yakuza

Zgrane dranie #1: Podsumowanie 2022 roku.

Zapraszamy Was do naszego nowego cyklu „Zgrane Dranie”, w którym będziemy rozmawiać o grach. Raz w miesiącu podzielimy się ze sobą oraz z Wami tytułami, które szczególnie przypadły nam do gustu w ostatnim czasie. Nie będą to zwykłe recenzje, tylko raczej wrażenia graczy z doświadczeń w wirtualnych światach, które ostatnio zwiedziliśmy. Jeśli wyłuskamy z zalewu informacji jakieś intrygujące wydarzenie ze świata gier – na pewno Wam o tym wspomnimy, przy okazji dzieląc się naszymi przemyśleniami na dany temat. W jednej z sekcji pokażemy Wam także wybrane przez nas screeny miesiąca. Czasem będą to jakieś momenty, które nas rozbawiły, czasem takie, które zachwyciły, czasem takie, które uchwyciły wyraźny błąd gry. Nie przedłużając już jednak tego wstępu, przejdźmy do sedna.

yakuza

Sekcja I: Omówienie gier

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych „Wielogłos”. Prowadzący cykl „Aktualnie na słuchawkach”. Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.

 

Docelowo naszym pomysłem było pisanie o wybranym tytule, jakieś omówienia mechanik, analizy, przemyślenia i tego typu sprawy. Biorąc jednak pod uwagę, że mamy początek roku, to aż prosi się o to, żeby podsumować swój 2022 rok w wirtualnych rzeczywistościach. Tym bardziej że z pomocą przychodzi Steam, oferując graczom piękne graficznie podsumowania. Dlatego wybaczcie, ale tym razem nie skupię się na jednej grze, ale powiem kilka zdań na temat tytułów, które sprawiły mi najwięcej frajdy w minionym roku. Będzie to też swego rodzaju przedstawienie profilu gracza i wyznaczenie tego, czego będziecie się mogli po mnie spodziewać na łamach tego cyklu.

Zacznę od gier-usług, bo to są tytuły, do których wracam mimo wszystko najczęściej. Wreszcie doczekałem się premiery gry Overwatch 2. W 2022 prawie olałem Overwatcha, bo wiedziałem, że jest to tytuł, który olewają nawet sami twórcy, ale po ponad 800 godzinach spędzonych w tym uniwersum, odczuwałem syndrom odstawienia. Dlatego też premiera “dwójki” była dla mnie tym, czym dla dzieci są prezenty pod choinką. Oczywiście pierwsze dwa tygodnie od premiery gry to było jakieś nieporozumienie, bo Blizzard (jak zwykle ostatnio) “nie dojechał”, wypuszczając grę pełną bugów, glitchy oraz błędów, które wręcz uniemożliwiały niektórym graczom zalogowanie się (byłem tym “szczęśliwcem”). Kiedy jednak się udało – od nowa poczułem czar tego świata i w zasadzie do dziś regularnie loguję się do gry i staram się zagrać chociaż jeden, dwa mecze dziennie.

W zasadzie to tyle, jeśli chodzi o moje obcowanie z konsolą w 2022 roku. Były jakieś tam drobne epizody, ale żadnej gry nie skończyłem ani też żadna nie przykuła mnie do ekranu telewizora na tyle, żeby coś o tym wspominać. W 2022 przeprosiłem się z PC i to na Steamie spędziłem najwięcej czasu jako gracz. Udało mi się ukończyć osiem gier, co pewnie dla wielu jest wynikiem mizernym, ale muszę się Wam do czegoś przyznać – jestem notorycznym zaczynaczem gier, ale niemal nigdy ich nie kończę. Zwykle w ciągu jednego roku kalendarzowego udaje mi się rozgrzebać kilkanaście (jeśli nie kilkadziesiąt) tytułów, ale kończę tylko jeden duży tytuł (Wiedźmin III, Alan Wake, GTA V) i to by było na tyle, jeśli chodzi o moje granie. Jednak poprzedni rok był pod tym względem dla mnie przełomowy, bo licznik zatrzymał się na ośmiu grach. Doliczyć do tego muszę tytuły takie jak: Overwatch 2, Hunt: Showdown, Deep Rock Galactic czy FIFA23. Ok, wśród tych ośmiu tytułów nie znajdziecie największych hitów, takich jak Elden Ring, bo jeśli chodzi o moje granie, to nie jestem graczem AAA. Stawiam raczej na indyki lub tytuły, które już swoje odleżały, ale należy im się chwila uwagi. Dlatego też namiętnie grywałem w Northgard, Turmoil czy serię Kingdom Rush. Według statystyk Steama moje ulubione typy gier to: budowanie miasta, tower defense, strategie, ekonomiczne, zombie, survival rpg. Prawdopodobnie więc gier właśnie tego typu możecie się po mnie spodziewać w nadchodzących miesiącach.

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

W moim przypadku opieranie się o podsumowanie Steam jest bezsensowne, ponieważ od kilku lat rzadko korzystam z tej platformy, a już na pewno PC nie jest moim głównym narzędziem do grania. Okazyjnie loguję się na Steama, aby zagrać w karcianki (Slay The Spire, Banners of Ruin). Pod koniec 2022 roku moja aktywność opierała się głównie na grach z subskrypcji Xbox Game Pass oraz – podobnie jak Mateusz – zapoznałem się z premierą Overwatch 2. Złośliwie można byłoby powiedzieć, że jest to duża aktualizacja do Overwatcha z 2016 roku, bo w zasadzie odświeżono tekstury, zmodyfikowano działanie kilku postaci i dodano kilka nowych, a także zmniejszono skład drużyn. Nic, co nie byłoby do zrobienia w jedynce. No ale Blizzard zaplanował sobie dodatkowo zmienić model biznesowy gry w głównej mierze oparty na mikropłatności, co rozwścieczyło wielu graczy, w tym również mnie.

Szczerze mówiąc, planowałem zakończyć moją przygodę z Overwatchem na premierze jedynki. Jednak wspólna gra ze znajomymi i pewnego rodzaju uzależnienie od kilku meczy dziennie zrobiło swoje i wbrew zamiarom odpaliłem dwójkę. Przetestowałem również battle pass, na który tak narzekałem, i niewiele się pomyliłem. Cennej zawartości jest tam niewiele, a fakt, że wykup pozwala na natychmiastowe odblokowanie postaci, widzę jako pewne gameplayowe ułatwienie dla graczy sięgających do portfela. Nie mówiąc już o tym, że samo wykupienie battle passa, poza odblokowaniem nowej postaci, nie gwarantuje jeszcze uzyskania dodatkowych elementów kosmetycznych – bo przecież “dzięki” niemu wykupujesz możliwość zyskania nowych skórek, tekstów czy emotek. Ale żeby je zdobyć, musisz nieustannie grać, aby zdążyć wszystko odblokować przed końcem sezonu. Niewiele się to różni od gier mobilnych, które w ten sposób ułatwiają graczom rozwój. Nie podoba mi się to, więc moja przyszłość w Overwatchu wciąż nie jest taka oczywista.

Może to pozytywnie wpłynąć na przechodzenie gier, do których mam dostęp dzięki wspomnianemu wyżej Game Passowi. Mam kilka rozgrzebanych tytułów, a z ostatnio rozpoczętych mogę wyróżnić Edge of Eternity. Jest to hołd dla gier z serii Final Fantasy, którą właśnie dzięki subskrypcji Microsoftu poznałem i się zakochałem. Rozpoczynając grę, wyłapywałem wiele elementów zaczerpniętych z poszczególnych klasyków serii FF, poczynając od rozwoju postaci, kompletowania drużyny czy prowadzenia narracji. Jednocześnie Edge of Eternity zmienia kilka ważnych zasad, jak chociażby dotyczących walki – co prawda jest ona turowa, ale o bardziej strategicznym charakterze. Pole walki podzielone jest na heksy, na które możemy przemieszczać bohaterów, dzięki czemu możliwe jest flankowanie wrogów czy też ucieczka postacią z małą ilością życia. Zgony również nie są tak drastyczne, jak w starszych odsłonach FF, nie mówiąc już o brutalnym systemie zapisów, które np. w Final Fantasy VII doprowadzały mnie do szału. Gra jednocześnie kpi z wielu klisz obecnych w innych produkcjach RPG, jak chociażby maniakalne otwieranie wszystkich skrzynek, co w efekcie skutkowało dość zabawnym questem pobocznym. Dla fanów jRPG Edge of Eternity powinno być bardzo przyjemną odskocznią w oczekiwaniu na Final Fantasy XVI.

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Aktualnie wiekowy student WoFiKi. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Ja, podobnie jak Mateusz, w minionym roku trochę przeprosiłem się z graniem na PC, poświęcając grom na tej platformie nieco więcej czasu. Jednak w przeciwieństwie do Mateusza, zawsze uważałem się za osobę, która, kiedy zacznie jedną grę, gra tak długo, aż skończy.

W 2022 musiałem zweryfikować swoje przekonania, czego powodem był najzwyklejszy brak czasu. Tak że i mnie udało się rozgrzebać całkiem sporo tytułów, których nie ukończyłem (a niektóre ledwo zacząłem, mimo tego, że mnie zaintrygowały i chętnie bym do nich wrócił). Dodatkowo dzięki podsumowaniu Steama, mogę łatwiej przypomnieć sobie, w co grałem na przestrzeni roku, dlatego też w tym zestawieniu będzie więcej gier z tej platformy niż tych, w które udało mi się zagrać na Xboksie. Początek ubiegłego roku to ciekawe i bardzo oryginalne The Life and Suffering of Sir Brante – gra, można by rzec paragrafowa, z bardzo mocnym naciskiem na narrację, śledząca żywot tytułowej postaci, której życiowe decyzje leżą w rękach gracza. Wiosna upłynęła mi pod znakiem rozgrzebywania i niekończenia tytułów, takich jak chociażby intrygujące Kentucky Route Zero czy Cultist Simulator, w którą to grę nawet na dobre nie zacząłem grać, jako że w danym momencie nie miałem cierpliwości do nauki jej zasad. W maju pojawiła się kolejna nieskończona przeze mnie gra – wyjątkowo niepokojąca, mocno zalatująca Lynchem produkcja zatytułowana Who’s Lila?, która bardzo wyróżnia się nietypową mechaniką. To gra „przygodowa” z wątkiem zaginięcia tytułowej dziewczyny, lecz zamiast podejmować klasyczne „point’n’clickowe” decyzje, sterujemy tutaj mimiką bohatera (dosłownie trzeba ciągnąć myszką za mięśnie twarzy! Niesamowicie pomysłowe i jednocześnie niesamowicie creepy!). Lato z kolei upłynęło mi na rekordowym czasie, spędzonym w absolutnie fenomenalnym, karcianym Inscryption – grą pełną zaskoczeń, zmian stylu i fabularnych twistów, które wywracają wszystko do góry nogami. Końcówka lata to odświeżanie sobie trzech pierwszych części serii Monkey Island, tak aby być gotowym na najbardziej wyczekiwany przeze mnie tytuł, nie tylko tego roku, ani nawet nie dekady – to raczej coś, na co czekałem od prawie 30 lat (nie przesadzam). Chodzi oczywiście o Return to Monkey Island, które udało mi się przejść na wszelkie możliwe sposoby i zdobyć 100% osiągnięć (moją pełną recenzję możecie znaleźć TUTAJ). Aby zapełnić ogromną pustkę po ukończeniu tej gry, sięgnąłem po wcześniejszy tytuł Rona Gilberta, w który nie miałem okazji grać wcześniej – Thimbleweed Park. Również ta produkcja okazała się strzałem w dziesiątkę i z miejsca trafiła na listę moich ulubionych point’n’clicków.

Było też oczywiście trochę tytułów konsolowych, ogrywanym głównie dzięki zaletom Game Passa, tutaj jednak już moja pamięć nie jest tak dobra i bez wspomagacza w postaci podsumowania, przypominam sobie zaledwie kilka z nich. Na pewno warto wspomnieć o świetnym, klimatycznym retro beat’em up (koniecznie rozgrywanym w co najmniej 2 osoby!) Teenage Mutant Ninja Turtles: Shredder’s Revenge. Z kolei bardzo oczekiwanym przeze mnie tytułem, na którym najbardziej się zawiodłem, był Scorn – gra, która jest wizualną perełką (to takie nieślubne dziecko zrodzone z połączonej wyobraźni H.R. Gigera i Zdzisława Beksińskiego), niestety poza stroną wizualną ma niewiele do zaoferowania, a zupełnie niezrozumiałe zagadki i kręcenie się w kółko zmusiły mnie do porzucenia tego tytułu mniej więcej w połowie. Ostatnią grą, która załapała się na 2022 rok dosłownie rzutem na taśmę, bo rozgrywałem ją w Sylwestra, było The Case of the Golden Idol – fenomenalna, pixelartowa przygoda z rozwiązywaniem detektywistycznych zagadek w XIX-wiecznych realiach (klimatem lekko przypominająca Return of the Obra Dinn). Aktualnie na tapecie mam zaczęty jeszcze w grudniu Pentiment, który również leży rozgrzebany. Mam jednak silne postanowienie ukończyć ten tytuł, gdyż jest zaiste bardzo intrygujący!

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Steamowe podsumowanie roku to naprawdę świetna sprawa. Szczególnie dla mnie, bo raz, że gram jedynie na PC i w tym roku wyłącznie na platformie Steam, a dwa, że grałem w naprawdę sporo tytułów i pewnie gdybym sam miał zrobić podobne podsumowanie w głowie, coś by mi umknęło. To podsumowanie to także dowód na to, że największymi pożeraczami czasu są kompetytywne gry online. Mimo lat PUBG nadal sprawia mi wielką frajdę. W 2022 roku gra przeszła na model free to play i choć byłem z tego powodu pełen obaw, to jednak wyszło jej to na dobre i pojawiło się dużo nowej zawartości, a monetyzacja paradoksalnie jest o wiele przyjaźniejsza, niż była. A że ja po prostu kocham formułę battle royale (nawet jeśli często to bardzo toksyczna miłość), to debiutujący pod koniec roku Warzone 2 również jest bardzo wysoko w moim zestawieniu.

Z gier battle royale w pewnym sensie wyewoluował nowy, coraz popularniejszy gatunek, któremu poświęcę w najbliższej przyszłości cały wątek, a mianowicie extraction shooter. Swoją nazwę zawdzięcza temu, że pod koniec rozgrywki musimy w jakiś sposób wydostać się z mapy. Jeśli nam się to nie uda, nie tylko kończy to rozgrywkę, jak w przypadku battle royale, ale tracimy również wszystkie przedmioty i sprzęt, jakie miała nasza postać. A na wynoszeniu lootu opiera się tutaj cała pętla rozgrywki. Żeby było jeszcze ciekawiej, oprócz innych graczy podczas gry natrafimy też na przeciwników sterowanych przez komputer. Do tego typu gier należy między innymi bardzo unikatowy Hunt: Showdown, do którego wspólnie z Mateuszem cały czas wracamy. Ale ja w tym roku mocno wkręciłem się w inny, debiutujący na tym polu tytuł – Cycle: The Frontier. Wcielamy się w nim w poszukiwacza, który na planecie Fortuna III szuka cennych pozostałości po ludzkiej kolonii zniszczonej przez pojawiające się nagle anomalie pogodowe i agresywną faunę. Muszę przyznać, że dawno podczas rozgrywki online nie miałem takich przyjemnych zastrzyków dopaminy, kiedy udawało mi się pokonać innych graczy i z cennym łupem opuścić powierzchnię planety. Przyświecająca jednak grom z tego gatunku idea high risk, high reward sprawiła, że stresu było równie dużo i po zagraniu blisko 100 godzin podczas pierwszego sezonu gry, przy drugim już odpuściłem. Również dlatego, że na koniec sezonu (3, 4 miesiące) postępy graczy są resetowane, co na mnie zadziałało demotywująco. Niemniej kilka dni temu, przy okazji zapowiedzi sezonu trzeciego, ogłoszono, że twórcy mają przebudować wiele systemów gry, w tym ekonomię, by wipy nie były już niezbędne, więc bardzo możliwe, że jeszcze do Cycle powrócę.

Zgrane Dranie 1 Noras

Koniec roku to premiera Darktide, gry, na którą czekałem jak zły naprawdę długo, bo przesuwano ją kilkukrotnie. I finalnie wydano ją w stanie, który w najlepszym razie zasługiwałbym na stempel wczesnego dostępu. Pominąwszy jednak brakujące mechaniki i problemy techniczne (które mnie na szczęście dotykają w małym stopniu, ale u niektórych moich znajomych jest dramat), pod względem miodności rozgrywki to totalne 10/10. Fatshark po dwóch częściach Vermintide stworzył idealny model czteroosobowej rozgrywki kooperacyjnej, świat Warhammera 40k nigdy jeszcze nie wyglądał tak oszałamiająco pięknie w swoim mrocznym zepsuciu, a stopnia mięsistości strzelania i rąbania głów nie powstydziłby się najlepszy steak-house na świecie. Po ponad 200 godzinach rozgrywki dobijam właśnie do maksymalnego poziomu ostatnią, czwartą klasę postaci i wcale nie mam dość, mimo że cały czas robię z grubsza to samo. To tyle tytułem wstępu o Darktide – jestem w trakcie tworzenia recenzji, w której wyczerpująco postaram się napisać o wszystkich aspektach gry.

W mojej ścisłej topce znalazło się jeszcze World War 3, które mimo długich, tragikomicznych perypetii w końcu opuściło early access na Steamie i doczekało się nowej zawartości i całkiem ambitnych planów na przyszłość. Tutaj też mam wiele krytycznych uwag do twórców z Farm 51, niemniej jednak trzymam za WW3 kciuki, bo gra już teraz zapewnia rozgrywkę, z której kiedyś słynęła seria Battlefield.

Zabawna jest natomiast sytuacja z The Elder Scrolls Online, bo o ile to naprawdę świetne mmo, w które sporo zagrywałem się w 2021 roku, o tyle w zeszłym wchodziłem tak naprawdę tylko, by od czasu do czasu wykonać dzienne i tygodniowe zadania, zapewniające walutę, za którą możliwe jest na przykład kupno wierzchowca. Często robiłem to, słuchając jakiegoś podcastu lub wywiadu, więc klepanie mobów w ESO było tak naprawdę tylko tłem.

To wszystko jednak to tylko wierzchołek mojej growej góry lodowej. Udało mi się zagrać również w wiele mniejszych, ale bardzo ciekawych tytułów. Z gier surwiwalowych najwięcej czasu spędziłem w odpalonym w końcu The Long Dark, bardzo przyjemnym Core Keeper i powracając co jakiś czas do mojej osobistej gry 2021 roku –  Valheim. Sporo czasu spędziłem w grach strategicznych jak chociażby Diplomacy is Not an Option (inspirowanej They Are Billions), świetnie rozwijającym się Dune: Spice Wars i przepięknym pixel-art’owym Songs of Conquest (wszystkie trzy tytuły dostępne w ramach wczesnego dostępu). Z większych tytułów w tym gatunku, niedawno zacząłem również Age of Empires IV. Wysoko nie zabrakło różnej maści rogalików, które uwielbiam – w tamtym roku wracałem do The Last Spell, Noita Curse of the Dead Gods, w którym wkręciłem się w zrobienie wszystkich wyzwań, pierwszy raz miałem okazję zagrać też w Hadesa. W pewnym momencie miałem straszny najazd na klimat zombie, dzięki czemu odkryłem, jak niedocenioną perełką jest Days Gone, a także długie godziny spędziłem w dość nieznanym SurrounDead, będącym takim DayZ dla pojedynczego gracza. Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o Elden Ring, w którego grałem praktycznie cały październik i koniecznie muszę wrócić, bo gra jest tak przeogromna i przebogata, że właściwie w te kilkadziesiąt godzin udało mi się jedynie pokonać pierwszego, większego bossa.

Sekcja II: Newsy ze świata gier

Na początku roku, 3 stycznia, w ramach największych targów elektroniki użytkowej CES 2023, firma Nvidia wypuściła prawie godzinny film, na którym omawiali możliwości swoich najnowszych kart graficznych, a także prezentowali gry, które wspierają ich technologie. Wśród nich mogliśmy zobaczyć nowy zwiastun The Day Before, mmo w otwartym świecie, opanowanym przez zombie, który to tytuł, jak się okazało, ma mieć premierę już 1 marca. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że jak na grę, która wyjść ma już za niespełna dwa miesiące, niewiele tak naprawdę o niej wiemy. Najnowszy zwiastun to zaledwie kilkudziesięciosekundowa zajawka z rozgrywki, z której nic nie wynika, a wcześniejsze trailery, nawet te dłuższe, już na pierwszy rzut oka były stworzone z myślą o zrobieniu dobrego wrażenia na targach, a nie ukazaniu prawdziwego gameplayu. Taki marketing jest oczywiście w dzisiejszych czasach czymś normalnym – jako gracze przywykliśmy już do tego, że zazwyczaj pierwsze prezentacje gry nijak mają się do jej finalnego wyglądu, jednak tutaj wątpliwości i kontrowersji jest zdecydowanie więcej. 

The Day Before Official Gameplay Reveal Trailer (RTX ON)

Za produkcję The Day Before odpowiada studio Fntastic, które nie tylko nie stworzyło wcześniej żadnej większej gry, ale ma bardzo źle wyglądającą historię porzucania swoich tytułów. Na ich oficjalnej stronie widać jedynie dwie gry, The Day Before oraz Propnight  wydany pod koniec 2021 roku horror multiplayer. Jednak łatwo można sprawdzić, że Fntastic odpowiadają jeszcze za trzy inne produkcje. Ich pierwszą grą było The Wild Eight, survival wydany w 2017 roku na Steamie w ramach wczesnego dostępu. Gra została bardzo dobrze przyjęta, ale już kilka miesięcy później twórcy przestali ją wspierać i sprzedali prawa komuś innemu. Już rok później wydali kolejną grę early access Dead Dozen, którą porzucili już po trzech miesiącach, chociaż nadal można było ją zakupić. Ich ostatnią grą przed ogłoszeniem prac nad The Day Before było Radiant One – gra na telefony, którą można ukończyć w 30 minut. 

Żeby było jeszcze śmieszniej, samo Fntastic kilka godzin po publikacji zwiastunu na kanale  Nvidii wypuściło filmik Life at Fntastic, który miał być czymś w rodzaju dev vlogu na temat prac nad The Day Before, a okazał się strasznie dziwaczną reklamą apki, której używają deweloperzy,by komunikować się podczas pracy nad grą. Apki, którą sami w Fntastic stworzyli!

Czerwonych flag w tej historii jest jeszcze więcej, niektórzy dopatrywal się na przykład w zwiastunach całych scenografii do złudzenia przypominających te z innych gier, ale zostawmy już to. Fakty są takie, że The Day Before jest w tym momencie na drugim miejscu najbardziej oczekiwanych gier na Steamie. Czy jest szansa, że gra faktycznie wyjdzie 1 marca i będzie wyglądać choć w połowie tak dobrze, jak na trailerach? Wątpię. Dla mnie najbardziej prawdopodobne jest to, że w okolicach premiery zostanie ona przesunięta jeszcze kilka razy. Inni idą nawet o krok dalej i uważają, że cała ta produkcja to jeden wielki scamThe Day Before w ogóle nigdy nie ujrzy światła dziennego. Dosłownie wczoraj Fntastic przerwało milczenie i ogłosiło, że jeszcze w tym miesiącu opublikują surowy gameplay z gry, mający pokazać faktyczną rozgrywkę. Jestem naprawdę bardzo ciekaw, jak cała ta sytuacja się skończy. 

Edit: Okazało się, że kilka dni po tym, jak zamknąłem ten tekst, historia dramy miała swój dalszy ciąg, więc koniecznie muszę zrobić szybką aktualizację przed publikacją.
Zupełnie niespodziewanie 26 stycznia The Day Before zniknęło z platfory Steam. Najpierw tłumaczono to błędem samego Steama, ale w oficjalnym oświadczeniu, które Fntastic opublikowało dzień później, mogliśmy przeczytać, że rzekomym powodem jest problem z prawami do znaku towarowego, którego twórcy nie zastrzegli. Z tego powodu premiera gry przesunięta została na listopad, tak samo jak publikacja obiecywanego filmu z nieedytowanym gameplayem. Chyba nie muszę dodawać, że większość ludzi absolutnie nie uwierzyło w te tłumaczenia, a głosy, że gra The Day Before jest tak naprawdę jednym wielkim kłamstwem, tylko się nasiliły. Czy to już koniec tej historii? Nie wiadomo. Warto jednak wyciągnąć z niej wnioski i pamiętać, że trailery gier zazwyczaj mają niewiele wspólnego z ich faktycznym wyglądem, a obietnice twórców należy odbierać z należytą dawką sceptyzmu, zwłaszcza, jeśli ich wcześniejsze dokonania pełne są czerwonych flag. 

yakuza

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Michał Bębenek

Dziecko lat 80. Wychowany na komiksach Marvela, horrorach i kinie klasy B, które jest tak złe, że aż dobre. Aktualnie wiekowy student WoFiKi. Odpowiedzialny za sprawy techniczne związane z Głosem Kultury.

Mateusz Norek

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *