wrócli ogród

We wstecznym lusterku – Peter Skrzynecki – „Wróbli ogród” [recenzja]

Choć ze wszystkich narodowości świata najbardziej czuje się Polakiem, próżno w kraju nad Wisłą szukać rzeszy fanów jego twórczości. Jest to zastanawiające tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż w Australii twórczość ta wykorzystywana jest podczas egzaminów maturalnych, a pojedyncze dzieła Petera Skrzyneckiego od dawna wpisane są do kanonu australijskich lektur szkolnych. Urodzony w 1945 roku w Niemczech poeta, już w wieku lat czterech przemierzył cały świat, kiedy to wraz z przybranym ojcem Feliksem oraz matką Kornelią, wyemigrował na najmniejszy kontynent globu. Od robotniczego obozu dla imigrantów, przez nieukończenie studiów za pierwszym podejściem, po tytuły magistra sztuki oraz literatury, a także powszechny szacunek w kręgach krytyków słowa pisanego. Śmiało można by rzec, że historia życia Skrzyneckiego nadaje się na film w iście Hollywoodzkim stylu. Jednak kto historię ową opowie lepiej niż sam główny jej bohater? Nikt. Dlatego też popularny na Antypodach twórca wziął sprawy w swoje ręce i za sprawą nietuzinkowego zbioru opowiadań zatytułowanego Wróbli ogród przenosi czytelnika w czasie, dzieląc się zarazem najbardziej intymnymi momentami oraz emocjami. Robi to przy okazji w stylu niepozostawiającym złudzeń co do jego literackiego geniuszu.

Ostatnie dni lutego 1997 roku, trzy tygodnie po śmierci Matki, wchodzi do pięknego, pachnącego wspomnieniami, oznaczonego numerem 10, domu na Mary Street. Pamięta pierwsze lata po przeprowadzce, kiedy to obawiający się plagi wróbli rodzice, stosowali najróżniejsze (nie zawsze humanitarne) metody pozbycia się małych, skrzydlatych gości. Z biegiem czasu poddali się, bo życie nauczyło ich, że tej batalii nie wygrają. W miarę upływu kolejnych wiosen zaprzyjaźnili się z ptakami. Pamięta jak każdego lata, wiedząc, gdzie wróbelki znoszą jajka, wspinał się na psią budę, ustawioną tuż pod dachem kurnika i podnosił daszek, wyginając go w drugą stronę. Zawsze znajdował tam zrobione z trawy gniazdo, wyścielone piórkami i kawałeczkami wełny lub sznurka – gniazdo, w którym maleńkie pisklęta z wytrzeszczonymi ślepkami i szeroko otwartymi dziobami, brały go za jednego ze swoich rodziców, wracającego z pożywieniem. Gniazdo miało swój specyficzny zapach. Była to jakaś mieszanina kurzu, ptasich odchodów i zeschłej trawy, zapach innego świata.

Dziś nie ma już tak gniazda, jak i kurnika. Sam ogród, w którym się znajdowały, również najlepsze lata ma już za sobą. Zarósł niemiłosiernie po śmierci Ojca, trzy wiosny wcześniej. To właśnie on – Ojciec – zajmował się ogrodem. Uwielbiał sadzić, pielić i dbać o swoje małe królestwo, mawiał, że to „jego służba”.
Wyjeżdżając z Mary Street, natychmiast wrzuca wyższy bieg i przyspiesza. Nagły przypływ mocy z silnika. I kiedy w głowie kłębią się tysiące myśli, bo jakże mógłby zapomnieć o tym, co zdarzyło się tu zaledwie trzy tygodnie temu, spogląda we wsteczne lusterko. Widzi wróble. Choć wszystko inne już odeszło, one zostały.

Stanowiący zbiór dwudziestu autobiograficznych opowiadań Wróbli ogród to niesamowita podróż przez niemal wszystkie znane człowiekowi emocje. Pomimo iż zbiór jako całość można by określić mianem smutnego czy melancholijnego, wychowany wedle polskich tradycji i obyczajów (ojciec był Polakiem, matka Ukrainką, choć mówiła o sobie jako o Polce) Skrzynecki kreśli przed nami obraz przepełniony szacunkiem (na co, oprócz samych opisów, wskazuje chociażby pisanie „Ojciec” oraz „Matka” wielką literą), miłością, a także rodzinnym ciepłem. Posiada autor niesamowitą umiejętność doboru słów, nie szasta nimi na prawo i lewo, nie „płynie” w swych rozważaniach oraz wspomnieniach, a jednak za każdym razem udaje mu się ująć to, co najbardziej istotne, jednocześnie sprawiając, że czytelnik całym sobą czuje tak emocje, które towarzyszyły pisarzowi, jak i daje się przenieść w konkretne miejsca i sytuacje, zupełnie jakby sam był ich świadkiem. Tym, co poza pisarską rozwagą i lekkością pióra najbardziej zwraca uwagę, jest różnorodność kolejnych teksów. Jedne chwytają za serce i nie chcą puścić, pozostawiając odbiorcę z uczuciem dojmującej pustki, kolejne zaś wywołują na twarzy uśmiech i to uśmiech z gatunku takich, które pojawiają się u małych dzieci, kiedy babcia zawoła je do swej pięknej, pachnącej wypiekami kuchni, obdarowując z zaskoczenia porcją pysznej szarlotki. Największe wrażenie robią jednak opowiadania podszyte grozą. Opisując z pozoru normalne (choć i czasami dosyć makabryczne) sytuacje, udaje się Skrzyneckiemu zbudować takie napięcie, że pozazdrościć mogliby mu tego najwięksi i o wiele bardziej poczytni mistrzowie gatunku.

Sam tytuł książki to poniekąd metafora. Podobnie jak szare, skromne wróble – tak i przybysze z Europy zadomowili się w Australii. Weszli w swoistą symbiozę z nie zawsze przyjazną rzeczywistością. Proces tworzenia się owej symbiozy udało się pisarzowi odwzorować w sposób perfekcyjny. Jest szczerze i prawdziwie, bez zbędnego upiększania. Jest ból i miłość. Jest śmierć, uśmiech i łzy. Na dodatek, całość wciąga niczym – nie przymierzając – opuszczona oczyszczalnia ścieków. I nie jest to porównanie przypadkowe. A dlaczego nie jest? O tym przekona się każdy, kto sięgnie po tę wybitną, omawianą właśnie pozycję. I cokolwiek się nie wydarzy, wyjeżdżając z 10 Mary Street, we wstecznym lusterku zobaczy wróble. Bo choć wszystko inne już odeszło, one zostały.


Fot.: Wydawnictwo Edukacyjne

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.