Filmy,Oscary 2016,Wielogłos

Wielogłosem o…: “Zjawa”

Zjawa to największy wygrany jeśli chodzi o tegoroczne nominacje do Oscarów. Już niedługo przekonamy się, ile statuetek uda jej się ostatecznie zgarnąć, ale trójka naszych redaktorów nie wyobraża sobie, aby w niektórych kategoriach – a już zwłaszcza za najlepsze zdjęcia – film mógł przegrać z jakimkolwiek tytułem. Samo zresztą nazwisko reżysera, który w zeszłym roku zgarnął statuetkę, a jego film uznano za najlepszy, stanowi o jakości tego filmu. Sylwia, Mateusz i Michał rozgadali się jak nigdy o zaletach filmu, o pięknie zdjęć, o naturze człowieka i sile przyrody. Dyskusja trochę trwała, ale chyba takie filmy, o których można rozmawiać godzinami, są najwięcej warte. Zapraszamy oczywiście do lektury Wielogłosu, uprzejmie donosząc, że nie udało nam się uniknąć pewnych spoilerów. Dlatego tych, którzy są jeszcze przed seansem bądź lekturą powieści, a nie chcą psuć sobie zabawy, zapraszamy tutaj nieco później, kiedy nadrobią zaległości.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Alejandro González Iñárritu przeżywa złoty okres w swojej karierze. Rok temu mieliśmy okazję oglądać rewelacyjnego Birdmana, który to był nominowany przez Akademię w sumie w dziewięciu kategoriach, a finalnie zdobył cztery najważniejsze. Iñárritu nie osiadł na laurach i od 16 grudnia 2015 roku cały świat może oglądać nowe dzieło meksykańskiego reżysera. Zjawa w ilości nominacji przebiła nawet zeszłoroczny hit, bo ma ich w sumie dwanaście. O tym, czy Zjawa powtórzy wynik Birdmana, dowiemy się już 28 lutego, ja jednak mam olbrzymią nadzieję, że tak właśnie się stanie, gdyż jestem tym filmem dosłownie zachwycony.

Michał Bębenek: Ja również mam nadzieję, że Zjawa otrzyma przynajmniej połowę z tych Oscarów, do których jest nominowana. Chociaż mam wrażenie, że film Iñárritu dzieli widzów na dwie kategorie – pierwsza to ci, którzy są obrazem zachwyceni, druga na Zjawie strasznie się wynudziła, zastanawiając się, ile razy można umierać. Ja sam należę do tej pierwszej grupy i film porwał mnie od samego początku, kiedy reżyser, wraz ze swoim genialnym operatorem, rzucają nas w sam środek bitwy. Wrażenia są takie, że można poczuć się tak, jakby się było wewnątrz filmu, zastanawiając się, z której strony nadleci śmiertelna indiańska strzała. I tak jest już do końca, Zjawa przykuwa uwagę aż do napisów końcowych. A jeśli chodzi o tę drugą grupę widzów – tych, którzy na filmie się wynudzili, założę się, że przynajmniej połowa z nich postanowiła obejrzeć film w zaciszu domowym, na ekranach monitorów bądź telewizorów (bo, nie ma co ukrywać, że film był dostępny na co najmniej miesiąc przed oficjalną premierą). Moim zdaniem to niewybaczalny błąd i największa krzywda, jaką można było zrobić obrazowi Iñárritu. Zjawa to film kinowy i tylko tam ma szansę wywrzeć właściwe wrażenie.

Sylwia Sekret: Od razu, już na wstępie, przychodzi mi się nie zgodzić. Owszem, Zjawę najlepiej zobaczyć w kinie, a przynajmniej za pierwszym razem, ale mówiąc, że tylko tam ma szansę wywrzeć właściwe wrażenie i że jest to film typowo kinowy, krzywdzimy całą pracę, jaką włożyli w niego twórcy, łącznie z aktorami. Tak, Zjawa może pochwalić się powalającymi zdjęciami, z których można by stworzyć osobną wystawę i osobny temat do dyskusji. Tak, Zjawa to dźwięki, efekty i wszystko to, co lubimy widzieć na wielkim ekranie. Ale nie zapominajmy, że Zjawa to także inspirująca się prawdziwymi wydarzeniami opowieść. A dobre opowieści można docenić wszędzie, bez względu na warunki. Mnie udało się przeczytać powieść Michaela Punke tuż przed wybraniem się na seans i już podczas lektury (kiedy krajobrazy, dźwięki i walki były tylko w mojej głowie i przyznaję, że były dość marne) wiedziałam, że ten film musi być przynajmniej dobry. Ta historia ma przede wszystkim uniwersalny przekaz, który kino może jedynie nagłośnić, ale nie sprawi, że będzie prawdziwszy. Przypominają się podczas oglądania (bądź czytania) Zjawy słowa Hemingwaya: Człowiek nie jest stworzony do klęski. Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać. Film Iñárritu to przede wszystkim afirmacja tych słów, pieśń na ich cześć i dowód na ich prawdziwość. To co widzimy i słyszymy w kinie, dopełnia całości, wizualizuje nasze wyobrażenia, przewyższa je, a w moim przypadku wręcz ośmiesza. Ale i bez nich Zjawa jest pochwałą siły i woli człowieka (bez względu na to, co nim kieruje i co go do tego popycha), jest ponadczasową opowieścią o zemście, o woli przetrwania, o bezwzględnym świecie natury i surowości, jakiej nam zapewne nigdy nie dane będzie poznać.

Zjawa Glass sylwetka

Michał: Być może nieopatrznie użyłem słowa “tylko”. Chodziło mi raczej o to, że Zjawa to jeden z tych wielkich filmów, które po prostu trzeba obejrzeć na dużym ekranie, dopóki jest taka możliwość. A później, z taką formą odbioru w pamięci, można sobie już oglądać do woli w domu.

Sylwia: Ach, no chyba że tak :).

PLUSY I MINUSY FILMU

Mateusz: Pozwolę sobie zacząć od tego, czego w najnowszym obrazie Iñárritu jest jak na lekarstwo – czyli od minusów. Chociaż w tym wypadku wolałbym to określić bardziej jako słabsze strony Zjawy. Jak już wspomniałem wcześniej – film zdobył 12 nominacji, czyli praktycznie zdominował tegoroczną odsłonę. Czego jednak zabrakło, a co rzuca się w tym wypadku mocno w oczy? Otóż nominacji za scenariusz adaptowany. Osobiście trochę mnie dziwi fakt braku nominacji, tym bardziej, że znacznie słabszy scenariusz do Marsjanina został doceniony. Wracając jednak do samego dominatora Oscarów 2016 – scenariusz rzeczywiście nie jest najmocniejszą stroną Zjawy, ale nie zrozumiem nigdy głosów mówiących o tym, że jest on słaby, że przeciętny Kowalski napisałby go lepiej. Łatwo wydawać wyroki, kiedy siedzi się po wygodniejszej stronie lustra ;).

Michał: Jeśli wziąć sam trzon scenariusza i przedstawić go w łopatologicznym skrócie, to dostajemy historię faceta, który przez dwie godziny czołga się w śniegu, po to tylko, żeby zabić Toma Hardy’ego (trochę spoiler, no ale kto z Was zakładał inną konkluzję?). Jednak tutaj to nie cel się liczy, ale sposób dojścia do niego. W każdym razie, na siłę można za minus uznać przewidywalność – mimo wszystkiego, co działo się z Glassem, widz po prostu wiedział, że dożyje on do końca filmu. Należy jednak pamiętać, że nie jest to opowieść zupełnie wyssana z palca. Scenariusz Iñárritu i Marka L. Smitha oparty jest na powieści Michaela Punke, a ta z kolei czerpała z prawdziwej historii. Hugh Glass był prawdziwym człowiekiem, który rzeczywiście dokonał tego, co (mniej lub bardziej podkolorowane) zobaczyć możemy w filmie.

Mateusz: Ja z kolei słyszałem, że film dość mocno wygładza to, ile faktycznie przeszedł Glass, ponieważ twórcy bali się, że widzowie kompletnie w to nie uwierzą, tym bardziej, że motywacja prawdziwego Glassa nie była tak potężna, jak w filmie. Przechodząc do mocnych stron – aktorstwo, zdjęcia, reżyseria, montaż, muzyka, charakteryzacja – wszystko to osobno jest autentycznie mistrzowskie, a po złączeniu tego w jedność otrzymujemy arcydzieło na wymienionych przeze mnie polach. Dawno nie widziałem filmu, w którego treść tak prędko bym uwierzył, że dzieje się naprawdę, jak właśnie w Zjawie. A jest to efekt pracy wszystkich tych ludzi, którzy sprawili, że dwu i pół godzinny seans mija, właściwie nie wiadomo kiedy. Jest to również pierwszy przypadek od niepamiętnych dla mnie czasów, gdy oglądając film, naprawdę zastanawiałem się nad tym, ile czasu, energii i zdrowia musieli poświęcić ludzie, by uzyskać efekt, jaki widzimy na ekranie. Zdjęcia w tym filmie to istny fenomen – nie widziałem żadnego filmu, który byłby ładniejszy wizualnie na tyle, że niektóre ujęcia samym pięknem natury bądź odpowiednim wykadrowaniem powodowały ciarki przebiegające po moich plecach. Jest jeszcze Leo, który swoją rolą udowadnia, że aktualnie nie ma nikogo lepszego od niego, przynajmniej w męskim gronie aktorów. I już pal sześć Oscary, których powinien mieć w swojej kolekcji przynajmniej pięć. To, co wyprawia w Zjawie, oddziałuje na widza tak, że ten zastyga w trakcie seansu, marząc o tym, by Hugh Glass przeżył, dokonał spektakularnej zemsty i osiągnął spokój…

Zjawa Glass krzyczy coś

Sylwia: Trochę nie rozumiem Waszych opinii na temat scenariusza. Moim zdaniem scenariusz był bardzo dobry i to właśnie dzięki niemu – między innymi –  historia opierająca się na wędrowcu pragnącym dokonać zemsty, który brnie przez śnieg, wyszła ostatecznie tak udanie. Sam trzon scenariusza, o którym wspominasz, Michał, to właśnie nie scenariusz, a prawdziwa historia. To i atak grizzly, a także stan, w jakim wędrował Glass to chyba jedyne, najbardziej prawdziwe rzeczy, a wszystko to, co dzieje się dookoła nich, to właśnie zalety scenariusza, dzięki którym film nie nudzi, nie nuży, trzyma w napięciu i przykuwa do ekranu. Wprowadzenie do filmu Hawka, syna Glassa; wprowadzenie grupy Indian, którzy poszukują uprowadzonej przez białych córki wodza; gwałty na kobiecie i jej zemsta; wypatroszenie konia i schowanie się w nim przed mrozem nocy; zaprzyjaźnienie się z jednym z Paunisów i jego pomoc…. te i wiele innych rzeczy to tylko i wyłącznie scenariuszowe dzieci. Gdyby tę historię z nich odrzeć, dopiero znalazłoby się grono marud, które twierdziłyby, że film to jedna wielka nuda, że był niedźwiedź, a potem długo nic. Zarówno w porównaniu z historią prawdziwą, jak i z książką – scenariusz dokonał niebotycznych zmian i choć jedne były zbędne, inne fantastyczne, moim zdaniem scenariusz zasługuje na słowa pochwały. Wspomnieć także należy o tym, że twórcy scenariusza wzięli pod uwagę współczesnego odbiorcę. Najprawdopodobniej słusznie uznali oni, że pogoń za facetami, którzy zostawili nas na pastwę losu i – chyba najważniejsze – ukradli naszą ukochaną strzelbę, jako czynnik dodający sił i napędzający nasze działania, nie przemówi do współczesnych. Natomiast pościg za człowiekiem, który zabił naszego syna – to już co innego. O ile bowiem pragnienie zemsty i nienawiści jest nam bardzo bliskie i w mniejszym lub większym stopniu towarzyszy dość często, nawet przed samym sobą nie przyznamy się do jego oddziaływania na nas. Jeśli jednak w grę wchodzą poważniejsze pobudki – jesteśmy w stanie przystać na morderczą naturę człowieka, na jego zwierzęce instynkty.

Co do braku nominacji za scenariusz. Wydaje mi się, że nawet, jeśli Akademia uznałaby go za świetny, miałaby nie lada problem. Bo jako scenariusz oryginalny odpada, bo jednak wzorowali się jego twórcy na książce. Z drugiej strony na tyle odbiega on od powieści, że w pewnych momentach trudno byłoby mówić o scenariuszu adaptowanym. Choć pewnie przepisy mówią, że sugerowanie się książką, choć w najmniejszym stopniu decyduje o zaklasyfikowaniu scenariusza do kategorii: adaptowany. W każdym razie nominacji nie dostał, a moim zdaniem szkoda. Bo twórcy naprawdę wiele wycisnęli z tej książki.

Zjawa Glass Indianiec

Mateusz: Ależ ja nie mówiłem, że scenariusz jest słaby! Byłoby to dziwne, tym bardziej, że oceniłem go na największym filmowym portalu w Polsce na 8 w 10-stopniowej skali ;). Stwierdziłem jedynie, że na tle pozostałych genialnych elementów tego filmu nie jest jednak najsilniejszym atutem Zjawy. I podobnie jak Ty – ja kompletnie nie rozumiem głosów narzekających na bylejakość scenariusza. W tym filmie przecież tyle się dzieje!

Michał: Ani ja, ani ja! ;) W żadnym razie nie atakuję scenariusza, po prostu próbowałem się wczuć w sytuację jednego z tych narzekających, żeby w ogóle znaleźć jakieś minusy filmu ;).

Sylwia: No dobrze, niech Wam już będzie :). Wrócę jednak do wad i zalet filmu, bo tak rozpisałam się o scenariuszu, że w zasadzie nic o tym nie wspomniałam. Tak jak już powiedziałam – choć powieść Michaela Punke jest bardzo dobra – wprowadzenie dość istotnych zmian w porównaniu z książką wyszło filmowi na dobre. Ale to dopiero wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o Zjawę. Zdjęcia, praca kamery, te zapierające dech w piersiach widoki to co prawda kwestie do omówienia w temacie spraw technicznych, ale grzechem byłoby nie wspomnieć o nich w kontekście zalet tej produkcji. Również minimalizm, jeżeli chodzi o dialogi wyszedł na dobre całej historii, bo podkreśla i uwypukla emocje głównego bohatera, a także jego samotność – w zasadzie samotność z wyboru – w dążeniu do celu, co poniekąd czyni z postaci Hugh Glassa tytułową zjawę. Zemsta jako motyw przewodni dla całej opowieści i zakończenie filmu, które kompletnie odbiega od powieści nie pokazuje może człowieka z jego najlepszej strony, ale na pewno z tej prawdziwej, do której nie zawsze chcemy się przyznawać. Ludzie zawsze domagają się zadośćuczynienia za spotkane ich krzywdy i najczęściej znajdują je właśnie w krzywdzie drugiego człowieka.

Jeśli chodzi o minusy filmu, to naprawdę niełatwo mi coś wymienić. Jedyne co mogę zrobić, to zainteresowanych tym tematem odsyłam do ludzi, którym film się po prostu nie spodobał – oni znajdą ich pewnie całą chmarę ;).

Zjawa pochodnia odnalezienie Glassa

NAJLEPSZA SCENA

Mateusz: Tylko jedna? Nie, to niemożliwe. Już same zdjęcia Lubezkiego dają widzowi taką radość, że mógłbym tu umieścić z dziesięć momentów samych ujęć natury, które z powodzeniem mogą pretendować do miana “najlepszej sceny”. Przechodząc jednak do fabularnych aspektów – otwierająca film sekwencja najazdu Indian na zbierającą skóry ekipę kapitana Andrew Henry’ego jest świetna; walka Glassa z niedźwiedziem jest świetna; zabójstwo Hawka na oczach Glassa jest świetne; wyjście z grobu jest świetne; pierwsza ucieczka (ta w wodzie) przed, cały czas depczącymi po śladach Glassa, wojownikami z plemienia Arikara jest świetna; moment ratunku Powaqi jest świetny; scena z koniem jest świetna; wściekłość kapitana Henry’ego jest świetna i wreszcie – finałowe starcie między Glassem a Fitzgeraldem wgniata w fotel.

Michał: Na mnie największe wrażenie wywarła właśnie scena otwierająca film. Najazd Indian “Ree” na obóz i niezwykle dynamiczna walka z nimi, pełna długich ujęć (których technika doskonale znana jest już z Birdmana), wsadzających widza niemal w sam środek akcji. Można więc powiedzieć, że Zjawa kupiła mnie już od pierwszych minut.

Sylwia: Świetną sceną było wypatroszenie konia w celu przetrwania mroźnej nocy. To scena, której nie było w powieści i cieszę się, że coś takiego znalazło się w filmie. Utkwiła mi również w pamięci scena, która nie miała większego znaczenia, ale była niezwykle wymowna, malownicza i podkreślająca zarówno instynkt łowcy Glassa, jak i fakt, że został on przez swoich towarzyszy ograbiony z wszelkiej broni. Chodzi mi o moment, w którym bohater stoi nad rzeką, głodny i wycieńczony, i nagle widzi przechodzące przez wodę, dumne i dostojne (naprawdę tak wyglądały) łosie. Glass bierze kij, który układa na ramieniu jak strzelbę i udaje, że mierzy do zwierząt. Bez krwi, walki czy patetycznych dialogów, ale scena ta ma w sobie wpisane zarówno piękno natury, jak i jej niesprawiedliwość.

Podczas seansu żałowałam natomiast, że twórcy pozbawili film dwóch scen z powieści, które mogłyby być naprawdę genialne, zwłaszcza wizualnie. Jedna z nich znalazła się w produkcji, ale została kompletnie zmieniona. Chodzi o ten moment, kiedy Glass natrafia na pędzące stado bawołów, a jednego z nich dopadają wilki. W książce mężczyzna nie spotyka żadnego innego człowieka, natomiast wdaje się w walkę z wilkami, zdając sobie sprawę z tego, że to jego jedyna szansa na wartościowy posiłek, który pozwoli mu zregenerować siły. Druga scena, którą twórcy kompletnie pominęli, to walka trapera z wężem, która ostatecznie okazuje się być w połowie jego sennym urojeniem. Żałuję, że tych scen nie było, bo niesamowicie podkreślały one, jak trudno było Glassowi zaleźć jakiekolwiek pożywienie; mam wrażenie, że w filmie zostało to odrobinę spłycone.

Zjawa otwierająca scena, ucieczka

NAJGORSZA SCENA

Mateusz: Przez dwie godziny i trzydzieści sześć minut filmu nie było nawet sekundy, która wydałaby mi się słabsza od pozostałych. Wizualnie ten film piorunuje, fabularnie trzyma całkiem wysoki poziom, mimo że daleko mu do ideału. Nie przypominam sobie jednak żadnych kiepskich scen. Nie muszę chyba w takim układzie pisać nic więcej?

Michał: Mnie również bardzo ciężko wskazać scenę, która by mi się w jakiś sposób nie podobała. Nawet te momenty, które dla niektórych mogły być w jakiś sposób obrzydzające (a przynajmniej, z tego co widziałem, tak reagowali niektórzy ludzie na sali; chodzi przede wszystkim o zajadanie się surową wątrobą bizona czy kryjówka przed zimnem we wnętrznościach konia – co zresztą nie jest pierwszyzną dla fanów Imperium kontratakuje ;) ), były bardzo dobrze uzasadnione fabularnie. Realia były takie a nie inne, a dla zaprawionego w przetrwaniu Glassa nie było to nic dziwnego, ani pewnie też nowego.

Sylwia: Co do wątroby – Glass był w tym momencie zwykłym drapieżnikiem i tak jak wilki czy inne zwierzęta miał świadomość, że właśnie wątroba czy serce to organy, które mają najwięcej wartości odżywczych. Ale jeśli niektórzy myśleli, że Glass je surowiznę dla przyjemności i kubków smakowych, a nie dla przeżycia i odzyskania sił, no to cóż…

Natomiast co do najgorszej sceny. Muszą przyznać, że mnie nie podobały się za bardzo sceny z ukazującą się zmarłą ukochaną Glassa z plemienia Paunisów. Były one w moim przekonaniu niepotrzebne (a przynajmniej tak zwielokrotnione), a już unosząca się w powietrzu kobieta stanowiła dla mnie niepotrzebną groteskę w filmie, który tak mocno stawiał na naturalność i realność. Wiem, że były to wizje głodnego i  wycieńczonego Glassa, ale po prostu do mnie to nie trafiło.

Mateusz: A dla mnie te sceny były potrzebne. Może bił z nich zbyt niepotrzebny symbolizm, ale moim zdaniem w inny sposób nie dało się pokazać złożoności Glassa, tego, co siedziało w jego psychice oraz jego motywacji. Bez tych scen moim zdaniem czegoś by filmowi  brakowało, a postać grana przez DiCaprio byłaby niekompletna i płaska. Lepiej tak, niż jakby miał zwracać się do nas bezpośrednio, jak Jordan Belfort z Wilka z Wall Street.

Sylwia: Dla tego, o czym mówisz, moim zdaniem wystarczyłaby jedna restropsekcja, pokazująca moment, w którym Glass stracił ukochaną i został sam z synem. Byłoby to bardziej naturalne, a równie silnie ukazywałoby przeżycie tej postaci i tę jego złożoność, o której wspominasz.

Zjawa Glass żona zjawa

EWENTUALNE DZIURY FABULARNE

Mateusz: Nie chcę wyjść na skrajnego, kompletnie bezkrytycznego fanboja, ale w tym momencie nie dostrzegam żadnej dziury, dziurki nawet w filmie Iñárritu. Na pewno nie był to mój ostatni seans Zjawy i jeśli tylko za drugim, trzecim lub kolejnym razem dopatrzę się czegoś, co nie będzie mi się kleić – dodam do tego wpisu aktualizację.

Sylwia: A ja, pomimo całego zachwytu, jakim darzę Zjawę, widzę dwa niedopatrzenia, które może mi wytłumaczycie, albo powiecie, że się czepiam, ale zwróciłam na nie uwagę od razu. Obydwa mają miejsce podczas tej samej sceny, kiedy Fitzgerald i Bridger uciekają, zostawiając Glassa na pastwę losu. Po pierwsze, wcześniej widzieliśmy, jak Fitzgerald zakatrupił bez litości Hawka, syna Glassa, po czym odciągnął go jak najdalej. Później wrócił Bridger i nawoływał martwego chłopaka, szukał go (wyraźne było pokazane – zresztą sama postać Bridgera, przyszłego “króla gór”, tak została skonstruowana, abyśmy w to uwierzyli – że młody mężczyzna go szukał, bo nie chciał go zostawiać). Wydaje nam się więc, mało tego – jesteśmy pewni, że Fitzgerald albo dobrze ukrył ciało, albo odciągnął je naprawdę daleko. Tymczasem kiedy już Glass zostaje sam, podpełza parę metrów od znalezionych na śniegu kropel krwi i znajduje zwłoki syna. Coś mi tu nie gra. A Bridger go nie mógł znaleźć? Rozumiem, że w sytuacji młodego robiło się już ciemno, ale dla traperów błądzenie i szukanie w ciemności to nie pierwszyzna. Nie mówiąc już o tym, że Fitzgerald nie bał się w ogóle, że jego kompan znajdzie ciało? Nie trudził się w schowaniu go? W chociażby przysypaniu śniegiem świeżej krwi?

Mateusz: Oczywiście do tego przyczepić się można, ale ja to zwaliłem na karb tego, że Bridger to zwykły podrostek, któremu wmówisz wszystko i nie zada pytań, dlatego też jego poszukiwania były niemalże zerowe. Ja w każdym razie nie pamiętam, by poza nawoływaniem on wędrował wokół obozu. Usłyszał hasło od Fiztgeralda i tyle. Inna rzecz, że Fitzgerald nie bał się, że Bridger znajdzie ciało z prostej przyczyny – jego plan zakładał jak najszybszą ucieczkę i gdyby młokos mu zawadzał, skończyłby w dole obok Hawka.

Sylwia: Spłycasz problem. To ciało leżał parę kroków obok. No to bez przesady.

Mateusz: Jak to mówią – najciemniej pod latarnią ;). A tak serio: Owszem, ale leżało w zagłębieniu, dole, czy jak to nazwać. W ciemniejącym lesie i z Bridgerem, który (jak pamiętam – a nie wiem, czy dobrze pamiętam) nie szukał wcale Hawka, tylko go wołał to nie jest tak nieprawdopodobne. To znaczy, upierać się przy swoim zdaniu nie będę, bo nie pamiętam dokładnie tego momentu i może się okazać, że masz rację. Ja to jednak zapamiętałem tak, że Fitzgerald tak umiejętnie zagadał Bridgera, że tamten niespecjalnie szukał Hawka i skupił się bardziej na Glassie oraz cieple ogniska. Inna rzecz, że Fitzgerald nie dał czasu młodemu traperowi na domysły, gdyż przed świtem zerwał go ze snu, żeby opuścić obóz.

Zjawa Brdiger dziwnie leży

Sylwia: Druga dziura, jaką widzę, ma miejsce dosłownie chwilę później. Widzimy bowiem, jak Indianie podchodzą do obozowiska, w którym znajdują jeszcze – jeśli dobrze pamiętam – ślady świeżego obozowania i rozpoczynają poszukiwania, bo myślą, że znajdą córkę wodza. Tymczasem Glass nie mógł opuścić obozowiska na długo przed nimi, a nie zapominajmy, że Hugh był w tym momencie niemiłosiernie pokaleczony, czołgał się resztką sił. Jak daleko więc był w stanie odpełznąć? Zresztą, nie spodziewał się pościgu, więc ani nie przyspieszał, ani nie czuł potrzeby, aby szukać kryjówki. A pamiętajmy, że grupa Indian, która przez większość filmu szuka Powaqi, jest zwinna, bezlitosna i przede wszystkim nie odpuszcza. Szukaliby więc ludzi, którzy opuścili obozowisko do skutku. A biorąc pod uwagę ich stan fizyczny i Glassa,  powinni trafić na niego w ciągu jakiejś godziny. Nie mówiąc już o tym, że czołgając się, musiał zostawiać na śniegu dość ewidentny trop. Nie bez powodu zresztą w książce nikt Glassa wtedy nie gonił ;).

Mateusz: I tutaj już nie pozostaje mi nic innego, jak się z Tobą zgodzić. Faktycznie to się trochę kupy nie trzyma, chyba że wyczołganie się Glassa z obozowiska i wizyta Indian w tymże była bardziej rozciągnięta w czasie, niż nam się to wydaje. Nadal jednak pozostaje kwestia śladów na śniegu.

Michał: Generalnie, Sylwia, masz rację. I tak jak napisał Mateusz, w przypadku tej pierwszej kwestii, można zrzucić to na karb młodego wieku Bridgera, “autorytetu” Fitzgeralda i szybko zapadającego zmroku, tak w kwestii drugiej – Indian, którzy nie trafili na ślady Glassa, ciężko znaleźć wytłumaczenie. Być może rzeczywiście była to kwestia dużej rozbieżności czasowej pomiędzy jego wyczołganiem się z obozu a ich przybyciem. A padający śnieg ma to do siebie, że szybko zasypuje ślady. Ja natomiast chciałem przyczepić się do zupełnie innej sceny – Glass, już w dalszej części filmu, uciekający na koniu przed pościgiem Ree, spada razem ze zwierzęciem w przepaść. Po czym, po odzyskaniu świadomości, wstaje, otrzepuje się i generalnie nic mu nie jest. Rozumiem, że drzewo zamortyzowało jego upadek, przepaść była jednak dosyć znaczna, a on sam nie był w najlepszej kondycji fizycznej. Taka sytuacja powinna poskutkować co najmniej jakimś złamaniem. Albo Glass miał niesamowite wręcz szczęście, albo po prostu twórcy nie chcieli już komplikować sprawy i jeszcze bardziej go spowalniać.

Sylwia: Z kolei dla mnie, to co wspominasz, jest akurat do uwierzenia :). Ludzie czasem wychodzili cało nie z takich opresji, na przykład cudem wychodząc z życiem z katastrofy lotniczej, czego największe głowy nie były w stanie wytłumaczyć. A tak jak mówisz: ogromna, gruba warstwa śniegu i drzewa musiały zrobić swoje. Zresztą, tutaj dochodzi także kwestia tego, że Glass był pobijany, połamany i poharatany już wcześniej, dlatego ewentualne szkody, jakie wyrządził upadek, mogły nie być przez to aż tak widoczne.

Zjawa Glass poharatany

EFEKTY SPECJALNE / KWESTIE TECHNICZNE

Mateusz: Techniczne smaczki – tak charakterystyczne dla Iñárritu oraz Lubezkiego – widoczne są w filmie właściwie od pierwszej sceny. Długie ujęcia są tu na porządku dziennym, dominują liczne sceny kręcone tuż przy ziemi, częste są najazdy “spod szczęki” bohaterów, kończące się wysoko na gwiaździstym niebie, a obojętność natury wobec ludzkich działań przypomina to, co niektórzy widzowie mieli okazję widzieć w filmie W objęciach węża (nominowanym zresztą w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny). Kolejny genialny zabieg (że też nikt na to wcześniej nie wpadł!) to te nieliczne sceny, gdy kamera jest tak blisko wydarzeń, że ciepły oddech Glassa zasnuwa obłoczkiem pary cały ekran.  Natomiast to, co robi Lubezki, jest wizualnym arcydziełem. Meksykański operator filmowy w ciągu ostatnich dwóch lat zdobył dwie statuetki (za Grawitację oraz Birdmana) i będę w absolutnym szoku, jeśli w tym roku Złoty Rycerz nie powędruje właśnie do niego. Japoński kompozytor  nie dostał co prawda nominacji za Zjawę, ale dla mnie to żaden wyznacznik w tym momencie. Muzyka jest tutaj idealnym dopełnieniem wydarzeń oraz obrazu i kilka motywów zostanie ze mną na dłużej, a ja z pewnością rozejrzę się za całym soundtrackiem.

Michał: Zgadzam się, nikt inny w tym roku tak bardzo nie zasłużył na Oscara za swoją pracę jak Lubezki. Wspomniane długie ujęcia i parowanie obiektywu, niesamowita dynamika w połączeniu z pięknymi plenerami. Zjawa stanowi po prostu wizualną ucztę. Za to muzyka jakoś nie zapadła mi szczególnie w pamięci, pamiętam tylko główny motyw składający się z trzech nut. Więc albo Sakamoto tak doskonale wtopił się tło, że był zauważalny tylko w momentach, kiedy można było usłyszeć ten “motyw przewodni”, albo po prostu tej muzyki tam nie było za wiele. Specjalnie na potrzeby tego tekstu przesłuchałem soundtrack ze Zjawy i okazuje się, że jednak jakaś muzyka tam była, ale tak jak wspomniałem, stanowiła ona bardziej tło wydarzeń i nie do końca sprawdza się jako samodzielny twór, bez obecności obrazu. Wyróżnia się jedynie temat przewodni, który potrafi zapaść w pamięć.

Zjawa Glass przy ogniu

Sylwia: Zdjęcia w tym filmie po prostu powalają, są przepiękne i chociażby dla nich wypada się na ten film wybrać, naprawdę. Co do pracy kamery, to wspomniane parowanie obiektywu czy ewidentne krople krwi na kamerze były świetnym i niezwykle trafionym pomysłem. Mam też wrażenie, że twórcy chcieli tym podkreślić fakt, że scenariusz opiera się na prawdziwej historii, a takimi zabiegami sprawili, że momentami mogło się odnieść wrażenie, że oglądamy film dokumentalny. Brawa należą się również za wykorzystania w całym filmie, poza jedną sceną, światła naturalnego. Nawet sobie nie wyobrażam, ile cierpliwości to wymagało od wszystkich ludzi na planie, łącznie z uchwyceniem tych momentów, które mogą zdarzyć się tylko w jednej minucie danego dnia. Wyszło przepięknie i akurat to uważam za kwestię niepodlegającą dyskusji. Muzyka także oddawała klimat poszczególnych scen i współgrała z napięciem. Zjawa od strony technicznej to po prostu arcydzieło.

Mateusz: Dlatego też, choćby z tego względu, nazywanie filmu słabym lub nudnym uważam za zwykłą kinową ignorancję.

AKTORSTWO

Mateusz: Leonardo DiCaprio dał popis aktorstwa kompletnego, bowiem do jego standardowych – jakże wysokich zresztą – umiejętności dorzucił grę całym ciałem, bo zwyczajnie rola tego wymagała. Jest to na pewno jedna z wyróżniających się ról w dorobku aktora, gdyż dotychczas nie miał aż tyle do zaprezentowania, jeśli chodzi o fizyczny aspekt aktorstwa. Z ust Glassa wychodzi kilkanaście zdań w przebiegu całego filmu, natomiast praktycznie wszystko, co wiemy o tej postaci to to, co zagrał ciałem, nie słowami. DiCaprio chrząka, jęczy, chrypie, charczy, krzyczy, stęka, szepcze, wzdycha, ciężko oddycha, wydaje z siebie nieartykułowane dźwięki i gra twarzą tak, jak jeszcze nigdy dotąd. Dzięki temu film w zasadzie mógłby być niemy, a my i tak czujemy wszystko to, co działo się w głowie Hugh Glassa. Przy niektórych scenach” kopara mi opadła”. Mój ulubiony aktor jest w wybitnej formie.

Zjawa Glass piana chark dysz

Przechodząc po pozostałych ról – Domhnall Gleeson zyskał wiele w moich oczach. Bardzo płynnie potrafił przejść od dość spokojnego, opanowanego i chyba niezbyt męskiego kapitana do rozwścieczonego faceta, który samym tylko spojrzeniem może zabijać. Jego kreacja udowadnia, że jeśli tylko damy odpowiedniemu aktorowi odpowiednią postać, ten wykona swoją pracę na medal. Syn Brendana Gleesona dotychczas mnie niczym nie zachwycił, ale rolą w Zjawie zyskał moją uwagę. Na koniec zostawiłem sobie Toma Hardy’ego, który od czasów Incepcji jest stale przeze mnie obserwowany i uważam, że tylko kwestią czasu jest Złoty Rycerz za jakąś jego rolę. Tylko czy będzie to już za Zjawę? Niestety, nie wydaje mi się. Zagrał naprawdę dobrze, świetna była głównie jego gra oczami oraz umiejętne szafowanie wypowiadanymi kwestiami. Jego Fitzgerald to naprawdę fajnie wykreowana postać antagonisty, ale konkurencja w tym roku jest zbyt duża.

Zjawa Hardy oczy

Michał: No i co tutaj można dodać? :) DiCaprio po prostu zasłużył sobie na tego Oscara. Tom Hardy raczej też nie zaskoczył mnie tym, że potrafi świetnie grać. Za to właśnie wspomniany Domhnall Gleeson pokazał się z zupełnie nowej strony. Do tej pory tego aktora kojarzyłem głównie z nieco lżejszych gatunkowo filmów, gdzie zazwyczaj grywał postacie, które nie okazywały zbyt wielkiego wachlarza emocji. Jednak jako kapitan Andrew Henry dał prawdziwy popis aktorstwa, szczególnie w końcowej części filmu, gdzie jego furia sięga mocą niemal tej, odczuwanej przez Glassa. Całkiem dobrze wypadł też Will Poulter, jako dręczony wyrzutami sumienia młody Jim Bridger. Ten aktor również do tej pory grywał w nieco lżejszych produkcjach, może więc Zjawa otworzy mu drzwi do filmów dla dorosłych (nie, nie takich o jakich właśnie pomyśleliście ;) ).

Sylwia: Było już o całej tej gamie dźwięków, które wydaje z siebie DiCaprio podczas filmu i o jego mimice, dlatego pominę ten aspekt. Wspomnę natomiast o tym, jak zagrał resztą ciała, a swoją uwagę chciałam skupić na jego dłoniach. Niezwykle sugestywne były te momenty, kiedy niemal cała uwaga widza skupiała się na jego zaciśniętych dłoniach, które przykładał do ust w celu ogrzania zmarzniętych rąk. Te sceny tak dobitnie pokazywały wyniszczającą temperaturę, z jaką zmagał się Glass, że nawet śniegi i wiatr nie byłyby już potrzebne.

Muszę zgodzić się także co do gry Domhnalla Gleesona, którego do tej pory widziałam w Ex Machinie i filmie Czas na miłość. Choć w obu produkcjach zagrał poprawnie, to dopiero Zjawa wydobyła z niego prawdziwe zdolności. To, o czym wspomniał Mateusz, niezwykle wiarygodne przechodzenie od delikatnej pobłażliwości czy beznadziei do niemal furii było świetnie odegrane i dopiero w tym filmie aktor ten zwrócił moją uwagę czymś więcej niż tylko poprawnością, która jest przecież fundamentem każdego liczącego się aktora. A przynajmniej powinna być.

Zjawa kapitan buzia otwarta

Nie do końca zgodzę się z kolei z opinią Michała dotyczącą gry Willa Poultera. Jego kreacja Jima Bridgera była w moim mniemaniu mało wiarygodna i – przynajmniej w porównaniu z powieścią – zobojętniła tę postać. O ile podczas lektury kibicowałam mu i pomimo błędnych wyborów, było mi go żal, o tyle podczas seansu jakoś nie wzbudził we mnie żadnych emocji i pozwalam sobie winić za to grę, a nie scenariusz. Hardy zagrał również poprawnie, ale dość statycznie.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI

Sylwia: Warto wspomnieć o tym, że film mocno ubarwił każdą z ważniejszych postaci względem ich powieściowych pierwowzorów. Najmocniej widać to chyba na przykładzie kapitana Henry’ego, który w filmie robi na nas bardzo dobre wrażenie, w pewnym momencie wzbudza w nas nawet podziw, kiedy naraża własne życie, aby osobiście pomóc w odnalezieniu dezertera, uciekiniera, przestępcy, złodzieja i kłamcy. Mimo że spokojnie mógł to zadanie przekazać swoim ludziom. W ogóle kapitan to taka poniekąd starsza i podejmująca lepsze (dla sumienia) wybory wersja młodego Bridgera. O ile bowiem Fitzgerald i Glass to mężczyźni, którym rozterki moralne nie mieszają w życiu aż tak bardzo, a liczy się: dla jednego przetrwanie i dobrobyt, dla drugiego zemsta i zadośćuczynienie; o tyle dla Bridgera i kapitana najważniejsze zdaje się być ich sumienie. I choć jeden z nich żyje tak, aby było ono zawsze jak najrzadziej nawiedzane przez demony złych wyborów, a drugi dopiero się tego uczy, w dodatku na własnych błędach, to widać w tych dwóch postaciach pokrewieństwo duchowe.

Pozwolę sobie natomiast wrócić do porównania postaci filmowych z książkowymi. Twórcy filmu wybielili niektóre postaci, a u innych podkreślili diabelskie barwy. Taki na przykład Fitzgerald w powieści jest raczej pożałowania godnym rzezimieszkiem, dezerterem i hazardzistą, który owszem, zostawił Glassa na pastwę losu, ale nie dopuścił się wielu czynów i kłamstw, które zostają mu przypisane w filmie. Również sam Glass został wybielony chociażby przez fakt uczynienia go ojcem, co z kolei spowodowało, że jego zemstę motywowała utrata syna, a nie ukochanej strzelby. Również Bridger jawi nam się w filmie ciut lepiej niż w książce, choć jest on chyba najwierniej oddaną postacią i w obydwu dziełach jawi nam się przede wszystkim jako młodzieniec, który został postawiony w paskudnej sytuacji, stanął pomiędzy Scyllą a Harybdą i musiał wybrać zbliżenie się do którejś z nich, by przez długi czas dręczyły go wyrzuty sumienia. Natomiast co do kapitana Henry’ego to z niesamowitego pechowca jakim był zarówno w książce jak i w rzeczywistości, zrobiono z niego ostatecznie bohatera, który jest gotów zginąć za swoich ludzi.

Zjawa Bridger

OSCAROWE SZANSE

Mateusz: Zastanawia mnie, czy Zjawa jest w stanie zgarnąć wszystkie statuetki, za które jest nominowana. Z pewnością może być ciężko, jednak za największych rywali ma Marsjanina oraz Mad Max: Na drodze gniewu. Tego drugiego nie widziałem, ale biorąc pod uwagę to, co znam z poprzednich trzech części, nie jest to rywal, który mógłby zagrozić Zjawie w najistotniejszych kategoriach. Oba filmy reprezentujące nurt science fiction mają większe szanse – oczywiście tylko moim skromnym zdaniem – tylko w kategoriach stricte technicznych, choć i w nich Zjawa prezentuje wysoki poziom. Jeśli chodzi o kwestie aktorskie – przy całej sympatii, jaką mam do Hardy’ego, sam Stallone oraz Bale wykonali znacznie lepszą robotę i w tym roku upatruję zwycięzcy między filmowym Rockym Balboa a Michaelem Burry’m. Natomiast kontrowersyjna, będąca już od paru lat obiektem kpin i żartów całego świata, kwestia Oscara dla DiCaprio… Naprawdę nie zdziwię się, jeśli i tym razem nie dostanie statuetki. Akademia ewidentnie go nie lubi i kilkukrotnie potrafiła nawet nie nominować za kreacje, które powinny stanowić wzór dla każdego adepta sztuki aktorskiej. Hugh Glass to najbardziej fizyczna rola DiCaprio, wymagająca od niego najwięcej poświęceń i wyrzeczeń i jestem przekonany, że jest to aktualnie jego najlepsza rola. Niejeden aktor nie byłby w stanie osiągnąć jego poziomu, ale – paradoksalnie – wydaje mi się, że Leo wciąż nie pokazał nam wszystkiego. Albo inaczej: on wciąż nabiera doświadczeń i z każdym filmem gra lepiej, dokładając do swojego emploi nowe detale, dzięki którym w kolejnych produkcjach może prezentować się tylko lepiej. Natomiast jeśli chodzi o najlepszy film – nie obrażę się, jeśli Zjawa zgarnie statuetkę za najlepszy film, bo naprawdę niczego mu nie brakuje do tego, żeby ją otrzymać. Aczkolwiek nie zdziwię się, jeśli Akademia w tym roku zechce przyznać nagrodę jakiemuś filmowi zaangażowanemu – jak Spotlight czy Big Short.

Michał: Wydaje mi się, że największym rywalem Zjawy jest właśnie Big Short. Mad Max: Na drodze gniewu jest filmem świetnym, ale zupełnie nie wpasowującym się w schemat najlepszego filmu według Akademii, z kolei Marsjanin jest obrazem dobrym, który mi się podobał, ale nie potrafię zrozumieć jakim cudem w ogóle znalazł się w tym zestawieniu. Tak więc moje typy to najlepszy film (fifty-fiftyBig Short), najlepszy aktor pierwszoplanowy, reżyser, charakteryzacja (tutaj akurat Zjawa nie ma dużej konkurencji), zdjęcia, montaż i być może scenografia.

Sylwia: Wyjątkowo przychodzi mi się zgodzić z Wami chyba w każdym calu. Dla mnie również (co prawda nie widziałam jeszcze wszystkich filmów) głównym rywalem Zjawy w walce o najważniejszą statuetkę jest Big Short. I szczerze mówiąc, jeśli którykolwiek z tych dwóch filmów wygra – będę naprawdę usatysfakcjonowana i z chęcią poklepię członków Akademii po wyimaginowanych plecach (nie żeby nie mieli prawdziwych) za taki wybór. Z DiCaprio sprawa jest skomplikowana, bo wszyscy wiemy, jak jest. Aż strach typować go jako pewniaka, żeby tym samym mu nie zaszkodzić. Aczkolwiek ze wszystkich filmów, które z nim widziałam, to kreacja Hugh Glassa stoi dla mnie na pierwszym miejscu ex aequo z kreacją Arniego Grape’a z filmu Co gryzie Gilberta Grape’a. Natomiast jeśli Zjawa nie dostanie Oscara za zdjęcia, to każdy fotograf i kamerzysta powinien wziąć przykład z czarnoskórych i zbojkotować galę. I wszyscy esteci też. Nie łudziłabym się jednak, że Hardy ma jakiekolwiek szansę na Oscara, biorąc pod uwagę konkurentów. Rola Bale’a czy nawet Stallone’a były naprawdę nie do porównania z jego kreacją Fitzgeralda. Co do innych kategorii, czas pokaże, czy Zjawa będzie, jak zapowiadają nominacje, największym wygranym, czy jak to było w przypadku Boyhooda.

Zjawa Glass ten dziwny nasyp

PODSUMOWANIE

Michał: Iñárritu udowadnia po raz kolejny, że jest jednym z najlepszych, współczesnych reżyserów. A Zjawa to doskonałe kino, film dopieszczony zarówno wizualnie, technicznie, jak i fabularnie. Nawet ci słabsi aktorzy dają tutaj z siebie wszystko, pokazując, że wcale nie są tacy słabi, a główny trzon obsady rozgrywa karty iście po mistrzowsku. Mimo że dopiero skończył się styczeń, myślę, że Zjawa znajdzie się na liście moich ulubionych filmów tego roku (mam na myśli oczywiście polską datę premiery) i to raczej na jednej z pierwszych pozycji. Pododnie zresztą było z Birdmanem, który również znalazł się na ekranach naszych kin na początku zeszłego roku. Ciekawy jestem, czy meksykański reżyser będzie kontynuował tę tradycję i w styczniu 2017, otrzymamy jego kolejne dzieło.

Mateusz: Zjawa to film, który – wbrew obiegowej opinii – ma wiele do zaoferowania dzisiejszemu widzowi, tyle tylko, że w wielu miejscach są to elementy, do których niekoniecznie chcielibyśmy się przyznać (jak choćby to, że większą ludzką siłą napędową jest nienawiść, a nie miłość). To wizualne arcydzieło, które z pewnością obejrzę ponownie z wielu względów, nie tylko dla cieszenia oczu grą Leonardo DiCaprio. I na koniec nasuwa mi się tylko jedna myśl – już jakiś czas nie było tak, żeby jakiś film zdominował ceremonię wręczenia Oscarów i zgarnął (niemal) pełną pulę. Ucieszyłbym się, gdyby najnowszy film Iñárritu dołączył do tego grona.

Sylwia: Film Zjawa to podobnie jak jego literacki pierwowzór opowieść piękna, ale niedzisiejsza. Współcześnie ludzkość lubi myśleć o sobie jak najlepiej, często nie dopuszczając do dyskusji w ogóle tych cech naszego gatunku, które choć towarzyszą nam od wieków, uznawane są za wyjątek dotyczący jedynie ludzi spędzających życie w zakładach karnych lub przemykających po ciemnych zaułkach życia. A przecież człowiek ma w sobie tyle samo cech paskudnych, co pięknych. Zemsta, nienawiść, radość z czyjejś krzywdy… to wszystko stoi tuż obok empatii, miłości, żalu, dobra. I tylko jakaś tajemna, niewyobrażalna siła może pojąć, jakim cudem idą one w parze od tylu już lat. Ale Zjawa to także historia o przetrwaniu, o nieprzewidywalnych pokładach siły i wytrzymałości, jakie w nas siedzą. O naturze,  która bywa naszym największym wrogiem, by po chwili być naszym jedynym sprzymierzeńcem. Zjawa to opowieść o zjawach, które gnają nas przez życie (tych dobrych i tych złych) i o powracaniu, którego sprawcami jesteśmy zawsze, podnosząc się, nawet po najmniejszym psychicznym i moralnym upadku. Natomiast sposób, w jaki został nakręcony ten film, sprawia, że Zjawa nie ma absolutnie żadnych szans na to, aby za kilka lat zaginąć w odmętach zapomnianych filmów.

Zjawa wszyscy las

Ocena Mateusz: 9/10

Fot.: Imperial – Cinepix

Podobne wpisy:

Komentarze: 3

  1. Przemek Kowalski 6 lutego, 2016 at 18:49 Odpowiedz

    Fajnie, fajnie, jednak popłynęliście (zwłaszcza Mateusz ;) ) pisząc między innymi jaki to znakomity scenariusz i jak to Zjawa nie ma wad. Ciężko mi się z tym zgodzić. Ktoś tu – chyba Michał – podzielił widzów na tych zachwyconych i tych znudzonych, no ja osobiście zdecydowanie zaliczam się do drugiej grupy. Scenariusz? Proooszę Was, był prosty jak budowa cepa. Twórcy tego filmu próbują z niego zrobić coś lepszego niż jest w rzeczywistości. O ile wizualna strona tego filmidła jest ok o tyle przedłużane sceny, które mają widzowi wmówić jakie to jest głębokie po prostu zabijają. To jest film z gatunku tych które niektórzy uznają za arcydzieło bo tak wypada, bo tak mówią krytycy. Gdyby nie nazwisko reżysera i nie Leo to ten film przeszedłby bez echa, nawet gdyby aktor który – wyobrazmy sobie- zastępowałby di Caprio zagrałby na takim poziomie jak on. Kiczowate filmy kina akcji z lat 80 mają podobny scenariusz ale przynajmniej nie oszukują widza, próbując mu coś wmówić. I nie ma się co dziwić że widownia jest – najdelikatniej mówiąc – podzielona i wielu wychodzi z seansu zniesmaczonych, nie dziwie im się, zostali oszukani a film autentycznie przynudza. Ma tam jakieś mocniejsze strony typu zdjęcia ale jednak będę trzymał się tego że Zjawa jest typowym przykładem na to jak “Ci którzy się znają” próbują wcisnąć kit robią ze Zjawy nie wiadomo co, kiedy ten obraz jest przeciętny. Trzymam się też tego że gdyby nie nazwiska reżysera i di Caprio to film zostałby niezauważony. Odnośnie tego ostatniego powiem tak, jest to moim zdaniem najlepszy obecnie aktor Hollywood, gra świetnei i zazwyczaj starannie dobiera role i wszyscy wiemy – cały świat życzy mu Oscara, ja też mu go życzę i pewnie w końcu teraz go dostanie, jednak jest to nieco śmieszne, ponieważ mimo że zagrał poprawnie to nie jest to rola wybijająca się w jego filmografii, za dużo lepsze kreacje nagród nie dostawał i będzie to trochę taka jałumużna, choć ok, może nie do końca, gdyż przeciwników w tym roku wielkich nie ma, więc może rzeczywiście jest z nich najlepszy i Leo, bierz tego Oscara, proszę bardzo, jednak jest to co najmniej śmieszne jeśli statuetka powędruje w jego ręce za tę właśnie rolę.

  2. Przemek Kowalski 6 lutego, 2016 at 19:03 Odpowiedz

    Nie wiem jak zedytować komentarz ;) więc dodam bo mi umknęło a też nie chcę obrażać – oczywiście znajdą się i tacy którym film autentycznie się spodoba, nie jest tak że każdy kieruje się uwielbieniem dla Zjawy bo ‘tak wypada”, jednak nie mogę sie oprzeć wrażeniu że w większości przypadków tak jest. I nie mam tu akurat Was na myśli ;) No ale kończąc – Przeprost formy nad treścia, idealnie według mnie podsumowuje ten obraz.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *