sex education

Wielogłosem o…: „Sex Education”, sezon 2

17 stycznia 2020 roku światło dzienne ujrzy drugi sezon serialu Sex Education – brytyjskiego komediodramatu od Netflixa, który przez pryzmat seksu i naszej seksualności pokazuje problemy młodych ludzi, którym do dorosłości brakuje jeszcze kilku lat, ale których zdecydowanie nie możemy nazywać już dłużej „dziećmi”. To lekka, ale niepozbawiona cięższych, dramatycznych chwil opowieść, której głównym bohaterem jest nastoletni Otis – modowe bezguście, wiecznie zakłopotany i nieśmiały chłopak, który staje się w swojej szkole prawdziwym guru od spraw seksu. Rozległa, podręcznikowa wręcz wiedza na temat ludzkiej seksualności nie bierze się u Otisa znikąd – jego matka, Jean (Gillian Anderson) jest z zawodu seksuologiem i prowadzi w domu gabinet terapii seksualnej.  Przedsiębiorcza koleżanka Otisa, Maeve, szybko zauważa możliwość zarobku na poradach seksualnych, namawia więc Otisa na rozpoczęcie seksualnej edukacji rówieśników, co zaczyna przygodę pełną kompletnie nieprzewidzianych zdarzeń. My widzieliśmy już kontynuację tego świetnego serialu i możemy uspokoić niepewnych – drugi sezon trzyma poziom poprzedniego i zdecydowanie warto poświęcić mu wolny weekend. Binge-watching gwarantowany! Zapraszamy do lektury bezspoilerowego wielogłosu. 


WRAŻENIA OGÓLNE

Sylwia Sekret: Sex Education to takie Big mouth, tylko że nie rysunkowe i mimo wszystko trochę mniej sprośne. Może właśnie dlatego, że rysunkowa forma może sobie na więcej pozwolić, by nie zostać posądzona o niesmak? Netflixowa produkcja wpisująca się w tak popularny ostatnio gatunek young adult, powraca 17 stycznia z drugim sezonem i ma do zaoferowania swoim widzom naprawdę ciekawe odcinki. Choć początkowo – mimo niekłamanej przyjemności, jaką czerpałam z oglądania – byłam nieco zawiedziona mocno komediowym charakterem pierwszych odcinków drugiego sezonu, a także pewną ich infantylnością w podejściu do tematu, to końcowe epizody i zmiana środka ciężkości sprawiły, że ogólnie drugi sezon uważam za niezwykle udany.

Mateusz Cyra: Trochę rozumiem ten zarzut, bo jednak człowiek nie chciałby, żeby fajny serial brnął w nieco inny klimat i spłycał istotne wątki, jednak mimo początkowych obaw finałowe odcinki faktycznie z nawiązką nagradzają mocno zaakcentowany miejscami humor. Z drugiej strony warto zauważyć, że każdy epizod trwa ponad pięćdziesiąt minut i wydaje mi się, że dzięki tej sporej dawce lekkości czas ten mija w okamgnieniu i nie ma mowy o dłużyznach. Do drugiego sezonu nastawiałem się pozytywnie, jednak bardziej kierowała mną ciekawość poprowadzenia poszczególnych wątków niż konkretne oczekiwania. Pierwszy sezon zawiesił poprzeczkę dość wysoko (wystawiłem mu notę 8/10), ale kontynuacja z powodzeniem tę notę podtrzymuje.

WADY I ZALETY SEZONU

Sylwia: Tak jak wspomniałam – pierwsze odcinki są nastawione dość mocno na rozbawienie widza, są lekkie i niekiedy nawet dość rubaszne. Przez chwilę nawet obawiałam się, czy Sex Education nie skręca zbyt mocno w stronę takiego serialowego American Pie. Na szczęście nic z tych rzeczy. Teraz kiedy jestem już po obejrzeniu całego drugiego sezonu, myślę, że twórcy specjalnie skonstruowali początkowe epizody właśnie w taki sposób – po to, by trzy ostatnie zrobiły na nas jeszcze większe wrażenie. To bowiem wtedy następuje zmiana rytmu. I choć serial nadal nosi miano komedii, o wiele więcej w nim dramatu, a wątki obyczajowe zaczynają wieść prym. Następuje kumulacja tego wszystkiego, co do tej pory gromadziło się pod płaszczykiem humoru, i wybucha, dając nam świetne sceny, zapadające w pamięć momenty, a nawet sytuacje, w których nie możemy się powstrzymać, by na głos nie skomentować zachowań bohaterów.

Zmienne tempo i wręcz zmienny charakter odcinków zaliczę więc do zalet serialu. Jest jednak coś, o czym muszę wspomnieć, co jest chyba jedyną znaczącą wadą drugiego sezonu Sex Education. Chodzi mianowicie o dość tendencyjne i powtarzalne, znane z innych produkcji, powtarzane do znudzenia motywy, którymi posiłkują się twórcy, a które dodatkowo nic nie wznoszą do samego serialu. Jak chociażby przerywanie czyjejś rozmowy dźwiękiem blendera. Niby powinno być śmiesznie, ale nie jest. I w zasadzie nie wiadomo, dlaczego twórcy się na taki zabieg zdecydowali. Takich momentów jest kilka, podobnie jak parę bardzo, bardzo przewidywalnych rozwiązań fabularnych. Jednak – bądźmy szczerzy – to nie jest serial kryminalny, więc jego głównym zadaniem nie powinno być zaskoczenie widza. Umieszczam to jednak w kategorii wad, ponieważ dość mocno zaważyło to na moim odbiorze tego sezonu – zwłaszcza jego pierwszych 3, 4 odcinków. Później jednak jest tylko lepiej, by dać nam finał, po którym aż chce się od razu obejrzeć kolejny sezon.

Mateusz: Te sztampowe zagrania, o których wspominasz, także zwróciły moją uwagę. Nie tyle, że mi przeszkadzały, ile zastanawiałem się, po co twórcy zdecydowali się na takie dziecinne wręcz rozwiązania. Kojarzyło mi się to z przeciąganiem struny – tak, jakby ktoś miał fajny pomysł na rozwiązanie jakiejś sytuacji, ale w swojej wizji zagalopował się na tyle daleko, że zwyczajnie przeholował. W poczet wad wliczyłbym także niepełne wykorzystanie potencjału niektórych bohaterów, zwłaszcza tych, którzy w drugim sezonie pojawiają się pierwszy raz.

Sylwia: Z zalet należy wymienić ciekawe poprowadzenie kilku postaci, wprowadzenie kilku nowych wątków i przede wszystkim (mówiąc kolokwialnie, ale jakże adekwatnie) przeogromną frajdę, jaką daje oglądanie drugiego sezonu. Seans mija niewiarygodnie szybko, odcinki upływają niepostrzeżenie, a bohaterowie stają się nam coraz bliżsi. I mimo że jestem w wieku, w którym powinnam się już utożsamiać z grupą serialowych dorosłych, to muszę przyznać, że stoję nieco w rozkroku, z empatią, zrozumieniem i rozbawieniem przyglądając się obu tym grupom. Z jedną łącząc się w bólu dorastania, który już za mną, a z drugą łącząc się w strachu przed wychowywaniem dorastającego dziecka, który wciąż przede mną. I to współodczuwanie się produkcji bardzo udało.

Mateusz: Drugi sezon bardzo mi się podobał i powód takiego stanu rzeczy jest banalnie prosty – Sex Education to po prostu dobry kawał rozrywki. Warstwa komediowa jest obfita, przaśna i bardzo często jest to humor sytuacyjny, wynikający bezpośrednio z jakiegoś zachowania bohatera lub tego, co powiedział. Jak przystało na serial opowiadający o seksie – sporo tu wzmianek o wzwodach, waginach, łechtaczkach i orgazmach, ale na szczęście sam seks oraz ludzkie genitalia nie są tym, co w serialu Laurie Nunn najważniejsze, dlatego też żarty oraz tematy poważne nie opierają się tylko na tematach związanych z seksem, co dla mnie jest dużą zaletą, bo tematyka ta mogła spokojnie zdominować produkcję, która przez to nie byłaby już tak fajna.

PROBLEMATYKA

Sylwia: O tym, że serial Netflixa skupia się na dorastaniu i poznawaniu własnej seksualności, a także tym, jaki ma ona wpływ na inne dziedziny naszego życia, wie każdy, kto oglądał pierwszy sezon – i to się oczywiście nie zmienia. Nadal mamy również poruszane takie problemy, jak nietolerancja (czy to ze względu na orientację seksualną, czy kolor skóry) czy niewidzialna, ale niesamowicie silnie działająca bariera między dorosłymi a młodymi ludźmi. Zupełnie jakby ci pierwsi zapomnieli, że kiedyś byli młodzi, a ci drudzy, że kiedyś będą dorośli. W tym sezonie jeszcze większy nacisk położono na kwestię wstydu. Przede wszystkim skupiono się (moim zdaniem bardzo słusznie) na wstydzie przed samym sobą, a także na strachu przed tym, jak ocenią nas inni. O tym, że trzeba nauczyć się być sobą i pokochać siebie wie w teorii każdy, ale szybko okazuje się, że w praktyce jest to często bardzo, bardzo trudne zadanie. Jednak, jak słusznie zauważa Eric w jednej ze scen, jak inni mają nas polubić, skoro my sami gardzimy osobą, jaką jesteśmy?

Mateusz: Duży nacisk położono także na motyw radzenia sobie z presją, jaką nakładają na nas nasi najbliżsi oraz my sami. Jedni się po prostu w jakiś sposób przystosowują, natomiast inni uciekają, próbując na wszelkie możliwe sposoby uniknąć czynnika, który ową presję wywołuje.


Sylwia: W tym sezonie wprowadzono także wątek, który bardzo dobitnie porusza problem traktowania kobiet jako obiektu seksualnego. Jeszcze większy nacisk położono jednak na to, jak owe „obiekty” się z tym, czują, co je z racji tego spotyka i jak sobie z tym radzą. I choć wątek stworzony specjalnie po to, by poruszyć tę kwestię, nie był może jakiś wybitny, a pewnym momencie otarł się o banał, w ogólnym rozrachunku, fabularnie wypadł dobrze  – przekazał to, co miał do przekazania, i scalił to, co miał scalić.

Mateusz: Kolejnym istotnym, wartym poruszenia wątkiem jest ten dotyczący ojca Otisa.  Porusza on problematykę złego rodzicielstwa, podejmowania kiepskich życiowych wyborów i życia z wynikającymi z tychże konsekwencjami. Postać, która pojawia się w drugim sezonie tylko epizodycznie, ma naprawdę wielką siłę rażenia i we mnie ten wątek pozostawił wielki ślad.

NAJLEPSZY ODCINEK/ SCENA

Sylwia: Jak już wspomniałam kilkukrotnie – trzy ostatnie odcinki są absolutnie najlepsze z całego drugiego sezonu Sex Education. Jest w nich więcej dramatu, a wątki obyczajowe stają się soczyste i mięsiste. Jeśli miałabym wymienić tak totalnie najlepszy odcinek, to byłby to chyba epizod szósty – ten z imprezą zorganizowaną przez Otisa. Sama impreza natomiast i przemowa gospodarza będzie jedną z lepszych scen. Nastąpiła tam niesamowita kumulacja emocji. I choć wystąpienie domorosłego seksuologa miało być dość zabawne i sama scena może nie była wyjątkowo dramatyczna, to już jej konsekwencje – owszem. To właśnie ten moment jest siłą napędową dla większości tego, co wydarza się w kolejnych dwóch odcinkach. Rodzi się także pytanie – czy to, co mówi pijany człowiek, powinno być zbyte i przesiane przez grube sito ze względu na działanie promili, czy wręcz przeciwnie – powinno się uznać, że przecież alkohol pozbawia hamulców i działa poniekąd jak serum prawdy…? Jak myślisz, jak było w przypadku Otisa?

Mateusz: Wydaje mi się jednak, że w przypadku Otisa było to istne serum prawdy. On po prostu powiedział wreszcie na głos to, co myślał on i wielu widzów. I zgadzam się, że była to jedna z lepszych scen.

Ja z kolei nie wybiorę ulubionego odcinka, bo go nie mam. Potrafię jednak wskazać najciekawsze moim zdaniem wątki, które okazały się dla mnie kompletnie nieoczekiwane: Będzie to ten Jacksona (który finalnie na szczęście nie popadł w niestrawną oczywistość) oraz… Adama, który próbuje ułożyć sobie wszystko w życiu oraz w głowie po wyrzuceniu ze szkoły.

Jeśli chodzi o najlepsze sceny, to bardzo podobała mi się szkolna wersja Szekspirowskiego Romea i Julii, duże wrażenie wywołała we mnie scena rozmowy Remiego z Otisem w restauracji i wspomniana już wcześniej przez Ciebie przemowa Otisa w trakcie domówki.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: Sex Education, choć może pochwalić się dopiero dwoma sezonami, a te liczą stosunkowo niewiele odcinków, ma całkiem bogatą galerię osobistości, z których wiele zasługuje na uwagę i omówienie. Mamy przecież radosnego, roześmianego Erica, przez lata gnębionego za swoją „odmienność”; mamy Maeve, która swoją buntowniczą postawą i wyglądem stara się zamaskować uczucia i strach przed zranieniem i porzuceniem; mamy Adama, który wyrasta na jedną z bardziej dramatycznych postaci (swoją drogą bardzo przypomina mi Mickeya Milkovicha z amerykańskiej wersji Shameless); mamy żonę dyrektora szkoły, którą poznajemy nieco bliżej; mamy w końcu i Otisa, który boryka się z niejednym problemem, czym sam stwarza sobie kolejne… Mamy również wiele postaci trzecioplanowych, które jednak zostają zarysowane tak, abyśmy zdołali się z nimi utożsamić lub przynajmniej by nie były dla nas całkowicie jednowymiarowe.

Ja skupię się natomiast na mamie Otisa, Jean Milburn. Mam wrażenie, że seksuolożka dostała w tym sezonie o wiele więcej czasu ekranowego i dzięki temu o wiele bardziej możemy ją poznać i wyrobić sobie opinię na jej temat. Do tej pory twórcy przedstawiali mamę sex dzieciaka jako twardo stąpającą po ziemi kobietę, którą niesamowicie trudno jest zawstydzić czy wyprowadzić z równowagi. Jej ogromną zaletą jest to, że traktuje młodzież jako młodych dorosłych, a nie jak dzieciaki. To, że ze względu na jej zawód nie ma dla niej tematów tabu, ułatwia jej kontakty z młodzieżą. Wyjątkiem jest jej własny syn, dla którego profesja matki jest chyba od początku problematyczna i przysparza kłopotów i… wstydu. W drugim sezonie Sex Education poznajemy Jean także od tej drugiej strony – jako kobietę, która wiele spraw przeżywa mocniej, niż moglibyśmy myśleć. Która czuje bardziej, niż daje po sobie poznać. Przede wszystkim dowiadujemy się także, jak wielkim bagażem, obowiązkiem i wyzwaniem jest dla niej samotne wychowywanie syna i branie na siebie wszystkich potknięć w tej materii. Bardzo podoba mi się, jak została poprowadzona ta postać i mam nadzieję, że będzie jej jeszcze więcej.

Mateusz: Fakt, Jean po pierwszym sezonie budziła we mnie dość ambiwalentne uczucia. Z jednej strony ceniłem sobie jej otwartość, z drugiej strony irytowała mnie jej nieodłączna poza pewnej siebie. Drugi sezon przechyla szalę i w tym momencie mogę powiedzieć, że naprawdę ją polubiłem. Tyle, jeśli chodzi o odniesienie się do Twojej wypowiedzi. Ja z kolei chciałbym opowiedzieć parę słów o moim nieoczekiwanym ulubieńcu, czyli o Adamie Groffie. W pierwszym sezonie bohater ten był skonstruowany w ten sposób, by znaczna większość zdecydowanie pałała do niego negatywnymi uczuciami, natomiast w drugim sezonie doświadczamy pełnego rozwoju i znaczącej metamorfozy tego zagubionego nastolatka. Facet w dalszym ciągu kompletnie nie radzi sobie z emocjami, ale liczne wybuchy i nieokiełznane zachowania zastąpił dogłębnym przemyśleniem tego, co staje mu na przeszkodzie do szczęścia. Adam w dalszym ciągu ściera się głównie sam ze sobą i nie potrafi zaakceptować swojej seksualności, przez co odpycha od siebie ludzi, którzy często chcieliby być wobec niego życzliwi. O ile można darzyć wielką niechęcią ojca Adama, o tyle z perspektywy czasu można mu podziękować za to, że wyrzucił syna ze swojej szkoły. Dało to Adamowi wyraźny sygnał do podjęcia działania i przewartościowania kwestii, które dotąd wolał pozostawić w bezpiecznym miejscu. Naprawdę polubiłem tego chłopaka w drugim sezonie!

AKTORSTWO

Sylwia: Będę monotematyczna, ale pozostanę przy postaci Jean Milburn. Gillian Anderson świetnie wykreowała postać seksuolożki i samotnej matki. Świetnie gra w tych scenach, kiedy jej bohaterka dopiero w osamotnieniu pozwala sobie na okazanie uczuć. Widać, że Anderson bardzo czuje tę postać. Wszystko w niej gra i nawet to, jakie stroje nosi, współgra z tym, jak kreuje ją aktorka. Zgrabne, eleganckie, ale jednocześnie zwiewne, seksowne i pełne gracji kostiumy, niepozbawione nuty ekstrawagancji nie miałyby w sobie tych wszystkich cech, gdyby Anderson nie potrafiła ich nosić tak, jak tego wymaga Jean Milburn. Mama Otisa to w gruncie rzeczy postać bardzo złożona i tę złożoność była partnerka Foxa Muldera zagrała subtelnie i bardzo wiarygodnie.

Mateusz: Tak! Miałem podobne przemyślenia odnośnie do tego, jak ubiera się Jean Millburn i jak dobrze nosi te ciuchy Gillian Anderson!

Sylwia: Nie wiem, czy jestem w stanie wymienić jakieś słabsze role w drugim sezonie Sex Education. Bardzo dobrze ze stosunkowo nowym wyzwaniem poradziła sobie Aimee Lou Wood wcielająca się w Aimee. Niestety niewiele do pokazania miał nowy nabytek w obsadzie, Sami Outalbali, który wcielił się w postać Rahima. Myślę, że twórcy nie do końca mieli na niego pomysł, co odbiło się na przeciętnym występie młodego aktora. Kto wie jednak, może w kolejnej odsłonie serialu pokaże coś więcej?

Mateusz: Żałuję, że Emma Mackey zmieniła kolor włosów! A tak na poważnie – uważam, że mocno wyróżnił się Alistair Petrie, który w roli sfrustrowanego obyczajami panującymi wśród nastolatków i spanikowanego walącym mu się życiem dyrektora Groffa wypadł świetnie. Jego bohater momentami był przysłowiowym wrzodem na tyłku, z kolei w innych momentach budził uśmiech politowania.

Sylwia: Skoro już jesteśmy przy postaci dyrektora Groffa… Nie mogę nadziwić się, jak genialnie osoby odpowiedzialne za casting dobrały aktorów wcielających się właśnie w dyrektora i jego syna, Adama. Są oni tak do siebie podobni – nawet z mimiki – że sprawdzałam, czy aby nie są naprawdę spokrewnieni. Ale nie – nie są.

A co do Maeve… Myślę, że zarówno w blondzie, jak i ciemniejszych włosach wygląda równie ładnie.

NADZIEJE NA TRZECI SEZON

Sylwia: Po tym, jak urwały się najważniejsze wątki w drugim sezonie, nie ma wątpliwości, że trzeci sezon dojdzie do skutku. Jakie natomiast mam wobec niego oczekiwania? Przede wszystkim mam nadzieję, że humor i dramat będą idealnie wyważone i że bohaterowie będą dorastać wraz z aktorami, którzy ich grają. Mam nadzieję, że serial nie straci swojej lekkiej, przyjemnej formy, wchodząc jednocześnie na nieco wyższy poziom dramatu. Jestem też szalenie ciekawa, jak rozwinie się wątek Adama, bo myślę, że to właśnie na nim między innymi skupią się twórcy. Trzeci sezon będzie także zapewne ostatecznym sprawdzianem dla relacji Maeve i Otisa. Czy twórcy zdecydują się w końcu ich połączyć, czy jednak zaserwują nam bardziej zaskakujące romanse? O ile serial przynajmniej utrzyma poziom drugiego sezonu – będzie do czego wracać i na co czekać.

Mateusz: O ile więksość lubi pozytywne zakończenia, o tyle w przypadku Sex Education wolałbym, żeby Otis i Maeve nigdy nie zostali parą. Jakoś nawet wizualnie mi ta dwójka nie odpowiada i nie jestem fanem ich jako pary. Otis i Maeve są fajni jako niezależne od siebie jednostki i to jest moja główna nadzieja na przyszły sezon – żeby jednak nie zostali parą. A podchodząc do tematu w bardziej ogólny sposób – chciałbym, żeby twórcom udało się utrzymać tak równy i tak wysoki poziom ich serialu.

Sylwia: Słowem – nie jesteś fanem Motisa. Ja jeszcze wspomnę, że mam nadzieję, iż w trzecim sezonie Otis kupi sobie nową kurtkę ;).

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Sylwia: Drugi sezon Sex Education nie zachwycił mnie od samego początku, ale ostatecznie okazał się bardzo udanym powrotem. Bohaterowie wciąż wzbudzają w nas mieszane uczucia, dołącza kilka nowych postaci, pojawiają się nowe wątki i nowa problematyka. Odbywa się kilka poważnych rozmów, ale nie brakuje również humoru i akcji, podczas których nawet widz złapie się za głowę. Problemy dorastających nastolatków zostały – jak na tego typu produkcję – ukazane całkiem realistycznie, a przy tym zabawnie i z odpowiednią dozą dramatyzmu. Słowem – podczas seansu drugiego sezonu można się zarówno świetnie bawić i odprężyć, jak i zastanowić nad pewnymi całkiem poważnymi sprawami. Jest to świetny powrót i doskonały tytuł na długie zimowe wieczory. Choć ostrzegam, że możecie „połknąć” ten sezon w jeden lub dwa dni.

Mateusz: Sex Education pozostaje angażującą opowieścią o wchodzeniu w dorosłość. Mimo naszych zarzutów o początkowy brak wyważenia między warstwą humorystyczną a dramatyczną ostatecznie udało się posklejać ze sobą wątki tak, by całość ocenić bardzo wysoko, a ogólne wrażenia są głównie pozytywne. Pozostaje nam teraz czekać rok na ewentualną kontynuację!

Fot.: Netflix

sex education

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.