yakuza

Zgrane dranie: kwiecień-maj 2024

W dzisiejszym, zawsze zmieniającym się świecie gier wideo, trudno nadążyć za wszystkimi nowościami, premierami i trendami. Dlatego też, raz na miesiąc, spotykamy się z naszą zacną grupą doświadczonych graczy, by podzielić się z Wami naszymi spostrzeżeniami, refleksjami i ocenami tego, co ostatnio działo się w świecie gier.

W każdym odcinku cyklu Zgrane dranie skupimy się na różnych aspektach branży gier: od najgorętszych premier, przez niespodziewane hity, aż po te tytuły, które mogły umknąć Waszej uwadze. Nasz zespół, składający się z zapalonych graczy o różnorodnych gustach i preferencjach, zagwarantuje Wam szerokie spojrzenie na branżę i pomoże odkryć gry, które mogą stać się Waszymi nowymi ulubieńcami.

Zapraszamy do śledzenia naszego cyklu „Zgrane dranie”, gdzie każdy fan gier, niezależnie od swojego doświadczenia i preferencji, znajdzie coś dla siebie. Bądźcie z nami, by razem odkrywać fascynujący świat gier!

yakuza

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

o będzie opowieść o zauroczeniu, rozczarowaniu i rozstaniu. I nie, nie jest to opis fabuły wybranej przeze mnie gry, a tym bardziej moje miłosne doświadczenia. To przebieg mojej relacji z Ni No Kuni: Wrath of The White Witch, którą sprawdziłem dzięki uprzejmości Xbox Game Passa w zremasterowanej wersji – wspomnieć od razu muszę, że oryginalnej gry z 2010 roku nie znam, więc nie potrafię się wypowiedzieć na temat wprowadzonych zmian. Jako człowiek zafascynowany w ostatnim czasie jRPG-ami, chwytam się każdej nowej marki, żeby chłonąć jak najwięcej z tego gatunku. Tym razem nie było tak udanie, jak chociażby w przypadku Soul Hackers 2.

Jak to często bywa, początki wydawały się wspaniałe. Ni No Kuni zauroczyło mnie animowaną, kreskówkową grafiką i baśniowym klimatem – poczułem, że to może być urocza opowieść z wielkim rozmachem godnym jRPG-ów. Z definicji jest to sztandarowy przykład ze swojego gatunku: oto główny bohater, chłopiec o imieniu Oliver, wyrusza w podróż do innego świata, aby uratować swoją mamę (a przy okazji również ów świat). Szybko poznajemy sympatycznego towarzysza w naszej podróży który swoim szkockim akcentem i zawadiackim charakterem od razu mnie kupił – Drippy jednak okazuje się być bardziej naszym przewodnikiem, niż pomocnikiem w walce. Do tego służy nam ogromny katalog chowańców (familiars), których zbieramy i posyłamy do walki. Tak, skojarzenia z Pokemonami są jak najbardziej zasadne – jedną z mechanik gry jest oswajanie napotkanych stworków i zbudowanie swojej drużyny, która będzie najbardziej skuteczna w pojedynkach.

Zbieranie niby-Pokemonów niestety szybko przestało mieć znaczenie

Walka początkowo również nie sprawiała wrażenia źle skonstruowanej, chociaż pierwsze symptomy już były widoczne; ja jednak przegapiłem je ze względu na noszone różowe okulary. Walka w Ni No Kuni polega na tym, że jedna postać (może być ich w drużynie maksymalne trzy) ma w swoim ekwipunku trzy chowańce. Rozpoczynając walkę, możemy zdecydować że walczymy samodzielnie, na przykład Oliverem, albo wybieramy naszego stworka. Pierwszy zgrzyt odczułem właśnie w tym momencie, bowiem niepokojące wydało mi się to, że muszę wybierać między swoim pomocnikiem, a postacią główną. Z racji, że Oliver jest magiem, to bardziej przydaje się pierwszy chowaniec, którego otrzymujemy – specjalizuje się on w walce białym orężem i początkowo wydaje się jedynym słusznym wyborem. Pierwsze kilka godzin to prowadzenie prostych walk, w których komendy wydajemy poprzez polecenia w komiksowych “dymkach” (atak, obrona, umiejętność specjalna), które wybieramy za pomocą półkołowego menu. Wsiąkałem w lore gry, czytałem podręcznik maga zachwycając się jednocześnie sporą zawartością gry. Tu jednak zauroczenie już się kończyło.

Schody zaczęły się wtedy, gdy do mojej drużyny dołączyła kolejna postać z jednoczesną możliwością oswajania stworków. Pojawił się drugi zgrzyt w walce – otóż wpływ na moich towarzyszy mam właściwie zerowy, a ich sztuczna inteligencja woła o pomstę do nieba. Chociaż chowańce mają swoje mocne i słabe strony, to moi towarzysze zdają się z tego nie korzystać, posyłając swoje stworki losowo, a czasami nawet decydują się samodzielnie walczyć, co bywa komiczne, gdy usilnie tłuką przeciwnika zadając 1-2 punkty obrażeń. Nawet jeśli zmienię sterowaną postać, to niewiele to daje, bowiem AI wyczynia swoje cyrki dalej, tym razem innym bohaterem. Walka więc sprawiała mi satysfakcję na samym początku, aby później stać się chaotycznym nawalaniem, gdzie jako gracz mogłem tak naprawdę tylko decydować, czy mój chowaniec ma używać zwykły atak, czy umiejętność specjalną. A i to w pewnym momencie stało się bezcelowe. Wraz z łapaniem i levelowaniem kolejnych chowańców zdałem sobie bowiem sprawę, że budowanie drużyny pod kątem różnorodności ataków i żywiołów nie ma znaczenia w większości walk. Najbardziej użytecznym okazał się mój pierwszy chowaniec, który po prostu bił wszystkich konsekwentnie podstawowym atakiem. Efekt był taki, że przestałem odczuwać potrzebę rozwijania innych stworków, a tym samym ich kolekcjonowania. Tym samym syndrom łowcy Pokemonów umarł, a we mnie zaczęło rosnąć rozczarowanie.

Po 30 godzinach gry w Ni No Kuni zdałem sobie sprawę, że nadal czekam na moment, kiedy tytuł wreszcie mnie złapie za przysłowiową gębę i poczuję zachwyt. Ten moment jednak nie nadchodzi, a zamiast tego rodzi się frustracja i poczucie, że zmarnowałem w tej grze o kilkanaście godzin za dużo – tym bardziej, że kawał tego czasu to żmudny grind, aby ewoluować moje stworki i wykonywać zadania poboczne, które często zależą od losowości gry. To sprawiło, że ostatecznie podjąłem decyzję o odcięciu pępowiny i rozstałem się z Ni No Kuni w poczuciu straconego czasu i zmarnowanego potencjału. Dziecinna fabuła była jeszcze do przegryzienia, ale niespójny system walki i dziwny poziom trudności (albo idziesz zgodnie z fabułą i trafiasz na równych sobie przeciwników, albo skręcisz gdzie nie trzeba i giniesz w sekundę) to grzechy niewybaczalne, które w moich oczach przekreśliły tę produkcję.

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Ja w takim razie napiszę kilka słów o uczuciu, które wzięło moje serduszko szturmem i pomimo tego, że ten początkowy, wyidealizowany etap związku już minął, nadal jest wspaniale. Obiektem moich westchnień od trzech miesięcy jest nieprzerwanie dzieło studia Arrowhead – Helldivers 2. Gram niemal codziennie z niesłabnącą przyjemnością, wykonując misje, odblokowując i testując, cały czas dodawaną, świeżą zawartość, obserwuję kolejne rozkazy i rozwijającą się historię Super Ziemi. 

Przyznam, że pierwsza część gry nie była mi specjalnie znana i zupełnie nie czekałem na kontynuację. Nawet zwiastuny niespecjalnie mnie zainteresowały, ba – nawet czytając bardzo pochlebną recenzję [https://www.gloskultury.pl/helldivers-ii-recenzja/]  Adama, nie byłem jeszcze pewny, czy chce w Helldivers zagrać. Na pewno trochę powstrzymywały mnie też wieści o przepełnionych serwerach i problemach technicznych, więc z perspektywy czasu cieszę się, że poczekałem te dwa tygodnie, w czasie których twórcy mogli ogarnąć serwery i załatać najbardziej palące błędy. W końcu jednak grę zakupiłem, namawiając do tego jeszcze kilku znajomych i przepadłem bez reszty. Helldivers 2 to absolutne spełnienie moich mokrych snów o idealnej grze kooperacyjnej. Coś, czym mogło być Warhammer 40,000: Darktide (który uwielbiam), gdyby twórcy wykorzystali drzemiący w nim potencjał, zamiast wydać go w formie bardziej przypominającej wczesną betę i dawkując od ponad roku nową zawartość za pomocą kroplówki.

Helldivers 2 to gra wybitna, z bardzo dużym contentem, ogromnym arsenałem broni palnej, najróżniejszych nalotów, wieżyczek, min, dronów i dziesiątek innych zabawek, za pomocą których możemy w wybuchowy szerzyć demokrację. To wszystko możecie jednak przeczytać w recenzji, a ja chciałbym tutaj odpowiedzieć na pytanie, jak studiu Arrowhead udaje się tak zarządzać grą, że po prawie czterech miesiącach od premiery zainteresowanie Helldivers 2 nadal jest wysokie (spadło głównie przez absurdalnie antykonsumenckie praktyki Sony w poprzednim miesiącu, na szczęście protest graczy przyniósł efekty, ale nie chce w tym miejscu opisywać tej afery).

Dumny helldiver na pokładzie swojego niszczyciela po odblokowaniu nowego pancerza

Przede wszystkim produkcja cały czas dostaje nową zawartość. Świetnie pomaga w tym coś w rodzaju głównych zadań, które gracze muszą wykonywać. Kiedy dostajemy komunikat, że wróg zaatakował dany sektor i w ciągu kilku dni potrzebna jest obrona paru planet, cel musimy osiągnąć jako cała społeczność – każda wykonana misja pojedynczego oddziału delikatnie popycha progres do przodu. Twórcy świetnie budują wokół tego zaangażowanie społeczności, publikując stylizowane wpisy, dynamicznie reagując na postępy helldiversów, czasem świadomie wyznaczając nam zadania, które są prawie niemożliwe do wykonania. By pomóc nam w wysiłkach, co jakiś czas dostajemy nowe manewry, przykładowo w poprzednim miesiącu to od społeczności i tego, którą planetę odbiliśmy, zależało, czy uzyskamy dostęp do min przeciwczołgowych, czy wyrzutni rakiet przeciwlotniczych. W tym miesiącu za nasze wysiłki uzyskaliśmy dostęp do nowego rodzaju mecha.    

Nie mogę pominąć stylu, w jakim Arrowhead przedstawiają niektóre nowości. Czasem po prostu… nie wspominają o nich. Nowe typy przeciwników nie widnieją oficjalnie w patch notach i gracze sami je odkrywają, doskonale pamiętam, kiedy sam pierwszy raz natrafiłem na gniazda wielkich, latających insektów, a jeszcze zabawniejsze było to, że CEO Arrowhead na swoim Twitterze wprost napisał, że “jak powszechnie wiadomo, że robaki nie potrafią latać”, czym oczywiście bawił się z graczami. 

Nową zawartością są także przepustki sezonowe, nazywane tutaj Warbandami. Póki co twórcy trzymają się ambitnego planu, by wypuszczać je co miesiąc, dostarczając ciągłych dawek nowych broni i pancerzy. Jako, że kupuje się je poprzez super kredyty, czyli walutę premium, system ten mógł wygenerować tysiące niezadowolonych graczy i niezliczone negatywne recenzje, ale i tutaj twórcy umiejętnie znaleźli balans między zarabianiem, a byciem fair wobec fanów. Przede wszystkim super kredyty możemy nie tylko kupić, ale również znaleźć w trakcie misji, eksplorując mapę. I wcale nie trzeba skupiać się na ich farmieniu, bo ja zwyczajnie wykonując misje, byłem w stanie bez problemu uzbierać na kolejne przepustki sezonowe. Co równie ważne, w sytuacji, gdzie wiele mechanik w nowych grach, nie tylko związanych z przepustami, opiera się na FOMO, by wywrzeć na graczach większą presję, WarbandyHelldivers 2 nie mają ograniczenia czasowego, więc nawet za pół roku możemy odblokować jeden z pierwszych, nie martwiąc się, że coś nam przepadnie.

Przy tym wszystkim, co napisałem, należy pamiętać, że Arrowhead nie jest ogromnym studiem. W momencie, kiedy tylu wielkich twórców nie potrafi dostarczyć pełnowartościowej treści do swoich tytułów, a model live service game kojarzy się zazwyczaj z chciwością i brakiem jakości, Helldivers 2 lśni. Nie jest oczywiście idealnie, bo z każdą nowością pojawiają się błędy i bugi, ale nie jest to nic, co uniemożliwiałoby rozgrywkę, a deweloperzy bardzo otwarcie zgłaszają wszelkie problemy. Nie mogę się doczekać, co dalej dla nas szykują. Już od jakiegoś czasu na mapach pojawiają się tajemnicze białe snopy światła i wiadomo, że zwiastuje to zbliżającą się trzecią frakcję wrogów, Iluminatów. W plikach gry kopacze znaleźli wiele nieopublikowanych jeszcze broni i manewrów, między innymi nowe pojazdy, jak szybki łazik i opancerzony wóz piechoty. W planach jest też duży patch z balansem broni i manewrów, bo tutaj niestety mogłoby być dużo lepiej i Arrowhead musi przestać osłabiać wszystkie mocne bronie i zamiast tego wzmocnić te, których gracze nie używają. Jedno jest jednak pewne – jeszcze przez długi czas Helldivers 2 będzie moją ulubioną grą kooperacyjną. 

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych „Wielogłos”. Prowadzący cykl „Aktualnie na słuchawkach”. Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.

 

Gra Little Kitty Big City to prawdziwa perełka, która niedawno trafiła do oferty Xbox Game Pass i od razu zdobyła nasze serca. Piszę “nasze” ponieważ podczas gdy siedzieliśmy z moją pięcioletnią córką w domu z powodu jej ospy wietrznej, postanowiliśmy dać szansę tej produkcji i wsiąknęliśmy na długie godziny. 

Little Kitty Big City opowiada o przygodach małego kotka w wielkim mieście. Otóż młody kociak efektem kilku niepożądanych zbiegów okoliczności wypadł z otwartego okna najwyższego piętra bloku i za wszelką cenę pragnie wrócić do swojego domu oraz do swojego właściciela. Tu właśnie wkracza gracz, przejmując stery nad kotem. Przemierzamy ulice miasta, pobliskie sklepy, bazary, plac budowy i inne starannie zaprojektowane rejony, rozwiązując w międzyczasie zagadki logiczne oraz zręcznościowe. Gra charakteryzuje się przeuroczą grafiką i spokojnym tempem rozgrywki, co czyni ją idealną dla dzieci. Moja córka od razu zakochała się w sympatycznym bohaterze i jego pełnych przygód eskapadach.

Jednym z największych atutów tej gry jest jej przystępność. Sterowanie jest intuicyjne i łatwe do opanowania nawet dla najmłodszych graczy. Gra nie wymaga od dziecka skomplikowanych umiejętności, a zadania są jasne i zrozumiałe. Moja córka z łatwością porusza się po świecie gry, rozwiązując proste zagadki i odkrywając nowe miejsca. Tytuł ma też zacięcie “erpegowe” – podróżując po zakątkach miasta, trafiamy na różne zwierzęta, które oferują nam swoją pomoc w zamian za niewielką przysługę i przydzielają nam misje, które musimy wykonać. Czasem wiąże się to z zebraniem kilkudziesięciu poukrywanych tu i ówdzie skarbów, czasem musimy strącić słoik dżemu, lub dostarczyć ptasie pióra. 

Co ważne, Little Kitty Big City jest wolna od przemocy i nieodpowiednich treści, co czyni ją udanym wyborem dla rodziców. Możemy być spokojni, że nasze dzieci bawią się w przyjaznym i bezpiecznym środowisku. Gra również kładzie nacisk na wartości takie jak przyjaźń i współpraca, co jest dodatkowym atutem edukacyjnym. Wszystko to skąpane w dużej dozie humoru, dzięki czemu zarówno dorosły jak i dziecko wybuchają od czasu do czasu salwami śmiechu. Nie przeszkadza także brak polskiej wersji językowej. Tłumaczyłem córce dialogi między sterowanym przez nas kotem, a postaciami niezależnymi i mówiłem, jakie mamy aktualne zadania i to w zasadzie wystarczyło. 

Podsumowując, Little Kitty Big City to świetna propozycja dla najmłodszych użytkowników Xbox Game Pass. Moja pięcioletnia córka spędza przy niej mnóstwo radosnych chwil, a ja cieszę się, widząc jej uśmiech i zaangażowanie. Gorąco polecam tę grę każdemu rodzicowi szukającemu wartościowej i przystępnej rozrywki dla swojego dziecka.

Adam Kamiński

Dusza anarchisty ściera się we mnie z romantycznym sercem. Jednego dnia rzucałbym koktajlem Mołotowa i palił rządowe pałace, innym razem wzruszam się nad twórczością klasyków literatury – Tołstoja, Steinbecka czy Remarque’a. W wolnych chwilach potrafię wyruszyć samotnie na szlak i biwakuję w ostępach przyrody. Moim marzeniem jest napisać powieść.

W ostatnim czasie miałem tak wielki natłok zajęć, że nie znajdowałem wiele czasu na granie. Nie oznacza to, że nie odpalałem komputera w ogóle, co to, to nie! Moje serce skradła w ostatnim czasie seria Yakuza, o której od wielu lat słyszałem wiele dobrego, ale jakoś nigdy nie było mi po drodze z gangsterskimi klimatami. W GTA grałem raczej z faktu, że to po prostu dobra gra, ale nie czekam z wypiekami na twarzy na szóstą część tego cyklu. 

Nie wiedziałem czego się spodziewać po Yakuzie. Dość powiedzieć, że wyszło już ponad dziesięć części, z czego kilka spin-offów. Musiałem posiłkować się internetem, od której odsłony zacząć, i wyczytałem, że właściwie opcje są dwie: albo Yakuza Kiwami (zremasterowana pierwsza część cyklu) bądź Yakuza 0 (prequel całej sagi). Zdecydowałem się na to drugie, aby przeżyć tę historię po kolei, bez zawirowań czasowych. 

Kiedy pierwszy raz odpaliłem grę, o której nie wiedziałem kompletnie nic poza skrawkami wycinków z sieci, byłem przekonany, że zostanę wrzucony do jakiegoś japońskiego Los Santos i w otwartym świecie będę rozbijać się brykami i przeżywać (podobno) bardzo ciekawą historię, a po drodze będą czekać na mnie prostytutki, strzelaniny i zapiekanki!

O losie, jak ja się myliłem. Patrzyłem, ale nie widziałem. Grałem, ale nie przeżywałem. Yakuza 0 zmiotła mnie fabularnie tak spektakularnie, niczym członek Yakuzy celnym kopniakiem. Ale po kolei. 

Prequel całej serii to historia protagonisty, Kazumy Kiryu oraz Goro Majimy. Ich historie dzieją się równolegle, ukazując ich perypetie. Kazuma jest niskim rangą członkiem yakuzy, który został wrobiony w morderstwo, zaś Majima zawiaduje klubem kabaretowym i stara się o powrót do mafii po niefortunnych zdarzeniach ze swojej przeszłości. Gdybym miał opisywać fabułę i to, co się działo podczas kilkudziesięciu godzinnej rozgrywki pewnie zanudziłbym was na śmierć, bo to po prostu trzeba przeżyć. Historia rozkręca się z każdym rozdziałem i jeśli tylko lubicie dobrą fabułę i nie przeszkadzają wam kilkunastominutowe (świetnie zrealizowane) przerywniki filmowe, to Yakuza 0 wgniecie was w fotel. Przysięgam. 

I nie ma tutaj mowy o promowaniu bezmyślnej brutalności jak to w serii GTA. Kazuma i Kiryu walczą ze swoimi demonami, ale trup nie ściele się gęsto. Owszem, walczymy ale raczej wręcz za pomocą różnych technik walki, a strzelaniny to już jest poważna sprawa i zdarzają się nader rzadko. Nie bijemy przechodniów, nie uczestniczymy w festiwalu bezmyślnej przemocy, lecz chłoniemy gangsterki film o ludziach, którzy mimo działalności w zorganizowanej grupie przestępczej, kierują się pewnymi zasadami honoru. Nie powiem, wsiąkłem w ten świat i musiałem wiedzieć, jak ta historia się zakończy. Ostatnio porzucałem wiele gier w trakcie ogrywania, ale wiedziałem, że tym razem będzie inaczej. 

Czy to oznacza, że poza śledzeniem historii w Yakuza 0 nie ma co robić? Owszem, jest, i to od zatrzęsienia. Przemierzając japońskie uliczki co i rusz natykamy się na ciekawe, zbliżone właśnie do serii GTA szalone misje poboczne, gdzie uczyłem pozerów bycia prawdziwym twardzielem lub… brałem udział w teledysku pewnego zachodniego artysty łudząco podobnego do Michaela Jacksona, a moja praca miała polegać na chronieniu go przed zombiakami. 

Jeżeli chcemy odpocząć od historii, możemy spędzić czas w wielu pobocznych aktywnościach takich jak oglądanie filmów soft porno (sic!), rzutki, bilard czy kręgle a w późniejszym etapie rozgrywki zajmiemy się prowadzeniem własnej agencji nieruchomości oraz klubu kabaretowego! 

Yakuza 0- Karaoke: 24-hour Cinderella (Majima)

Czy wspominałem, że w serii Yakuza jest świetnie zrealizowana przezabawna minigra w karaoke?

Podsumowując, jeśli kiedyś myślałeś o zagraniu w serię Yakuza, ale z jakiegoś powodu odkładałeś/aś to na później, to nie zwlekaj więcej. Żałuję, że dopiero teraz odkryłem tę świetną serię. Właściwie to pięć minut po obejrzeniu napisów końcowych już odpaliłem Yakuza kiwami i kontynuuję fascynującą historię Kazumy Kiryu. Wam, drodzy czytelnicy, polecam to samo. 

Ps. Gra co prawda nie oferuje polskiej lokalizacji, ale za sprawą świetnie zrealizowanych cutscenek, nie miałem problemu ze zrozumieniem historii, choć mój angielski jest na poziomie średnio rozgarniętej papugi.

yakuza

Write a Review

Opublikowane przez

Mateusz Cyra

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kingowiec. Fan FC Barcelony.  

Adam Kamiński

Dusza anarchisty ściera się we mnie z romantycznym sercem. Jednego dnia rzucałbym koktajlem Mołotowa i palił rządowe pałace, innym razem wzruszam się nad twórczością klasyków literatury - Tołstoja, Steinbecka czy Remarque'a. W wolnych chwilach potrafię wyruszyć samotnie na szlak i biwakuję w ostępach przyrody. Moim marzeniem jest napisać powieść.

Mateusz Norek

Z wykształcenia polonista. Zapalony gracz. Miłośnik rzemieślniczego piwa i nierzemieślniczej sztuki. Muzyczny poligamista.

Patryk Wolski

Miłuję szeroko rozumianą literaturę i starego, dobrego rocka. A poza tym lubię marudzić.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *