the kominsky method

Wielogłosem o…: „The Kominsky Method”, sezon 2

The Kominsky Method – jeden z bardziej niedocenionych spośród aktualnie emitowanych seriali w naszym kraju wrócił miesiąc temu z drugim sezonem. Na szczęście za granicą serial Chucka Lorre’a święci tryumfy i szybko po premierze zyskał przychylność tak widzów, jak i krytyków, co miało odzwierciedlenie w licznych nominacjach (między innymi Emmy, Amerykańska Gildia Aktorów Filmowych, Critics’ Choice) oraz wygranych Złotych Globach. Taki stan rzeczy oczywiście nie umknął włodarzom Netflixa, którzy postanowili jak najszybciej przyklepać kontynuację perypetii dwóch hollywoodzkich staruszków. Czy drugi sezon wypada równie dobrze, co pierwszy? Czy wątki, które prosiły się o rozwinięcie po pierwszym sezonie, zostały rozwinięte? Czy w dalszym ciągu chemia między Michaelem Douglasem a Alanem Arkinem jest równie silna? Odpowiedzi na te oraz inne pytania znajdziecie w niniejszym Wielogłosie. Podobnie jak w przypadku omówienia pierwszego sezonu – Sylwia i Mateusz dzielą się swoimi wrażeniami z seansu. Zaparzcie sobie dobrą herbatę lub kawę, rozsiądźcie się wygodnie – nam pozostaje życzyć Wam miłej lektury!

WRAŻENIA OGÓLNE 

Mateusz Cyra: Wiecie, jak to jest z kontynuacjami – rzadko zdarza się, żeby były udane. Zwykle jest tak, że twórców gubi chęć powtórzenia sukcesu i powielają schemat lub popadają w przesadę, oferując widzom to samo, ale więcej, bardziej i mocniej. Chuck Lorre na szczęście jest doświadczonym pisarzem i odnoszę wrażenie, że pierwszy sezon był celowo oszczędniejszy, właśnie po to, by dać możliwość swoim bohaterom rozkwitnąć w kontynuacji. Są takie produkcje, co do których masz absolutną i niczym niezachwianą pewność, że wszystko będzie z nimi dobrze. The Kominsky Method jest jedną z nich. Podskórnie od samego początku wiedziałem, że trzeba się jedynie uzbroić w cierpliwość, a efekty pracy całej ekipy będą bardzo dobre. I nie pomyliłem się nic a nic! W zasadzie mogę dodać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, ponieważ drugi sezon podnosi poprzeczkę wyżej.

Sylwia Sekret: Przyznam szczerze – nie wierzyłam w to, że drugi sezon może być równie dobry, co pierwszy. Wiedziałam, że raczej się nie zawiodę, ale byłam jednocześnie pewna, że serial zaliczy przynajmniej minimalny spadek formy. W końcu po tak niemalże idealnej pierwszej odsłonie trudno byłoby o coś lepszego. A tu proszę bardzo! Twórcy zaśmiali mi się w twarz i pokazali, że zawsze można stworzyć coś lepszego. Że kolejne sezony bardzo dobrego serialu wcale nie muszą być gorsze. I że życie pisze najlepsze scenariusze – niewiele trzeba więc wymyślać.

WADY I ZALETY SEZONU

Mateusz: Główną zaletą jest to, że drugi sezon zawiera wszystkie kluczowe elementy, które miały wpływ na sukces poprzedniego, a do tego naprawia i rozwija motywy, które kulały w „jedynce”. Czyli: to wciąż świetny komediodramat o dwóch starszych panach wywodzących się ze środowiska hollywoodzkiego, ale przy tym dość uniwersalna opowieść o plusach i minusach życia staruszka, która wzruszy i rozbawi zarówno nastolatków, dorosłych, jak i emerytów. Sezon drugi rozwija wątki postaci drugoplanowych – znacznie więcej ekranowego czasu dostają córki Normana i Sandy’ego, dochodzi dwójka istotnych i barwnych bohaterów, którzy znacząco wpłyną na codzienność Kominsky’ego i Newlandera, a całość zdaje się bardziej przemyślana, złożona emocjonalnie i słodko-gorzka.

Sylwia: Zgadzam się! Twórcy doskonale wiedzieli, które wątki pociągnąć dalej i wręcz wyciągnąć je na pierwszy plan, a które odrobinę zepchnąć w cień. Mam też wrażenie, że o ile w pierwszym sezonie Sandy dość wyraźnie wyróżniał się jako główny bohater, o tyle w drugim sezonie Norman dostał swoje pięć minut i to jemu życiu poświęcono więcej czasu. Ogromną zaletą jest także to, że The Kominsky Method wystrzega się zbędnego dramatyzowania i histeryzowania. Nie stara się nas wzruszyć na siłę, choć ze względu na tematykę – mógłby to przecież robić. Tymczasem otrzymujemy po prostu opowieść o dwóch starszych panach, których z racji wieku imają się choroby i gorsze dni, a także przeróżne wątpliwości i smutki. Mimo to jednak, oglądając ich, myślimy sobie, że jeśli dane nam będzie, byśmy dożyli ich wieku, to miło by było, trzymać się tak dobrze, jak oni – i fizycznie, i psychicznie. Do czego zmierzam – choć serial nie unika tematu starości, chorób i śmierci, to jakoś tak… wbrew temu wszystkiemu podnosi na duchu. A humor, z jakim spotykamy się podczas seansu, jest jednym z lepszych, jaki otrzymamy spośród wszystkich współczesnych dzieł kinowych i telewizyjnych – niewymuszony, naturalny, cięty, smaczny, idealnie wyważony.

Mateusz: Próbuję doszukać się wad. Analizuję rzeczy, które „nie zagrały”. Sęk w tym, że nie zauważam niczego takiego. Ten sezon jest trafiony w punkt, a oglądając go, bawiłem się świetnie. Dlatego nie będę się czepiał na siłę.

Sylwia: Dokładnie. Nie ma sensu, żebyśmy szukali wad tylko po to, by zaspokoić czyjeś potrzeby czytania o błędach, niedociągnięciach i negatywach. Drugi sezon The Kominsky Method jest rewelacyjny i czuć, że serial ten został stworzony przez mądrych, doświadczonych, inteligentnych ludzi. Na takie seriale warto „marnować” wieczory.

PROBLEMATYKA 

Mateusz: The Kominsky Method może pochwalić się czymś, czego nie sposób powiedzieć o wielu aktualnie wyświetlanych produkcjach – ten ośmioodcinkowy drugi sezon ma w sobie z jednej strony bardzo dużo wrażliwości, empatii i ciepła, z drugiej natomiast roi się w nim od niezwykle celnych obserwacji i inteligentnego dowcipu. Miałaś podobne odczucia?

Sylwia: Oczywiście – cięte riposty i ironia, czasami wręcz cynizm idealnie komponują się z tym ciepłem i wrażliwością. Bo też tylko wtedy mają sens i nie przytłaczają nas – tak w prawdziwym życiu, jak i w tym ekranowym.

Mateusz: W drugim sezonie dowiadujemy się w większym stopniu, czym jest aktorstwo według Sandy’ego Kominsky’ego i jak należy podchodzić do tego zawodu, ale jest to naprawdę fenomenalnie (oraz brutalnie zarazem) zestawione z tym, co na ten temat ma do powiedzenia – występująca gościnnie – Allison Janney, która ma na koncie Oscara, Złotego Globa, siedem statuetek Emmy oraz szereg innych nagród, które na młodych adeptach sztuki aktorskiej mimo wszystko robią większe wrażenie niż nauczanie wciąż pełnego ideałów podstarzałego aktora. To naprawdę istotny wątek, który mógł zostać stłamszony przez inne istotne kwestie, nie zapominajmy jednak o tytule serialu.

Sylwia: Masz rację – ja również jestem zdania, że twórcy bardzo dobrze zrobili, nie zapominając o tytule serialu i poprzez kursy Sandy’ego, dając nam wgląd w jego pojmowanie tego zawodu. Są to też każdorazowo preteksty do opowiedzenia o czymś więcej. Bo przecież aktor to człowiek, który chcąc nie chcąc wnosi do swojej pracy choćby minimum własnych doświadczeń i cech.

Mateusz: Drugi sezon serialu Lorre’a to przede wszystkim opowieść o radzeniu sobie z problemami, o nieustannym poszukiwaniu celu w życiu. Celu, który jest silnikiem napędzającym wszystkie tryby w ludzkiej psychice, aby ten mógł funkcjonować bez zarzutów. Kontynuacja The Kominsky Method opowiada także o tym, że miłość jest dla wszystkich, bez względu na metryczkę, orientację, różnicę wieku i inne przeciwności, które mogą stawać na jej drodze. Z pewnością dodasz do listy swoje trzy grosze :).

Sylwia: Podobało mi się podjęcie trudnego tematu dawania drugich szans. „Drugich” to oczywiście spore uproszczenie, bo Phoebe dostała już od swoich rodziców milion szans i każdy straciłby już wszelką nadzieję na poprawę. A jednak córka Normana zaskakuje. Nie zrobiła tego jako nastolatka, nie zrobiła tego po urodzeniu dziecka ani po śmierci swojej mamy. Jednak w końcu coś zaskoczyło, coś do tej kobiety dotarło. Ten wątek uświadamia, że nigdy nie jest się za starym na zmiany, a powiedzenie, że ludzie się nie zmieniają – to tylko wymówka dla tych, którzy nie mają na to siły albo ochoty. Zmieniamy się przecież z każdym dniem! Zmienia nas każde nawet najdrobniejsze doświadczenie! Drugi sezon to także podjęcie trudnego tematu związków, w których znaczącą rolę (przynajmniej pozornie) gra różnica wieku. Ten wątek został poprowadzony rewelacyjnie i z wielkim smakiem. Twórcom udało się osiągnąć coś, czego nie widziałam jeszcze chyba w żadnym dziele. Jakże łatwo było przecież z Sandy’ego zrobić osobę, która swoim ciętym językiem storpeduje związek swojej córki z mężczyzną w jego wieku. Wszystko za tym optowało. Tymczasem po lekkim szoku i kilku żartach Sandy zaprzyjaźnia się z Martinem, akceptuje wybór córki, a tymczasem… Ona sama, widząc ojca i partnera, rozmawiających o problemach z prostatą i tym podobnych, zaczyna powoli dostrzegać różnicę wieku. Świetny pomysł na poprowadzenie wątku!

The Kominsky Method opowiada po prostu o życiu – czymkolwiek więc ono dla Was jest, prawie na pewno znajdziecie taką tematykę w serialu.

NAJLEPSZY ODCINEK/SCENA 

Mateusz: Standardowo w przypadku bardzo dobrych seriali trudno pokusić się o wybór jednego tylko odcinka, a co za tym idzie – jednej sceny! Szczególnie ciepło wspominam scenkę podczas zajęć Sandy’ego, w której studentka wraz ze swoim mentorem odgrywali fragment Wątpliwości Johna Patricka Shanleya. Całe piękno aktorstwa zawiera się w tym kilkuminutowym dialogu! Oczywiście wspomnieć należy wszystkie przekomarzanki między Normanem a Sandym, drogę do trzeźwości Phoebe, gościnne występy Boba Odenkirka i Allison Janney oraz świetnie poprowadzony wątek Martina – chłopaka Mindy.

Sylwia: A ja chyba szczególnie mocno zapamiętałam scenę, w której Norman, jego córka i dawna miłość siedzą przy jednym stole, a chwilę później Phoebe wychodzi, a jej ojciec wygłasza pod jej adresem masę krytycznych uwag, które jasno dają do zrozumienia, że ojciec nie wierzy w przemianę córki. Gęsta, ciężka atmosfera aż unosi się nad bohaterami. Najgorsze (najlepsze) w tej scenie jest to, że rozumiemy i współodczuwamy z każdym z tej trójki bohaterów. Jesteśmy w stanie zrozumieć Normana, który w wieku około 80 lat ma już dość robienia sobie nadziei i zawodzenia się kolejny raz na córce; żałujemy Phoebe, która tego wszystkiego słucha i zapewne serce jej pęka, i rozumiemy także Madelyn, która nagle patrzy na swoją dawną miłość z zupełnie innej perspektywy, widząc w nim nie kochanego i czułego mężczyznę, ale agresywnego, raniącego najbliższych człowieka. Każdy ma swoje racje i inny punkt widzenia. Świetna scena, zapadająca w pamięć. I ucząca tego, że zawsze jest inna racja, inna perspektywa.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Mateusz: Norman Newlander przeszedł w tym sezonie gruntowne zmiany. Żeby nie było wątpliwości – to wciąż ten sam facet, ale w jego życiu dzieje się zaskakująco dużo – córka wróciła z odwyku i wszystko wskazuje na to, że tym razem wreszcie uda jej się wyjść na prostą; po latach do rodziny wraca wnuczek, który wprowadzi niemałe zamieszanie; jego przyjaciel obwieści, że ma raka. Największą zmianę jednak wywoła pojawienie się po ponad pięćdziesięciu latach jego dawnej miłości, Madelyn. Jak wspomina Norman – byli parą w czasach, gdy hipisi byli jeszcze w modzie. Postanawiają wrócić do siebie, póki jeszcze mają czas. Ironiczny staruszek pokazuje jednak dość mroczną stronę swojej osobowości – jest porywczy, nerwowy i łatwo wybucha, co nie podoba się Madelyn oraz jego córce, Phoebe. Żeby nie stracić bliskich swemu sercu kobiet, będzie musiał nad sobą popracować, co w pewnym wieku nie jest wcale rzeczą prostą.

Sylwia: No właśnie – Phoebe. Po pierwszym sezonie nie sądziłam, że będę chciała cokolwiek o tej postaci napisać. Tymczasem jest to bohaterka, która na przestrzeni całego serialu najbardziej ewoluowała i przeszła znaczącą metamorfozę. Ktoś mógłby się przyczepić, że zestawienie córki Normana z pierwszego sezonu z tą z drugiego, daje nam aż zbyt mocną przemianę, za duży kontrast, co skutkuje niewiarygodnością, ale pamiętać należy, że to nie jest pierwsza próba zmiany swojego życia przez kobietę. A każda kolejna była pewnym krokiem ku tej przemianie. Podobała mi się nagła łagodność, ale jednocześnie wzięcie na siebie całej winy, nawet w obliczu gniewnego charakteru i braku wsparcia ze strony ojca. Phoebe to fajna postać, która pokazuje, że nigdy nie jest za późno na to, aby coś zmienić.

AKTORSTWO

Mateusz: Sezon drugi serialu The Kominsky Method to w dalszym ciągu pierwszorzędne aktorstwo, ale – o czym zdążyliśmy już wspomnieć – do genialnych Douglasa i Arkina tym razem śmiało można dopisać resztę obsady, która dostała znacznie więcej czasu, żeby się wykazać. Świetnie wypada Lisa Edelstein, która pokazuje, że potrafi dobrze grać, budując swoją rolę na drobnych gestach, zmęczonym, ale i pełnym nadziei spojrzeniu oraz strachu, że jej sukces jest kruchy niczym domek z kart. Bardzo dużo świeżości do serialu wprowadza bohater grany przez Paula Reisera, który wykreował personę pozytywną, empatyczną, jednak skrywającą smutne i niepełne życie.

Sylwia: Zgodzę się, co do Lisy Edelstein. Tym bardziej że miała do odegrania coś kompletnie innego niż w pierwszym sezonie, coś o wiele trudniejszego. Wcześniej mogła bardziej zaszaleć na ekranie, wcielając się w pijaną bądź naćpaną dorosłą kobietę, która zachowuje się jak nastolatka. Tymczasem w drugim sezonie miała do pokazania zmęczoną takim życiem kobietę, która nagle, po ponad 40 latach dojrzewa do tego, by coś zmienić i próbuje naprawić zarówno swoje życie, jak i te elementy życia swoich bliskich, na które wpłynęła w negatywny sposób. Bardzo dobrze odegrana rola, po której aktorka nie jest dla mnie już tylko Cuddy z House’a ;). Co do Paula Reisera to nie jestem jakoś przekonana do jego postaci. Aktor zagrał oczywiście poprawnie, ale jakoś cały pomysł na tę postać nie przekonał mnie w stu procentach. Reszta gra oczywiście świetnie. Duet Douglas i Arkin spisuje się nadal rewelacyjnie, a chemia między nimi i naturalność, jaka bije z ich dialogów, jest czymś zaskakująco świeżym na polu serialowym.

SŁOWEM PODSUMOWANIA 

Mateusz: Mam szczere nadzieje, że w tym roku Złoty Glob powędruje do Alana Arkina, ponieważ Michael Douglas ma już na swoim koncie nagrodę za The Kominsky Method. Ten serial właściwie broni się sam – nie rozumiem, jak empatyczna jednostka mogłaby się od tej produkcji w jakikolwiek sposób „odbić”. Dzieło Lorre’a to serial komediowy i drugi sezon zdecydowanie zwiększył ilość żartów przypadających na odcinek, ale za tym idzie także znacznie pogłębiona warstwa dramatyczna, dzięki czemu całość nie rozwinęła się tylko w jednym kierunku, ale jako całość. Dawno nie widziałem już serialu tak ciepłego, ale jednocześnie słodko-gorzkiego. Polecam!

Sylwia: Masz rację, The Kominsky Method to serial wyjątkowy, poprzez znalezienie idealnego, złotego środka pomiędzy humorem a dramatyzmem. Docinki pomiędzy dwojką starych przyjaciół, żarty dotyczące wieku czy nawet chorób – to wszystko śmieszy, ale jednocześnie gdzieś tam głębiej niepokoi i zasmuca. I dlatego ten serial jest taki wyjątkowy. Ciepły i życiowy. Nie wiem, kiedy minął mi ten sezon, ale mam nadzieję na kolejny. Zwłaszcza że w ostatnim zalewie tych wszystkich Euphorii, The end of the f***ing world, Gier o tron, Domów z papieru i tym podobnych, jest to coś kompletnie innego i świeżego – pomimo wieku głównych bohaterów i tematyki.

Fot.: Netflix

the kominsky method

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Sylwia Sekret

Redaktorka naczelna i współzałożycielka Głosu Kultury. Absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim (co brzmi równie bezużytecznie, jak okazało się, że jest w rzeczywistości). Uwielbia pisać i chyba właśnie to w życiu wychodzi jej najlepiej. Kocha komiksy, choć miłość ta przyszła z czasem. Zimą ogląda skoki narciarskie, a latem do czytania musi mieć świeży słonecznik.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.