Wielogłosem o…: “Tomb Raider”

Tomb Raider

Lara Croft narodziła się w 1996 roku za sprawą firmy Eidos, które wydało pierwszą grę komputerową o nazwie Tomb Raider. Tak naprawdę nie minęło wiele czasu, a piękna pani archeolog stała się prawdziwą ikoną, nie tylko wśród świata elektronicznej rozrywki, ale całej popkultury. Wśród kolejnych gier były tytuły lepsze i gorsze, ale niesłabnąca popularność serii sprawiła, że Tomb Raider dwukrotnie pojawił się na ekranach kin, a w rolę Lary Croft wcieliła się Angelina Jolie. Realia gier komputerowych mocno się przez te wszystkie lata zmieniły, a przygody Lary zaczynały powoli zjadać własny ogon, strzałem w dziesiątkę było więc całkowite odświeżenie serii i opowiedzenie historii zupełnie od początku w 2013 roku, stawiając na bardziej realistyczne ukazanie głównej bohaterki. Nowa gra, nazwana po prostu Tomb Raider, okazała się dużym sukcesem i kino ponownie zaczęło się interesować stworzeniem filmowej adaptacji. Film niedawno wszedł do kin – a u nas, w Polsce, premierę miał w ten weekend.

WRAŻENIA OGÓLNE

Martyna Michalska: Idąc na ten film, nie miałam praktycznie żadnych oczekiwań. Jedyne, na co po cichu liczyłam, to po prostu dobra zabawa. W pamięci miałam to, że poprzednie części Tomb Raidera (Kolebka życia) oglądało mi się dobrze i miałam nadzieję, że tym razem będzie podobnie. Niestety, dobrze bawiłam się tylko momentami, a seans upłynął mi na zapisywaniu w pamięci kolejnych uproszczeń i mało wiarygodnych rozwiązań, a w drugiej połowie filmu nie mogłam się doczekać wyjścia z kina. Nie mówię, że film nie ma dobrych stron, jednak jest ich na tyle mało, że trudno uznać seans za udany.

Mateusz Norek: Wybierając się na nowego Tomb Raidera, również nie miałem wielkich oczekiwań. Może nawet pewne obawy, bo jako że film premierę światową miał kilka tygodni wcześniej, wiedziałem już, że zbiera raczej słabe noty. Do tego Alicia Vikander w roli Lary Croft zupełnie mnie nie przekonywała, wyglądając wyraźnie inaczej niż jej growy pierwowzór. Ale o tej trudnej relacji między nami napiszę później, bo koniec końców z seansu wyszedłem naprawdę pozytywnie zaskoczony. Może nie jest to tytuł, który zapamiętam na dłużej i którego twórcy zrobili coś wyjątkowo dobrze, ale został nakręcony na tyle sprawnie, żeby dostarczyć mi to, z myślą o czym był robiony – prostą, odprężającą rozrywkę.

PLUSY I MINUSY FILMU

Martyna: Mocnych stron film ma malutko, więc może od nich zacznę. Jak wiadomo, Tomb Raider jest ekranizacją kultowej gry o tym samym tytule i jest to bardzo widoczne. Nie tylko w samej historii czy postaciach, ale w ujęciach kamery i efektach specjalnych. Często widzimy ujęcia jakby żywcem wyjęte z gry – na przykład wtedy, kiedy Lara przekrada się z łukiem przez obóz Vogela, aby uwolnić robotników i przeszkodzić mężczyźnie w otwarciu grobowca Himiko; chowa się przed strażnikami pod kładką czy w tych najbardziej efekciarskich scenach – podczas ucieczki z obozu i stawaniu oko w oko ze wszystkimi możliwymi przeciwnościami. Tym samym twórcy bardzo sympatycznie puszczają oko do widza, który wcześniej grał w grę i za to należy się pochwała.

No i teraz to, co było dla mnie totalnie niezjadliwe. Zacznijmy od tego, że film to zupełnie inny materiał twórczy niż gra wideo i implikowanie do niego rozwiązań z gry nie powinno mieć miejsca z prostego powodu – powoduje, że film staje się niewiarygodny. Zrozumiałe jest, że w grze Lara udaje się na wyspę bez żadnego ekwipunku, bo ten gracz zdobywa podczas kolejnych etapów rozgrywki. Ale w filmie, gdzie w prawdziwość wydarzeń jest jedną z podstaw (no, chyba że mówimy o filmie science fiction), to nie powinno mieć miejsca. Lara płynąc na wyspę (swoją drogą, to jak udało jej się zdobyć pieniądze na tę wyprawę, jest tak absurdalne, że zaraz do tego wątku wrócę), zabiera ze sobą spodnie bojówki, buty wyglądające jak glany, bluzkę bez rękawów i plecak. Myślicie, że do plecaka włożyła choćby bluzę albo nóż? Nic z tych rzeczy. Ubiór i wyposażenie nie mają tu jednak żadnego znaczenia, bo twórcy zadbali, aby pomimo sztormu, twardego lądowania z dużej wysokości w lesie i płynięciu rwącą rzeką naszej bohaterce nie stało się nic złego. Mnie parę razy zdarzyło się przeziębić po spacerze w bluzie przy ok. 15 stopniach, no ale widocznie ja i Lara Croft to nie ta sama kategoria.

Teraz wrócę na moment do mojego komentarza w nawiasie, bo niemożliwością by było, abym ten wątek pominęła. Przede wszystkim trzeba wspomnieć, że Lara Croft w tym filmie jeszcze nie jest znaną archeolożką, tylko dziewczyną, która kilka lat wcześniej, jako mała dziewczynka, straciła ojca i nie za bardzo chce mieć cokolwiek wspólnego z działalnością biznesową swojej rodziny i fortuną, jaka zalega na jej kontach. Jednak w pewnym momencie dowiaduje się, że czas tyka i aby spuścizna jej taty nie poszła pod młotek, musi podpisać dokumenty uznające go za zmarłego (na co zresztą bardzo nalegają osoby odpowiedzialne za jego majątek). Dziewczyna bardzo nie chce tego zrobić, bo nie wierzy, że Lord Croft nie żyje. Podczas spotkania, na którym decyduje się na podpisanie papierów, natrafia na pewną wskazówkę pozostawioną przez jej ojca i po nitce do kłębka dociera do zapisków ojca dotyczących grobowca niejakiej Himiko. Choć ojciec w pozostawionym nagraniu prosi ją o zniszczenie wszystkich swoich zapisków, Lara postanawia udać się na japońską wyspę, gdzie ów grobowiec ma się znajdować, i dowiedzieć się, co się stało z jej ojcem. Jak wspomniałam, Lara nie za bardzo chce mieć cokolwiek wspólnego z majątkiem rodzinnym, więc aby zdobyć pieniądze na wyprawę udaje się do pierwszego lepszego lombardu i próbuje sprzedać wisiorek podarowany jej przez tatę. I od razu, na wejście, dostaję ofertę kupna za 10 000 funtów. Napiszę jeszcze raz –  dostaje 10 000 funtów za wisiorek, którego pochodzenia nie jest w stanie udokumentować, od gościa, który handluje bronią, drobną elektroniką i innymi przedmiotami niemającymi wiele wspólnego z zabytkowymi cackami. Byłam przekonana, że w pewnym momencie handlarz się zaśmieje i powie “pani, idź mi pani z tym”, ale nie. No proszę wybaczyć, ale nie lubię, jak próbuje mi się sprzedać taki kit jako wiarygodny.

Jedziemy dalej. Scena sztormu. Bardzo fajnie zrobiona swoją droga, efekty specjalne mogą robić wrażenie. Jednak logika już trochę tu kuleje. Przede wszystkim, czego Lara i Lu Ren się spodziewali, płynąc zardzewiałym kutrem rybackim na podobno bardzo niebezpieczne morze, z którego nikt nie wraca żywy? Chyba nie tego, że ten środek transportu wytrzyma. No i nie wytrzymał. Rozbija się o skały, w efekcie czego w moment od chwili zerwania się sztormu statek ma pokiereszowany kadłub, jednak, o dziwo, dmuchany ponton umieszczony na pokładzie statku jest cały (!). Co ciekawsze, Lara proponuje, aby przesiąść się ze statku na niego (!). Gratuluję pomysłu, dobrze, że nie udało się go zrealizować i bezpiecznie dopłynąć na wyspę, bo pewnie ta scena zyskałby miano największego absurdu filmu.

Lara w końcu, po pewnych przebojach, dociera na wyspę i udaje jej się uciec z obozu pana Vogela, który znalazł ją wyrzuconą przez morzę na ląd. Po nieprawdopodobnych przygodach, ucieczkach z zawalających się samolotów i skakaniu z podziurawionym spadochronem, Lara znajduje coś na kształt schronienia i postanawia spędzić tam noc. Zanim jednak nasza bohaterka będzie mogła chwilę odetchnąć, będzie musiała zmierzyć się ze zbirem wysłanym przez Vogela w celu przyprowadzenia uciekinierki z powrotem do obozu. No i tu kolejny absurd – jakim cudem ten gość wiedział, gdzie szukać Lary? Wyspa jest naprawdę duża, panna Croft przemierzyła spory jej kawałek, a on doskonale wiedział, gdzie jej szukać. Jak?

Jeśli martwicie się, że Lara nie dała rady i musiała wrócić do obozu, to spokojnie, nic takiego się nie stało. W końcu to twarda babka i, choć walka była trudna, dała sobie radę z prawie dwa razy większym i cięższym zbirem. Po walce Lara dostrzega w lesie pewną postać. Podąża za nią i już, już prawie ją ma, jednak ona wdrapuje się po linie na skałę i ucieka. Linę oczywiście wciąga za sobą, więc nasza bohaterka nie za bardzo może się po niej wspiąć. Czy będzie to jakaś przeszkoda? Absolutnie nie, gdyż Lara do perfekcji opanowała wchodzenie bez zabezpieczenia po pionowych płaskich, śliskich skałach i po paru chwilach, w których co prawda zaciska zęby z wysiłku, ale jakoś tak nieprzekonująco, już jest na górze. A tam – niespodzianka, tajemniczą postacią jest jej ojciec! Niesamowity zbieg okoliczności. I o ile w grze mógłby być jeszcze usprawiedliwiony – bowiem świat Tomb Raidera (chodzi mi o ten z Definitive Edition) pomimo próby uczynienia go przez twórców otwartym, jest jednak dość liniowy, tak aby gracz mógł płynnie przechodzić przez kolejne, dynamiczne etapy fabuły – o tyle w filmie, jak już wcześniej pisałam, jest średnio wiarygodne.

Mateusz: Jeśli chodzi o te dziury i głupotki scenariuszowe, to cóż, nie mogę się z Tobą nie zgodzić, trochę ich było. Niemniej, mówiąc szczerze, nie przeszkadzały mi one mocno.

Dla mnie największym plusem jest to, na czym wykłada się większość filmów, bazujących na grach – wykorzystanie dzieła źródłowego. Tomb Raider mocno czerpie z produkcji Crystal Dynamics, zarówno pod względem fabularnym, jak i ogólnego klimatu filmu. Scenariusz odtwarza fabułę gry, która opiera się na poszukiwaniach grobowca pierwszej władczyni starożytnej Japonii, Himiko. Mity mówią o jej nadnaturalnych mocach i okrucieństwie, które doprowadziło do uwięzienia jej w otoczonym pułapkami więzieniu na Yamatai, gdzieś wśród niezliczonych wysp morza japońskiego. Tajemnicę lokalizacji wyspy odkrywa ojciec Lary Croft, jednak na odszukaniu Himiko zależy również tajnej organizacji Trinity.
Jednocześnie film Tomb Raider dodaje swój własny początek i dość wiarygodnie zarysowuje to, gdzie aktualnie w życiu znajduje się główna bohaterka i jak stawia swoje pierwsze, nieświadome kroki ku zostaniu słynną panią archeolog. Dużo scen jest żywcem wziętych z gry, inne, mimo że zupełnie odmienne, po prostu pasują. Zaskakujący był dla mnie finał, ponieważ sekret Himiko w filmie okazuje się być zupełnie czymś innym niż w grze – i o dziwo zupełnie nie jest to zarzut, bo wszystko wyjaśnione jest bardzo wiarygodnie.

Pozostając w relacji gra-film, dość dużym zawodem było tak małe i pobieżne przedstawienie wyglądu wyspy Yamatai. Gra obfitowała w przepiękne krajobrazy i choć wiadomo, że film zwyczajnie nie miał czasu zaserwować widzom wszystkiego, to jednak można było bardziej oddać specyfikę tego miejsca.  

NAJLEPSZA SCENA

Martyna: W sumie jedyna scena, na którą nie patrzyłam z lekkim politowaniem, to jedna z pierwszych – ta, w której Lara bierze udział w wyścigu ulicznym, jako tzw. lis, na którego polują inni rowerzyści. Nie dosłownie, oczywiście, chodzi po prostu o dogonienie jej przez resztę peletonu. Bardzo fajnie zmontowana, dynamiczna scena, kończąca się upadkiem głównej bohaterki. Jedna z naprawdę nielicznych, wiarygodnych sytuacji, którą w dodatku bardzo przyjemnie się ogląda. Twórcom udało się nawet zbudować lekkie napięcie i zaangażować mnie, jako obserwatora tegoż wyścigu, do kibicowania Larze. Za to mały plus.

Mateusz: Faktycznie, pościg rowerowy po zatłoczonym Londynie był bardzo dobrze zrobiony. Tak samo jak pogoń w porcie. W ogóle mam wrażenie, że paradoksalnie pierwsza połowa filmu, zanim Lara wyrusza łodzią w poszukiwaniu grobowca Himiko, była bardziej ciekawa i dynamiczna.

NAJGORSZA SCENA [Uwaga, tutaj pojawiają się spoilery!]

Mateusz: Dla mnie będzie to pierwsze spotkanie z ojcem. Nijakie, pozbawione emocji, próbujące w kilku wymianach zdań poruszyć i wyjaśnić zbyt wiele kwestii. Na początku brodaty rozbitek, którym stał się ojciec Lary, wydaje się obłąkany, ale chwilę później rozmawia już z córką normalnie.

Martyna: Kiepskich scen wymieniłam całkiem sporo, jednak zostawiłam sobie na koniec truskawkę na torcie, czyli jedną z ostatnich scen. Lara wraz z ojcem i bandą Vogela docierają w końcu do grobowca Himiko (w którym została zamknięta, bo wszystko, czego się dotknęła, kończyło marnie) oczywiście po pewnych trudnościach. Wszystko idzie zgodnie z planem, napakowane osiłki dość brutalnie otwierają zamknięty od wieków grobowiec i jeden z nich dotyka mumii Himiko. Po chwili jego skóra staje się czarna, mężczyzna wpada w szał, oddaje serię z karabinu i pada martwy na ziemię. Później mamy całą sekwencję zdarzeń – inny mężczyzna przez przypadek również dotyka mumii i również dość szybko pada martwy, Vogel ucina fragment Himiko do dalszych badań, a także jako dowód na to, że do grobowca dotarł, i z tym fragmentem próbuje uciec. Gdzieś w tzw. międzyczasie okazuje się, że ojciec Lary również jakimś trafem został zakażony. Jednak zamiast umrzeć praktycznie po chwili, ma jeszcze czas na pożegnanie z córką, przygotowanie ładunku wybuchowego i wysadzenie całego grobowca w powietrze. Totalnie zabrakło tu konsekwencji w uśmiercaniu postaci.

Mateusz: Pytanie, czy to powinno nas dziwić. Wiadomo, że zwykli złoczyńcy i statyści umierają szybko, ci ważniejsi bohaterowie zawsze mają natomiast czas na rzucenie jeszcze kilku patetycznych tekstów i pożegnanie się z bliskimi.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI/ AKTORSTWO

Martyna: Nie sposób nie wspomnieć w tym punkcie o głównej postaci, czyli Larze Croft. Jej wizerunek odpowiada nowszemu wydaniu gry, czyli Tomb Rider: Definitive Editon i za to należy się plus dla charakteryzatorów, osób odpowiedzialnych za kostiumy i samej Alicii Vikander. Ale, mając w pamięci to, co zrobiła w Dziewczynie z portretu (nasza recenzja tutaj), jako, przypomnę, postać drugoplanowa, liczyłam, że pokaże coś więcej. Aktorka po prostu zagrała postać poprawnie, ale bez niczego szczególnego. Wiem, że w tym miejscu narażę się na krytykę, ale dużo bardziej podobała mi się Angelina Jolie w pierwszych dwóch ekranizacjach. Stworzyła postać ciekawą, nieco arogancką i nonszalancką, zrywając nieco, co prawda,  z growym pierwowzorem, ale zrobiła to na tyle dobrze, że, po pierwsze, nie miałam wrażenia, że to postać zupełnie inna, a po drugie byłam w stanie obdarzyć ją pewną sympatią. W przypadku roli Vikander mogę powiedzieć, że po prostu ją odegrała. I tyle.

W ogóle, większość postaci wydaje mi się dość płaskich. Choćby ojciec dziewczyny – tutaj chyba też zawinił scenariusz, bo aktor, wcielający się w tę postać, ma na koncie dobrze oceniane role w serialu The Affair czy filmie Dumni i wściekli, więc sądzę, że podołałby większemu zadaniu aktorskiemu. Tutaj oprócz ckliwych scen z Larą, niewiarygodnie bohaterskiego czynu i udawaniu omamów, nie miał raczej nic do zagrania. A szkoda, bo ojciec dla Lary był cholernie ważny i miło by było zobaczyć coś więcej.

Mateusz: Najważniejsza jest tutaj postać Lary, a także pewna droga i przemiana, jaką przechodzi. W poprzednich filmach Lara wyczyniała istne cuda i była doświadczoną archeolog – tutaj Lara Croft jest młodą dziewczyną, która nawet nie wie do końca, czym zajmował się jej ojciec. Podobnie jak w grze, jej postać jest bardziej ludzka niż w poprzednich filmach – tam bliżej jej było do nieśmiertelnej superbohaterki, tutaj widzimy ją zmęczoną, ranną i brudną. Jednocześnie sceny przed jej wyruszeniem na Yamatai pozwalają nam wierzyć, że faktycznie mimo braku doświadczenia w tak ekstremalnych warunkach, jest w stanie sobie poradzić. Niemniej to nadal film akcji, operujący skrótami, więc Lara co prawda mocno przeżywa, kiedy zabija pierwszego człowieka, natomiast potem idzie jej już z tym dość gładko.

Tomb Raider był pierwszym filmem, w którym miałem okazję widzieć Alicię Vikander, więc porównania nie mam żadnego, ale coś od początku mi w niej nie pasowało – wydawała się pozbawiona charyzmy, której mocno potrzebowała postać Lary. Ta niechęć i niepewność towarzyszyła mi jeszcze przez długi czas podczas seansu, ale w końcu przyzwyczaiłem się do nowej panny Croft i choć subiektywnie nadal nie do końca przyklaskuję powierzeniu tej roli aktorce, to obiektywnie nie mogę nic zarzucić jej grze aktorskiej. Angelina Jolie na pewno była bardziej charakterystyczna, ale trzeba pamiętać, że to była jednak zupełnie inna postać.

Rozmawiając o grze aktorskiej, trzeba natomiast zaznaczyć, że scenariusz nie pozwalał się nikomu jakoś mocno wykazać, zwłaszcza jeśli chodzi o dialogi. Zwłaszcza one-linery były tutaj niezbyt ambitne – jak na przykład no shit. Zgadzam się, że postać ojca była niesamowicie wprost nijaka i widać było, że wciśnięta do filmu na siłę (w grze nie występowała, zamiast tego wiele dialogów, które Lara odbyła z ojcem podczas filmu, prowadziła z członkami załogi, która w komputerowym dziele stanowiła kilka osób). Pozytywnie zaskoczył mnie Walton Goggins jako główny antagonista Mathias Vogel. Niby lekko szalony, ale jednak pragmatycznie podchodzący do sprawy. Trochę uprzejmy, a jednak brutalny i bezlitosny. Zupełnie nieprzerysowana postać, której można się bać.

KWESTIE TECHNICZNE

Martyna: Jak już wcześniej pisałam w plusach, podobały mi się niektóre ujęcia kamery, te zaczerpnięte prosto z gry. Zresztą nie dziwi to za bardzo, bo przy produkcji filmu palce maczała ekipa odpowiedzialna za wydanie gry – Square Enix. Przyznam szczerze, że ujęcia w kinie to coś, na co nie zwracam szczególnej uwagi, dopóki nie są fatalne, dlatego tu muszę oddać twórcom, że zrobiły na mnie niemałe wrażenie. Efekty specjalne może nie były wybitne, ale spełniły swoje zadanie, wyglądając dobrze i nie pozostawiając mnie w poczuciu, że ktoś chce mnie oszukać, stosując tanie triki. Scenografia i plenery również wyglądają wiarygodnie.

Mateusz: Trudno mi napisać coś więcej, bo nic nie utkwiło mi jakoś mocno w pamięci. Może pochwaliłbym charakteryzację – ten cały brud, błoto, pot towarzyszący zmaganiom Lary i innych obecnych na Yamatai postaci sprawił, że film mimo rozrywkowej formy wydał mi się choć trochę autentyczny.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Martyna: Tomb Raider filmem wybitnym nie jest i twórcy chyba nawet nie chcieli, aby takowy był. Serwuje nam prościutką rozrywkę, pełną dziur scenariuszowych i niewiarygodnych sytuacji. Nie można mu jednak odmówić tego, że potrafi wciągnąć widza, akcja jest wartka, czego można oczekiwać po filmie przygodowym, i praktycznie nie ma momentu, żeby widz się znudził. No cóż, mnie to nie wystarcza; minusy, które wymieniłam wcześniej, przekreślają dla mnie ten film jako dobrą rozrywkę, dlatego polecać go nie będę. Jeśli jednak dla Was nie ma to takiego znaczenia, możecie śmiało iść do kina i dobrze się bawić.

Mateusz: Ja natomiast dokładnie tego potrzebowałem – filmu przygodowego, który jak dla mnie zachował idealną granicę pomiędzy nieudawaniem, że wszystko się w nim zgadza i próbuje stawiać na realizm a dziełem, w którym nie sączy się od absurdalnych popisów kaskaderskich, latających czołgów i omijania pocisków. To również udana próba przeniesienia na ekrany kin bardzo dobrej gry komputerowej.

Fot.: Metro-Goldwyn-Mayer, Forum Film Poland

Ocena Martyny: 3/10

Ocena Mateusza: 7/10


Film Tomb Raider obejrzycie w kinach Cinema City oraz IMAX

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *