsze sceny danego filmu uznaję te, które po seansie zostają mi pod powiekami. Na ten moment mam takie dwie, jednak z racji tego, że nie chcę osobom, które nie widziały jeszcze filmu, psuć odbioru, będę dość enigmatyczny. Pierwszą z nich jest moment, w którym obserwujemy płaczącego Davida Sheffa, natomiast drugą jest scena, w której Karen ściga Nica. To dwa mocne, niezwykle dramatyczne momenty, w których możemy obserwować pokaz najwyższego aktorstwa.

Sylwia: Cóż mogę dodać, skoro są to dwie sceny, które również na mnie zrobiły największe wrażenie. I o ile scena z Davidem jest dość oczywistym, ale jednocześnie ze wszech miar słusznym wyborem, to o scenie z Karen mogę powiedzieć tyle, że nie jestem do końca pewna, dlaczego zrobiła na mnie aż takie wrażenie. Jednak bezcelowy pościg macochy za uzależnionym chłopakiem jest tak cholernie emocjonującą sceną… a przecież poza samym pościgiem niewiele się w niej dzieje… Chociaż nie, to nieprawda. Na twarzy Karen dzieje się wszystko i to właśnie ona odpowiada za mój, i pewnie Twój też, wybór.

Wyróżnić chciałabym również scenę, w której David siedzi w pokoju Nica, a twórcy pozwalają nam widzieć również syna, który wcześniej w tym pokoju siedział. Mamy więc to samo pomieszczenie, to samo ujęcie, ale raz z ojcem, raz synem, przy czym jedno jest teraźniejszością filmową, drugie nałożonym na nią wspomnieniem. Dobrze to wypadło.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Mateusz: David Sheff jest dziennikarzem, który na zlecenie pisze dla największych czasopism w Stanach Zjednoczonych (między innymi dla “Rolling Stone”). W przeszłości żył z kobietą, z którą nie był w stanie się porozumieć, i lata temu po rozwodzie z pierwszą żoną wziął ślub ponownie z kobietą, która trwa przy nim do dziś. Od kilku lat mieszkają w cudownym domu, z nie mniej cudownym ogrodem i w zasadzie prawda jest taka, że gdyby nie koszmarny nałóg syna z pierwszego małżeństwa – Nica – jego życie byłoby wręcz podręcznikowo idealne. To spokojny, sympatyczny i ułożony mężczyzna w średnim wieku, który szalenie ceni swoją codzienność, nawet jeśli ta jest trywialna, i twardo stąpa po ziemi. Próbuje wychować swoje dzieci na porządnych, empatycznych ludzi i w zasadzie ta sztuka mu się udaje. Jedyny, ale wyniszczający jego życie do szczętu element, to uzależnienie Nica. Mężczyzna chwyta się wszelkich sposobów, żeby pomóc synowi, jest cierpliwy, uczynny, zawsze gotowy, aby wysłuchać oraz wspomóc pierworodnego w nierównej walce. Zawozi Nica od lekarza do lekarza, od kliniki odwykowej, do ośrodka dla Anonimowych Narkomanów, jednak ostatecznie wszystko kończy się z jednym skutkiem – powrotem syna do narkotyków. U Davida narasta bezradność, frustracja i przerażenie, że jego ukochany, piękny syn skończy w najgorszy z możliwych sposobów. Mężczyzna jest gotów do największych poświęceń, często zatracając się w walce o Nica, co w jakiś sposób rzutuje na jego zachowanie względem młodszych dzieci. Oczywiście – można skwitować to tym, że odrobina zaniedbania nie jest w tym wypadku niczym złym, ponieważ relacja z Karen pozornie na tym nie cierpi, a młodsze pociechy doskonale sobie radzą, jednak kompletne poświęcenie uwagi wobec Nica z pewnością wpłynęło na jego innych bliskich. Z tego powodu można śmiało uznać, że nie jest to bohater wzorowy, ale z pewnością to jeden z tych dobrych.

Sylwia: Nic Sheff to chłopak, któremu również niejeden rówieśnik mógłby pozazdrościć życia. Owszem, jego rodzice się rozwiedli, ale chłopak zyskał macochę, którą zdaje się kochać równie mocno, co rodzoną matkę (z wzajemnością), i z którą ma fantastyczny kontakt, co wiele razy zostaje podkreślone w filmie, choćby podczas wspomnienia ślubu Davida i Karen. Nic ma również młodszą siostrzyczkę i brata, którzy są owocem drugiego małżeństwa jego ojca – i rodzeństwo jest wpatrzone w swojego starszego brata niczym w superbohatera z komiksu. Każdorazowy powrót Nica do domu to dla tych maluchów niemalże święto. Dom Sheffów jawi nam się jako ciepły, pełen wyrozumiałości i empatii. Chłopakowi nie brakuje również pieniędzy, ale nie wydaje się jednocześnie rozpieszczony. Dobrze się uczy i dostał się na każdą uczelnię, na jaką składał papiery. Wszystko wskazuje też na to, że talent do pisania odziedziczył po swoim ojcu. Życie Nica układa się więc świetnie. Na studiach zakochuje się z wzajemnością w pewnej dziewczynie. A jednak cała ta masa dobroci, szczęścia i dobrobytu, która go otacza, nie chroni go przed nałogiem, w który wpada po uszy…

To również jest ciekawe, bo zazwyczaj, kiedy otrzymujemy historię o uzależnieniu, zwłaszcza u młodych ludzi, to niemal zawsze wiąże się ono z trudnym dzieciństwem, z problemami w szkole, ze skomplikowanymi relacjami rodzinnymi. Mój piękny syn i postać Nica Sheffa pokazują, że uzależnienie może dopaść nawet człowieka, w którego życiu pozornie nic nie brakuje. A to cenna nauka, jaką powinniśmy wynieść z tego filmu.

Mateusz: A powiedz mi, polubiłaś Nica? Bo ja właśnie mając w świadomości to wszystko, oraz to, co przeczytał jego ojciec w tym pamiętniku, nie potrafiłem chłopaka polubić. Były nawet momenty, że zwyczajnie mnie irytował, przez co trudno było mi mu współczuć lub go żałować.

Sylwia: Nie wiem, czy w ogóle potrafię rozpatrywać moje odczucia co do Nica w kategoriach sympatii bądź nie. Bo czy człowiek znajdujący się w szponach nałogu jest do końca sobą? Jednak jako postać, którą poznajemy w filmie – polubiłam go, choć głównie przez pryzmat miłości i szacunku, jakim darzy go ojciec – bo to właśnie tak w większości poznajemy chłopaka. Zresztą jego podejście do Karen i rodzeństwa zrodziło ostatecznie moją sympatię do niego. Mój pozytywny stosunek zmieniła jednak jedna ze scen, która może być pewnym spoilerem, dlatego jeśli nie widzieliście filmu, nie czytajcie tego fragmentu. Zmaganie się Nica z nałogiem to jedno. Ale w momencie trzeźwości, wiedząc, jak trudno walczyć z nałogiem, jak jest to wyczerpujące i ja narkotyki niszczą życie… wciąga on w ten paskudny świat swoją byłą dziewczynę, po czym – jak możemy się domyślać – zostawia ją samą w szpitalu. To wydarzenie sprawiło, że Nic stracił sporo w moich oczach, ale nie wiem, ile z tego było kwestią jego charakteru, a na ile rządził nim nałóg.

Również postać Karen jest bardzo ciekawa. Od początku filmu otrzymujemy wiele przesłanek mówiących o tym, że ona i Nic mają bardzo dobre relacje. Widać, że kobieta kocha chłopaka jak własnego syna i tak też go traktuje – nawet, kiedy na świat przychodzą jej własne dzieci. Również Nic nie czuje się zazdrosny ani oszukany. Kiedy rodzi się jego braciszek, bez wahania bierze go w ramiona i z zafascynowaniem i miłością patrzy na malucha. Troskliwość Karen i miłość do chłopaka zdumiewa pozytywnie, ale jednocześnie widać, że jej cierpliwość kończy się szybciej niż ta biologicznego rodzica. W pewnym momencie Karen nie wytrzymuje, bo widzi, że problem Nica tak mocno pochłania jej męża, że temu zaczyna brakować czasu i energii dla niej i swoich pozostałych pociech. I, co ciekawe, jako widzowie, raczej nie mamy tego Karen za złe, bo miłość do Nica ma ona w sobie nadal, ale musi również dbać o swoje dzieci i o to, by ich ojciec troszczył się także i o nie. Postać Karen wprowadziła sporo ciepła i w pewien sposób przełamuje stereotyp złej i mściwej macochy, jaki znamy nie tylko z bajek, ale z wielu hollywoodzkich produkcji.

AKTORSTWO

Mateusz: Na początku wspomnę o czymś, co umknęło mi chwilę temu, a co należy podkreślić – Mój piękny syn ma zaskakująco niewykorzystany potencjał drugiego planu. Maura Tierney, która w serialu The Affair pokazała, że złożone bohaterki potrafi genialnie grać, tutaj została potraktowana jak najbardziej istotny wypełniacz tła i w zasadzie otrzymała tylko jedną scenę, w której mogła się wykazać (co zresztą zrobiła). Bardzo szkoda, tym bardziej że jestem fanem jej umiejętności.

Sylwia: Jasne, szkoda że nie dostała większej szansy na wykazanie się, ale nie zapominajmy, że scenarzyści nie mieli pełnego pola do popisu – wszak jest to ekranizacja dwóch książek, te z kolei powstały na faktach. To po prostu nie jest opowieść o niej. Co ciekawe, i tak odegrała o wiele bardziej znaczącą rolę niż matka Nica. I zauważ, że mimo iż nie otrzymała wielkiej roli, to i tak jej scenę wymieniamy jako jedną z najlepszych.

Mateusz: Dlatego tak ubolewam nad faktem, że było jej tak mało w filmie. Mój piękny syn to po prostu spektakl dwóch aktorów – Timothée Chalameta, który wciela się w rolę Nica (syna), oraz Steve’a Carella, grającego Davida (ojca). Mimo tytułu sugerującego, że to jednak syn będzie postacią dominującą – uważam, że najważniejszą postacią jest właśnie ojciec i w 60% to na barkach Carella spoczywa aktorska odpowiedzialność za tę produkcję. I muszę przyznać, że Carell już któryś raz udowadnia mi, że w przeszłości myliłem się w stosunku do jego osoby. Z irytującego, rozwrzeszczanego pajaca z głupich komedii (Evan Wszechmogący, 40-letni prawiczek) już jakiś czas temu przeistoczył się w aktora z krwi i kości, który potrafi w dojmujący sposób ukazać głębię i dramat jednostki. Nie inaczej wypadł jako David Sheff – zdesperowany, zrozpaczony ojciec, który kocha na zabój swojego pierworodnego syna, bardziej niż wszystko inne na świecie, co często odbija się na drugiej żonie, dwójce młodszych dzieci, pracy i wszystkich innych aspektach życia. Carell wypada w tej roli bardzo przekonująco i zapewne pomógł mu w tym fakt, że sam jest ojcem. To rola złożona, w wielu miejscach odegrana dyskretnie, bazująca na półsłówkach, drobnych gestach, objęciach, ruchach dłoni, przygarbionej sylwetce, zatroskanej minie i zmęczonych oczach.

Sylwia: Tak, Steve Carell dominuje w tym filmie i to w sposób pozytywny. Jestem natomiast zdziwiona, bo jeszcze przed seansem dotarły do mnie informacje, że to odtwórca roli jego filmowego syna wymieniany jest jako potencjalny nominowany do tegorocznych Oscarów, a tymczasem moim zdaniem… nie tylko Carell zagrał lepiej (jasne, weźmy pod uwagę doświadczenie i wiek), ale wręcz scenariusz na o wiele więcej mu pozwalał. W tym miejscu przyczepię się trochę do tego, co napisałeś wyżej. Moim zdaniem tytuł sugeruje właśnie jasno i wyraźnie, że to ojciec będzie jego głównym bohaterem. A przynajmniej polskie tłumaczenie, bo oryginalny tytuł Beautiful boy może faktycznie wprowadzać w błąd, ale zaimek “Mój” w polskim tytule, jednoznacznie wskazuje, że będziemy mieli do czynienia z opowieścią ze strony ojca. I jest oczywiście tak, jak wspominasz, większość ciężaru filmu spoczywa właśnie na jego barkach. Żadna z książek, na podstawie których powstał film, czyli Mój piękny synNa głodzie, nie ukazała się jeszcze w Polsce, więc nie mam jak porównać filmu do jego literackich pierwowzorów, ale zakładam, że jednak to książka Davida Sheffa była głównym fundamentem pod film, a literackie wyznanie Nica jedynie miało dopełnić ten obraz. W każdym razie obydwaj mężczyźni zagrali bardzo, bardzo dobrze i niczego nie potrafię im zarzucić. Większy entuzjazm mimo wszystko mam jednak do roli Carella.

KWESTIE TECHNICZNE

Mateusz: Wspomniałem o rewelacyjnie dobranej ścieżce dźwiękowej i to moim zdaniem jest prawdziwa maestria. W głowie wciąż pobrzmiewa mi ten moment, gdy David siedzi w pokoju syna, przeglądając jego pamiętnik, a w tle leci przeszywająca, pulsująca i mroczna Haiti w wykonaniu Pan Sonic, wyjęta niczym z krwistego dreszczowca. Albo innym razem, gdy kolaż szczęśliwych, rodzinnych ujęć dopełnia Sigur Rós i ich świetny Svefn-g-englar. Wiem, że będę słuchał tej ścieżki bardzo długo, bo jest tam kilka naprawdę wartościowych utworów.

Sylwia: Tak, masz rację – choć ja nie będę pewnie aż taką fanką ścieżki dźwiękowej samej w sobie, jak Ty, to trzeba przyznać, że została rewelacyjnie dobrana do filmu, do konkretnych scen, dodając im dramaturgii bądź wzruszającego tonu. Ani razu nie miałam przeświadczenia, że muzyka w tle przeszkadza czy jest źle dobrana i zaburza odbiór. A już samo to jest nierzadko sporym plusem.

Mateusz: Oświetlenie także jest wartym odnotowania elementem technicznym, gdyż prędzej czy później odnotujemy fakt, że ktoś bawi się światłem w  sposób świadomy i ten efekt wyszedł bardzo estetycznie. Kostiumy, scenografia – to także elementy zdecydowanie na plus. Z kolei po stronie minusów należy dopisać charakteryzację (a raczej jej brak) oraz naprawdę męczący montaż.

Sylwia: Oświetlenie to coś, co chyba najbardziej z kwestii technicznych rzuciło mi się w oczy. Dzięki niemu dom Davida i Karen jawi się jako miejsce niesamowicie przytulne, ciepłe i bezpieczne. To z kolei rewelacyjnie kontrastuje z tarapatami, w jakie wplątał się Nic, i z ciemnością, jaka zdaje się panować w jego umyśle. Co do montażu… mnie osobiście on nie męczył i nie mam mu nic do zarzucenia. Technicznie filmowi Mój piękny syn nie mam chyba nic do zarzucenia.

OSCAROWE SZANSE

Mateusz: Biorąc pod uwagę fakt, że twórcy na szczęście nie postawili na nadmierne eksponowanie dramatu i jego sztuczne rozdmuchiwanie i poszli raczej w wysmakowany i delikatny portret problemu, nie liczyłbym na Oscarowe szanse. Może film dostanie nominację za scenariusz adaptowany. Aktorsko było bardzo dobrze, zarówno ze strony Carella, jak i będącego na fali Chalameta, ale zakładam, że skoro na Złotych Globach nie mieli szans, nie będą ich mieć także podczas Oscarów (zakładając, że znajdą się w gronie nominowanych).

Sylwia: A ja mimo wszystko będę liczyła na nominację dla Steve’a Carella. Choć to o jego filmowym synu mówi się, że ma szansę, to ja jednak bardziej ucieszę się z wyróżnienia doświadczonego aktora. Ujęła mnie jego rola i uważam ją za naprawdę trudną. Co do scenariusza adaptowanego – możesz mieć rację, ale czas pokaże, co będzie dalej.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Mateusz: Mój piękny syn to film dość ciężki, ale nie aż tak, jak się tego spodziewałem. Twórcy znaleźli złoty środek między graniem na emocjach a oddaniem szacunku swoim bohaterom oraz wszystkim osobom, które zetknęły się z problemem narkomanii. To także dzieło, które nie eksponuje paskudnych zmian zachodzących w ludziach, którzy nałogowo, przez długi czas biorą narkotyki. Z tego względu bliżej tej produkcji do ambitnego kina familijnego niż krwistego dramatu tylko dla dorosłych. To smutny film o bezradności, trudach rodzicielstwa i tkwieniu w szponach nałogu, w którym świetny duet Chalamet-Carell wygrywa z nieudolnym montażem. Warto obejrzeć, choćby ze względu na wątek przełamujący stereotyp obojętnego ojca.

Sylwia: Moim zdaniem ten film łamie o wiele więcej stereotypów: obojętnego lub wręcz zawiedzionego poczynaniami syna ojca; popadanie w nałóg ze względu na problemy rodzinne lub finansowe, trudne relacje z macochą; odrzucenie dziecka ze względu na założenie nowej rodziny… Jest tego naprawdę sporo i między innymi dzięki temu tak wysoko oceniam Mojego pięknego syna. Twórcom udało się przenieść na ekran trudną historię ojca i syna w sposób niezwykle wysublimowany, pozwalając zachować intymność tej historii, nie obudowując jej w płaczliwe i oscarowe tony, które mogłyby zjednać produkcji więcej fanów i zapewne nagród. Ekranizacja dwóch książek, pisanych z dwóch zupełnie różnych perspektyw, chwyta za serce i wzrusza, ale nie robi tego w sposób tani i banalny. To poruszenie na zupełnie innych warunkach – po pierwsze mające świadomość prawdziwości tej historii, po drugie godzące się z tym, że nie jest to historia, z którą każdy z nas może się utożsamiać. Mój piękny syn wbrew przytulnemu i ciepłemu oświetleniu to film oszczędny w środkach wyrazu i surowy. Na swój sposób jednak piękny i szczególny. Zespala ze sobą dwa kontrasty, które kojarzą mi się właśnie z miłością ojca do syna i na odwrót.


Film obejrzeliśmy dzięki Cinema City

Ocena Mateusza7
Ocena Sylwii8
7.5Ocena ogólna