Zakon Świętej Agaty

Wcale nie taka święta – Darren Lynn Bousman – „Zakon Świętej Agaty” [recenzja]

Darren Lynn Bousman powraca do nas z nowym filmem, jednakże zamiast patroszyć bohatera brudnym nożem kuchennym, przenosi nas do odizolowanego zakonu – o wręcz „zaskakującej” lokalizacji – w środku gęstego lasu. Fani Piły mogą odłożyć swoje pragnienie przelewu krwi i latających trzewi do prowizorycznego pudełka, bo w przypadku Zakonu Świętej Agaty nie mamy do czynienia z fizyczną agresją, lecz psychicznym sadyzmem, który wprowadza niejedną mieszkankę w obłęd. Bousman stanął przed śmiałym wyzwaniem, gdyż w ostatnich latach twórcy horrorów mocno zasmakowali w religii, traktując ją jako główne źródło w całym procesie tworzenia, o czym świadczą dowody w postaci Zakonnicy czy filmu Krucyfiks. Niestety wiele z nich, choć zapowiadały się naprawdę obiecująco, okazało się wielką klapą, gdyż nie wystarczy wprowadzić postaci cnotliwej zakonnicy i wszechobecnego szatana, aby wykreować wizję świata, która w pełni zaangażuje każdego weterana kina grozy. W przypadku podjęcia się tak standardowego i jednocześnie problematycznego tematu należy odrzucić wszelkie przyziemne skojarzenia, gdyż kluczowym składnikiem znakomitego horroru jest element zaskoczenia. Podczas seansu nie natkniemy się na serię paranoi sióstr zakonnych lub składania ofiar z niemowląt, lecz pomoże nam to zrozumieć, że czasami najwyższe zło drzemie w samym człowieku… nawet w najbardziej wierzącym.

Mary (Sabrina Kern) bita przez ojca i oskarżona o zamordowanie swojego młodszego brata, ucieka wraz ze swoim ukochanym w celu zapewnienia sobie lepszego bytu. Jednak życie od początku rzuca im kłody pod nogi – hazardowy sposób zdobycia pieniędzy przysporzył im wielu wrogów, a sytuację pogarsza wiadomość o ciąży głównej bohaterki. Z tego powodu Mary zmuszona jest szukać pomocy w przytułku dla potrzebujących, jednakże właśnie tam dojdzie do przełomowego spotkania, które znacząco wpłynie na jej życie… niekoniecznie pozytywnie. Poznaje tam jedną z sióstr zakonnych, które angażują się w pomoc bezradnym ciężarnym kobietom. Zapewniają im dom, posiłek i ciepło, lecz w zamian oczekują posłuszeństwa i czynnego udziału w codziennych obowiązkach. Dla naszej bohaterki jest to wielka szansa na lepszą zmianę, bo przecież co może pójść nie tak? Czyż to nie dowód na istnienie Boga?! Niespodziewane wsparcie zrekompensowane tak niewielkim wysiłkiem!… Jednak nie wie, że tam, dokąd zmierza, już nie ma Boga.

Matka przełożona (w tej roli Carolyn Hennesy) prowadzi klasztor pewną ręką, wzbudzając respekt w każdej podopiecznej. Z początku sytuacja wydaje się jak najbardziej naturalna, gdyż za tak ogromną przysługę powinno się odpłacić poszanowaniem wobec wymogów Matki. Tymczasem, im bardziej zagłębiamy się w świat Darrena Bousmana, tym bardziej wyraziste staje się oblicze przełożonej. Stosowane metody można określić jako brutalne, lecz w tym przypadku uderzają one w mentalność naszych bohaterek; brutalność wynurza się z manipulacji, jak i z formy karania nieposłuszeństwa. I nie mam tu na myśli obcinania kończyn, a bardziej „tradycyjny” sposób – jak posypywanie ran solą czy… zjedzenie zawartości własnego żołądka. Z czasem niektóre z sióstr stają się intensywnie zależne od matki przełożonej i są zdolne do bardziej radykalnych technik „odpuszczenia grzechów”. Mimo to cały film nie jest skupiony tylko i wyłącznie na relacji między Mary a postacią Carolyn Hennesy, mamy tu bowiem wielką niewiadomą co do prawdziwego celu bezinteresownej pomocy kobietom w ciąży. Altruistyczny na pozór cel prowadzenia zakonu nie pochodzi „z dobroci serca”, a ma drugie, bardziej mroczne dno.

Film wzbudzał we mnie mieszane uczucia, bowiem niekonwencjonalny pomysł na odświeżenie powszechnego motywu zasługuje na uznanie, jednak reżyser nadmierną uwagę skupił na śledztwie Mary, przez co produkcja nabrała bardziej detektywistycznego charakteru. Tajemnica klasztoru stanowi główną oś fabularną, co sprawiło, że film staje się horrorem tylko z nazwy. Niewiele było fragmentów, gdzie widz zasłaniał oczy w geście samoobrony; wręcz nasze „poczucie bezpieczeństwa” mogło spokojnie w trakcie projekcji pójść sobie na lody w kinowej kawiarni, bowiem liczbę jumpscare’ów można policzyć na palcach jednej ręki. Kreacja głównej bohaterki nie była najgorsza, chociaż nie można ją uznać za najlepszą. Sabrina Kern, dla której był to debiut na wielkim ekranie, aktorsko wypadła bardzo dobrze, jednak nie wzbudzała u widza głębszych emocji; zbytnio jej nie współczujemy, nie nienawidzimy, nie kochamy – po prostu ją lubimy.

Ale czekajcie! Schodząc z torów niezadowolenia, trzeba wspomnieć o zaletach, które nie mogą zostać pominięte. Muzyka autorstwa Marka Sayfritza stała się namiastką arcydzieła, które w sposób brawurowy kreowało aurę przedstawionego uniwersum. Sprawiała, że siedząc w wygodnym fotelu, czułam niepokojący oddech na karku, a kapitalnie wyszeptane La, la, la…, nawiedzało mnie jeszcze długo po wyjściu z kina. Twórca filmu innowacyjnie podjął temat kultu religijnego, nie ofiarując horrorowym weteranom demonicznego opętania czy batalii z duchami, a sprawnie ukształtował bardziej prawdopodobny wizerunek rzeczywistości, gdzie rolę szatana pełni władcza kobieta, doszukująca się korzyści w katastrofie drugiego człowieka. Realizator Zakonu Świętej Agaty postawił na zagadkę jako serce całej fabuły, ale nie zrezygnował z wątku charakterystycznego dla kina grozy; całej historii zdaje się towarzyszyć siła nadprzyrodzona – słyszymy, jak szepcze, nuci, śpiewa, lecz jej rola została w znacznym stopniu ograniczona, co więcej, wydaje się, że obecności „Świętej Agaty” doświadcza tylko odbiorca, niekoniecznie bohaterowie.

Zakon Świętej Agaty nie należy do najstraszniejszych horrorów wszech czasów, jednak świeże spojrzenie na tak oklepaną problematykę stawia ten film na wyższej pozycji niż inne dreszczowce, które w ostatnim czasie zawaliły pod każdym możliwym względem. Albowiem szubrawstwo niekoniecznie musi pochodzić z zewnętrznego źródła, a nie ma przeszkód, by powoli kiełkowało w samym człowieku. Czasami to my potrafimy być największymi demonami, które chwytają tonącego po to tylko, aby bardziej go podtopić – co więcej – przywiązujemy mu kamienie i cieszymy się z naszego małego przedstawienia… czart i antychryst może nam jedynie „rzucić” inspirację.

Produkcja jest pełna wad, ale nie brak także przychylnych aspektów. Mimo że reżyser znany jest przede wszystkim z nakręcenia trzech części Piły to St. Agatha nie ma nic wspólnego z tą serią oprócz wspólnego nazwiska ich twórcy. Nie mamy tu do czynienia z monstrualną ilością pełnokrwistych epizodów (chociaż takich też nie brakuje), ale w zamian za to otrzymujemy nieszablonowe spojrzenie na dobrze znany nam motyw. Nie każdy może odczuć satysfakcję w związku z zamysłem autora, lecz brak naśladownictwa stereotypowych myśli, punktuje na korzyść Bousmana.

Fot.: Kino Świat

 

Zakon Świętej Agaty

Write a Review

Opublikowane przez

Natalia Trzeja

Piszę, więc jestem. I straszę w horrorach. Bu.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.