Wielogłosem o…: “Twój Simon”

Choć ani Sylwia, ani Mateusz nie czytali powieści Simon oraz inni homo sapiens, na podstawie której powstał grany od tygodnia w polskich kinach film Twój Simon, to wybrali się na niego, mając nadzieję, że przynajmniej nie zmarnują czasu, siedząc na sali kinowej. I obydwoje zgodnie przyznają, że choć film o chłopaku, którego życie jest w zasadzie świetne, poza jednym drobiazgiem – skrywa tajemnicę swojej orientacji seksualnej, nie ustrzegł się pewnych błędów i klisz, to naprawdę warto było go zobaczyć, a co więcej – miło będzie kiedś do niego wrócić. Nasi redaktorzy doceniają również wartość edukacyjną tego filmu i to, że w sposób całkiem lekki i przystępny porusza bardzo ważny temat, o którym dziś, w tak wydawałoby się zaawansowanym cywilizacyjnie XXI wieku, nadal nie każdy potrafi kulturalnie rozmawiać. Czym jeszcze urzeka Twój Simon? Jak wypadli aktorzy? Którą scenę wyróżnić można jako najlepszą, a którą jako najgorszą? Czy można się wzruszyć podczas seansu? A pośmiać? Tego wszystkiego dowiecie się z poniższego Wielogłosu – zapraszamy do lektury!

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Zasiadając w fotelu kinowym, nie miałem zbyt wielkich oczekiwań. Widziałem kilka razy zwiastun i z jednej strony podobało mi się to, co widzę, ale z drugiej jakoś wewnętrznie czułem, że filmy skrojone pod nastoletnich odbiorców nie robią na mnie już najmniejszego wrażenia i obawiałem się, że mogę przejść zupełnie obojętnie obok problemów bohaterów, przez to Twoj Simon będzie dla mnie tylko ciekawostką, wypełniaczem czasu i zapomnę o seansie kilkanaście minut po napisach końcowych. Na szczęście mimo wad, które niewątpliwie ma w sobie ten film, ogólnie rzecz biorąc, jestem pozytywnie zaskoczony i kilka dni po wyjściu z sali kinowej wciąż utrzymuje się we mnie przekonanie, że ten film jest, po pierwsze: udany, po drugie: potrzebny dzisiejszemu światu. Rozwinę swoją myśl później i wydaje mi się, że Sylwia się ze mną zgodzi.

Sylwia: Zgadzam się z Tobą – na pewno rozwiniesz tę myśl później.

Chyba że… chodziło Ci o to, że zgodzę się z wcześniejszym Twoim zdaniem – ale tu również przyznaję Ci rację ;). Ja miałam z kolei całkiem spore oczekiwania, bo zwiastun zapowiadał film, który może nie będzie wybitny, ale jakoś nie wierzyłam, że to będzie coś złego. Poza tym przez serial 13 powodów mam sporą dawkę sympatii dla aktorki, która gra przyjaciółkę głównego bohatera i tym bardziej liczyłam, że choćby z tego powodu seans mnie nie zawiedzie. I tak też było – spędziłam czas miło, zleciał on szybko, pośmiałam się i wzruszyłam kilka razy. Tak, jak wspomniał Mateusz – było kilka rzeczy, które drażniły mnie jako odbiorcę, ale umówmy się – po pierwsze nie ma filmów idealnych, a po drugie… jest to mimo wszystko produkcja skierowana do widzów w określonym przedziale wiekowym (a przynajmniej głównie do nich), stąd niektóre rozwiązania, jak choćby zakończenie, które nam osobiście średnio przypadło do gustu, ale o tym później.

PLUSY I MINUSY FILMU

Mateusz: Wad jest zdecydowanie mniej niż plusów, dlatego zacznę właśnie od nich. Twoj Simon ma w sobie kilka niezręcznych, bądź nie do końca udanych, momentów, które niebezpiecznie zbliżają go do grona tych tandetnych dzieł, które od lat są wyśmiewane przez bardziej świadomych widzów, dla których skondensowane do granic możliwości emocje nie są wystarczającym powodem, by zakryć słabostki scenariusza bądź beznadziejne posługiwanie się kliszami (dobrym przykładem może być ekranizacja powieści Nicholasa Sparksa z 2002 roku, zatytułowana Szkoła uczuć). Żeby nie szukać zbyt daleko – napomknę o scenie na diabelskim młynie, która z pewnością dorobi się wielu memów i gifów. Kolejną rzeczą jest kreacja otoczenia. Czy nikogo z widzów nie zaskakuje, że w jakimś amerykańskim miasteczku jest placówka jak z bajki, w której wicedyrektor stara się być dla każdego ucznia pasującym i wspierającym ziomkiem, a jedyne prawdziwe problemy młodzieży w tej szkole to znajdująca się na kompletnym marginesie wąziutka grupa umysłowych ameb, które terroryzują resztę, w dodatku będąc za swoje czyny natychmiastowo karana? Na ekranie wygląda to fajnie, ale z rzeczywistością nie ma wiele wspólnego, wynika to jednak z konwencji filmu, w której nacisk położono na nieco inne aspekty. Malkontenci bądź grupa odbiorców starająca się uchodzić za kinowych inteligentów z pewnością powiedzą, że ten film jest przerysowaną, pełną naciągnięć i banałów historyjką o tym, jak trudno być nastolatkiem o odmiennej orientacji seksualnej i z pewnością będą próbowali zdyskredytować Twojego Simona na każdym kroku i nie będę tym faktem zdziwiony, ponieważ nie da się zadowolić każdego i zawsze znajdzie się maruda, która będzie tylko ograniczać się do wytykania palcami, co jest złe. Nie znaczy jednak, że z takim podejściem się zgadzam, bo jak już wspomniałem – mnie się film podobał, chociaż jestem świadom niektórych jego wad. A jakie jest Twoje zdanie, Sylwia?

Sylwia: W zasadzie dokładnie takie samo jak Twoje – choćby wspomniana postać wicedyrektora, która była nie dość że przerysowana, to jeszcze tak nierealna… Czasami naprawdę zastanawiam się, czy takie szkoły po prostu dobrze wyglądają w filmach, czy może naprawdę w Stanach tak to wygląda i tylko w innych krajach, takich jak Polska, z nauczycielem nie pogadasz jak z normalnym człowiekiem, będziesz za to skrępowany albo wręcz wystraszony tym, że ten w każdej chwili może obniżyć ci ocenę za coś, co mu się w tobie nie spodobało… Ale właśnie – jeśli mówimy o przedstawieniu szkoły, w której uczy się Simon, jako o wadzie filmu, to musielibyśmy tutaj mówić o ogólnej wadzie naprawdę wielu amerykańskich produkcji. Jest to więc rysa, ale rysa, która powtarza się kinematografii amerykańskiej raz po raz, być może więc wynika ona z tego, że według twórców to się po prostu lepiej sprzedaje.

Szkoda tylko, że w świetle tego, iż największym problemem Simona jest to, że boi się wyznać komukolwiek (zarówno rodzinie, jak i rówieśnikom) prawdy o swojej orientacji seksualnej – widz tak naprawdę nie dostaje wytłumaczenia tej obawy. Rodzina głównego bohatera to kochający się i szalenie wyrozumiali ludzie; w szkole również dba się o tolerancję, empatię i zrozumienie drugiego człowieka. Jedyny problem, tak jak powiedziałeś, stanowi grupa szkolnych bandytów (którzy zawsze muszą się znaleźć w każdej szkole, a już na pewno w każdym filmie o szkole), którym ktoś “inny” może przeszkadzać. Czy więc zrozumiemy w pełni “problem” i obawy Simona? Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bo o ile z jednej strony mogę sobie myśleć, że przy tak wyrozumiałym otoczeniu, to nic trudnego przyznać się do bycia gejem, to z drugiej strony, mnie nikt nie kazał stanąć nigdy przed rodzicami czy znajomymi i wyznać: “Jestem hetero”. Co zresztą świetnie zostało również w filmie pokazane. Dlatego myślę, że nie mnie osądzać skalę problemów i obaw chłopaka.

Mateusz: Przechodząc jednak do zalet – urzekła mnie ta historia i duża w tym zasługa reżysera oraz scenarzystów (i gdzieś tam mam z tyłu głowy świadomość, że pochwały należą się także dla materiału źródłowego, którego niestety nie czytałem i nie jestem w stanie powiedzieć, czy fani powieści będą z ekranizacji zadowoleni, czy też będą jej faktem oraz wprowadzonymi zmianami oburzeni). Wątki zostały bardzo sensownie poprowadzone, zaskakuje również ich mnogość oraz umiejętne dawkowanie emocji. Nie mogę się także nadziwić, jak mimo wszystko (zważywszy na tematykę) lekki i przyjemny w odbiorze jest to film. Twój Simon nie będzie należał do moich ulubionych dzieł kinematografii, ale z chęcią będę do niego cyklicznie powracał, bo wiele elementów złożyło się na to, że chce się seans powtarzać. Kluczowa jest tu zależność między bohaterami i wynikające z tego interakcje. Reżyser świetnie poprowadził swoich aktorów, a to, co robi ze swoją rolą Nick Robinson (tytułowy Simon) jest naprawdę świetne. Podobało mi się także to, że twórcy pokazują nam historię Simona i jego najbliższych ze sporą dozą zaufania co do naszej dojrzałości emocjonalnej. Nie ma tu na szczęście sztampowego moralizatorstwa lub pokazywania palcem na poszczególne rzeczy – wnioski z zachowań bohaterów musimy wyciągnąć sami i to od naszego bagażu doświadczeń zależy, jak dużo wyciągniemy z tego filmu. Jestem wielkim fanem zabiegu, w którym Simon, gdy czyta e-maile od Blue, na początku widzi go tylko jako anonimowy męski głos w swojej głowie, a dopiero z czasem oraz z budzącymi się w nim podejrzeniami, przewidywaniami oraz życzeniami widzi (bądź chciałby widzieć), że autorem konkretnych słów jest chłopak, którego w danym momencie uważa za tego, który skrywa się pod pseudonimem Blue.

Sylwia: Tak, to był bardzo fajny zabieg, który zresztą przez moment wprowadził mnie w lekką konsternację, bo nie byłam pewna, czy zostaje pokazany ów chłopak, bo to właśnie on, i widz dostaje dawkę wiedzy, której Simon jeszcze nie posiada, czy zostaje on pokazany, bo Simon uważa, że to on i właśnie jego sobie wyobraża, kiedy czyta maila od Blue. Szybko jednak staje się to jasne i ten zabieg faktycznie działa na korzyść filmu. Kolejną zaletą jest aktorstwo – w większości przypadków stało na bardzo wysokim poziomie, co cieszy zwłaszcza w aspekcie młodszych aktorów, wcielających się w uczniów szkoły średniej, ale do tego przejdziemy w odpowiedniej kategorii.

Ogromnym plusem jest również to, że choć to sekret, jaki skrywa Simon, jest główną tematyką (i problematyką) filmu i jest jedyną w zasadzie zadrą w życiu głównego bohatera, to twórcy delikatnie kierują naszą uwagę również na inne sprawy – niby drobne zmartwienia nastolatków, ale choćby wspomniane 13 powodów pokazało, że nawet z drobnych zmartwień potrafi uzbierać się lawina. Jeszcze lepszym zabiegiem było niewybielanie samego Simona – chłopak jest tak skupiony na własnym problemie, na utrzymaniu swojego sekretu w obawie przed konsekwencjami jego ujawnienia, że świadomie, choć niecelowo, rani swoich przyjaciół. Co z kolei prowadzi do tego, że kiedy jego orientacja wychodzi na jaw, a jemu najbardziej przydałoby się wsparcie paczki – nie może na  nich liczyć. Podoba mi się wniosek, jaki z tego wypływa, choć nie do końca rozumiem i popieram zachowanie Nicka i Abby. Ale to już pewnie rozmowa na zupełnie inny temat.

W każdym razie warto podkreślić jeszcze raz to, co powiedziałeś – Twój Simon, pomimo ważnego tematu, z którym niejednemu nie do śmiechu – pozostaje filmem lekkim, bardzo ciepłym i, chyba można tak rzecz, familijnym. Nie jest odważny, nie jest szokujący, nie jest brutalny… ale w przyjemny dla odbiorcy sposób porusza temat, z którym wciąż wielu twórcom (i niestety ludziom) nie jest po drodze. I to chyba jest największym plusem filmu, na który składają się poszczególne, mniejsze plusiki.

NAJLEPSZA SCENA

Mateusz: Zdecydowanie i bezwzględnie scena rozmowy z ojcem. To chyba najcieplejszy i najbardziej wzruszający moment filmu, tym bardziej że postać ojca przedstawiona była mimo wszystko dość szczątkowo, występując raczej z perspektywy Simona jako element stałego otoczenia, członka rodziny, kogoś bliskiego, ale jednak będącego gdzieś na dalszym planie, co do którego nie zawsze dało się mieć jednoznaczny pogląd. Ojciec Simona sypał przecież na prawo i lewo durnymi dowcipami o ciąży, zapłodnieniu i innych odwołujących się do seksualności młodego człowieka aspektów, ale tak naprawdę nie sposób było odgadnąć, jak zareaguje na orientację syna. Spokojnie można było mieć obawy, że jako facet, przedstawiany przecież jako typ w stylu samca alfa (który owszem, bywa wrażliwy), niegdysiejsza gwiazda szkolnej drużyny futbolowej, posiadacz szerokich ramion, dobrej budowy ciała i kwadratowej szczęki mógł i powinien kojarzyć się widzowi z gościem, który niekoniecznie będzie w stanie zaakceptować to, że jego syn jest gejem. A tu proszę – scena rozmowy przed garażem jest cudowna, emocjonalna i z pewnością zmiękczy niejednego widza. Tym bardziej że ojciec Simona mówi fenomenalne rzeczy, które chyba każdy nastolatek, który jest cholernie zagubiony i niepewny siebie chciałby usłyszeć od swojego ojca.

Sylwia: W stu procentach się z Tobą – niestety – zgadzam. Niestety, bo jak tak dalej pójdzie, to ten Wielogłos będzie strasznie nudny, ale cóż zrobić. Scena, w której ojciec rozmawia z synem, jest bardzo dobrze nie tylko zrobiona, ale także zagrana. Brawa należą się przede wszystkim dla Josha Duhamela, bo bardzo łatwo było z tej sceny zrobić sztampowy wyciskacz łez, zagrać tak, że wzruszenie ojca byłoby – owszem – działające na emocje ze względu na sam kontekst, ale jednocześnie tandetne w swym wyrazie, ckliwe w wykonaniu. Tymczasem Duhamel pokazał się od najlepszej strony i tak trudne emocje zagrał niesamowicie naturalnie. Ta scena jest tak dobra również dlatego, że nie była to pierwsza reakcja ojca na wyznanie syna. Była to ich druga konfrontacja od tamtej pory, podczas gdy pierwsza było dość… no cóż, niefortunna. Podobało mi się również w tej scenie to, że kiedy ojciec Simona zaczyna wymieniać: Tyle razy podwoziłem cię do szkoły, Tyle razy jeździliśmy gdzieś tam, tyle razy rozmawialiśmy… Widz spodziewa się, że to zdanie prowadzi do pretensji: ani razu mi tego nie wyznałeś przez kilka lat. Tymczasem ojciec załamującym się głosem mówi coś zupełnie innego, co czyni z tej sceny wyjątkowy moment filmu.

Mnie jednak podobała się jeszcze jedna scena, już może nie tak ściskająca gardło jak powyższa, ale również świetna i godna wspomnienia. Mowa o momencie, w którym Abby po raz pierwszy zaczyna widzieć w Martinie przyjaciela, a przynajmniej materiał na niego, a nie tylko niezbyt atrakcyjnego i frajerowatego kolegę ze szkoły, z którym wstyd się pokazać na imprezie. Mówię o scenie na stole w knajpie (brzmi sprośne, ale to nie tego typu scena, serio) Co jednak najważniejsze w tej scenie – również widz zmienia w tym momencie swoje podejście do Martina i choć chłopak zrobi później coś głupiego, czym nie warto się chwalić, to jednak obraz tamtego Martina zostaje w naszych głowach, a my kojarzymy go jako niegłupiego, empatycznego nastolatka, który potrafi zrozumieć drugiego człowieka i dotrzeć do niego. Bardzo dobra scena i również w pewnym stopniu wzruszająca.

NAJGORSZA SCENA

Mateusz: Tutaj także zwycięzca jest tylko jeden – miano najgorszej, niepotrzebnej i mocno przesłodzonej sceny dumnie dzierży ta na diabelskim młynie. Ja rozumiem, że to miało tak wyglądać, że to miało doprowadzić widzów do oczekiwanego w zasadzie od początku finału i że generalnie pewnie się to większości podobało, ale to znowu kolejny z elementów konwencji przyjętej przez film, który niekoniecznie można zaakceptować. W pełni rozumiem coming out Simona i trzymałem za niego kciuki od samego początku, bo to facet, którego chciałbym mieć za kumpla i pewnie cieszyłbym się, gdyby w końcu mu się ułożyło mimo wszystkich obaw, które tłamsiły jego osobę od dłuższego czasu, ale mimo wszystko nie chciałbym oglądać tak intymnej dla niego rzeczy, bo… sam bym nie chciał, żeby ktokolwiek oglądał moje sprawy uczuciowe, bo po prostu – jest to prywatna sprawa. Zresztą finałowa scena mocno kłóci się z tym, jak wcześniej prowadzeni byli bohaterowie.

Sylwia: Dokładnie – zresztą, rozmawialiśmy o tym zaraz po wyjściu z kina. Scena na diabelskim młynie jest po prostu niekonsekwentna w stosunku do reszty scenariusza – to raz, a dwa… jest po prostu tak sztampowa i banalna, że az przykro mi, że znalazła miejsce w tym, przecież naprawdę dobrym, filmie. Była taka, wiecie, wyjęta żywcem z komedii romantycznej – i to tej bardzo złej. Mnie również nie do końca przypadła również scena rozmowy z matką – scenariuszowo i dialogowo wszystko było z nią w porządku, ale coś nie pasowało mi w grze Jennifer Garner. Coś dziwnego działo się z jej mimiką, gestykulacją, głosem – w związku z czym było to dla mnie przerysowane, jakieś przedramatyzowane. Ale z tego, co wiem, Ty nie odniosłeś takiego wrażenia, więc to pewnie tylko jakieś moje widzimisię.

Mateusz: Fakt, dla mnie scena z matką nie była w żadnym stopniu zła czy nienaturalna, ale nie da się ukryć, że Jennifer Garner wygląda w tym filmie źle. Tak źle, jak Renée  Zellweger w ostatniej części Bridget Jones.

Sylwia: No aż tak, to może nie, ale fakt, że właśnie w tej scenie pomyślałam: “O rany! One mają chyba tego samego chirurga!”. Aczkolwiek i tak chodzi mi nie tyle o wygląd, co o grę aktorską Garner.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: Kogóż by tu wziąć na tapet…? Może porozmawiajmy chwilę o Martinie, który – bądź co bądź – wprowadza swoją osobą spory chaos w życie Simona i to właśnie jego szantaż sprawia, że główny bohater zaczyna się gubić, potykać, aż w końcu zachowywać tak, że naraża uczucia swoich przyjaciół. I choć na samym początku nie lubimy Martina, to z czasem  zyskuje on naszą sympatię, a my zaczynamy w nim dostrzegać zwykłego nastolatka, który tak jak każdy inny, pragnie miłości, akceptacji i pomocnej dłoni. Martin, zakochany w Abby, odkrywszy maile Simona, jakie ten wymieniał z tajemniczym Blue, wymusza na nim wyswatanie go ze śliczną Abby. Już pierwsze przedstawienie Martina wzbudziło nasza niechęć do niego, później doszedł jeszcze wspomniany szantaż… a jednak scena w knajpie z Abby, scena na boisku (trochę politowania nikomu nie zaszkodziło), scena przy diabelskim młynie… to wszystko sprawia, że nie jesteśmy już w stanie tak po prostu, całkowicie go nie lubić. Może nie pałamy do niego od razu jakąś nieposkromiona sympatią, ale na pewno wzbudza ambiwalentne uczucia – a tacy bohaterowie zawsze są najciekawsi, prawda? Tym bardziej że jest to bodaj jedyna taka nieoczywista postać. Poza samym Simonem, ale on, nawet jak zachowuje się nieetycznie, jest poniekąd usprawiedliwiony w naszych oczach.

Mateusz: Zgadzam się, Martin jest ciekawą i budzącą skrajne emocje postacią. Raz go kompoletnie nie trawimy i chcielibyśmy dla niego jak najgorzej, bo taki palant tylko na coś takiego zasługuje, z kolei z drugiej strony mamy dla niego zarezerwowane ciepłe uczucia, bo widzimy w nim pokłady dobrego serca i potrzebę miłości, która tkwi chyba w każdym człowieku, a jego starania nie są wcale tak durne, jak początkowo może się wydawać.

Ja chyba standardowo pomówię o głównym bohaterze. Simon to normalny, kompletnie niczym niewyróżniający się z tłumu chłopak z liceum. Nie jest ani kompletnym szkolnym outsiderem, ale też na szczęście nie należy do klasowej elity. Ma wąskie grono najbliższych przyjaciół, z którymi doskonale się dogaduje, kochającą rodzinę i generalnie wszystko w jego życiu dobrze się układa. Jest jednak jedna rzecz, która nie daje mu spokoju i która z każdym dniem ciąży mu coraz bardziej. Simon jest gejem (urocze jest jego przyznanie się przed widzami, gdy mówi, że odkrył swoją słabość do mężczyzn głównie dzięki… Danielowi Radcliffowi) i w dalszym ciągu nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że chłopak piekielnie się krępuje swoją orientacją seksualną. Jak sam słusznie zauważa – ma z tym problem głównie dlatego, że społeczeństwo ma aktualnie problem z homoseksualistami w ogóle i najzwyczajniej w świecie nie wie, jak będzie odbierany po swoim coming oucie. Simon nie rozumie, dlaczego tak wielką wagę przykłada się do wyznań odnośnie swoich preferencji seksualnych i dlaczego działa to tylko wtedy, gdy jesteś homoseksualistą. Simon to naprawdę  świetny, serdeczny chłopak i jak już wspominałem, chciałoby się mieć takiego kumpla, ale duża w tym zasługa aktora, który dostał tę rolę… Ale o tym już za momencik.

AKTORSTWO

Sylwia: Naprawdę wszyscy spisali się bardzo dobrze. Najbardziej skłonna jestem chyba jednak pochwalić występy Nicka Robinsona w roli Simona, a także wspomnianego już przeze mnie Josha Duhamela w roli jego ojca. Mężczyźni zagrali nawet nie poprawnie, ale naprawdę bardzo dobrze. Simon jest dla widza na tyle swojski i naturalny, że bez problemu widzielibyśm go w swojej paczce – aktor zadbał o to, by być w swojej grze konsekwentnym, ale przy tym nie nudnym. Postawą ciała, mimiką, tonem głosu i gestykulacją zawsze współgra z tym, jaką postać stworzyli dla niego scenarzyści. Duhamel nie ma wiele do pokazania, ale kiedy w końcu twórcy dają mu się wykazać – aktor wykorzystuje tę szansę w stu procentach. Również pochwalę tutaj Logana Millera, który wcielił się we “frajerowatego” Martina – mam wrażenie, że wbrew pozorom, nie jest łatwo zagrać takiego ciapowatego, wyśmiewanego chłopaka, który jedną sceną zyskuje sobie naszą sympatię. Dobrze mu to wyszło.

A kogo Ty byś wyróżnił?

Mateusz: W zasadzie najpierw chciałbym przyklasnąć temu, co właśnie powiedziałaś, bo zgadzam się z tym w stu procentach. Omówiłaś istotniejszą męską część, nie pozostaje mi zatem nic innego, jak omówić żeńską. Jennifer Garner to dla mnie aktorka, która kompletnie niczym się nie wyróżnia, nie wydaje mi się także, by miała jakieś szczególne aktorskie umiejętności, które pozwoliłyby jej na owe wyróżnienie. Zresztą nie bez powodu do dziś jej szczytowe osiągnięcie to serial Agentka o stu twarzach. Nigdy specjalnie za nią nie przepadałem, ale też nie było tak, że jej obecność w poszczególnych produkcjach działa mi na nerwy. Jednak w Twoim Simonie miewała momenty, gdy jej występ mógł wydać się odrobinę przeciętny, jednak chyba głównie przez to, że aktorka zdecydowanie musiała w ostatnim czasie poddać się jakimś operacjom plastycznym, co znacząco wpłynęło na jej mimikę. Alexandra Shipp, która wcieliła się w mieszkającą od pół roku nową przyjaciółkę Simona i reszty jego paczki wypadła dobrze, a możliwe, że nawet i lepiej od aktualnie jej bardziej rozpoznawalnej koleżanki Katherine Langford, która w gruncie rzeczy zagrała jakąś wariację na temat Hanny Baker z 13 powodów. Plusem produkcji jest młodziutka Talitha Eliana Bateman, która perfekcyjnie zagrała młodszą, opiekuńczą i zakręconą na punkcie gotowania siostrę Simona.

Sylwia: Warto wspomnieć także, że większość aktorów, która zagrała nastolatków, to kobiety i mężczyźni w wieku około 26 lat. Czy to się bierze stąd, że amerykańska młodzież wygląda zbyt młodo (jakoś wątpię…), czy nikt nie wierzy w ich aktorskie umiejętności?

 

KWESTIE TECHNICZNE

Mateusz: Technicznie wszystko zagrało. To produkcja obyczajowa, dlatego nie ma się tak naprawdę ani do czego przyczepić, ani nie ma niczego, nad czym można by się zachwycać. Do filmu dobrano pasującą, może nie aż tak, jakby większość chciała, przebojową muzykę, montaż nie jest ani zbyt teledyskowy, ani zbyt jednostajny, w gruncie rzecz biorąc nie wyróżnia się niczym konkretnym. Całość stoi na wysokim, hollywoodzkim poziomie i w zasadzie nie ma nad czym się rozwodzić. Twój Simon został dobrze zrealizowany i prawda jest taka, że gdybyśmy mieli coś więcej do powiedzenia o tych aspektach, znaczyłoby to, że produkcja ta w którąś stronę mocno się wyróżnia na tle innych dzieł tego typu. A nie jest tak w żadną ze stron – nie będzie tu żadnych nominacji do nagród filmowych, ale też nikt nie będzie wytykał, że w filmie kuleje kwestia oświetlenia bądź udźwiękowienia.

Sylwia: Tak, pod względem technicznym Twój Simon jest jak najbardziej poprawny – nie można mu nic zarzucić, ale też nie ma nic, co można by wskazać jako ponadprzeciętnie zrealizowany aspekt filmu. Może kolory były odrobinkę zbyt podkręcone? A może teraz po prostu tak mi się wydaje, bo za oknem jak na czerwiec zrobiło się nadspodziewanie szaro i nijako? Podobała mi się muzyka – fajnie, że już pierwszy utwór, od jakiego zaczyna się film, jest nawiązaniem do przewijającego się przez całą produkcję motywu diabelskiego młyna. W pierwszej scenie bowiem, w której Simon wsiada do auta i  jedzie po swoich przyjaciół, puszcza utwór Rollercoaster zespołu Bleachers. Ci wykonawcy zresztą, w innym filmie wcielili się w fikcyjny zespół Baby Goya and the Nuclear Winters (polecam zresztą zarówno film: Hello, my name is Doris, jak i utwór: Dance, Rascal, Dance). Wracając do meritum – można powiedzieć, że zarówno ze względu na połączenie motywu, maili, piosenki i ostatniej sceny, Twój Simon ma budowę klamrową, co również jest przyjemnym dla widza zabiegiem.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Mateusz: Twój Simon to film niezwykle potrzebny i dosłownie skrojony pod czasy, w jakich przyszło nam żyć. To chyba pierwsza tak duża, hollywoodzko mainstreamowa produkcja, która opowiada o homoseksualnej miłości młodych ludzi i nie robi z tego tytułu “wielkiego halo”. Jednocześnie film głośno i wyraźnie mówi, żeby raz na zawsze skończyć z ocenianiem ludzi przez pryzmat orientacji seksualnej i bez cienia wątpliwości stawia (słuszny) znak równości tam, gdzie powinien być postawiony już lata temu. Niestety człowiek to bardzo ułomne stworzenie, które latami uczyło się, że segregacja rasowa jest czymś złym, niepotrzebnym i tak naprawdę kompletnie niezrozumiałym. Zapewne jeszcze długie lata przed nami, żeby ucichły echa trwającej właśnie przemiany społecznej, dlatego właśnie takie filmy jak Twój Simon są cholernie potrzebne, choćby dlatego, że skierowane są do młodszych widzów. To po prostu bardzo pozytywny film, który daje nadzieję wszystkim ludziom, że można w życiu być sobą bez obaw o publiczny lincz. Z racji tego, że dobre kino powinno mieć w sobie elementy edukacyjne, z radością stwierdzam, że Twój Simon jest dobrym filmem. I nie przeszkadza tu w niczym lekka forma, jaką przyjęli twórcy. Uważam wręcz, że im bardziej tego typu filmy są przystępne, tym lepiej, bo trafią one do szerszego grona, a ludzie muszą wreszcie pojąć, że bycie gejem bądź lesbijką to całkowicie normalna rzecz. 

Sylwia: Ja bym nawet powiedziała, że ten znak równości, o którym wspominasz, nie tyle powinien być postawiony lata temu, co nie powinien być wymazywany z miejsca, w którym w zasadzie postawiła go sama natura… Ale to również temat na inną dyskusję ;).

Twój Simon to film ciepły, wzruszający i niezwykle przyjemny w odbiorze. Ogląda się go z zainteresowaniem, z rodzącymi się sympatiami do bohaterów i kibicując Simonowi – nie przymykając jednak oczu na jego błędy. Ekranizacja powieści, której jeszcze nie dane mi było przeczytać, wypada mimo kilku wad bardzo dobrze i – przede wszystkim – bardzo aktualnie. Momentami za słodko, owszem, ale to nadal film skierowany w dużej mierze do nastolatków, który po prostu musi mieć pozytywny wydźwięk i szczęśliwe zakończenie.


Ocena Mateusza: 7,5/10

Ocena Sylwii: 7/10

Fot.: Imperial – Cinepix


Film Twój Simon obejrzycie w kinach Cinema City w całej Polsce

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *