Filmy,Patronat,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Płomienie”

Płomienie
Płomienie

Tuż przed końcem 2018 roku do polskich kin za sprawą dystrybutora Aurora Films trafi film Płomienie. Ten koreański kandydat do Oscara zainspirowany został opowiadaniem japońskiego mistrza prozy, Harukiego Murakamiego, zatytułowanym Spalenie stodoły. Film Lee Chang-donga to wizualny majstersztyk, w którym każdy, nawet najdrobniejszy detal ma znaczenie i jest w pełni przemyślany, a atmosfera między bohaterami to niecodzienna mieszanka niedomówień, domysłów i wyobrażeń, przedstawiona na tle problemów dzisiejszej Korei Południowej. Płomienie to thriller, dramat, romans i historia obyczajowa w jednym, ale wszystko zostało niezwykle plastycznie i z odpowiednim zamysłem połączone, dzięki czemu produkcja doczekała się wielu nagród oraz uznania krytyki na całym świecie. Film prezentowany był w Konkursie Głównym 71. MFF w Cannes, gdzie otrzymał nagrodę FIPRESCI. Został przez krytyków najwyżej ocenionym w historii festiwalowego pisma “Screen Daily” filmem, i otrzymał 3,8 punktów na 4 możliwe. Głos Kultury objął produkcję patronatem medialnym. Przedstawiamy przedpremierowy Wielogłos, w którym miłośnik twórczości Murakamiego, Michał, oraz miłośnik kina, Mateusz, rozmawiają o Płomieniach. Czy jest to dobry film? Jak wiele z bestsellerowego autora udało się wpleść w ramy koreańskiej produkcji? Zapraszamy do lektury.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: W kinie koreańskim zakochałem się w tym roku. Obejrzałem co prawda zaledwie tylko te filmy, które w 2018 były dostępne w Polsce, ale każdy z nich cholernie mi się podobał. Dlatego ucieszyłem się, gdy Aurora Films ogłosiła, że pod koniec 2018 zaprezentują dzieło, które później okazało się być koreańskim kandydatem do Oscara, co nakazuje myśleć, że mamy do czynienia z produktem najlepszym z najlepszych. Płomienie bazujące na prozie Murakamiego to film niebanalny, świetnie skonstruowany i pozwalający na mnogość interpretacji oraz jego wielogodzinną analizę.

Michał Bębenek: Końcówka tego roku zdecydowanie należy do Murakamiego (przynajmniej w Polsce). Otzrymaliśmy nową, od lat wyczekiwaną powieść Śmierć Komandora, która swoimi dwoma tomami opanowała październik i listopad. Grudzień z kolei obstawiony jest premierą bardzo dobrej ekranizacji jednego z opowiadań japońskiego autora, czyli właśnie omawianymi tu Płomieniami. Przedpremierowy seans był bardzo satysfakcjonujący, lecz mam wrażenie, że trochę straciłem, nie oglądając tego filmu na dużym ekranie, więc jeśli tylko będzie grany w jakimś kinie w Trójmieście, to na pewno się wybiorę.

WADY I ZALETY FILMU

Mateusz: Płomienie to dzieło bardzo długie. Trwający niemal dwie i pół godziny film utkany jest z mnóstwa niespiesznych, perfekcyjnie nakręconych scen i ten element jest stałą, która przewija się we wszystkich recenzjach oraz opiniach dotyczących filmu Lee Chang-donga. Ten film po prostu obfituje w długie, rozciągnięte sceny. Trwające kilkanaście, czasem nawet kilkadziesiąt sekund ujęcia podnoszą wartość estetyczną Płomieni, ponieważ wprawne oko dostrzeże w nich chorobliwą wręcz dbałość o detale oraz niezapomniane operowanie światłem; do tego detale te zdają się być niepozorne, ponieważ przeplatają te bardziej istotne ujęcia, ale finalnie okazuje się, że właśnie w nich czają się podpowiedzi, dzięki którym możemy później interpretować cały film. Oczywiście wszystko jest kwestią gustu – a jak wiadomo trudno podjąć dyskusję o gustach – ale mnie się te zabiegi podobały. Lubię zabawę kadrami, lubię nieśpieszne najazdy kamery, lubię dbałość o szczegóły, a kiedy poza walorami technicznymi stosowanie przydługich ujęć ma uzasadnienie fabularne – wtedy jestem bardziej niż zadowolony, bo poza trzymającymi w napięciu blockbusterami pokroju Incepcji Nolana lubię też produkcje niespieszne, pozornie traktujące o niczym, jak Subtelność Vincenta czy Ani słowa więcej Holofcenera. Zrozumiem jednak, gdy ktoś uzna, że zastosowany przez twórców zabieg jest najzwyczajniej w świecie nudny, dlatego też to, co dla mnie jest zaletą Płomieni może być także traktowane jako wada. A Ty, jakie masz podejście do tych ujęć?

Michał: Mnie ten film w ogóle się nie dłużył, a dwie i pół godziny zleciały w mgnieniu oka na podziwianiu świetnych kadrów. Masz rację, Mateusz, zdjęcia i montaż robią tutaj przynajmniej połowę roboty. Druga połowa to świetne aktorstwo i dbałość o szczegóły. Płomienie to zdecydowanie godny reprezentant koreańskiego kina.

Mateusz: Jako zaletę upatruję także główny wątek filmu, przedstawiający przedziwny trójkąt, w zasadzie nawet trudno powiedzieć, czy miłosny. Gdy świeżo upieczony student i początkujący pisarz Jong-soo Lee spotyka przypadkiem na ulicy pracującą jako hostessa Haemi Shin, na początku nie poznaje w pięknej kobiecie sąsiadki z dzieciństwa. Jednak dziewczyna poznaje jego i dość szybko namawia go na drinka. Gdy ich relacja nabiera rumieńców, okazuje się, że dziewczyna za kilka dni wyjeżdża do Afryki, chcąc odnaleźć coś głębszego, coś potężniejszego niż otaczająca codzienność, i prosi Jong-soo, aby ten odwiedzał jej malutkie mieszkanko i dokarmiał jej kota. Po jakimś czasie Haemi wraca do Korei,  jednak – ku sporemu zawodowi głównego bohatera – na lotnisku towarzyszy jej kilka lat starszy od nich Ben, który stylem życia przypomina Wielkiego Gatsby’ego (który to zresztą zostaje w filmie przytoczony).

Michał: Bardzo podobało mi się, jak reżyser rozbudował i nadał jeszcze więcej znaczeń literackiemu pierwowzorowi. Spalenie stodoły to tak naprawdę bardzo krótkie opowiadanie, które można by nazwać obyczajowym, natomiast Lee Chang-dong do pomysłu Murakamiego dodał drugie dno, wplatając w to naprawdę udaną fabułę z elementami thrillera. Zresztą twórca nie kryje swoich inspiracji, wciskając w ręce głównego bohatera książki Faulknera, czy przytaczając wspomnianego już Wielkiego Gatsby’ego.

Wielką siłą Płomieni jest też doskonała gra niedomówień. Po i w trakcie seansu w głowie widza pojawia się cała masa pytań (uwaga na lekkie spoilery) – czy Haemi naprawdę miała kota? (a może ten kot, niczym w eksperymencie myślowym Schrodingera, jednocześnie był i nie był?), a jeśli nie, to czy kot Bena był innym kotem? Czy Haemi naprawdę wpadła do studni jak była dzieckiem? No i wreszcie, czy Ben rzeczywiście był winny tego, o co podejrzewał go Jong-soo? To chyba największe niedopowiedzenie tego filmu, bo niby wszystko na to wskazuje, jednak nie jest w żadnej sposób powiedziane wprost, pozostawiając widzowi duże pole do rozmyślań.

Mateusz: Również problematyka jest silną stroną koreańskiego dzieła. Mimo że głównym tłem historii jest damsko-męska relacja trójki bohaterów, to głębiej, między wierszami udaje się twórcom przemycić smutny obraz dzisiejszej Korei Południowej. Bogactwo stolicy przeplata się z ubóstwem mniejszych miejscowości, tradycja miesza się z nowoczesnym podejściem i modą na Zachód, a wygłaszane w telewizji przemówienie Donalda Trumpa kontrastuje z pobrzmiewającą na obrzeżach Korei Południowej propagandą sąsiada z Północy.

Michał: Rzeczywiście, wplecione w fabułę społeczno-polityczne wątki stanowią świetne tło i jednocześnie lustro aktualnej sytuacji w kraju. Zderzenie skrajnych warstw społecznych, od nieco zapyziałej, koreańskiej “wsi”, pełnej podupadających gospodarstw i opuszczonych szklarni (których palenie upodobał sobie Ben), gdzie samotnie mieszka Jong-soo, poprzez przedmieścia Seulu, gdzie Haemi wynajmuje maleńkie mieszkanko (które tak naprawdę jest jednym pokojem), aż po rozpasaną, luksusową dzielnicę Gangnam (czy tylko ja miałem ochotę zaśpiewać Opa, Gangnam Style?), gdzie mieści się piękny apartament należący do Bena.

 

NAJLEPSZA SCENA

Mateusz: Było ich kilka. Najbardziej chyba jednak ujęła mnie ta, w której dziwaczny trójkąt siedzi przed domem Jong-soo Lee i pali trawkę. Chwilę później Haemi w euforii rozbiera się od pasa w górę i stara się poczuć jedność z naturą, wyzwalając z siebie multum emocji. Podoba mi się sposób, w jaki została nakręcona ta scena. Kamera skupia całą uwagę na dziewczynie, nie odrywając się od niej nawet na sekundę, a widz wraz z upływem czasu widzi zmieniające się emocje młodej kobiety. Początkowa radość i euforia przeradza się w żal, smutek, rozgoryczenie, niepewność i zawstydzenie, by finalnie przeistoczyć się w skrajne wyczerpanie, zniechęcenie i apatię.

Kolejną, świetnie nakręconą sceną jest ta finałowa, której nie chcę jednak tutaj przytaczać z oczywistych względów. W każdym razie wspomnę tylko, że zachwyciła mnie dbałość o szczegóły i grę przeciwieństw, którą zastosował reżyser. Świetnie przeplatają się tutaj chłód i ciepło, jasność z ciemnością, życie ze śmiercią oraz ulga z przerażeniem. Dla mnie ta scena będzie przez długi czas przykładem tego, jak powinno się kręcić końcowe akty w filmach.

Michał: I cóż mogę dodać? Wymieniłeś dwie sceny, które także na mnie wywarły największe wrażenie. Od siebie mogę dopowiedzieć tylko, że ta pierwsza scena była jedną z tych nielicznych, przeniesionych prawie idealnie z literackiego pierwowzoru (tam jednak dziewczyna od razu położyła się spać, dwójka panów relaksowała się, słuchając jazzu – cóż bowiem innego mogli robić bohaterowie Murakamiego – a Ben wyznał, że od czasu do czasu lubi palić stodoły, nie szklarnie, jak w filmie). Finał natomiast to już czysty geniusz reżysera – emocjonalnie trafiony w punkt, jeszcze długo po napisach pozostawia widza z szeroko otwartymi oczami.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Mateusz: Haemi Shin to młoda, atrakcyjna Koreanka. Stara się wiązać koniec z końcem, pracując jako hostessa, mieszka w blokowisku w Seulu, a za mieszkanie służy jej… pokój z malutką łazienką, w którym na małej przestrzeni mieści wszystko, co potrzebne do życia. Bohaterkę cechuje (momentami zbyt duża) otwartość, pogodne usposobienie i łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Dziewczyna wywodzi się z małej wioski, leżącej przy granicy z Koreą Północną i prawdopodobnie w przeszłości jej wygląd fizyczny był elementem jej traumy, ponieważ jak wyznaje Jong-soo Lee, przebyła jakiś czas temu operację plastyczną. Haemi jest pełna pasji, co rusz zmienia zainteresowania, ucząc się co rusz czegoś nowego. Szczególnie interesuje ją pantomima, która według niej nie polega na wyobrażaniu sobie, że coś jest, ale  polega na zapominaniu, że czegoś nie ma.

Michał: Scena obierania nieistniejących mandarynek również jest wyjęta wprost z opowiadania.

Mateusz: Młoda kobieta wypomina zresztą głównemu bohaterowi, że ten w czasach szkolnych był dla niej oschły, a jedyne zdanie, które skierował w jej stronę, ograniczało się do stwierdzenia, jak bardzo jest brzydka. Nie wiadomo zatem, czy jej relacja z Benem jest formą zemsty na Jong-soo Lee za krzywdzące słowa, czy zadecydował tu czysty przypadek. Haemi posiada też mroczniejszą stronę, w której nie potrafi poradzić sobie z emocjami i ewidentnie widać, że kryje się w niej smutek.

Michał: Z kolei Jong-soo Lee to zamknięty w sobie, małomówny introwertyk, aspirujący do bycia pisarzem, któremu jednak jeszcze niczego nie udało się napisać (zdecydowanie nie miałem problemu z identyfikowaniem się z tą postacią). Kiedy był dzieckiem, jego matka odeszła bez słowa, zostawiając małego chłopca z ojcem-furiatem. Jong-soo do dziś, raz po raz, w sennych koszmarach przeżywa scenę, kiedy ojciec rozpalił wielkie ognisko i kazał synowi spalić wszystkie rzeczy matki. Nie ma się więc co dziwić, że niekoniecznie zależy mu na pamiętaniu swojej przeszłości, przez co nie rozpoznaje Haemi i nie jest w stanie sobie przypomnieć, czy rzeczywiście uratował dziewczynę, kiedy wpadła do studni (o ile ta historia była prawdziwa, co jak już wspominałem, jest jednym z perfekcyjnie rozegranych niedopowiedzeń). Główny bohater łapie się różnych przypadkowych zajęć, w pewnym momencie jest jednak zmuszony opuścić Seul i wrócić do rodzinnego domu na wsi, jego ojciec bowiem trafia do więzienia za pobicie urzędnika. Jong-soo musi sam zająć się tym, co zostało z rodzinnego gospodarstwa, wydaje się jednak zadowolony z izolacji i odcięcia od szumu wielkiego miasta (zastępując go propagandowym szumem dobiegającym z pobliskiej Korei Północnej).

Mateusz: Enigmatyczny Ben to ucieleśnienie nowoczesnej Korei Południowej i gonitwy za zachodnimi trendami. Już samo jego imię kojarzy się ze Stanami Zjednoczonymi. To pewny siebie, opanowany mężczyzna, który zdaje się doskonale wiedzieć, jakie są cele w jego życiu oraz jak dojść do ich spełnienia. Haemi poznał na lotnisku w Afryce, skąd przylecieli razem do Seulu. Mężczyzna ewidentnie oczarował młodą kobietę i generalnie emanuje pozytywną energią, jednak jest w nim coś, co nie pasuje głównemu bohaterowi. Chłopak widzi w nim bohatera jednego z głośniejszych dzieł Fitzgeralda, czyli Wielkiego Gatsby’ego, i z każdym spotkaniem darzy Bena większą podejrzliwością oraz rezerwą. Czyżby Ben skrywał jakąś mroczną tajemnicę? A może to tylko pozory, którymi karmi się wyobraźnia młodego pisarza?

AKTORSTWO

Mateusz: Główne trio aktorskie wypadło bardzo dobrze. Debiutująca na wielkim ekranie Jong-seo Jun zaskakuje mnie swobodą, z jaką gra. W niektórych scenach (jak na przykład w tych barowych) wykazuje się sporą naturalnością, a wspomniana już scena, w której jej bohaterka Haemi upalona marihuaną zdejmuje bluzkę i napawa się widokiem znanym z dzieciństwa, to aktorska perełka (i nie, nie dlatego, że widać gołe piersi), w której udało jej się uchwycić mnóstwo emocji w kilkunastosekundowej sekwencji, przez większość czasu stojąc tyłem do kamery. Mam nadzieję, że jej kariera się rozwinie. Nie gorzej wypadł wcielający się w głównego bohatera Ah In Yoo. Jego kreacja jest stonowana, lekko wycofana, ale konkretna, dzięki czemu bohater jest niepewny, zdezorientowany, stłamszony, ale i odpowiednio zdeterminowany, żeby dopiąć swego. Równie dobrze spisuje się globalnie rozpoznawalny Steven Yeun (za sprawą serialu The Walking Dead). Podobała mi się lekko zarysowana arogancja na jego twarzy, znudzenie i bijące z ekranu przeświadczenie, dające wyraźnie do zrozumienia “jestem lepszy”, które wtłoczył w swojego bohatera. To bardzo oryginalnie zagrany antagonista.

Michał: Steven Yeun to zdecydowanie niedoceniany aktor, któremu w Płomieniach świetnie udaje się zerwać łatkę Glenna z The Walking Dead. Ja, nieco inaczej niż Mateusz, odebrałem jego zachowanie. Nie tyle jako “jestem lepszy”, a raczej skierowane w kierunku Jong-soo “zobacz, mimo bogactwa, jestem taki jak ty”. Były tam dwie sceny, które sprawiły takie wrażenie – w trakcie imprez z bogatymi znajomymi, kiedy Ben znudzony, ukradkiem ziewa, a kiedy orientuje się, że Jong-soo to dostrzegł, uśmiecha się do niego porozumiewawczo, wysyłając sygnał “spójrz, tak naprawdę mnie też to nie interesuje, jesteśmy do siebie podobni”. Świetnie się to uzupełnia z grą partnerujących mu Ah In Yoo i Jong-seo Jun i po raz kolejny jest dla widza zagadką – czy to prawdziwa natura Bena, czy tylko gra?

KWESTIE TECHNICZNE

Mateusz: Płomienie oferują nam 148 minut wysmakowanej, powolnie budowanej historii, w której czuć bogaty warsztat reżysera i scenarzysty Lee Chang-donga. O pieczołowitości w kreacji poszczególnych scen wspominałem już całkiem sporo, dlatego nie będę się teraz powielał. Do perfekcyjnego obrazu dochodzi pulsująca, niepokojąca muzyka skomponowana przez Mowga. Podobała mi się również dbałość o szczegóły scenografii – w niektórych scenach przedmioty wyeksponowano tak, by odbiorca na pewno zwrócił na nie uwagę, by następnie wrócić do nich i pokazać, że uprzednie ich ukazanie było konieczne.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Mateusz: Płomienie to film gęsty, skomplikowany, składający się z wielu warstw, w którym twórca wymaga od widza uwagi, zaangażowania i cierpliwości, odpłacając mu za ten wkład jednym z najlepszych filmów 2018 roku.

Michał: Marzy mi się, aby powstawało więcej takich ekranizacji prozy Murakamiego. Kinowy potencjał jego twórczości to zdecydowanie temat na osobny wpis. Płomienie urzekły mnie swoją kameralnością i niespiesznym tempem, szerokim polem do własnej interpretacji i mnogością pytań, które pojawiają się w głowie po zakończonym seansie. Konwersja opowiadania na ekran kinowy przebiegła wręcz idealnie, wzbogacając dość skromny pomysł wyjściowy pierwowzoru, o wątki i znaczenia, które pozwoliły stworzyć naprawdę dobrą i wciągającą historię.

Ocena Mateusza8
Ocena Michała7.5
7.8Ocena ogólna