Filmy,Oscary 2019,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Vice” [OSCARY 2019]

Co prawda nominacje do statuetek, które wręczone zostaną 24 lutego podczas 91. ceremonii rozdania Oscarów, poznamy dopiero za niecały tydzień, bo we wtorek, 22 stycznia, ale już teraz Mateusz i Sylwia pozwalają sobie mówić o filmie Vice właśnie w kategoriach Oscarowych. Dlaczego są tacy pewni nominacji dla produkcji w reżyserii nagrodzonego za scenariusz do Big Short Adama Mckaya? Żeby się tego dowiedzieć, są dwa sposoby – przeczytanie poniższego Wielogłosu omawiającego film lub… wybranie się na seans. My oczywiście polecamy połączyć te dwie opcje, a na koniec podzielić się również z nami wrażeniami po obejrzeniu. Vice to historia Dicka Cheneya, który z mężczyzny, o którego żona bała się, że nie ma przed sobą żadnej przyszłości, stał się pewnego dnia wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych, dzierżąc w swoich rękach władzę niezwykle potężną, choć z jej mocy wielu nie zdawało sobie wtedy sprawę. Film, w którym główne role zagrali – nagrodzony już za tę kreację Złotym Globem – Christian Bale i Amy Adams, został stworzony w specyficzny dla McKaya sposób, który nasi redaktorzy osobiście uwielbiają. Sprawdźcie, jakie aspekty zachwyciły ich w tym dziele najbardziej i w jakich kategoriach upatrują statuetek oscarowych.

WRAŻENIA OGÓLNE

Sylwia Sekret: Uwielbiam sposób, w jaki Adam McKay tworzy swoje filmy. Po Big Short, choć byłam zachwycona seansem, nie miałam jeszcze takiej pewności, ale teraz, po obejrzeniu Vice, wiem, że będę czekała z niecierpliwością na każdy kolejny tytuł tego reżysera. To, jak bawi się on konwencją, i to, jak widać podczas oglądania, że tworzenie filmów sprawia mu radość, równa się z tym, jak ważnych mimo wszystko tematów się podejmuje. W przypadku najnowszego dzieła jest jeszcze poważniej niż przy oscarowym dziele o krachu finansowym. Vice porusza bowiem tematykę rządów Stanów Zjednoczonych, manipulacji tak politykami, jak i opinią publiczną, wojny, cierpienia wielu ludzi, o którego zasadność i sens pyta reżyser… Ogląda się to zatem z cięższym sercem, ale przez cały seans towarzyszy nam też uznanie dla twórców, bo wykazali się naprawdę sporą odwagą, kręcąc Vice. Podejrzewałam, że wyjdę z seansu zadowolona, nie wiedziałam jednak, że pokocham twórczość McKaya jeszcze bardziej i że potrafi on mnie nie tylko zaintrygować i rozśmieszyć, ale również skłonić do przemyśleń i przerazić.

Mateusz Cyra: Czekałem na ten film w zasadzie od pierwszych ogłoszeń. McKay oczarował mnie swoim Big Shortem i z niecierpliwością odliczałem dni do premiery. Jego wcześniejszy film podniósł poprzeczkę wysoko i narzucił pewne oczekiwania, tak względem jakości, jak i samej historii. I tak jak się spodziewałem – Vice okazuje się być filmem mocnym, świeżym i pełnym energii. Oczywiście towarzyszy mu sporo kontrowersji, ponieważ polityczne zawirowania na najwyższym szczeblu największego mocarstwa na Ziemi zawsze wywołują emocje. I bardzo dobrze, bo dzięki temu jest o czym opowiadać.

 

WADY I ZALETY FILMU

Sylwia: Jeśli kogoś nuży polityka, a nawet samo wspomnienie o niej, to mimo tego, jak dobrze ten film został zrobiony, może okazać się, że główną wadą będzie dla takiego widza długość filmu. Ponad dwugodzinny seans, skupiający się na tym, jak pewien człowiek od zapijaczonego nieudacznika, którego żona próbuje przywołać do porządku, dochodzi do najwyższych szczebli władzy i manipuluje nimi, zamieniając je miejscami i położeniem na własną korzyść, może okazać się zwyczajnie za długi i momentami przeciągnięty. Ja osobiście nie odniosłam takiego wrażenia, tym bardziej że wszystkie zalety Vice, które zaraz wymienimy, sprawiają, że te “dłużyzny” znikają, nie ma ich w naszej świadomości.

Mateusz: Dobrze, że piszesz, że nie odniosłaś takiego wrażenia, bo już miałem ciskać piorunami jakim to cudem, nawet zważywszy na temat, najnowsze dzieło McKaya miałoby być nudne. Rozumiem jednak, o co ci chodzi – ktoś, kto na co dzień stroni od polityki krajowej, może zastanawiać się jakim cudem miałby się zainteresować filmem opowiadającym o jakimś wiceprezydencie Stanów Zjednoczonych sprzed dekady. Ja sam unikam polityki i spraw z nią związanych jak ognia. Nie lubię, nie mam do tego głowy, szkoda mi życia na śledzenie przepychanek między pajacami na decyzyjnych stanowiskach. A jednak wiedziałem, że Vice będzie dla mnie interesujące, bo już Big Short udowodnił, że skomplikowana tematyka dla osoby, która z reguły nie interesuje się giełdą i wszelkimi sprawami, które doprowadziły do kryzysu gospodarczego z 2008 roku, wcale nie musi być filmem nużącym i trudnym. Ale przerwałem Ci, dlatego oddaję z powrotem głos.

Sylwia: Dziękuję bardzo. Zacznę od narracji. Adam McKay już przy Big Short pokazał, że nie jest twórcą, który trzymałby się tradycyjnej formy opowiadania o prawdziwych wydarzeniach. Wplata do swoich opowieści komentarze zza kulis, regularnie łamie czwartą ścianę, w dodatku często w sposób uszczypliwy lub komediowy, droczy się tak z widzem, jak i niekiedy z bohaterami swoich filmów. W Vice narracja odgrywa o wiele bardziej znaczącą rolę niż przy jego poprzednim dziele. Nie tylko tłumaczy widzom, ale także rozsiewa ziarna tajemnicy i niepokoju, które kiełkują i wyrastają dopiero pod koniec seansu. W dodatku pozostawiając widza z moralnymi pytaniami bez odpowiedzi.

Choć chronologia bywa zaburzona, to odpowiedni montaż, mocna charakteryzacja, a także komentarz i umiejętne wprowadzanie nowych postaci i wątków sprawiają, że jako widzowie nie mamy z tym problemu; potrafimy się w tym odnaleźć i zrozumieć czasowe przeskoki, ku jakim czasem popycha nas reżyser. Myślę, że o wielu aspektach powiemy jeszcze przy okazji kwestii technicznych i szans oscarowych, dlatego póki co zamilknę już w tym temacie.

Mateusz: To fakt – Adam McKay jest przede wszystkim wirtuozem montażu. Nie ma chyba w dzisiejszych czasach twórcy, który robiłby to lepiej niż McKay, serio. To właśnie odważny montaż, żonglowanie formą i pełna świadomość twórcza sprawiają, że filmy poruszające zarówno skomplikowaną, jak i odpowiedzialną i z reguły nudną tematykę ogląda się z pełnym zaangażowaniem.

Sylwia: Na koniec tej kategorii dodam jeszcze tylko, że ogromnym plusem jest naprawdę wyważony humor. McKay nie mógł sobie pozwolić na taką swobodę, jaka stała się udziałem Big Short, ponieważ wziął na tapet o wiele poważniejszą tematykę; dotyka bolesnych zdarzeń i problemów wciąż aktualnych. A jednak znalazł złoty środek i humorystyczne wstawki są tak przemyślane, że nie rażą widza, nie są w żadnym momencie niesmaczne, a to ogromna zaleta.

Mateusz: I ponownie masz rację w tym, że rys komediowy w przypadku Vice jest subtelniejszy niż w jego poprzednim filmie. Mimo wszystko – McKay wie, w których momentach może dać do wiwatu, w których miejscach przeciągnąć strunę, a gdzie należy zachować powściągliwą minę, ponieważ prawdopodobnie gdyby nie to, to z miejsca posypałyby się w jego stronę pozwy oburzonych polityków oraz osób związanych z prezydenturą George’a W. Busha.

 

PROBLEMATYKA

 Sylwia: Zdarza nam się w Wielogłosach zapominać o tej kategorii, a to spory błąd, bo jest ona jedną z najważniejszych, w jakich często podejmuje się dyskusje o filmach czy w ogóle dziełach kultury. Vice opowiada po pierwsze historię człowieka, który pragnął realnej władzy. Również jego żona nie chciała zadowalać się półśrodkami w tym temacie. Ale Vice to również opowieść o manipulacji, o sekretach, o wykorzystywaniu potęgi, o naginaniu faktów, o tworzeniu obrazu rzeczywistości, który był wykrzywiony, tylko po to, by móc osiągnąć konkretny cel. To historia nie tylko Dicka Cheneya, który przeszedł przez wiele stanowisk, by w końcu pełnić rolę wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. To historia wielu ludzi, na których decyzje Cheneya odgniotły piętno. To przypowieść o budowaniu domku z kart (lub wieży z filiżanek i spodków) i jego zawalaniu się; o jego kruchości, ale jednocześnie o podziwie, jakim darzymy tych, którym uda się ów domek postawić jak najwyższy. To opowieść o mierzeniu się z konsekwencjami i akceptowaniu tego, że decyzyjność nie jest synonimem sprawiedliwego osądu.

Mateusz: Ze swojej strony dodam jeszcze, że wbrew pozorom jest to także film o miłości. Nie musicie teraz przecierać oczu ze zdumienia. Poza wszystkim tym, o czym mówi Sylwia, Vice opowiada także o miłości, tyle tylko, że robi to w sposób nieoczywisty, a owa miłość i oddanie zostały zepchnięte na boczny tor ze względu dość oczywistego, jakim były działania Chaneya w kwestiach politycznych i międzynarodowych.

 

NAJLEPSZA SCENA

Sylwia: Trudny wybór… wybrać najlepszą scenę ze względu na aktorstwo, czy może ze względu na humor i odwagę twórców? A może najbardziej poruszającą? W pamięć zapadła mi scena w restauracji, kiedy kelner poleca Cheneyowi i jego kompanom różne “dania” z menu. Również scena końcowa, którą oglądamy w połowie filmu (tak, to nie pomyłka, nie przecierajcie oczu), była rewelacyjna. Ale chciałabym również wyróżnić jedną z pierwszych scen, kiedy Lynne Cheney “potrząsa” swoim mężem i pyta się go, czy na pewno dokonała słusznego wyboru, wybierając go na mężczyznę swojego życia. To nie tylko scena, która mogła zaważyć na losach przyszłego wiceprezydenta, ale przede wszystkim moment, w którym Amy Adams pokazała niesamowitą aktorską klasę, udowadniając, że jest w stanie wejść w tak totalnie inną skórę i zagrać tak skrajnie różne postaci i robiąc to tak fenomenalnie dobrze! I choć później nie miała już wielu takich scen, to za tę jedną z pierwszych należą się jej gigantyczne brawa. Zwłaszcza kiedy pomyślę o jej ostatniej większej roli, w jakiej ją widziałam, czyli w serialu Ostre przedmioty. Cholera… to naprawdę jedna i ta sama aktorka?!

Mateusz: Scena w restauracji będzie chyba moją ulubioną. Nie tylko ze względu na bezczelność i odwagę McKaya, ale także na to, że zastosowany w niej zabieg to jest kwintesencja twórczości Adama McKaya właśnie. Big Short miał już podobnie rozpisane sceny, ale Vice robi to bardziej dosadnie i gdy widz już orientuje się w tym, co właśnie się wydarzyło – z przyjemnością podejmuję tę grę.

Bardzo podobała mi się także scena prywatnej rozmowy Cheneya z Bushem, jeszcze przed oficjalnym zaprzysiężeniem nowego rządu USA. Banalna, męska rozmowa przy piwie, skrzydełkach z kurczaka na świeżym powietrzu w ogródku tego drugiego to rewelacyjny materiał do analizy. Co tu dużo ukrywać – w tej scenie twórcy obnażają Busha Juniora, sprowadzając jego osobę do roli pionka w rękach Cheneya. Po tej scenie wiemy już, kto rozdawać będzie karty w trakcie rządów 43. Prezydenta Stanów Zjednoczonych i wiemy, że nie będzie to George W. Bush. Przytoczona przeze mnie scena (jak i wiele innych) to oczywiście tylko domysły (co zresztą twórcy podkreślają w kilku miejscach), jednak konkluzja jest oczywista – Dick Cheney to drapieżnik, samiec alfa i rekin (chociaż bardziej w odniesieniu do jego metod pasowałoby, gdybym napisał ośmiornica), który doskonale wie, jak dopasować się do rozmówcy, aby dopiąć swego, a Bush to prosty facet, który przyzwyczajony do pewnego statutu, pragnie zaimponować ojcu, chwytając za rogi zdecydowanie zbyt dużego byka.

 

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: W tym Wielogłosie jest to wyjątkowo trudna kategoria, ponieważ do omówienia mamy nie tylko autentyczne postaci, ale w dodatku takie, które nie są nieznane – co więcej, to ludzie, którzy kiedyś zasiadali na najwyższych miejscach dla władzy i mieli realny wpływ na kształt Stanów Zjednoczonych. Mamy jednak ten komfort, że nie będziemy oceniać mimo wszystko prawdziwych postaci, a te, które zostały nam przedstawione na ekranie i wykreowane przez genialnych aktorów.

Mateusz: Dick Cheney – główny (anty)bohater spektaklu noszącego tytuł Vice (po polsku napisalibyśmy po prostu “Wice”, co jest bezpośrednim odniesieniem do stanowiska wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych) to człowiek skryty, owiany grubymi nićmi tajemnicy. Nie bez powodu twórcy na wstępie zaznaczają, że ich film to w dużej mierze domysły, przynajmniej jeśli chodzi o dialogi. To człowiek, który z zapijaczonego mieszkańca Lincoln w kilkadziesiąt lat doszedł do stanowiska 46. wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, stając się przy okazji jedynym wiceprezydentem w dziejach USA, który miał tak znaczącą władzę nie tylko w kraju, ale także za granicą. Według wielu źródeł, to właśnie Cheney pociągał za wszystkie sznurki jako “wice”, wykorzystując Busha do swoich potrzeb. W filmie McKaya Dick Cheney jest bohaterem negatywnym w niemal każdym aspekcie życia. W zasadzie jedyna pozytywna cecha uwypuklona przez twórców to miłość do żony oraz córek. Cała początkowa motywacja Cheneya to chęć udowodnienia żonie, że nie jest on życiowym przegranym i że stać go na rzeczy wielkie. Jednak moim zdaniem to nie tylko to – Dick Cheney przedstawiony został jako prosty, ale piekielnie sprytny facet, który naprawdę kocha swoją żonę i wiele jego zachowań wynikało z chęci sprawienia jej radości. Z drugiej strony – pomijając aspekt rodzinny – Cheney w świecie polityki odnalazł się pierwszorzędnie i na tym polu na przestrzeni dziesięcioleci świetnie ukazano jego przemianę z kompletnie zielonego “świeżaka” do zimnego skurczybyka, który nie zawaha się nawet chwilę, by dopiąć swego. To postać odstręczająca, nie tylko przez nieapetyczną aparycję, ale jednocześnie piekielnie ciekawa.

Sylwia: To ja może powiem kilka słów o Lynne Cheney. Żona Dicka to kobieta, której aspiracje wykraczały daleko poza możliwości, jakie w czasach jej młodości miała kobieta. Swoje ambicje przelewała więc na męża i myślę, że później było już po prostu dla niej za późno, by sama mogła osiągnąć coś, o czym zapewne skrycie marzyła. Lynne to kobieta niesamowicie zdeterminowana, pełna energii i nielubiąca się poddawać. Murem stoi za swoim mężem, ale z początków filmu wiemy też, że co nieco ją to jednak kosztowało. Amy Adams wykreowała bohaterkę silną, twardą i taką, która może przyjąć wiele ciosów. Ja jednak dostrzegłam w niej również żal, że za późno przyszły dla niej czasy, kiedy kobiety przestały być traktowane jako kucharki i pokojówki swoich mężów. Jednak również to starała się przyjąć z godnością, wciąż popychając swojego męża, a później także i córkę, ku władzy i możliwościom. Myślę, że gdyby nie ona, Dick Cheney nigdy nie znalazłby się w miejscu, w jakim stał kilkadziesiąt lat później. Co więcej, myślę nawet, że nie doszedłby do połowy drogi. Lynne to taki sztandarowy przykład na szyję, która podtrzymuje i steruje głową. Ciekawa postać, choć wydawała mi się też często o wiele bardziej bezwzględna niż jej mąż… mimo że nie do końca miała okazję tę bezwzględność pokazać.

Mateusz: O tym samym pomyślałem po skończonym filmie – często łapałem się na tym, jakie prawdziwe w odniesieniu do tej pary jest stwierdzenie, że mężczyzna to głowa rodziny, ale kobieta to szyja, na której ta głowa się porusza. Mając tę świadomość – Vice nabiera bardzo ciekawego wydźwięku…

 AKTORSTWO

 Sylwia: Czy na tym polu jestem w stanie się do czegokolwiek przyczepić? Chyba nie… Nie tylko zespół aktorów został perfekcyjnie dobrany (a więc brawa dla ludzi odpowiedzialnych za casting), ale również sami aktorzy spisali się rewelacyjnie. Zarówno wcielający się w tytułową rolę Christian Bale, który momentami jest równie nie do poznania, co Gary Oldman w roli Churchilla (w ogóle trudno nie porównywać tych ról, a momentami nawet filmów, choć powstały w totalnie innej konwencji i stylistyce), jak i jego filmowa żona, Amy Adams… ale również Steve Carell i Sam Rockwell wypadli fenomenalnie. Naprawdę, nie widzę wśród tych aktorów żadnego zgrzytu, czegoś, do czego mogłabym się przyczepić. Wszyscy wypadli świetnie i czuć było, ze oddali się swoim rolom całkowicie – nawet, jeśli występowali oni na ekranie sporadycznie.

Mateusz: Chciałbym powiedzieć, że Vice to film wielu aktorów. Chciałbym, ponieważ kreacje Sama Rockwella oraz Steve’a Carella są bardzo udane i z pewnością zapadną widzom w pamięci. Jednak prawda jest taka, że parą królewską tej produkcji jest Amy Adams i Christian Bale. Z ręką na sercu mogę stwierdzić, że rok 2018 był rokiem Amy Adams, ale tę świetną aktorkę już zdążyli skrzywdzić podczas Złotych Globów, nie przyznając jej nagrody za oszałamiającą kreację w Ostrych przedmiotach. W Vice Adams jest drapieżna, bezwzględna, dominująca i zdecydowanie wypełnia sobą każdą scenę, w której się pojawia.

Osobny akapit należy się Christianowi Bale’owi. Jestem sympatykiem jego aktorstwa od czasów Mechanika z 2004 roku. I stopniowo, film po filmie utwierdzałem się w tym, że jest to naprawdę świetny aktor, który do swojego zawodu podchodzi w sposób znacznie głębszy, niż pozostali koledzy po fachu. Nie od dziś wiadomo, że dla roli jest w stanie drastycznie schudnąć (Fighter lub wspomniany już Mechanik), ale także przyrost masy nie stanowi dla niego wyzwania, czego świadectwem jest choćby rola w Vice. Pomijając jednak okrąglutki fizys Bale’a – jego kreacja jest świetna. Wciąż jestem przekonany, że brytyjski aktor potrafi więcej i nie pokazał nam jeszcze swojej najlepszej roli, ale Dick Cheney to bardzo solidny kawał aktorstwa. Piorunujące wrażenie sprawia jego spojrzenie drapieżnika i charakterystyczne ułożenie ust. Można się go bać.

 

KWESTIE TECHNICZNE

Sylwia: Wypadałoby chyba zacząć od charakteryzacji… i tutaj nasuwa mi się tylko jedno słowo: Rewelacja. Nie tylko Bale, ale również Adams czy Rockwell zostali fantastycznie zmienieni do swoich ról, co w przypadku głównego aktora bywało nawet dość przerażające, o czym już wspominasz wyżej, mając rację jednocześnie, że to również zasługa samego aktora. Podobał mi się również montaż, bo przy tak nietypowym pod względem konceptu i konwencji filmie, a także z wieloma przeskokami czasowymi, montaż mógł zawieść i przyprawiać o ból głowy (pamiętam, że taki efekt wywołał u mnie montaż w filmie Sztuka kochania), tymczasem tutaj spełnił całkowicie swoją rolę.

Pojawia się natomiast jeden zgrzyt, który leży całkowicie po stronie dystrybutora filmu – a mianowicie polskie napisy. Niestety, ale obydwoje zwróciliśmy uwagę na pojawiające się błędy w postaci źle odmienionego nazwiska lub wręcz brakujących słów takich jak “dni” czy “się”. Przy takiej produkcji, wyświetlanej przecież nie po raz pierwszy, nie powinno mieć to miejsca.

Muzyka… czy muzyka zapadła mi jakoś szczególnie w pamięć? Chyba nie, choć kawałki zostały dobrane ciekawie – czasami całkowicie na przekór… Również odniosłeś takie wrażenie?

Mateusz: Właśnie szczerze mówiąc, o muzyce nie jestem w stanie powiedzieć niczego dobrego, ale też niczego złego. Odnoszę po prostu wrażenie, że ta muzyka była tam po prostu nieistotna. Nie zapamiętałem żadnej konkretnej piosenki, żadnej melodii przewodniej. Sam nie wiem, czy to źle, czy to dobrze?

Potwierdzam niestety niską jakość tłumaczenia – to dość poważna wpadka dystrybutora i nie powinna mieć ona miejsca. Oczywiście – nie myli się tylko ten, który nic nie robi, ale z drugiej strony uważam, że należałoby puścić w obieg poprawioną wersję, tym bardziej że od premiery minęło kilka dni, a z pewnością było kilka seansów przedpremierowych oraz pokazów prasowych.

Natomiast najlepszym aspektem technicznym jest po prostu montaż i zabawa konwencją. Na filmach McKaya po prostu nie sposób się nudzić.

 

OSCAROWE SZANSE

Sylwia: Charakteryzacja! Myślę, że tak jak Czas mroku okazał się bezkonkurencyjny w tej kategorii rok temu, tak będzie z Vice podczas tegorocznej gali. Co prawda nie znam jeszcze konkurencji dla dzieła Adama McKaya, ale wątpię, by ktoś zgarnął charakteryzatorom Bale’a, Adams i reszty statuetkę sprzed nosa. Zastanawiam się nad reżyserią… Trudno mi przewidzieć, ale osobiście bardzo bym chciała, by McKay był przynajmniej za Vice nominowany w tej kategorii. Nominacja dla Bale’a jest natomiast raczej pewna, ale co ze statuetką? To chyba będziemy mogli ocenić dopiero, kiedy poznamy innych nominowanych, ale biorąc pod uwagę, że aktor dostał już Złotego Globa za tę rolę – szanse są raczej spore. Bardzo liczę na to, że Amy Adams będzie brana pod uwagę za role drugoplanową – naprawdę zachwyciłam się jej rolą w tym filmie i liczę na to, że nie tylko ja. A jak Ty przewidujesz nominacje i Oscary dla dzieła McKaya?

Mateusz: Jeśli tylko Akademia nie zechce być politycznie poprawna – ze statuetką powinni wyjść charakteryzatorzy filmu Vice, a nie na przykład ci od Czarnej Pantery. I trzymam kciuki  za taki obrót spraw.

McKay na pewno dostanie nominację, ale kto wyjdzie ze statuetką? Jeszcze za wcześnie na takie domysły, tym bardziej że nie znamy nawet listy nominowanych. Złoty Glob znacznie przybliża Bale’a do wygrania wyścigu po Oscara, ale obawiam się, że Amy Adams zaczyna być żeńskim odpowiednikiem Leonarda DiCapria do czasów Zjawy – w ostatnich latach sypią się jedynie nominacje, a za niektóre wybitne role nawet ich nie otrzymuje.

Vice z pewnością otrzyma nominację za najlepszy montaż. Nie wiem, z kim będzie stawał do walki, ale to dla mnie przynajmniej murowany kandydat do Oscara.

 SŁOWEM PODSUMOWANIA

Sylwia: Vice to bardzo, bardzo dobry film. Trudny i podejmujący odważną i cholernie trudną tematykę władzy i jej potęgi, a także roli polityków w życiu zwykłego szarego człowieka, ale opowiedziany tak, że momentami ogląda się go jak świetną komedię, a innym razem jak psychologiczny horror. Adam McKay to niebanalny twórca, który takie też dzieła tworzy. Jego styl jednak jest na tyle specyficzny, że nie każdemu przypadnie do gustu. Dla mnie jest to jednak zupełnie nowy sposób opowiadania historii, który w dodatku całkowicie kupuję. Z jednej strony na seansie bawiłam się świetnie, z drugiej jednak, wyszłam z kina pełna niepokoju, obaw o wizję świata, przyszłość i w poczuciu zagrożenia, bo towarzyszyła mi, i nadal towarzyszy, świadomość, że dążenie do władzy bez kompromisów, kosztem “zwykłych” ludzi, naginanie faktów i żonglowanie nimi tak, by powstała odpowiednia opinia społeczna, to problem nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale każdego kraju, w tym także i Polski.

Mateusz: McKay jest wirtuozem kina XXI wieku. Doskonale dobiera historie i aktorów, czyniąc trudne i niewygodne tematy prostymi w odbiorze. Za sprawą Vice umacnia swoją pozycję na mapie hollywoodzkich pewniaków, których filmy można oglądać w ciemno, bez obaw o ich jakość. To dopiero początek 2019 roku, ale już mam pewność, że jest to jeden z najlepszych filmów, jakie obejrzę do 2020.

 

Fot.: Forum Film Poland


Przeczytaj także:

Wielogłos o filmie Big Short

Wielogłos o filmie Czas mroku

Ocena Mateusza8.5
Ocena Sylwii8
8.3Ocena ogólna