Zakurzony projektor #11: „Klub winowajców” (1985)

Wrześniowy powrót do szkoły. To właśnie taki temat przypadł na kolejną edycję Zakurzonego projektora. Teen movies popularnością cieszą się od przeszło 30 lat. Nie zapowiada się też na to, aby tendencja ta nagle się odwróciła czy też zmniejszyła swoje natężenie. Jednocześnie filmy tego typu, szczególnie te z drugiej połowy wieku poprzedniego mają pewne – czasem większe, czasem mniejsze, ale zazwyczaj męczące – problemy. Ja dzisiaj będę mówić trochę o The Breakfast Club, czyli inaczej nasz rodzimy Klub winowajców

To film, który – prawdopodobnie – wiele osób urodzonych gdzieś tam w okolicy lat 90. szczególnie ze swej nastoletniej młodości pamięta. Ja, choć sama wciąż darzę go sporym sentymentem, to dzisiaj raczej już nie filmową miłością. A to z paru względów, o których opowiem później. Jednocześnie trzeba rzec i zaznaczyć, że John Hughes – reżyser i scenarzysta – Klubu winowajców był pewnego rodzaju filmowym magikiem. To właśnie on zapoczątkował małą rewolucję w gatunku, może i nie idealną, ale naznaczoną autentycznością, szczerością i próbą zbliżenia się do realnych codziennych problemów nastolatków, utarczek z dojrzewaniem i chęcią zrozumienia własnych, tajemniczych, bo przez nikogo nie wyjaśnionych, emocji. To film kultowy, jednak nieperfekcyjny, źle znoszący próbę czasu. W dodatku przeżarty seksistowskim, przedmiotowym podejściem do kobiet. O tym poniżej.

Klub winowajców opowiada o piątce nastolatków. To specyficzna grupka bohaterów, każdy różny, wyrwany z innego środowiska. Młodzi ludzie stanowią wręcz przerysowany, wyraźnie stereotypowy miks. W tej zbiorowej różnorodności mamy więc – skorzystam teraz z typowych, grubo ciosanych opisów: Andiego (sportowca, w szkole jest tym lubianym chłopakiem; jego konikiem są zapasy), Claire (popularną dziewczynę, nastolatkę z dobrego domu, rozpuszczoną, bogatą), Briana (szkolnego prymusa, kujona, odrobinę niezdarnego, acz inteligentnego nastolatka, dla którego przedmioty ścisłe nie są żadnym wyzwaniem), Alisson (dziewczynę trzymającą się na uboczu, dziwaczkę, która nie ma żadnych znajomych) oraz Bendera (typowego outsidera, który nikogo i niczego nie szanuje, jest chamski i kpiący). Cała ta zgraja na pierwszy rzut oka zupełnie do siebie nie pasuje. Zresztą nie chce pasować. Niemniej przymusowe zgrupowania mają to do siebie, że jednak po czasie są w stanie zdziałać małe, społeczne cuda. Okazuje się, że są młodzi dorośli nie są tylko ruchomymi sylwetkami z przypisanymi im przez innych poglądami, ale każdy z nich ma własne marzenia, nadzieje, obawy, lęki.

Mój boże, czy my staniemy się tacy, jak nasi rodzice? – Andy Clark

Każdy jest niepewny jutra, gdzieś w głębi boi się tego, że nieopatrznie, w pewnym momencie, którego nie będzie świadomy, stanie się swoim rodzicem. Dokładnie tą wersją, której najbardziej nie znosi, nie potrafi zrozumieć i nie rozumie. Wraz z rozwojem wydarzeń (miejsce akcji to głównie jedna sala) powoli przestają być jednowymiarowymi (ogólnie nakreślonymi u góry) postaciami fikcyjnymi i nabierają życia. Andy tak naprawdę nie chce uprawiać sportu, nienawidzi tego. Nienawidzi coraz mocniej, a nienawiść ta bierze się po części z tego, iż dla jego ojca ważniejsze są wyniki, niż on sam. Z kolei Claire ma dosyć życia w swojej bańce, dosyć udawania osoby, którą nie jest. Dosyć oczekiwań wyrosłych wokół niej, przedmiotowego, pustego traktowania. Jakby ta nie miała nic do powiedzenia. Alisson wydaje się najbardziej sobą. Nie dba o zdanie innych, głównie milczy, jest chaotyczna, ale uwielbia rysować. Cierpi, bo czuje się ignorowana przez rodziców. Brian też nie wystrzegł się rodzinnej presji. Ma problemy z samooceną i niskim poczuciem własnej wartości. Boi się, że nie spełni oczekiwań swoich rodzicieli. Z kolei Bender… Tutaj, mam wrażenie, bohater ten otwiera się najmniej ze wszystkich. Dowiadujemy się, że jego ojciec znęca się psychicznie nad nim i jego matką. Bender mówi nam także, jak bardzo boi się stać się tym, kim stał się jego ojciec. Przeraża go to, że może – i najprawdopodobniej według niego tak będzie – utknąć w tej małej, lokalnej i szarej rzeczywistości.

Klub winowajców

Klub winowajców to półtoragodzinna pogawędka. Próżno tu szukać gwałtownych zwrotów akcji czy dynamicznych, zaskakujących dialogów. Hughes raczej obserwuje, stoi z boku, choć nadal koloryzuje. W pewnym sensie ułatwia mu to przyjęta, komediowa, konwencja, z drugiej strony, często ta nadmierna barwność staje się jego największym wrogiem. Ciekawe jest też to, jak Klub winowajców się starzeje, szczególnie, to, jak bardzo przeprawa w czasie odbija się na jego głównych bohaterach. Wracając pamięcią do osobistych seansów The Breakfast Club mających miejsce lata temu, to właśnie dzisiaj nietrawiony przez mnie John Bender był moją ulubioną postacią z całej nastoletniej piątki. Teraz, bez dwóch zdań, postawiłabym na Alisson albo Briana.

John Bender: [wskazując na lunch Claire] Co to?
John Bender: Co to?
Claire Standish: Sushi.
John Bender: Sushi?
Claire Standish: Ryż, surowa ryba i wodorosty.
John Bender: Nie zaakceptujesz języka faceta w twoich ustach, ale to zamierzasz zjeść?

Powyższy cytat to jedna z „lżejszych” próbek, jakie posiada w swoim repertuarze John Bender. Dialogi, w które upchane są tony uprzedmiotowienia, momentami wywołują zgorszenie i niechęć do dalszego oglądania. Kolejnym problematycznym punktem filmu jest metamorfoza fizyczna, która zazwyczaj (motyw regularnie wykorzystywany w kinie lat 80.) przypadała głównie kobietom. Klub winowajców nie oparł się i temu. Na przemianę z „brzydkiego kaczątka” trafia Allison. Za nią odpowiada Claire, która pod koniec filmu, postanawia tę chodzącą własnymi ścieżkami samotniczkę odrobinę ubarwić. Makijażem, oczywiście. Działanie to traktowane jest jako ostatni krok, etap, który pozwoli na pełne rozkwitnięcie bohaterki. Bo przecież przemiana na poziomie psychicznym, emocjonalnym musi iść w parze z metamorfozą fizyczną. Tylko wtedy ma sens.

Bohaterce, która jest najbardziej sobą (obok Briana), nałożona zostaje na koniec – chcąc nie chcąc – pewna maska, która pozwoli na ukrycie jej „dziwaczności”. Oczywiście, nie sposób pominąć tutaj fakt, że Klub winowajców liczy sobie obecnie już ponad 35 lat. To jednak spory okres, w którego trakcie doszło do wielu zmian społecznych i kulturowych. Jednocześnie różnica w pewnym kwestiach jest ogromna, nie do przeskoczenia – szczególnie w traktowaniu kobiet, ale nie tylko, bo chociażby w przypadku Briana mamy moment, w którym ten zostaje wyśmiany przez Bendera za to, że tamten jest prawiczkiem. Kolejny problem, jaki ma The Breakfast Club to język. Martwy język. Tak się nie mówi. Purytański, często sztuczny, jakby zbyt napompowany, starający się ze wszelkich sił być zauważonym, być tym celnym i zabójczym, złotym one-linerem. To nie działa. Drażni. Przy tym, nie jest to jednoznaczne i nie dotyczy całej produkcji. Wciąż w obrazie Hughesa jest wiele trafnych określeń. Prostych, banalnych, ale idealnie oddających ten nastoletni stan:

Życie domowe jest niesatysfakcjonujące dla każdego. Jeśli by takie nie było, ludzie wiecznie żyliby ze swoimi rodzicami. – Andy Clark

czy

Wszyscy jesteśmy całkiem dziwni, niektórzy po prostu lepiej to ukrywają. – Andy Clark

Nadal sprawia mi sporą satysfakcję i przyjemność sprawdzanie, jak i dlaczego inaczej patrzę na tych bohaterów, i do których mi obecnie bliżej, a do których dalej. Klub winowajców to produkcja, która ma w sobie ogromne pokłady sentymentu (szczególnie dla tych, którzy się na niej wychowali i od dzieciaka regularnie, w jakichś tam przerwach czasowych oglądali). Nie zmienia to niestety faktu, że film Hughesa z upływem czasu sobie nie radzi. Seksistowskie żarty padają regularnym ostrzałem, a teksty Bendera – przede wszystkim w stronę Claire (którą w jednej ze scen doprowadza do płaczu!) – są czymś niedopuszczalnym. Tym bardziej że Klub winowajców je normalizuje. Bender krzyczy, wyśmiewa, drwi z Claire, ale nikt z pozostałych nastolatków wyraźnie nie reaguje. Absurdalnym pomysłem twórców było również doprowadzenie tej dwójki do romantycznego finału, w którym to – bez większego uzasadnienia, które mogłoby wypłynąć z ich dotychczasowej relacji – całują się, wyznając sobie nastoletnie uczucia. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że prawdopodobnie Claire i Bender mieli zaplecze w postaci bardziej rozbudowanego wątku. Stało się jednak tak, że Hughes zobowiązany był do tego, żeby sporo swój film przyciąć. I teraz tak: jedną z większych bolączek Klubu winowajców jest poszatkowany montaż. Czuć, że film został poddany sporym przeróbkom. Wątki są zbyt gwałtownie poskracane, jedne nie mają kontynuacji, jeszcze inne zbywane są paroma błahymi wyjaśnieniami i nagle przechodzimy do kolejnego etapu, który – patrząc na to, z czym zderzyliśmy się dotychczas na ekranie – nie ma żadnego większego sensu. Skąd to całe montażowe zamieszanie? Jak się okazało, Hughes nakręcił produkcję, która liczyła początkowo 2,5 godziny. Dla włodarzy Universal Pictures było to jednak za dużo. Film ostatecznie liczy sobie 107 minut, tak więc Hughes faktycznie sporo scen musiał wyrzucić do kosza.

Molly Ringwald, aktorka wcielająca się w Claire, pisze tak (to fragment jej eseju dla The New Yorkera z 2018 roku):

Co więcej, teraz widzę, że Bender seksualnie nęka Claire w trakcie filmu. Kiedy jej nie seksualizuje, wyładowuje na niej swój gniew z wściekłą pogardą, nazywając ją „żałosną”, drwiąc z niej, nazywając ją „Księżniczką”. Odrzucenie inspiruje go do bycia jadowitym… On nigdy za to nie przeprasza, pomimo tego na koniec i tak zdobywa dziewczynę [Claire]. (cały artykuł znajduje się tutaj, z kolei esej dostępny jest tutaj).

Trzeba przyznać, że Ringwald strzela swoimi słowami bezbłędnie. Im bardziej Claire w filmie zaprzecza oskarżeniom, zarzutom ze strony Bendera, tym bardziej ten staje się napastliwy. Drwi z niej, kpi, pogrąża. Co ciekawe, w dalszej części artykułu, aktorka przyznaje, że już w czasie kręcenia zdjęć do The Breakfast Club, zwracała uwagę reżyserowi, aby ten usunął seksistowskie sceny. Mowa tutaj między innymi o fragmencie, w którym nauczycielka wychowania fizycznego pływa nago w szkolnym basenie i w tym samym czasie podglądana jest z ukrycia przez pana Langa, nauczyciela nauk społecznych. Wspomnianej sceny nie było w szkicu scenariusza. Hughes dodał ją po naciskach ze strony Universal Pictures. Wytwórnia przekonana była, że film o nastolatkach nie sprzeda się dobrze, jeśli nie znajdzie się w nim żadna scena seksu lub też erotyczny fragment. Skończyło się tak, że John Hughes usunął nagrany materiał w trakcie montażu. Sama Ringwald oprócz negatywnych elementów zauważa również pozytywny wpływ, który do dzisiaj mają produkcję Hughesa na młodych ludzi. Co więcej, to właśnie jego filmy w latach 80. były obrazami – jeśli mowa o teen movies – przełomowymi, w których postacie kobiece były często tymi prowadzącymi; w których to reżyser i scenarzysta poświęcał sporo czasu na przyjrzenie się uczuciom młodych dziewczyn, ich myślom, codziennym rozterkom.

Zasadniczo, punkt wyjściowy Klubu winowajców jest nadal trafny. Hughes w swoim scenariuszu (ten powstał w przeciągu – zaledwie – 2 dni) mówi o tym, jak łatwo, bezwiednie, bezszelestnie przypisujemy innym łatki. W pewnym momencie staje się to tak naturalne, że pierwsze wrażenia, początkowe założenia transformują się w Ostateczną Prawdę. Nie znając drugiej osoby, wiemy o niej wszystko. Klub winowajców w mało inwazyjny sposób pokazuje nam, jak wiele złego takie działania mogą drugiej osobie, ale i nam samym przynieść. Drugi, wyreżyserowany i napisany przez Hughesa film łamie stereotypy na temat nastolatków. To łamanie założeń w stosunku do młodych ludzi, w wielu przypadkach świetnie przekłada się na dzisiejszą nastoletnią rzeczywistość. Ciężej i o wiele gorzej robi się wtedy, gdy widzimy, słyszymy i czujemy, jak okropnie Klub winowajców się zestarzał. Grymas niechęci, irytacji i bólu wywołać mogą szczególnie komentarze wobec kobiet i to, w jaki sposób postacie kobiecie traktowane są w filmie – w tym niestety przoduje postać Brendera, który wyrasta na największego chama i buca produkcji. Oczywiście nie mam zamiaru negować tutaj wpływu środowiska i – prawdopodobnie – patologicznej rodziny, w jakiej wyrastał, na jego zachowanie. Nie można temu zaprzeczać, bo miało to ogromne znaczenie. Niemniej to właśnie ten bohater zdaje się najmniej z tego sobotniego, przymusowego spotkania, wyciągnąć.

Powinniście poświęcać trochę więcej czasu na to, aby coś ze sobą zrobić i trochę mniej czasu na to, aby starać się zaimponować innym. – Richard Vernon

Gatunek young adult do dzisiaj zawdzięcza wiele całej pracy, jaką w jego rozwój włożył Hughes wraz z ekipą The Breakfast Club. Szczerość, autentyczność, pewna swoboda i nacisk na autentyczne problemy nastolatków czy sposób ich myślenia (nawet jeśli często mocno oderwany od stanu faktycznego). To jest coś, co do dzisiaj jest w filmie Hughesa całkiem świeże. Jednocześnie są w tejże produkcji kwestie irytujące, uwłaczające, idee przestarzałe i – po prostu – nie na miejscu. Zwłaszcza dlatego, że są przez pozostałych bohaterów przemilczane, a co za tym idzie – niebezpiecznie normalizowane. Z drugiej strony są też i fragmenty takie jak ten:

Claire Standish: Dlaczego nie chciałeś, żebym się dowiedziała, że jesteś prawiczkiem?
Brian Johnson: Ponieważ to moja sprawa, moja osobista sprawa.

Na koniec parę krótkich ciekawostek:

  • W finale filmu Brian zostaje odebrany ze szkoły przez ojca, którego gra sam John Hughes. Twórca The Breakfast Club nie wypowiada ani jednej linijki.
  • W castingu do roli Claire brały udział takie aktorki jak: Robin Wright, Laura Dern czy Jodie Foster. Z kolei do roli Bendera rozpatrywani byli zarówno John Cusack, jak i Nicolas Cage.
  • Początkowo, The Breakfast Club zawierał sekwencję snu, który śni Allison. W jej wizji Brian został astronautą, Claire panną młodą, Andy żarłocznym wikingiem, z kolei Bender… więźniem. Allison natomiast skończyła jako wampir.
  • Judd Nelson (John Bender) oraz Molly Ringwald (Claire) nie pałali do siebie sympatią. Na planie filmowym często dochodziło do utarczek pomiędzy nimi. A co było powodem tej sytuacji? Przede wszystkim technika aktorska, jaką stosował Nelson. Ta polega na tym, że aktor nie wychodził ze swojej roli nawet poza planem filmowym.
  • Fragment, w którym każdy z bohaterów opowiada o tym, za co został ukarany sobotnim, przymusowym pobytem w szkole, był fragmentem improwizowanym. Z tym zapoznać można się poniżej:
Breakfast Club Confession Circle

 


Klub winowajców

Tytuł: Klub winowajców

Oryginalny tytuł: The Breakfast Club

Reżyseria: John Hughes

Scenariusz: John Hughes

Gatunek: obyczajowy, komedia

Rok produkcji: 1985

W rolach głównych: Emilio Estevez, Anthony Michael Hall, Judd Nelson, Molly Ringwald, Ally Sheedy, Paul Gleason, John Kapelos

Nagrody i nominacje: zwycięzca National Film Registry od National Film Preservation Board (Narodowa Rada Ochrony Filmów w Stanach Zjednoczonych), Film Hall of Fame od Online Film & Television Association (OFTA) i Silver Bucket of Excellence Award na MTV Movie + TV Awards

Ocena: 5,5

 

 

Fot.: Universal Pictures


Simple Minds - Don't You (Forget About Me)

Write a Review

Opublikowane przez

Magda Przepiórka

Psychofanka Cate Blanchett, Dario Argento, body horrorów Davida Cronenberga, Rumuńskiej Nowej Fali i australijskiego kina. Muzyka to beztroskie, ale i mocniejsze polskie brzmienia – przekrój dekad 70/80 – oraz aktualne misz-masze gatunkowe w strefie alternatywy. Literacko – wszystko, co subiektywnie dobre i warte konsumpcji, szczególnie reportaże podróżnicze. Poza popkulturą miłośniczka wojaży wszelakich.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.