suova

Marzenia nie są tak daleko, jak mogłoby się wydawać – wywiad z formacją Suova

Somewhere In The Middle – debiutancka płyta formacji Suova zawładnie sercem nawet najbardziej wybrednego słuchacza. Nie ma co się dziwić, bo jest to muzyka dojrzała, dopracowana i iskrząca się od emocji. Premiera płyty to idealny moment na rozmowę z zespołem. Na moje pytania odpowiadali: Martyna Zając, Arcadius Mauritz i Artur Pruziński. Zapraszam do lektury.

Jakie to uczucie, trzymać w ręku własny, debiutancki album?

Arcadius Mauritz: Nie zapomnę momentu, chyba około półtora roku temu, kiedy wrzuciłem na swojego prywatnego walla post z wizualizacją okładki naszego pierwszego albumu. Pisałem tamte słowa, nie wiedząc jeszcze, jak to wszystko się potoczy, wypowiadałem po prostu życzenie. Półtora roku później odebraliśmy naszą płytę z tłoczni. Uczucie, kiedy trzymasz w ręku spełnienie swoich marzeń, okupionych naprawdę ciężką pracą – jest w zasadzie nie do opisania.

Martyna Zając: CUDOWNE! To jest ogromna duma i satysfakcja z długoterminowej, ciężkiej pracy. Żeby wydać album, potrzeba ogromnego nakładu czasu, pracy, starań, chęci i pieniędzy. W wielu kwestiach jest to poleganie na innych osobach, więc dobry zespół kochanych ludzi to duży sukces. SUOVA się super uzupełniają w tym temacie.

Artur Pruziński: Zacnie i dumnie!

Przejdźmy do Waszych początków. Jaka jest Wasza historia? Jak wyglądała Wasza droga od pierwszych kroków, przez założenie zespołu aż do wydania Somewhere In the Middle?

Martyna Zając: Ciężkie pytanie, by streścić naszą historię do trzech zdań. Pomysł zrodził się w głowie Arcadiusa – począwszy od kompozycji utworów aż po działanie. Powoli dojrzewał, więc zaczął szukać ludzi z talentem i chęciami współpracy. I jak już znalazł odpowiednie osoby, w miłej atmosferze i przy odrobinie systematyczności, zaczęliśmy się spotykać na próbach, tworząc utwór za utworem przez ponad rok. Jak trochę tego nagromadziliśmy, uznaliśmy, że to nie może zostać tylko w Naszym gronie. Pojawiły się pierwsze plany i rozważania – co dalej. I dalej się układało po naszej myśli. Znaleźliśmy środki finansowe dzięki wspaniałomyślności Naszego mecenasa, a kosmos podsyłał Nam zdolnych i potrzebnych ludzi do współpracy :).

Co było dla Was największym wyzwaniem w trakcie komponowania i nagrywania debiutu?

Arcadius Mauritz: Trochę z pozycji laika, wydaj mi się, że komponowanie zaczyna być wyzwaniem, kiedy jest procesem pod konkretny użytek, np. muzyka do filmu, reklamy. Wtedy trzeba naprawdę być fachowcem i trochę rzemieślnikiem. W moim przypadku składanie harmonii w jedną całość i dodawanie smaczków aranżacyjnych to po prostu kolejny proces twórczy w moim życiu. Na co dzień jestem fotografem, czuję się również artystą, a ze sztuką już tak jest, że uzależnia i zmusza cię do tego, by była „uprawiana”. Nagrywanie zaś to już zupełnie inna bajka. To ciężka praca. Wielogodzinne sesje nagraniowe są wymagające energetycznie.

Martyna Zając: Dla mnie największym wyzwaniem była nowa rola, jaką było wcielenie w głos zespołu. To ja jestem odpowiedzialna za pisanie tekstów. Ujawnianie się ze swoimi przemyśleniami, to bardzo intymna sprawa. Byłoby dobrze, aby tekst docierał, poruszał, był ciekawy, przewrotny. To jest bardzo trudne zadanie, ale spodobało mi się do tego stopnia, że chcę się w to zagłębić jeszcze bardziej.

Artur Pruziński: Z mojej perspektywy chyba kondycja, wykrzesanie z siebie energii na ostatnie godziny, minuty sesji. Pamiętam, że jeden z numerów Clouds like Trees nagrywaliśmy w dwudziestu ośmiu „tejkach”. Człowiek robi się zmęczony, traci świeżość, pewność siebie, gdy coś nie wychodzi. Wtedy trzeba zacisnąć zęby i robić swoje… albo wyjść na papierosa, zrobić parę pompek, posłuchać śpiewu ptaków, krótko mówiąc, zresetować umysł.

Na płycie słyszę jazz, funk, klimaty dream-popowe. Czy Wy sami próbowaliście określić stylistykę Waszej muzyki?

Arcadius Mauritz: pop nu-ethno atmospheric progressive jazz ;).

Martyna Zając: Niezwykle trudno jest siebie samego ocenić, określić gatunkiem muzycznym to, co powstaje jako nowy twór, wręcz zaszufladkować. Na tej płycie słychać wpływy muzyczne każdego z nas z osobna. Jak się z czasem okazało, sięgaliśmy po te same albumy, ale mimo wszystko każdy miał coś innego do zaoferowania w sferze muzycznej. Dzięki temu kwestia estetyki sama się utorowała.

Artur Pruziński: Bez wątpienia jesteśmy melomanami. Ja sam mam pokaźną płytotekę, a w rodzinnym domu z szaf „wypełzały” tony winyli. Można zatem stwierdzić, że sumaryczny zbiór muzyki, który nas inspiruje, jest bardzo szeroki, ale wspólny mianownik to równie pokaźny obszar. SUOVA to chyba właśnie taki wspólny mianownik.

Jesteście na początku scenicznej drogi. Macie ustalone konkretne cele, miejsce, do którego chcecie dotrzeć ze swoją muzyką?

Arcadius Mauritz: Dalej.

Martyna Zając: My chcemy dotrzeć głęboko aż do serc! Mamy swoje marzenia, gdzie byśmy chcieli siebie zobaczyć. Ale wszystko w swoim czasie.

Jacy artyści byli dla Was inspiracją? Momentami Wasza twórczość z naciskiem na wokal Martyny kojarzy mi się z Paulą Cole.

Arcadius Mauritz: Osobiście jestem fanem skandynawskiego jazzu i muzyki filmowej. Stąd też w naszych piosenkach często pojawiają się rozwiązania asymetryczne, gdzie jeden motyw pojawiający się tylko raz ma odegrać swoją rolę, by za chwilę ustąpić miejsca następnemu.

Martyna Zając: Paula Cole? Muszę ją odkryć! Osobiście na naszej płycie słyszę mnóstwo Artystów, których słuchałam jako szesnastolatka – Erykah Badu, Eve Cassidy, Roisin Murphy, Portishead, Chet Baker, The Cinematic Orchestra.

Artur Pruziński: Dla mnie każdy gatunek muzyczny stanowi inspirację, czy to od strony wirtuozerii, jak np. Miles Davis, muzycznego wariactwa i bigla jak np. Prince, czy stylistyki jak francuski hip-hop, profesjonalizmu produkcji, jak amerykański pop, czy nawet nurtu disco-polo w sensie prostoty i fenomenu marketingowego.

Zaintrygował mnie tytuł – „gdzieś pośrodku”. Co chcecie powiedzieć przez to słuchaczowi?

Arcadius Mauritz: Kiedy tworzyłem koncepcję na stronę graficzną płyty, poczułem, że chmura będzie idealnym symbolem, by podsumować moje osobiste dążenia, zasady, którymi się kieruję w życiu. Cieszę się, że reszta zespołu podążyła za tą wizją. Dla mnie ta płyta nie jest tylko o muzyce. Jest przede wszystkim o tym, że marzenia nie są tak daleko, jak mogłoby się wydawać. Nie chcę zabrzmieć pompatycznie, ale symbolizuje też dążenie do bycia po prostu szczęśliwym. Często umieszczamy swoje wyobrażenie o szczęściu gdzieś daleko, niczym chmura na niebie. A naprawdę to nic trudnego, by ta chmura przyszła do ciebie, tu, na ziemię. A to „gdzieś po środku” to stan idealnej harmonii, do którego wszyscy w jakimś sensie dążymy.

Martyna Zając: My – jako członkowie zespołu – spotkaliśmy się gdzieś pośrodku swoich muzycznych potrzeb i ta płyta jest tego owocem. A dla każdego słuchacza ten środek jest troszkę w innym miejscu. Mowa tu też o kompromisie, stabilizacji i bezpieczeństwie w życiu. Ten album ma w sobie dużo symboli. A w kontekście muzycznym – o wyzbyciu się sztywnego rozróżniania na czarne i białe – muzyczne gatunki się przeplatają i tak powstają nowe.

Płyta wypełniona jest wyłącznie anglojęzycznymi tekstami poza singlową Kołysanką dla Świerszczy. Dlaczego dla tej kompozycji zrobiliście wyjątek i zaśpiewana została po polsku?

Martyna Zając: Docelowo chcę pisać po polsku (choć angielski też jest ciekawy) i ten utwór zwolnił mnie z blokady w głowie, że po polsku ciężko nie być banalnym w warstwie lirycznej. Powstał chyba jako ostatni i od tego momentu już się otworzyłam, a w tej chwili powstają już utwory w ojczystym języku.

Na płycie wyróżnia się żwawy, eklektyczny Not Over Yet. Skąd pomysł na ten utwór, który wręcz kipi aranżacyjnymi pomysłami?

Arcadius Mauritz: Utwór ten skomponowałem naprawdę dawno temu. Co ciekawe, w wersji roboczej brzmiał zdecydowanie bardziej symfonicznie. Wprowadzenie alterowanego tematu pojawiło się w mojej głowie m.in. pod wpływem muzyki Snarky Puppy. Daleko nam do ich kunsztu, ale jestem szczęśliwy, że możemy się takimi muzykami choć trochę inspirować. Ostatecznie Not Over Yet przekształcił się w piosenkę bardziej nacechowaną popowo, co jednak odkryło przed nami jej zupełnie nowy potencjał, a jej eklektyczne wariacje zyskały dzięki temu na sile i dla odbiorcy, wydaje mi się, są przez to większym zaskoczeniem.

Martyna Zając: Widzisz, to całe typowanie odbywa się wedle indywidualnych kryteriów odbiorców. Dla mnie najbardziej wyróżnia się utwór po polsku, Kołysanka dla Świerszczy, ale bardzo Nas cieszy, że doceniłeś Not Over Yet. Ten utwór jest w warstwie aranżacyjnej, jak i tekstowej, pełen sprzeczności. Z jednej strony są energiczne zwrotki, a z drugiej niepokojący, zwolniony, jakby zawieszony bridge. Do takiej bazy muzycznej napisałam tekst o zmiennościach nastrojów w relacji dwojga ludzi. O tym, jak bardzo skrajne mogą być myśli o jednej i tej samej osobie.

Jakie są Wasze plany już po wydaniu płyty? Koncerty? Czy już myślicie nad nowymi kompozycjami?

Martyna Zając: Nowe utwory powstają cały czas! A trasę szykujemy, więc już niedługo będzie o Nas głośniej.

Dziękuję za rozmowę!

SUOVA - Kołysanka dla Świerszczy | Oficjalny teledysk

Fot.: Suova/cantaramusic.pl

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.