Wielogłosem o…: “Rzeka złodziei”

Rzeka zlodziei

Michael Crummey po raz kolejny powraca do polskich księgarń, tym razem dzięki swej debiutanckiej powieści Rzeka złodziei. Jeśli zapoznaliście się już z twórczością Kanadyjczyka (do czego my nieustannie namawiamy, bo po prostu warto!), to zapewne domyślacie się, że dzięki tej książce ponownie powrócicie na łono Nowej Fundlandii, gdzie klimat jest srogi, a ludzie zawzięci. Tym razem autor przeniósł akcję wydarzeń do lat dwudziestych XIX wieku, kiedy to wyspa dopiero zaczęła się wypełniać osadnikami, a ziemia dotychczas należała do Indian. Nasi redaktorzy w stałym składzie – Sylwia, Mateusz i Patryk – wzięli pod lupę debiut Michaela Crummeya ze świadomością, że czeka ich wyjątkowa podróż. W poniższym tekście przeczytacie ich wrażenia z tej niezwykłej wycieczki.

WRAŻENIA OGÓLNE

Sylwia Sekret: Rzeka złodziei  to czwarta powieść Michaela Crummeya, którą miałam przyjemność czytać, choć jednocześnie pierwsza, którą napisał autor. Pomijając bowiem poezje i opowiadania, które również tworzy kanadyjski pisarz (swoją drogą, jestem niezwykle ciekawa jego utworów lirycznych), jeśli chodzi o dłuższą prozę, to właśnie Rzeka złodziei była jego debiutem, oryginalnie wydanym 15 lat temu. Szmat czasu, można by pomyśleć. Można by też żywić obawy, że po kilkunastu latach od ukazania się książki na rynku, straciła ona na swej aktualności. Nic bardziej mylnego, ale powinniśmy o tym wiedzieć, jeśli czytaliśmy choć jedną powieść autora Dostatku. Crummey bowiem każdorazowo, mimo że porusza konkretny problem, często konkretnej społeczności, dotyka jednocześnie tych wrażliwych i delikatnych nici, z jakich spleciony został każdy z nas, i to z nich tka fabułę powieści. Nie inaczej jest i tym razem. Michael Crummey nie zawodzi i naprawdę wątpię, aby ten artysta mógł napisać coś kiepskiego lub chociaż przyzwoitego.

Mateusz Cyra: Rzeka Złodziei w moim przypadku jest drugim (i z pewnością nie ostatnim) spotkaniem z pisarstwem Michaela Crummeya. I o ile po lekturze genialnej powieści Sweetland byłem nieskończenie wręcz zachwycony (co widać w wielogłosie na temat tej powieści) i uważam ją za jedną ze swoich ulubionych powieści, o tyle Rzeka Złodziei nie wywarła na mnie aż takiego wrażenia, jednak od razu zaznaczam, że porównuję w tym momencie powieść, która jest niezwykle bliska memu sercu z – tylko albo aż – bardzo dobrym dziełem, które wciągnęło mnie bez reszty i pozwoliło mi zatopić się w XIX-wiecznej Nowej Fundlandii, zapewniając mi intelektualną rozrywkę na najwyższym poziomie. Dlatego też proszę nie zrozumieć mnie źle – Rzeka Złodziei jest hipnotyzująca i oceniam ją bardzo wysoko. Zresztą może błędem było porównanie, ponieważ obie pozycje opowiadają tak różne historie, że nie sposób łączyć czymś więcej niż osobą autora.

Patryk Wolski: Bardzo podoba mi się to, że Michael Crummey swoje powieści osadza w tym samym zakątku świata, ale jednocześnie każda książka jest na swój sposób inna i wyjątkowa. Rzeka złodziei to opowieść o początkach osadnictwa na Nowej Fundlandii, którą już zdążyłem się zainteresować po lekturze PobojowiskaSweetland. Autor po raz kolejny mnie wciągnął swoją powieścią, czemu się wcale nie dziwię – Michael Crummey ma niesamowity dar do opowiadania historii i czyni to z taką łatwością, że faktycznie zdaje się, że on nie jest w stanie zaliczyć pisarskiego blamażu. A ja znowu mam problem, bo przy próbie ulokowania Rzeki złodziei w rankingu “Najlepsza książka Crummeya”, widzę kolejnego pretendenta do lauru zwycięstwa.

PLUSY I MINUSY POWIEŚCI

Sylwia: Na pewno – jak to zawsze u Crummeya – plusem Rzeki złodziei jest tematyka powieści. Zbliżona jest zresztą do tej, którą porusza inna powieść innego autora spod szyldu gdańskiego wydawnictwa – Anglicy na pokładzie (o których dyskutowaliśmy obszernie tutaj). W swoim powieściowym debiucie pisarz sięgnął po problematykę wypierania pierwszych, rdzennych mieszkańców Nowej Fundlandii przez kolonizatorów i stopniowego wyniszczania ich kultury. O ile jednak powieść Matthew Kneale’a pochodziła do tematyki dość ostro, przedstawiając kolonizatorów w dużej mierze jako złych i zatwardziałych ludzi, którzy za nic mają kulturę i historię tubylców, a ich z kolei ukazywała od tej dobrej strony, o tyle Crummey przedstawia problem jako o wiele bardziej złożony. Nienawiść nakręcana przez obopólny strach i niezrozumienie tworzą zamknięty układ wiecznej walki, z którego nie ma wyjścia. W Rzece złodziei niewiele jest osób i zdarzeń, które jasno zaklasyfikować możemy do dobrych bądź złych. Lektura wymaga od czytelnika moralnych rozterek i wielu zapytań skierowanych do własnego sumienia. Właśnie te postaci, dalekie od płaskich i jednowymiarowych, stanowią kolejny plus powieści. U Kanadyjczyka zresztą jest to już norma – bardzo wysoka, dodajmy – do której nas przyzwyczaił. Sięgając po jego powieści, możemy mieć pewność, że zaludnione będą one postaciami wyjątkowymi, zapadającymi w pamięć i ożywającymi podczas lektury, nabierającymi wymiaru.

Mateusz: Gdy myślę o pozytywach Rzeki Złodziei, pierwsze co mi się nasuwa, to jej niebanalność. Jest ogólnie w stylu pisania Crummeya coś, co sprawia, że jego powieści wyróżniają się na tle wielu współczesnych pisarzy, a jakby tego było mało – on sam potrafi opisywać rzeczy dziejące się w tak skrajnie różnych czasach, w sposób tak swobodny i niewymuszony, że podczas lektury Rzeki Złodziei łapałem się na myślach, że oto trzymam w dłoniach powieść, która w oryginale została napisana ponad 100 lat temu. I nie chodzi o jakiś archaiczny język, tylko o odpowiednio silnie zbudowane tło do opowiadanych zdarzeń. Crummey stworzył coś, co w przełożeniu na film byłoby zadaniem wieloosobowej ekipy scenografów oraz osób odpowiedzialnych za kostiumy, a ustawił wszystkie elementy swojej powieści tak, jak najbardziej doświadczony i świadomy reżyser. Ujmuje mnie perfekcjonizm autora i w wielu scenach autenycznie zatrzymywałem się i wracałem do danego fragmentu tylko po to, by cieszyć się świetnym opisaniem poszczególnych scen. To pokazuje, z jak szalenie inteligentnym pisarzem mamy do czynienia. Kontynuując filmowe porównania: Rzeka Złodziei byłaby bardzo dobrym filmem, co pewnie w mojej głowie potęguje obejrzana kilka miesięcy temu Zjawa, ale fakt jest taki, że historia przedstawiona w powieści Crummeya to świetny materiał dla filmowców. Jeszcze na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak zgodzić się z Sylwią – kanadyjski autor ma dar do tworzenia zapadających w głowę, wielowymiarowych postaci, które pozostają w człowieku jeszcze przez jakiś czas po zamknięciu ostatniej strony.

Patryk: Najpierw odniosę się do tego, co powiedzieli moi poprzednicy. Po pierwsze, skojarzenia z Anglikami na pokładzie towarzyszyły mi od samego początku i Sylwia słusznie zauważyła, że Rzeka złodziei wyróżnia się moralną niejednoznacznością. Co do literackich nawiązań, nie mogę ukryć, że opisywane przez Crummeya wędrówki po skutej lodem rzece i próba pertraktacji z rdzenną ludnością preferującą chłodniejsze rejony, bardzo przypomina mi epizody z Terroru Dana Simmonsa. A po drugie – Mateusz ma absolutną rację, że omawiana powieść ma zadatki na udane dzieło filmowe; sam w trakcie lektury zastanawiałem się już, jak mógłby wyglądać film na podstawie Rzeki złodziei. No dobrze, ale może zejdę na ziemię…

Michael Crummey w swojej powieści szczególnie mnie zachwycił dwoma aspektami. Autor połechtał moje historyczne ciągoty i podszkolił mnie trochę z wiedzy na temat angielskiego osadnictwa w Ameryce Północnej i związanych z tym komplikacji, jak na przykład epizodycznie wspomniana wojna Anglii z Francją na początku XIX wieku. David Buchan, jedna z głównych sylwetek w Rzece złodziei, to postać rzeczywista, która faktycznie miała do czynienia z ludnością Czerwonych Indian na Nowej Fundlandii. Bardzo lubię takie smaczki, które sprawiają, że mam ochotę oderwać się od lektury i “wygooglować” to i owo. Crummey zachwycił mnie również trzymającą w napięciu narracją, w której historię postaci odsłania szczątkowo, pozwalając niepewności na rośnięcie w siłę. Wszak w naturze ludzkiej leży to, aby swoje sekrety właśnie ukrywać jak najgłębiej (wybacz, Sylwio!) i – czy to ze wstydu, czy strachu – modlić się, żeby to nigdy nie wyszło na jaw. W Rzece złodziei Michaelowi Crummeyowi świetnie wyszło ukazanie, jak powierzchownie potrafimy patrzeć na ludzi i ich oceniać, nie znając pełnego obrazu sytuacji. Korzystając z licznych retrospekcji autor nasycał moją ciekawość i jednocześnie wprowadzał w osłupienie, bo niejeden raz okazywało się, że źle oceniałem którąś z postaci.

Sylwia: Wybaczam, Patryku, zresztą – któż lepiej ode mnie zna naturę sekretów i potrafi jej ukazanie w powieści docenić… Wracająć natomiast do minusów, to w przypadku tego pisarza naprawdę niewiele jest spraw, które z czystym sumieniem można by wytknąć palcem. Jego wyobraźnia powoduje zazdrość, styl wciąga, narracja nie pozostawia złudzeń co do tego, że mamy do czynienia z dojrzałym pisarzem, który doskonale wie, co chce przekazać swojemu czytelnikowi. W przypadku Rzeki złodziei mogłabym się jedynie przyczepić do tytułu. Bo choć stanowi on fajną metaforę, jest malowniczy i pobudza wyobraźnię, to może być odrobinę mylący. Do tej pory tytuły powieści Crummeya były genialnie dobrane tak do treści, jak i problematyki – zarówno tej powierzchownej, jak i głębszej. Tym razem, choć wydaje mi się, że wiem, o co chodziło autorowi, nie do końca mnie ten tytuł chyba przekonuje.

Mateusz: Czemu? Ja tam na przykład nie mam z nim żadnych problemów, bo pozwala on czytelnikowi na dowolną interpretację. Tylko od nas zależy, jak daleko się w niej zapuścimy i gdzie wytyczymy sobie granicę. Zawsze lubowałem się w interpretacjach dzieł literackich, dlatego lubiłem “rozbierać” poszczególne powieści na osobne części – takie jak tytuł, motto bądź ostatnia scena – i każdą z osobna oraz potem wszystkie razem traktować jako klucze do interpretacji dzieła. Rzeka Złodziei to właśnie świetny tytuł do zabawy interpretacją i dla mnie jest to plus powieści Crummeya. Czy doszukuję się jakiegoś minusu? Chyba troszeczkę więcej obiecywałem sobie po ostatnich stronach. Nie było źle, ale też zabrakło mi jakiegoś wyraźniejszego zamknięcia tej historii.

Sylwia: Teraz z kolei ja się nie zgodzę. Historia została, w moim odzuciu, zamknięta idealnie, w iście nowofundlandzkim stylu – surowym, chłodnym, ale majacym swój niepowtarzalny urok; tętniącym, wbrew pozorom, życiem.

NAJBARDZIEJ ZAPADAJĄCY W PAMIĘCI FRAGMENT

Sylwia: Tych fragmentów – z ręką na sercu – było sporo.  Zamiast przytaczać orientacyjne momenty powieści mogę jednak posłużyć się tym, że podczas lektury zaznaczałam sobie pewne cytaty bądź całe strony, które wywarły na mnie wrażenie. I tak na przykład, jednym z nich będzie fragment, w którym John Peyton Jr. oprawia lisa, co ma miejsce na stronie 219. Chyba pierwszy raz spotkałam się z tak dokładnym, surowym i jednocześnie w jakiś dziwny sposób fascynującym opisem zdzierania skóry ze zwierzęcia, wyjmowania wnętrzności, wywijania skóry na drugą stronę. Porównania, jakie stosuje tu autor, są zarówno niesmaczne, jak i nad wyraz adekwatne i pasujące:

Pomagając sobie ciężarem ciała, zdjął powoli skórę z tuszy i bezłapych przednich nóg, wyciągając je z futra niczym rączki dziecka niechcące wyjść z rękawów ciasnego swetra.

Ten zawierający się na ponad połowie strony fragment wprawił mnie w swego rodzaju osłupienie, czytałam go zastygnięta, ze wstrzymanym oddechem. I mimo że był niezwykle naturalistyczny, niemal obrzydliwy, to jednocześnie tak naturalny, że każde zdanie czytałam po kilka razy zahipnotyzowana tą bezwzględnością, jaką rządzi się łańcuch pokarmowy i prawo silniejszego lub mądrzejszego.

Mateusz: Tak, ten fragment jest iście fenomenalny i oczywiście również zaliczam go do swoich ulubionych. Jednak moment, który zapadł mi najbardziej w pamięci to ten, w którym po całonocnej popijawie Buchana z Johnem Seniorem ten pierwszy nad ranem miał bardzo ciężki początek dnia i otrzymał pomoc od Cassie. Naprawdę urzekła mnie ta scena, było w niej wiele ciepła, ludzkiego zrozumienia i dystansu. To również scena, w której pada jeden z wartych zapamiętania cytatów, który wiem, że za chwilę wymieni Sylwia.

Patryk: Scena z lisem była bardzo mocna i aż byłem zdziwiony, że Crummey z taką surową bezwzględnością opisał dobicie i wypatroszenie pojmanego zwierzęcia. Ale czy miałbym jakąś swoją wyjątkową, ulubioną scenę? Chyba bardziej zapadną mi w pamięć nagłe wolty fabularne, gdy wraz z pstryknięciem palcami, wszystko nabiera innego znaczenia. Bardzo podobał mi się wątek tajemniczego “stanu” Cassie, który wyjaśnił się w scenie z pewnym notatnikiem.

Sylwia: Zaznaczyłam sobie także kilka krótszych cytatów, które – jak to u Crummeya – w kilku słowach zawierają prawdy, których niekiedy sami nie potrafimy wyrazić milionami zdań. Jedno z nich pada już niemal na początku powieści, kiedy Cassie mówi:

Jak to jest, że mężczyźni czują większą obawę przed wyjściem na głupca niż przed samym robieniem rzeczy głupich?

W pamięci zapadł mi również cytat, który oddaje coś, co pisarz przemyca niemal w każdej swojej powieści, kiedy opisuje zarówno piękno, jak i surowość i bezwzględność Nowej Fundlandii, kiedy w jednej z retrospekcji Miller mówi do Johna Seniora o ziemi, na jakiej przyszło im żyć:

Dziwka z niej i tyle. Rozłoży przed tobą nogi, ale będziesz musiał za ten przywilej zapłacić, nie zapominaj o tym. (…) Sam najwyraźniej nie miał nic przeciwko podobnym układom.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: Wybór jest równie trudny, jak przy najbardziej zapadającym w pamięci fragmencie powieści. Zaznaczałam już na wstępie, że Michael Crummey ma niezwykły dar do tworzenia postaci oryginalnych, o ostrych konturach, których sylwetki mają małe szanse na to, aby rozmazać nam się w pamięci z biegiem czasu, który upłynie od ukończenia lektury. Jako że jestem jedyną kobietą w tym Wielogłosie, pozwolę sobie wspomnieć o jednej z niewielu kobiet w powieści i od razu skupię się na tej, która pojawia się najczęściej spośród płci pięknej. Cassie to, można by powiedzieć, obok Mosesa Sweetlanda z powieści Sweetland, przykład na postać iście Crummeyowską. Przeszłość tej “twardej babki” poznajemy bardzo powoli, bo pisarz stopniowo odkrywa przed nami, co tak naprawdę sprowadziło ją do domu Johna Seniora i dlaczego, mimo uczucia Johna Peytona, którego nie odwzajemniała, ciężkich, trudnych warunków życia, a także niełatwego charakteru jej pracodawcy, postanowiła zostać. Cassie to typ kobiety niezwykle silnej psychicznie, która z większością spraw radzi sobie sama i od nikogo nie oczekują pomocy, łaski czy litości – mogłyby ją wręcz obrazić. I choć widzimy kobietę w kilku sytuacjach, w których jest niemal bezbronna i całkowicie odsłonięta, to nie traci nic ze swej siły i dumy. Cassandra Jure jest także bardzo mądrą i wbrew pozorom wrażliwą osobą – wyczuloną na mnóstwo międzyludzkich niuansów, często niemożliwych do dostrzeżenia przez otaczających ją mężczyzn. Gdyby Cassie i Mosesa zamknąć samych na jednej wyspie, albo by się pozabijali, albo stali najlepszymi przyjaciółmi.

Mateusz: Jedną z najciekawszych postaci w Rzece Złodziei jest Joseph Reilly, który osiadł w Nowej Fundlandii po burzliwej przeszłości w Anglii. To postać pełna mylnych wrażeń, bo z pozoru jest osobnikiem kompletnie nijakim – ot, przyzwoity, dość serdeczny mężczyzna w średnim wieku, który ustatkował się u boku Indianki, przez co, co prawda miewał problemy z niektórymi mieszkańcami wyspy, ale nie bacząc na krzywe spojrzenia sąsiadów, wiódł szczęśliwy żywot z kobietą swojego życia. Reilly jest również bezgranicznie lojalny wobec Johna Seniora, któremu wiele zawdzięcza. Zresztą, w trakcie czytania wielokrotnie będzie wracać mroczna przeszłość Reilly’ego i będzie to powód do naprawdę przyjemnych chwil spędzonych z powieścią Rzeka Złodziei.

Patryk: Joseph Reilly jest moim faworytem, jeśli chodzi o najciekawszą postać ze względu na jego przeszłość, ale ponieważ już o nim wspomniano, ja dorzucę swoje trzy grosze o głównych postaciach: o Johnie Peytonie Seniorze i Johnie Peytonie Juniorze zwanym po prostu Peytonem. John Senior to starszy mężczyzna, który nie zawsze potrafi dogadać się ze swoim synem i potrafi być niesamowicie uparty. Nie ufa Indianom, którzy już nie raz uprzykrzyli mu życie, zamordowali jego wspólnika i dopuszczają się coraz zuchwalszych kradzieży. Peytonowie jako traperzy nie mogą sobie pozwolić na utratę pułapek i narzędzi, więc Senior brał już udział w odwetach, które kończyły się tragicznie. Starzec ma również swoje tajemnice, które na długo będą zagadką dla czytającego – dlaczego na przykład Peyton Senior ma nieustanne koszmary, a także czy coś łączy go z Cassie? Chociaż nie jest najsympatyczniejszym człowiekiem na świecie, jako bohater literacki zapewnia dużo dobrej rozrywki i rozgryzania jego charakteru. John Peyton Junior jest natomiast młodym człowiekiem, który stopniowo przygotowuje się do przejęcia rodzinnego interesu, lecz równie ważne jest dla niego to, aby Cassie odwzajemniła jego uczucie, którym on pała do niej od lat. Co prawda nie jest jakimś wymoczkiem, który płacze nad tym, że dostał kosza, ale czasami bywał irytujący w wieloletnim skradaniu się do Cassie, zamiast postawienia sprawy jasno i po męsku.

Sylwia: Mateusz mnie uprzedził, bo ja również chciałam jeszcze wspomnieć o Reillym. To postać dość tragiczna, wiele wokół niej się dzieje, choć jest małomówna. Aż szkoda, że nie poświęcono mu więcej czasu w powieści, bo Crummey ulepił tę postać z naprawdę ogromnego potencjału. Natomiast co do wypowiedzi Patryka, to ja nie odczułam tej irytacji w żadnym momencie. Zresztą, on wiedział, że Cassie wie, co on do niej czuje, więc postawienie sprawy jasno ani nie zmieniłoby jej podejścia do sprawy, ani jego uczuć do niej. A nawet gdyby, to cóż… postawienie sprawy jasno, kiedy idzie o miłość, nie zawsze bywa tak proste, jakbyśmy chcieli, i jak to może się wydawać postronnym.

STYL, JĘZYK

Sylwia: Czy omówiwszy już styl Crummeya wzdłuż i wszerz przy okazji premier kolejnych jego powieści w naszym kraju, zostało jeszcze coś do dodania? Można się było spodziewać tego, że ze względu, iż jest to debiut powieściowy pisarza, będziemy mieli do czynienia z mniej dopracowanym stylem, z czymś, co będzie raziło w oczy. Mogliśmy się na to nastawić i nie czuć dzięki temu nastawieniu rozczarowania. Ale mimo zrozumienia, które jesteśmy w stanie zaoferować urodzonemu na Nowej Fundlandii pisarzowi – on go nie tylko nie chce, ale przede wszystkim nie potrzebuje. Rzeka złodziei pod względem stylu opowieści niczym nie różni się od poprzednich powieści autora i jest to oczywiście zaleta, która jednocześnie jest już pewną marką Crummeya. Ten mężczyzna chyba nie potrafi po prostu pisać źle. Ma talent do tworzenia wspaniałego klimatu, do oddawania emocji i surowości – czy to krainy geograficznej, czy tej, która rozpościera się w człowieku. Faktem jest jednak, że książek Michaela Crummeya nie czyta się szybko, jednym haustem, przez co początkowo (kiedy sięgamy po twórczość pisarza po raz pierwszy), może jego styl wydawać nam się ciężki i toporny. To wrażenie jednak szybko mija, ustępując miejsca zrozumieniu, że oto zostaliśmy postawieni przed prozą wymagającą, ale oferującą wiele w zamian, od której my również możemy, a nawet musimy wiele wymagać. I nie zawiedziemy się. Rzekę złodziei, podobnie jak Dostatek, PobojowiskoSweetland trzeba smakować, odnajdywać się w poszczególnych słowach i pauzach między nimi.

Mateusz: Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zgodzić się z każdym Twoim słowem, Sylwia. Crummey ma niepowtarzalny styl i mimo iż faktycznie nie czyta się jego książek lekko, bo autor wymaga od czytelnika umysłowej gimnastyki, to w trakcie czytania odbiorca docenia wyzwania, jakie stawia przed nim autor i po kilkunastu stronach, gdy wpadamy w rytm, zatracamy się w tej prozie, smakując każde słowo. W zalewie książek nijakich, które zapominamy po kilku dniach od przeczytania, tym bardziej warto docenić umiejętność Crummeya do tworzenia niebanalnych treści. Ja również obawiałem się, że debiut będzie miał niego gorszy styl, i czuć będzie, że niektóre aspekty warsztatowe wymagają dopracowania, okazało się, że nic takiego nie ma miejsca. Pisałem o tym również wcześniej, że ujmuje mnie dbałość, z jaką autor przykłada się do wszystkich detali w każdej scenie, dzięki czemu możemy smakować poszczególne fragmenty niczym najlepsze wino.

Patryk: A ja przed lekturą całkowicie wyparłem myśl, że jest to debiut, więc może być różnie. O Rzece złodziei myślałem tylko jak o kolejnej powieści Michaela Crummeya, która najpewniej przypadnie mi do gustu. Kanadyjczyk w tej powieści stosuje bardzo dużo retrospekcji w celu odkrycia przed czytelnikiem ukrywanej wcześniej przeszłości bohaterów i, jak już mówiłem, robi to fenomenalnie; nawet jeśli wspomnienie jest przez niego powtórzone, to jest to celowy zabieg, bowiem nowy powrót jest wzbogacony o informację, która czasem potrafi wszystko zmienić. Bardzo fajnie to wyszło i aż żałuję, że czytając tę książkę ponownie, nie będzie mi towarzyszyć ta sama ekscytacja wywołana nieznajomością tajemnicy.

WYDANIE

Sylwia: Wiatr od Morza nie zawodzi, prawda, Panowie? Ich oszczędne, lapidarne, wydawałoby się, w wymowie okładki robią swoje – przyciągają uwagę, mamią, obiecują. A wnętrze spełnia te obietnice z nawiązką.

Mateusz: To jasne jak słońce :). W zasadzie to aktualnie moja ulubiona okładka książki wydanej przez Wiatr od Morza. Pasuje jak ulał, a przy tym jest wcale nieoczywista.

Patryk: Gdańskie wydawnictwo ma swój standard, od którego Rzeka złodziei nie odbiega. Książki wydane przez Wiatr od Morza to zawsze pierwszorzędna robota.

Sylwia: Nie ma to jak zgodnie, krótko i na temat ;).

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Sylwia: Rzeka złodziei to kolejny fantastyczny Crummey, po raz kolejny opowiadający o człowieku i naturze, a także o ludzkiej naturze. Poruszony przez pisarza problem pozostaje w zasadzie otwarty, rozwiązaniem bowiem może być tylko całkowita zmiana nastawienia gatunku ludzkiego. Prawo do przywłaszczania, strach, nienawiść, duma, żądza zemsty, nadawanie sobie miana zdobywcy… to wszystko nas gubi, a winni niemal zawsze znajdują się po obu stronach. O tym, w dużym, ogromnym skrócie opowiada Rzeka złodziei, za punkt wyjścia biorąc pewną rodzinę, spóźnioną próbę naprostowania błędów przodków, lud Beothuków tak niewiele różniący się od innych ludów i przeświadczenie człowieka, że rację ma ten, którego mowę rozumie większość. Ta powieść opowiada o kradzieży, która nie dokonuje się na kartach książki, ale której bohaterowie, nawet jeśli nieświadomie, próbują zadośćuczynić. Opowiada o kradzieżach, jakich dokonywali ludzie przed laty, kradnąc kulturę, przeszłość i przyszłość. A Michael Crummey dokłada do tego czarodziejską Nową Fundlandię, drobne troski, wielkie pragnienia i małych ludzi. I kolejny raz świetnie mu to wychodzi.

Mateusz: Po lekturze Rzeki złodziei wiem, że muszę wreszcie znaleźć chwilę i nadrobić te powieści Crummeya, których jeszcze nie zdążyłem przeczytać. Rzeka złodziei jest świetna, mocna, obnażająca to, co od lat trapi ludzkość, przez co nieistotne jest, czy była wydana 15 lat temu. Równie dobrze mogłaby powstać 100 lat temu, albo być absolutną świeżynką, napisaną przez autora na początku tego roku. Przekaz Rzeki złodziei nie straci na ważności przez tyle lat, ile nasz gatunek będzie na świecie.

Patryk: Rzeka złodziei to świetna powieść, która obok zwykłych ludzkich tragedii przedstawia też krajobraz większych rozmiarów, przytaczając niewygodną i niełatwą w ocenie kolonizację nowych terenów przez europejskie imperia. To historia nieporozumień i niedopowiedzeń, fatalnych pomyłek i niepotrzebnych błędów, których można było uniknąć przy wykazaniu chęci porozumienia. To też dramatyczna próba przeżycia – zarówno rdzennych mieszkańców Nowej Fundlandii, jak i przybyłych na wyspy osadników, którzy też przecież chcą godnie żyć w tym surowym świecie. Lektura jest pełna napięcia i zaskakujących zwrotów akcji, przez co czyta się ją z przyjemnością. Nie mam wątpliwości, że będę ją z uporem maniaka wciskał znajomym książkoholikom.

Sylwia: Na koniec pozwolę sobie powiedzieć Wam, Mateuszu i Patryku, a także Wam, Drodzy Czytelnicy, jeśli również to się Was tyczy: żałujcie, że nie czytaliście jeszcze Dostatku! Jednocześnie zazdrosczę wszystkim tym, którzy powieści Crummeya mają wciąż do odkrycia i których lektura nadal czeka na nich po raz pierwszy.

Fot.: Wiatr od Morza

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *