Seriale,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Togetherness”, sezon 1.

Tym razem nasi redaktorzy zainteresowali się mało znanym tytułem w serialowym światku, a mianowicie produkcją zatytułowaną Togetherness. Obraz braci Duplass – z których jeden pojawia się także jako aktor – zaskoczył nas świeżością, choć niekiedy mogło zabraknąć „tego czegoś”. Nie słyszeliście jeszcze o Togetherness? Przekonajcie się, czy warto poświęcić mu czas – Sylwia i Mateusz żywo dyskutują przy okazji na temat rozkładu miłości, rutyny, wrednych bab i miłych, łysiejących gości.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Na Togetherness trafiłem właściwie przypadkiem. Nikt mi tego serialu nie polecił, nigdzie też nie zetknąłem się z żadną informacją na ten temat. Ostatnio szukałem serialowych nowości i najpierw rzucił mi się w oczy niezwykle błękitny – i na dobrą sprawę zupełnie zwyczajny – plakat promujący. Już przewijałem listę, gdy kątem oka dostrzegłem logo stacji HBO. I właśnie to z miejsca przykuło moją uwagę. Seriale HBO mają u mnie spory kredyt zaufania, bo praktycznie za każdym razem ich produkcje odwdzięczają mi się za poświęcony im czas rozrywką na przynajmniej dobrym poziomie. Dlatego też postanowiłem dać Togetherness szansę i uważam, że bardzo dobrze się stało.

Sylwia Sekret: Togetherness nie można nazwać jakimś spektakularnym odkryciem czy serialem roku. Choć wyjątkowe wydaje się w nim to, że z każdym kolejnym odcinkiem tytuł ten nabiera jakiejś głębi. Choć nie porywa i nie trzyma w napięciu, to jest miłą odskocznią od produkcji, w których problemy głównych bohaterów interesują nas głównie przez to, że sami takich nie mamy – i dlatego są ciekawsze. W Togetherness problematyka opiera się o drobnostki i niuanse, które sami spotykamy na każdym kroku, a o których czasem nie mówimy, bo przecież widzimy w telewizji, że inni mają większe problemy

Z pozoru nijakie życie małżeństwa z dwójką dzieci, jej siostry i jego przyjaciela nie wydaje się być dobrym materiałem na serial, zwłaszcza, że nie ma tu ani morderstw, ani jakichś poważnych życiowych zakrętów. Z czasem jednak widz przekonuje się, że losy Michelle i Bretta, a także Tiny i Alexa to arena wielu emocji, z których – za co twórcom i aktorom należą się gromkie brawa – te tłumione są tutaj paradoksalnie o wiele bardziej widoczne.

t1

PLUSY I MINUSY SEZONU

Mateusz: Gdybym miał ograniczyć się tylko do wymienienia po jednym, byłyby to kolejno: naturalność oraz zwyczajność. Czemu ta pierwsza cecha jest dla mnie najistotniejszym atutem tego serialu? Bowiem w niej zawiera się cała jego „fajność”. Togetherness jest po prostu niezwykle naturalnym serialem, dalekim od niezrozumiałych rozwiązań, dziwnych twistów fabularnych, czy postaci tak wiarygodnych jak krajowi politycy. Jego siłą jest właśnie to, że opowiada o normalnym życiu jakże normalnych ludzi. To równie dobrze mógłby być serial o naszych przyjaciołach, naszym rodzeństwie czy wreszcie – o nas samych. Proste, ale w tym tkwi siła. Z kolei ta zwyczajność Togetherness może być również postrzegana jako wada, gdyż serial nie wybija się niczym szczególnym na tle mnóstwa innych. Niby wszystko w nim jest na odpowiednim miejscu – od emocji, dobrego aktorstwa przez odpowiedni soundtrack, na rzetelnym scenariuszu kończąc. Brakuje w nim jednak… nie mam odpowiedniego słowa… Sylwiu?

Sylwia: Nie, nie powiedziałabym, że serialowi czegoś brakuje.  Togetherness to po prostu produkcja – tak mi się wydaje – z góry skazana na miejsce gdzieś pośrodku. Nie będzie nazywana odkryciem i nie zapewni też stacji jakiejś niewyobrażalnej oglądalności. Nie powinna też być wymieniana wśród tytułów najgorszych. Obawiam się, że zniknie gdzieś w tłumie innych seriali, które nie miały szansy się wybić. Szkoda.

Największy plus to, jak wspomniałeś, ta naturalność i zwyczajność. To z jednej strony serial o zwykłych ludziach i ich codziennych problemach, z drugiej strony jednak są to problemy, o których często albo zapominamy, albo nie chcemy mówić, bo przecież wstyd, bo inni mają gorzej, bo nie ma o czym opowiadać… A właśnie że jest! Togetherness to nic innego jak niewypowiedziane myśli, zatrzymana w ostatniej chwili dłoń, która już miała dotknąć czyjejś twarzy, zatrzymany wpół drogi wzrok. Czyli wszystko to, czego często nie dostrzegamy we własnym życiu, bo musielibyśmy patrzeć na siebie z boku.

Jako minus natomiast postrzegałabym to, że niektórym odcinkom brakowało konkretu. Wiem, że mogę teraz przeczyć sama sobie – w końcu zachwycam się nad zwyczajnością tego serialu, ale mimo wszystko niektóre epizody wydawały się zbyt ocierać o brak konkretu. Choć ostatni odcinek zapowiada, że w kolejnym sezonie powinno się dziać dużo więcej.

t6

NAJLEPSZY ODCINEK / SCENA

Mateusz: Prawdopodobnie ten ostatni, gdyż to w nim następuje kumulacja wszystkich wątków tak skrupulatnie przez braci Duplass budowanych odcinek po odcinku. Natomiast jako najlepszą scenę wskazałbym kilka. Z pewnością tę, w której Alex ratuje z opresji Tinę i robiąc z siebie jeszcze większego kretyna niż ona chwilę wcześniej robiła z siebie, odwraca uwagę gapiącego się tłumu w restauracji od niewątpliwej porażki, jakiej zaznała nie do końca ogarnięta emocjonalnie Tina.

Kolejną wartą wspomnienia sceną jest ta, w której bohaterowie grają w „puszkę” z młodszą przynajmniej o dekadę grupą przypadkiem spotkaną na boisku w parku. Okej, to nie jest jedna scena, tylko dobre 10 minut odcinka, ale całość niezwykle zapada w pamięci.

Sylwia: No cóż, jeśli chodzi o odcinki, to mam problem ponieważ ze względu na krótki czas ich trwania, niewielką ich ilość, a także brak jakichś ważnych wydarzeń – epizody nieco zlały mi się w całość i obawiam się, że nie potrafię rozróżnić co, w którym odcinku się działo.

Jednak – scena, o której wspomniałeś, kiedy Alex (moja ulubiona postać w serialu) ratuje Tinę, robiąc z siebie idiotę – na długo zapadła mi w pamięć. To był zdaje się jeden z pierwszych odcinków. Pierwszy albo drugi. Mocna scena, która najpierw wydaje się być farsą, by po chwili wzbudzić w widzu kolejno – zaskoczenie, niesmak, zrozumienie, uśmiech, podziw. Scena z grą w puszkę to również jedna z lepszych. W ogóle cały tamten odcinek był dobry – rosnące napięcie między małżeństwem, szukanie odskoczni i wrażeń, a także akt desperacji Alexa, na który zapowiadało się od dłuższego czasu, a który – co było do przewidzenia – nie kończy się dobrze.

t3

NAJGORSZY ODCINEK / SCENA

Mateusz: Tutaj nie będę miał najmniejszych problemów. Dla mnie najsłabszym odcinkiem oraz jednocześnie najgorszą sceną będzie epizod drugi, a scena to oczywiście niezwykle nieudolna, żenująca, pełna niezrozumienia próba ożywienia życia seksualnego między Michelle i Brettem.  Naprawdę, od bardzo dawna nie czułem takiego dyskomfortu, jak podczas oglądania wspomnianego fragmentu. I nie chodzi mi wcale o odwrócenie roli w łóżku, dominację kobiety itp. Po prostu – całość oglądało się niezwykle źle i marzyłem, żeby jak najszybciej wszystko się skończyło. Co nie znaczy jednocześnie, że nie doceniam tego, jak fenomenalnie oraz z jak wielkim dystansem została owa sekwencja zagrana. Wielkie brawa za profesjonalizm, bo twórcom w pełni udało się ukazać nieudolność i desperację, która wkradła się między wypalonych małżonków. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że jako najgorszą scenę wskazałem tę, którą jednocześnie niezwykle sobie cenię i wiem, że była istotna.

Sylwia: No właśnie, Mateusz, to wszystko, co wskazałeś – dyskomfort, żenadę, niezrozumienie, nieudolność – twórcom chodziło o to, żebyśmy to poczuli. Widz miał się męczyć przy tej scenie, tak jak męczyło się małżeństwo, i tak jak oni miał brnąć w tę scenę dalej, wiedząc – mając nadzieję – że po niej nastąpi coś lepszego, że zniknie to napięcie, że coś zostanie rozładowane. Może nie jest to jedna z moich ulubionych scen, ale wydaje mi się, że Twoja powyższa wypowiedź byłaby ogromnym komplementem dla twórców. Myślisz, że jak czuła się żona po kilku latach małżeństwa udająca kogoś innego, żeby przywrócić życiu intymnemu nawet nie jakąkolwiek barwę, ale prawo bytu? Jak myślisz, jak czuł się mąż – goły, z wypiętym tyłkiem, nie mający pojęcia co się dzieje, obserwujący swoją żonę zachowującą się jak jakaś nieudolna… nawet nie wiem jak to nazwać? Kryzys, desperacja, brak zrozumienia i właśnie żenada zostały tu świetnie pokazane. Widz czuje to, co postaci – a to jest duży sukces.

Mateusz: Właśnie dlatego – mimo, iż uznałem to za najgorszą scenę – potrafię docenić jej perfekcję i dostrzegam paradoks. Bo jednocześnie ta scena była dla mnie na tyle nieprzyjemna, że uznałem ją za najgorszą, a z drugiej strony wiem, że jest dobra. Ale też w tym serialu nie było innych, gorszych scen. Przynajmniej w moim mniemaniu.

Sylwia: Z kolei ja za najgorsze sceny uznałabym te, w których występuję Mary Steenburgen, która swoją drogą gra identycznie jak u boku Michaela Douglasa w „Last Vegas”. I tak samo jak tam jej postać jest na tyle irytująca, że wszystkie sceny z nią z bez wahania oceniam jako najgorsze. W ogóle wątek jej spotkania z Brettem jest dla mnie niesmaczny i niepotrzebny. Scena krzyku pod natryskiem – do wywalenia.

t7

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE

Mateusz: Mój, prawdopodobnie jedyny, zarzut – który wynika albo z tego, że ja czegoś nie zrozumiałem, bądź coś przeoczyłem, albo faktycznie jest to błąd – kieruję do rozmowy między Michelle a Tiną, w której to Michelle żali się siostrze, że jej pożycie seksualne jest dla niej niezwykle dyskomfortowe i irytujące z powodu łóżkowej poprawności Bretta, i ta wspomina, że pragnie go zirytować, wkurzyć do granic możliwości, żeby ten się otrząsnął i zmienił podejście – stał się nieco bardziej brutalny, pewny siebie i żeby nawet przycisnął ją do ściany, wyrządzając jej kontrolowaną krzywdę; kilka scen później jednak to ona bawi się w dominę, która próbuje poniewierać tego kompletnie zdezorientowanego chłopa. Albo ja czegoś tu nie rozumiem, albo brakuje w tej kwestii logiki.

Sylwia: Mówić i robić to dwie różne czynności, między którymi istnieje taka przepaść, że może zaistnień w niej wszystko. Ja nie postrzegałabym więc tego jako dziury fabularnej. W końcu Michelle mówi siostrze, że najpierw chce mężem wstrząsnąć – może więc chciała sama być brutalna w swojej seksualności i w ten sposób dać Brettowi do zrozumienia, że tego pragnie od niego. Pamiętaj, że my nadal nie wiemy, jak wyglądała ich bliskość przed kryzysem – i mam nadzieję, że się tego dowiemy. Kto wie, może na tym polegało ich współżycie, że jeśli jedno chciało czegoś od drugiego, to nie mówiło tego wprost, ale pokazywało na własnym przykładzie, o co chodzi.

t5

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Mateusz: Najlepsza w moim odczuciu i najlepiej zagrana postać to Alex Pappas. Wcielający się w niego Steve Zissis wykonał kawał świetnej roboty, bo wyciągnął ze swojej postaci absolutnie wszystko. To prawdopodobnie najbardziej komediowa postać z całej głównej czwórki, chociaż Togetherness ma to do siebie, że komedia, dramat oraz obyczajowość są odpowiednio zbalansowane i cechy tych wszystkich emocji przenikają się w każdej z postaci, dlatego ciężko jednoznacznie stwierdzić, która postać wniosła to czy tamto. Mnie w każdym razie uroczy, nieporadny i zrezygnowany Alex ujął najmocniej. Oto facet, który opuścił rodzinne Detroit kilkanaście lat temu i wyjechał do Los Angeles po to, żeby zrobić karierę jako aktor. Jednak lata mijały, a z każdym kolejnym rokiem szanse na pierwszoplanową rolę malały jak włosy na głowie Alexa. Bohater jest gotowy wrócić do Detroit, przyznając się jednocześnie do życiowej porażki, jednak jego przyjaciel Brett prosi go, by ten pozostał z nimi jeden dzień. Dzień oczywiście zmienia się w znacznie dłuższy okres, a Alex za sprawą Tiny rozpoczyna mozolną walkę z samym sobą. Naprawdę fajnie oglądało mi się tego gościa na ekranie i nie miałbym nic przeciwko, gdyby powstał spin-off, skupiający się tylko na nim.

Sylwia: Jak wspomniałam już wyżej – na długo, długo przed Tobą ;) – Alex to zdecydowanie moja ulubiona postać. I masz rację: najbardziej komediowa z tej pierwszoplanowej czwórki, ale nie zapominajmy, że im więcej w Alexie komedii, tym więcej dramatu tak naprawdę ma ona za zadanie przykryć. Alex to osoba, która dystansem do siebie próbuje zakamuflować wszelkie niedoskonałości – zarówno te fizyczne jak i w aspekcie osiągnięć życiowych. Żywa, pełna wszystkich kompleksów, radości i niepokojów postać. Takiego Alexa z krwi i kości brakuje niejednej produkcji.

Natomiast co do Tiny… Tu sprawa przedstawia się już znacznie gorzej, bo Tina to kobieta, po której na pierwszy rzut oka widać, że jest suką. Już pierwsze ujęcia kamery i pierwsze słowa Tiny zapowiadają całą jej sukowatość, ale oczywiście, żeby nie było tak jednoznacznie twórcy musieli dorzucić coś, cos sprawi, że postać ta nie będzie jednowymiarowa. W ten sposób otrzymaliśmy mieszankę wrednej baby, która dba tylko o siebie, a zauroczonych nią facetów wykorzystuje na potęgę, ze skrzywdzoną kobietą, która chciałaby się ustatkować, ale faceci ją krzywdzą. No cóż… ja Tiny nie lubię, choć oczywiście doceniam jej wkład w serial – jest w nim jak najbardziej potrzebna. Aha, jeszcze jedno – wspomniałam już, że ja Tiny nie lubię?

t8

Mateusz: Ja tam może niekoniecznie będę Tiny bronił… Ale nie jest tak, żebym jej nie polubił. Dostrzegam jej okropne zachowania i zabawę uczuciami, i to jest absolutnie dyskwalifikujące. Ciężko mieć jakikolwiek szacunek do kobiety, która zdaje się nie mieć go do samej siebie. Ale jeśli miałbym rozdzielić Tinę również na Tinę-koleżankę, to tutaj należą się jej pochwały. Bezinteresownie i bez dyskusji wzięła się za Alexa, znając jego bolączki związane z wyglądem. W moim odczuciu idealnie pchnęła go do działania, łącząc wsparcie z odpowiednimi wymaganiami.

Sylwia: Czy aby na pewno bezinteresownie? Czy nie chodziło jej przypadkiem o to, żeby wziął sprawy w swoje ręce, wyprowadził się z kanapy Michelle i Bretta i w ten sposób –  co chyba przyznała nawet sama – zwolnił więcej miejsca dla niej, bo przecież ona jest siostrą, a on tylko kolegą..? No ale, okej – powiedzmy, że Tina jest skomplikowaną postacią i miała jakieś tam przebłyski (a któż ich nie ma?).

Jeszcze kilka słów o naszym smutnym małżeństwie. Brett i Michelle – on jest chudy, nosi okulary i daleko mu do przystojniaka, ona natomiast chyba nie całkiem zrzuciła dodatkowe kilogramy po ciąży i widać, że nie czuje się komfortowo w swoim ciele. Choć osobiście uważam, że jest atrakcyjniejsza (a już na pewno ładniejsza) od swojej siostry. Mąż i żona wpadli po uszy w kryzys, do którego niekoniecznie chcą się przyznać, a za każdym razem, kiedy już, już wydaje się, że są na dobrej drodze, żeby o tym porozmawiać… coś się znowu psuje. Ich postaci bardzo dobrze oddają kryzys związku; pokazują, że nie trzeba ostrych słów, zdrady czy spania na kanapie żeby związek dwojga ludzi zaczął szwankować. Czasami wystarczą drobnostki, czasami rutyna jest największą zbrodnią i największym wrogiem.

t2

AKTORSTWO

Mateusz: Jak już wspomniałem przy omawianiu konkretnych postaci – może nie ma w tym serialu ról wybitnych, ale cała obsada spisała się dobrze, nie schodząc poniżej konkretnego poziomu. Steve Zissis to moim zdaniem najjaśniejszy punkt wśród aktorów. Jego kreacja podobała mi się najbardziej, co zresztą zdążyłem już napomknąć. Na dobrą sprawę każda z czterech głównych ról wymagała dystansu oraz umiejętności wyczucia, bo taka Amanda Peet mogła w pewnym momencie zdecydowanie przeholować, podobnie zresztą jak współtwórca serialu oraz odtwórca roli Bretta.

Sylwia: Ja natomiast aktorami będę się zachwycać. Nie sztuką jest zagrać w jakieś epickiej scenie bitwy i zostać zapamiętanym. Nie sztuką jest widowiskowo umrzeć i zapaść w pamięć. Sztuką jest zagrać zwykłego człowieka i trudne do uchwycenia drobiazgi – kilkusekundowe zawahanie, nieznaczny grymas, niepewność, wyrzut, który umiejscowił się głęboko na dnie oczu czy rozczarowanie, które widać w kąciku ust. Cała obsada moim zdaniem spisała się świetnie. A aktorzy grający Michelle, Bretta i Alexa, czyli Melanie Lynskey, Mark Duplass i Steve Zissis – rewelacja. 

SPRAWY TECHNICZNE

Mateusz: Togetherness to sprawnie zrealizowany serial obyczajowy. Nie do końca jest się o czym rozpisywać. Nie dostrzegłem żadnych rzucających się w oczy błędów technicznych, kostiumowych itp. Muzyka jest przyjemnym wypełniaczem, ale też nie wybija się ponad przeciętność. Wychodzę jednak z założenia, że gdy nie ma o czym mówić, to znaczy, że jest przyzwoicie.

Sylwia: Nie wspomnieliśmy jeszcze ani razu, że serial jest bardzo klimatyczny. Na ten klimat zaś składają się nie tylko postaci, ale także szum morza, błękitne niebo i cisza tam, gdzie jest potrzebna. Sprawnie wyprodukowany obraz, który – póki co – ustrzegł się pomyłek czy błędów.

t4

PODSUMOWANIE SEZONU

Mateusz: Togetherness to serial będący przyjemną odmianą od wysokobudżetowych produkcji takich jak Gra o Tron, The Walking Dead czy House of Cards. Ten obyczajowy dramat z elementami komedii jest całkiem lekkim zapychaczem, którym można uraczyć się w oczekiwaniu na te większe produkcje. Czasu nie zmarnujemy, a te osiem półgodzinnych odcinków zleci znacznie szybciej, niż może się nam na początku wydawać. Właściwie nie wiem, co takiego jest z tym serialem, ale każdy kolejny odcinek urzeka bardziej. Zmagania czwórki bohaterów ogląda się nad wyraz przyjemnie, jedynie co wrażliwszych może boleć tendencja ukazana w Togetherness, nasuwająca myśl, że każdy jest kowalem własnego losu, a człowiek radzi sobie lepiej, kiedy myśli tylko o sobie. Bo w pewnym momencie jest aż nazbyt widoczne, że z dwóch par zrobiły się cztery indywidualne jednostki. Smutne? Możliwe. Prawdziwe? Owszem.

Sylwia: Dwóch par to nigdy w serialu tak na dobrą sprawę nie było. Poza tym nie zgodzę się, że w obrazie tym przedstawione jest przesłanie, o którym wspominasz. Jest on zdecydowanie bardziej skomplikowany i głębszy. Bliskość, jak przetłumaczony został oryginalny tytuł serialu, to przede wszystkim my. I drobne problemy urastające do rangi życiowych, na które jednak we współczesnej telewizji jest coraz mniej czasu, bo przecież trzeba pokazać hordę zombie, matkę smoków i gołe cycki. Chociaż nie, w Togetherness też są gołe cycki. Ale zombie nie ma!

NADZIEJE NA II SEZON

Mateusz: Jestem niezwykle ciekaw, jak potoczą się najbliższe odcinki (które obejrzymy dopiero w 2016 roku). Bracia Duplass zagrali odważnie i zakończyli sezon pierwszy w takim momencie, że chcąc nie chcąc, widz musi wiedzieć, co będzie dalej. Nie chcę spoilerować, ale ostatni odcinek rozwiązywał pewne kwestie, jednocześnie zawiązując supły kolejnym, co może pozwolić  serialowi pociągnąć nieco dłużej niż tylko do drugiego sezonu. Dlatego moja główna nadzieja na Togetherness II jest taka, aby sezon drugi nie był tym ostatnim oraz aby poziom był równie wysoki, co w drugiej połowie pierwszego sezonu. No i życzyłbym sobie zdecydowanie więcej Alexa Pappasa!

Sylwia: Moje nadzieje na drugi sezon wiążą się głównie z tym, żeby Pappas się otrząsnął z tego beznadziejnego zauroczenia, bo żal patrzeć, jak kawałek po kawałeczku wyrywa mu się serce. Oprócz tego mam nadzieję, że jak zakończyli Duplassowie konkretem, tak konkretem zaczną i że w serialu będzie się trochę więcej działo. Wydaje mi się także, że dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie kilku retrospekcji, które ukazywałyby, jak wyglądała bliskość Michelle i Bretta kiedyś. Bo póki co serial zatytułowany jest dość przewrotnie. Szkoda tylko, że tak długo trzeba czekać na kolejny sezon…

t9

Fot.: HBO

Podobne wpisy:

Ocena Sylwii8
Ocena Mateusza8
8Ocena ogólna

Komentarze: 2

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *