O dentyście, który nie wierzył w Boga – Joshua Ferris – „Wstać znowu o ludzkiej porze” [recenzja]

Joshua Ferris, czyli autor omawianej powieści, znalazł się niedawno na sporządzonej przez magazyn „New Yorker” liście dwudziestu najbardziej obiecujących pisarzy przed czterdziestką. Dwie poprzednie pozycje Amerykanina spotkały się z ciepłym przyjęciem krytyków, czego odzwierciedlenie stanowiły zdobyte za te właśnie dzieła nagrody i wyróżnienia. Samo Wstać znowu o ludzkiej porze uhonorowane zostało Nagrodą Dylana Thomasa (w 2014 roku), znalazło się również w ścisłym gronie finalistów nominowanych do Nagrody Bookera (ponownie 2014). Już sama dość specyficzna, rzucająca się w oczy okładka, z której biją pochlebne cytaty, między innymi z „The Times”, „Guardian”, BBC Radio 4 czy samego Stephena Kinga, zachęca, by po ową lekturę sięgnąć. Jeszcze większej ochoty na powieść można nabrać po zapoznaniu się z opisem wydawcy; sugeruje on bowiem, że będziemy tu mieli do czynienia z lekką, zabarwioną czarnym humorem historyjką. I rzeczywiście, po części jest to prawdą, jednak czy trzecie dzieło Joshuy Ferrisa to zabawna opowiastka, którą można traktować jako literacki przerywnik? Zdecydowanie NIE!

Głównym bohaterem powieści jest Paul O’Rourke, wzięty nowojorski stomatolog, z pozoru przechodzący kryzys wieku średniego. Tyle że do „wieku średniego” brakuje mu jeszcze kilku lat. Pomimo sukcesów zawodowych, do których zaliczyć można chociażby posiadanie ciągle obleganego, znajdującego się w najbardziej luksusowej dzielnicy miasta gabinetu, Paul nie tryska entuzjazmem; nie jest człowiekiem szczęśliwym. Jest za to, ten nasz drogi doktor, niezwykle skomplikowanym, pełnym sprzeczności stworzeniem. To odwiedzający kościoły zagorzały ateista, który pałając czystą nienawiścią do nowoczesnych technologii, nie może rozstać się ze swoim iPhonem (którego pogardliwie nazywa „egocentralą”); to wreszcie oddany fan baseballowej drużyny Boston Red Sox (ogląda każdy mecz, wychodząc zawsze przy szóstej rundzie, ponieważ – według Paula – oglądanie jej przyniesie pecha), dla którego największym dramatem jako kibica sportowego, był moment, w którym „jego” drużyna, przełamując ciążącą na niej, niemal dziewiećdziesięcioletnią „klątwę”, wygrała mistrzostwo kraju, przy okazji upokarzając największych rywali – nowojorskich Jankesów. Nasz stomatolog to także człowiek pełen przemyśleń, którymi lubi się dzielić sam ze sobą (a co za tym idzie, również z czytelnikiem). Doktor O’Rouke ma swoje własne zdanie, oj ma. Na jaki temat? W zasadzie na każdy z możliwych…

Odnośnie pracy dentysty: Dentysta to tylko w połowie lekarz, którym się mieni. To, że w połowie jest też przedsiębiorcą pogrzebowym, zachowuje dla siebie. Przy okazji, ważna lekarska porada: Musi pan nitkować, proszę nitkować, nitkowanie jest bardzo ważne.

Na temat atrakcji, jakie zapewnić może Nowy Jork: Już dzięki samej ofercie win imperium rzymskie to przy Nowym Jorku smętne kansaskie zadupie.

Ciekawi jesteście, co sądzi o poetach? Proszę bardzo: Większość z nich to hipokryci. W Ameryce nawet nie wstąpią do kościoła, ale po przylocie do Europy od razu biegną do transeptu, jakby na ich przybycie, czekał tam od wieków Bóg, Bóg Dantego i chiaroscuro, niebosiężnych przypór i Bacha.

Przeżyliście ciężki wypadek samochodowy? Uff oraz gratulacje! Z Wami również Paul bardzo chętnie podzieli się pewnymi spostrzeżeniami: Jasne, jestem w stanie sprawić, że będziecie mogli znów jeść i pić, ale nigdy już nie będziecie tacy sami. Wasze szczęście się skończyło. Od tej pory zawsze będziecie musieli iść na jakiś kompromis. Od teraz aż do śmierci może być tylko znośnie.

Przede wszystkim jednak, jeden z najlepszych fachowców w branży dentystycznej, jakich widziało Wielkie Jabłko, może Wam coś powiedzieć na temat Biblii: Próbowałem czytać Biblię. Nigdy jednak nie przebrnąłem przez ten kawałek o sklepieniu. Sklepienie to coś, co w dniu pierwszym albo drugim oddziela wody od wód. Oto macie sklepienie. Obok niego – wody. Jeśli będziecie się ich trzymać, któregoś dnia być może natraficie na kolejny skrawek sklepienia, które Bóg nazwał niebem. Ale nie jestem tego do końca pewny, bo na pierwszą wzmiankę o sklepieniu, zaczynam ronić łzy śmiertelnej nudy.

Taki właśnie jest Paul, który razem z ekipą swego prywatnego gabinetu w czwartki zawsze pracuje dłużej. Kto wchodzi w skład „ekipy”, będąc zarazem podwładnymi doktora? Wyliczanka nie będzie zbyt długa, ponieważ liczba pracowników O’Rourke Dental, to (nie licząc Paula oczywiście) dokładnie trzy osoby. Są nimi… Ukryta wiecznie za papierową maseczką ochronną, pomagająca podczas zabiegów Abby, która – uprzedzam, to nie spoiler – przez całą powieść nie wypowiada chyba ani jednego zdania (choć mogę się mylić, jednak i tak nie będzie to istotna różnica); Betsy – starsza od głównego bohatera, zagorzała, widząca we wszystkim Boga katoliczka, oraz Connie, była dziewczyna Paula, szukająca swej drogi początkująca poetka, chwilowo pracująca w rejestracji gabinetu stomatologicznego oraz – co być może najważniejsze – Żydówka. Jak wspomniałem wcześniej, Paul to przeciwnik technologii, Internetu itd., dlatego kończąc już opis samej fabuły, zdradzę jeszcze, prawdopodobnie najistotniejszy oraz przełomowy jej moment (bez obaw, to także można wyczytać na tylnej części okładki) – pewnego dnia Paul odkrywa, że ktoś założył w Internecie stronę poświęconą jego gabinetowi, a także konta na Facebooku oraz Tweeterze, będące rzekomo prawdziwymi profilami Paula. Innymi słowy, ktoś kradnie naszemu stomatologowi tożsamość, na dodatek umieszczając na powstałych profilach dziwne wpisy oraz cytaty, przeczące na pierwszy rzut oka ateistycznym poglądom doktora. Jeśli jeszcze nie udało się zauważyć, dlaczego o tej – wnioskując z jej okładkowego opisu – z pozoru cynicznej satyrze, nie można powiedzieć, że to powieść lekka, łatwa i przyjemna, spieszę z wyjaśnieniem. Wszystko rozbija się o kwestię wiary. Wiary samej w sobie, Boga, ateizmu oraz poszczególnych wyznań, ze szczególnym naciskiem na judaizm.

Generalnie rzecz biorąc, śmiało można dzieło młodego pisarza podzielić na dwie części – lżejszą oraz cięższą, przy czym to właśnie ta druga, niestety lub „stety”, bardziej rzutuje na ogólny odbiór książki. Zanim jednak o podziale i różnicach, dwa słowa o elementach, a dokładnie zaletach, wspólnych. Przede wszystkim jest to powieść bardzo, ale to bardzo odważna, o czym za chwilę. Po drugie – i uprzedzam, że jest to moje prywatne odczucie, a przy okazji komplement życia dla Joshuy Ferrisa (proszę bardzo, Josh) – w trakcie lektury nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że pod kilkoma (wieloma?) względami, powieść tę można porównać do klasyki amerykańskiej literatury – Kompleksu Portnoya. Jest to oczywiście komplement mocno na wyrost, dlatego pragnę uspokoić każdego zbłąkanego fana geniuszu Philipa Rotha, który przypadkiem natknie się na tę recenzję, przed kipieniem ze złości na zasadzie: „Jak można jakiegoś smarkacza porównywać do mistrza pokroju Rotha” oraz przed popadaniem w wielki optymizm w stylu: „O Boże, nowy Roth?”. To nie tak. Wiadomym jest, że do poziomu klasyka z New Jersey jeszcze Ferrisowi daleko, nie da się jednak nie zauważyć podobieństw, takich jak chociażby sama forma opowieści (u Rotha jest to monolog na kozetce u psychiatry, tutaj choć psychiatry brak, dokładnie tak jak w Kompleksie znaczną część powieści stanowi monolog zagubionej w świecie jednostki, która w zasadzie sama jest swoim terapeutą) oraz obrazoburczy styl, w ramach którego obrywa się poszczególnym religiom, a zwłaszcza judaizmowi. Starając się nie psuć lektury potencjalnym przyszłym odbiorcom, powiem najogólniej – sposób myślenia oraz odbiór świata przez głównych bohaterów obu lektur, jest w moim odczuciu bardzo zbliżony. Tyle w temacie „komplement roku dla Joshuy Ferrisa prosto z Polski”. Wracając jednak do podziału i dwóch różnych oblicz Wstać znowu o ludzkiej porze… Pierwsza (objętościowo prawie pół książki) część jest jak gdyby wprowadzeniem do tego, co czeka nas dalej, będąc zarazem dokładnie tym, czego możemy się spodziewać po opisie wydawcy. Jest dowcipnie, szyderczo i zaczepnie; to właśnie z pierwszej połowy powieści pochodzą umieszczone wcześniej w tym tekście cytaty. Nawiasem mówiąc, cytaty, które zaznaczałem z uśmiechem, ponieważ (uwaga, zbliża się drugi tego dnia komplement życia dla autora tej książki) każdy z nich spokojnie mógłby być dziełem mojego literackiego idola, stanowiąc jednocześnie część jednej z jego książek. Tak więc do połowy mamy tu do czynienia z historią zagubionego, pełnego sprzeczności człowieka, tyle tylko, że pomimo sygnałów, w jakim kierunku ta historia może zmierzać, jest zabawnie. O ile oczywiście ktoś w tego typu humorze gustuje.

Problem (choć myślę że każdy czytelnik sam musi zdecydować, czy druga połowa książki jest słabsza) pojawia się mniej więcej w momencie, gdy podszywający się (optymistycznie zakładając, że Paul nie cierpi na rozdwojenie jaźni) pod głównego bohatera autor zaskakujących internetowych profili zaczyna (drogą mailową) z naszym stomatologicznym mistrzem ciętej riposty dyskutować, wmawiając O’Rourkowi, że obaj są tacy sami, że są jak bracia, przy okazji zadając pytanie, którego pracowity dentysta boi się zadać sam sobie (lub co bardziej prawdopodobne – boi się swojej szczerej odpowiedzi) mianowicie – Czy wiesz, kim jesteś? No właśnie, odbiór oraz ocena drugiej części książki to kwestia indywidualnych upodobań konkretnego czytelnika i sądzę, że znajdzie się tylu zwolenników, co i przeciwników kierunku, w którym młody Amerykanin tę historię poprowadził. Sam siebie „przeciwnikiem” bym nie nazwał, jednak bliżej mi do luźniejszej stylistyki. Druga połowa książki to nadal wewnętrzne rozważania i szukanie przez głównego bohatera własnego ja. Nie znajdzie się tu jednak ani jedno zdanie wywołujące uniesienie kącików ust; jest poważnie, według mnie nawet zbyt poważnie. Autor prawie całkowicie odpuszcza wątek prowadzonego przez Paula gabinetu, jednocześnie marginalizując znaczenie relacji między postaciami, z którymi zżyliśmy się od początku lektury. W miejsce ociekającej czarnym humorem oceny otaczającego dentystę świata, dostajemy jeszcze więcej rozważań z zakresu wiary (głównie odnoszących się do narodu żydowskiego), w których kluczową rolę zaczyna nagle odgrywać zapomniany przez historię, nikomu nieznany lud. Żeby było ciekawiej (lub dziwniej) mówimy tu o plemieniu, rzekomo prześladowanym na przestrzeni dziejów w takim stopniu, że cierpienia Żydów i chrześcijan razem wzięte mogą się przy tym wydawać przyjemnym, letnim piknikiem. Sam pomysł nie jest nawet taki zły, kwestię sporną stanowić może jednak sposób, w jaki rozstał on przedstawiony.

Podsumowanie zacząć wypada od ostrzeżenia, że nie jest to książka dla każdego. Wiem, brzmi jak tani banał, jednak w odniesieniu do Wstać znowu o ludzkiej porze, uwierzcie mi na słowo – banałem nie jest. To powieść, do której potrzeba dystansu, powieść, która z racji rzucanych co rusz przez autora drwiących komentarzy może w osobach wierzących wywołać oburzenie lub niesmak. Z drugiej strony, wielu czytelników ten właśnie sposób przekazu uwiedzie. Trzecie dzieło zyskującego coraz większą popularność pisarza to z całą pewnością pozycja odważna. Autor nie owija w bawełnę i choć momentami balansuje na granicy dobrego smaku, trzeba sprawiedliwie oddać, że jest w tym szczery i nie stara się grać pod publiczkę. W moim odczuciu jest to jednak powieść nierówna, która po rewelacyjnym początku, stopniowo może wydać się coraz bardziej przytłaczająca. Jednak, jak wspominałem już kilkukrotnie, z uwagi na tematykę, odbiór tej konkretnej pozycji uzależniony jest od indywidualnych preferencji czytelnika w stopniu wyższym, niż ma to miejsce w przypadku większości lektur wpisanych w jakiś konkretny gatunek literacki. Nie jest to może książka wielce odkrywcza, nie zmienia to jednak faktu, że napisana została bardzo sprawnie, pokazując drzemiący w autorze potencjał. Jeśli dodamy do tego, widoczne gołym okiem, całkiem udane próby czerpania z klasyków, otrzymamy powieść, po którą (jeśli jesteście na to gotowi) warto sięgnąć.

Fot.: Wydawnictwo Czarna Owca

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.