Wzburzenie

Z deszczu pod rynnę – Philip Roth – „Wzburzenie” [recenzja]

Nawet nie wypada mi tłumaczyć, że Philip Roth jest specjalistą w kreowaniu bohaterów złamanych przez życie i niespełnione nadzieje – jeśli czytaliście między innymi Kompleks Portnoya, Trylogię amerykańską czy chociażby Konające zwierzę to wiecie, o czym mówię. Alex Portnoy, Seymour Levov i David Kepesh to ludzie, którzy całe swoje życie nagle zobaczyli z innej perspektywy, przyznając się ostatecznie do porażki. Ich wyznania wiążą się z bólem, który nastąpił po chwilowej radości, gdy szereg podjętych decyzji czasowo przynosił ulgę i spełnienie, aby ostatecznie zwalić się całym ciężarem na ich barki. Można więc powiedzieć, że we Wzburzeniu autor nie zaskakuje – już po samym tytule można się domyślić, że będziemy mieli do czynienia z goryczą przepełniającą duszę człowieka.

Różnica jest taka, że tym razem to nie podstarzały jegomość jątrzy rany, lecz niespełna dwudziestoletni chłopak, który nie jest w stanie obronić się przed napierającą zewsząd rzeczywistością. Marcus Messner żył sobie z rodzicami w mieście Newark i był szczęśliwy, dopóki jego ojciec nie zmienił się w nadopiekuńczego upierdliwca. Właśnie rozpoczął studia na lokalnej uczelni, gdzie mógł się pochwalić świetnymi wynikami, ale szybko okazało się, że jego życie rodzinne zmieniło się w piekło. Szalona ojcowska miłość z sympatycznego uczucia przemieniła się w rodzącą nienawiść siłę, która ogarniała chłopaka coraz mocniej, aż w impulsywnej reakcji nakazała mu przenieść się jak najdalej od domu, do innej uczelni. I tu zaczynają się schody.

Philip Roth we Wzburzeniu skupia się przede wszystkim na tym, jak w jego głównym bohaterze rodzi się coraz silniejsza bezradność – obezwładniająca siła wobec dokuczliwych kolegów, którzy nie dają mu się uczyć lub uniwersyteckich zasad, które żydowskiemu młodzieńcowi nakazują chodzić na wykłady do katolickiego kościoła. Marcus Messner staje się coraz bardziej nienawistny, coraz bardziej przeradza się w tykającą bombę, która prędzej czy później wybuchnie. I ma to swoje uzasadnienie, bo przecież od ciągłych przeszkód i kłód rzucanych pod nogi można oszaleć, wzburzenie zaś może osiągnąć masę krytyczną. I główny bohater przede wszystkim zdaje sobie sprawę, że uciekł z deszczu pod rynnę – licząc na uwolnienie się od chorobliwie opiekuńczego ojca, znalazł kilka nowych problemów. Ileż życie zna takich przypadków, kiedy to jedna decyzja, z pozoru wydająca się jak najbardziej słuszna, ostatecznie przynosi klęskę?

Ale, ale! Zapominamy cały czas o jednej rzeczy. Marcus Messner nie jest przecież, jak wspomniałem wyżej, starym Kepeshem z Konającego zwierzęcia czy dobitym przez wieloletnie kłamstwa „Szwedem” Levovem z Amerykańskiej sielanki, który ma na karku czterdziestkę z hakiem. To młody, niespełna dwudziestoletni chłopak, który przecież jeszcze wiele może osiągnąć, jeszcze może zmienić swoje życie po stokroć! Ten jednak sumiennie powtarza, że jest już martwy, że mimo funkcjonującego ciała i umysłu nie żyje dla tego świata, ponieważ jego ucieczka nie przyniosła mu ukojenia. I tak jak jestem wielkim fanem depresyjnej wręcz narracji Philipa Rotha, tak w tym przypadku aż nazbyt zbliżył się do poziomu szczeniackiego buntu, w którym buzujący od hormonów młody człowiek obraża się na byle co. Niestety, ale Marcus Messner czasami tak brzmi i nie wyszło to moim zdaniem dobrze – Wzburzenie stara się poruszyć jak najbardziej rzeczywisty wątek młodzieńczego buntu, lecz pierwszoosobowa narracja zbyt często sprawia, że staje się on po prostu irytujący, zalewający czytelnika wiecznym narzekaniem na cały świat. A trudno poczuć ból Messnera, gdy jego kolejny komentarz wywołuje raczej wzburzenie w czytelniku niż empatię.

Oczywiście odczucia wobec bohatera to jedna sprawa, drugą jest natomiast sam problem poruszony przez Philipa Rotha. Rozbudzony do czerwoności bunt potrafi być siłą niezwykle destrukcyjną – w nieodpowiedni sposób pobudzany i napędzany przez kolejne bodźce, doprowadza do ogólnej katastrofy. Wzburzenie mimo wszystko przeraża myślą, że aż tak można się zapędzić w kozi róg. Marcus Messner mógł się wyrwać z tej ślepej furii wobec wszystkiego, kiedy to w każdym człowieku, w każdym geście i w każdym nakazie widział bezpośredni atak całego świata na jego osobę. Jego opór w pewnym momencie stał się buntem dla samego buntu, jakby się w pewnym momencie poddał i celowo pogrążał się jeszcze bardziej, aby tym samym pokazać, że miał rację – oto wszyscy są przeciwko niemu. Przez moment zastanawiałem się, czy ta książka nie stoi przypadkiem okoniem wobec innych znanych mi dzieł Rotha – skąd u niego taka nieco pretensjonalna narracja i momentami nawet infantylność – ale przecież jest to idealne dopasowanie do jego twórczości. Tematem przewodnim jego dzieł jest w końcu poczucie ostatecznej porażki, nieodwracalnej przegranej bądź zbyt silnego ciosu, który nie pozwala podnieść się z kolan. A przecież Wzburzeniem Philip Roth przypomina, że zabijająca siłę ducha bezradność może pojawić się niezależnie od wieku. Mimo więc wrażenia, że czasami treść w niebezpieczny sposób wyolbrzymia rozterki głównego bohatera, jest to lektura równie niepokojąca, co inne dzieła tego autora.

Fot.: Wydawnictwo Literackie

Wzburzenie

Write a Review

Opublikowane przez

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.