Zemsta najlepiej smakuje na Wzgórzach – Emily Brontë – „Wichrowe wzgórza” [recenzja]

Rok pierwszego wydania: 1847; autorka: jedna z dwóch prawdopodobnie najbardziej znanych sióstr w historii literackiego świata, która napisała jedną tylko książkę; gatunek: powiadają, że jeden z najpiękniejszych romansów, jaki kiedykolwiek powstał; pozycja w hierarchii klasyków literatury: raczej wysoka; tytuł: Wichrowe wzgórza. Czy jest możliwe, żeby komuś (dorosłemu) mieszkającemu w cywilizowanym kraju, tytuł ten nie obił się kiedyś o uszy? Wątpię. Nie trzeba nawet lubić romansów, ba, czytania w ogóle, w zupełności wystarczy pewnie te dziewięć (!!!) ekranizacji omawianej powieści powstałych na przestrzeni lat. Przyznam szczerze, że sięgnięcie przez 30-letniego miłośnika horrorów, kryminałów oraz powieści z nutką surrealizmu po napisany blisko 170 lat temu romans to nie lada wyzwanie. No, ale podobno do odważnych świat należy. Kiedy zaczynałem lekturę, wiedziałem tylko, że to klasyk, romans napisany dawno temu. Zero jakiegokolwiek pojęcia o akcji czy bohaterach. Trudno mi nawet powiedzieć, jaki impuls kierował mną przy wyborze Wichrowych wzgórz, ale stało się, przeczytałem.  Czy było warto? Czy ta książka rzeczywiście zasługuje na taką renomę? O tym i kilku innych sprawach w tekście poniżej.

Jeśli ktoś (tak jak ja przed przewróceniem pierwszej kartki) nie ma pojęcia, o czym jest ta historia, szybki wgląd w sytuację: powieść rozpoczyna się w momencie, kiedy niejaki pan Lockwood przybywa do malowniczo położonej posiadłości, Wichrowych Wzgórz, celem spotkania z jej gospodarzem – Heathcliffem, ponurym i zdecydowanie nierobiącym dobrego pierwszego wrażenia jegomościem. Po krótkiej (i niezbyt udanej) wizycie, pan Lockwood zostaje odesłany do oddalonej o kilka mil drugiej posiadłości gburowatego gospodarza – Drozdowej Ostoi, którą przez jakiś czas ma zamiar wynajmować. Tam z kolei poznaję Ellen Dean (przeważnie nazywaną Nelly), gosposię, która zdradza przybyszowi pełną wzlotów i (częściej) upadków historię dwóch rodzin (dawnych właścicieli obu posiadłości) – Lintonów i Earnshawów. Nie byłby to jednak romans, gdyby gdzieś tu nie pojawiło się skazane na porażkę uczucie. Jest i ono! Okazuje się bowiem, że tajemniczy Heathcliff to (w domyśle) sierota, którą pewnego dnia przygarnia pod swój dach głowa rodu Earnshawów. Problem jednak w tym, że chłopak dość mocno (zarówno wizualnie jak i w kwestii manier) odstaje od przybranego rodzeństwa, ponieważ, najogólniej rzecz ujmując, to nieokrzesany Cygan łamane przez Hindus. Jakby jeszcze tego było mało, po pewnym czasie rodzi się uczucie między nim a przybraną siostrą Catherine.

Gdyby wszystko inne przepadło, on jednak został, ja dalej bym trwała, gdyby zaś wszystko inne pozostało, a on przepadł, cały wszechświat stałby mi się zupełnie obcy, gdyż ja nie stanowiłabym jego cząstki.

Piękne słowa, nie ma co. Niestety od nich właśnie muszę zacząć wyliczanie tego, co w Wichrowych wzgórzach, moim zdaniem, nie zagrało. Cytat powyżej to jeden z niewielu momentów w tym „romansie wszechczasów”, w którym w ogóle da się wyczuć, że między dwójką bohaterów jest coś, co mogłoby być uznawane za miłość. Z góry przepraszam każdego oddanego fana tej powieści, ale ja tego głębokiego uczucia, które (przepraszam za SPOILER) zrujnuje dwa wielkie rody, tuaj nie widzę. Wszystko jest naciągane i przerysowane do granic możliwości i ja tego nie kupuję. No ale dobrze, trzeba też wziąć poprawkę na czasy, w jakich ta historia powstała, załóżmy więc, że mamy tu do czynienia z miłością tak wielką, że przenosi góry itd. Nie sposób jednak nie zazgrzytać zębami, próbując zrozumieć logikę, jaką kierują się poszczególni bohaterowie. I tu – ponownie – zdaję sobie sprawę, że książka została napisana prawie 200 lat temu, jednak tylu drażniących postaci zebranych w jednym miejscu jeszcze nie widziałem. Nigdy. Prym wśród nich wiedzie piękna Catherine, którą, gdybym tylko miał taką możliwość, udusiłbym na miejscu! Jej sztuczność, poczucie wyższości oraz bzdurne, szczeniackie zachowania, doprowadzały mnie w trakcie lektury do białej gorączki!

Na całe szczęście nie samą Catherine Wichrowe wzgórza stoją, a tym, co zdecydowanie zaliczyć można na plus dzieła pani Brontë jest gęsta atmosfera oraz… drugi (a w zasadzie pierwszy) główny bohater. Naprawdę nie spodziewałem się tego, że najważniejsza postać klasyki romansu będzie postacią negatywną! Heathcliff to gość, któremu aż chciałoby się dać w zęby! Był takim s… zalonym z miłości typem, że trudno takiego s… zaleńca szukać nawet w najlepszych thrillerach. Poniżany za dzieciaka znalazł w sobie tyle siły i wyrachowania, że sam Antonio Banderas z Desperado czy Tarantinowska Panna Młoda (a.k.a. Czarna Mamba) mogliby mu przyklasnąć w temacie „Jak zorganizować zemstę doskonałą”. Baaaardzo wredny (choć kierowany poniekąd słusznymi pobudkami) koleżka, którego trudno polubić, trzeba jednak oddać, że jest też niezwykle szczery i prawdziwy.

Drugą zaletą jest klimat powieści. Osobiście nastawiałem się na cukierkową, pełną „górnolotnych” wyznań historyjkę, tymczasem okazuję się, że Wichrowe wzgórza to powieść nader mroczna i ponura! Nie będę zagłębiał się w szczegóły, jednak nie da się ukryć, że więcej dzieję się tu złego niż dobrego (a dzieje się tyle, że zwrotami akcji można by obdarować kilka książek) . Dodatkowy plus należy się autorce za subtelne, a zarazem sugestywne opisy przyrody oraz poszczególnych, malutkich elementów tworzących cały obraz. Brontë nie „leje wody”, nie rozpływa się nad pięknem pagórków, soczystą zielenią trawy i temu podobnymi. Zamiast tego, gdzieś w środku zdania wrzuca trzy słowa opisujące daną okolicę, a czytelnik czuje się tak, jakby rzeczywiście tam był! W XVIII-wiecznej Anglii!

Muszę jeszcze, chociaż rzadko to robię, pochwalić polskiego wydawcę. Wznowienie Wichrowych wzgórz zarówno z zewnątrz, jak i w środku, prezentuje się znakomicie! Od fenomenalnej, hipnotyzującej wręcz okładki niełatwo oderwać wzrok. Wewnątrz z kolei wszystko jest przejrzyste, czytelne i poukładane. Przyznaję z ręką na sercu, że jest to jedna z najlepiej wydanych książek, jaką posiadam w domowej biblioteczce.

Wichrowe wzgórza to jedna z tych obrośniętych legendą powieści, po które czasami aż boimy się sięgnąć i choć nie są to moje klimaty, jestem w stanie ten fenomen zrozumieć. Nie potrafię co prawda zachwycić się tym, czym od lat zachwycają się czytelnicy (czytelniczki?) na całym świecie, czyli historią miłości, która przetrwa nawet śmierć. Zdaję sobie sprawę, że taki był zamysł autorki, jednak według mnie, za mało było tu romansu w romansie. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, ponieważ wyraziści (często irytujący) bohaterowie, mroczny klimat oraz sugestywne opisy zrekompensowały mi te momenty, podczas których zastanawiałem się, czy kontynuować lekturę. Summa summarum – wielkim fanem nie zostanę, choć cieszę się, że po Wichrowe wzgórza sięgnąłem, dlatego też wszystkim tym, którzy wahają się i zastanawiają, czy jest to książka dla nich, mogę tylko powiedzieć: spróbujcie.

Fot.: Zysk i S-ka

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.