Książki,Recenzje

Kosz z truskawkami – Angus Watson – “Ziemi tej nie opuścisz” [recenzja]

ziemi tej nie opuścisz
ziemi tej nie opuścisz

Ahh…, ponad połowa wakacji za nami! Kiedy to minęło? Nie mam pojęcia, ale wiem na pewno, że okres lipcowo-sierpniowy nie jest tylko okazją do imponującej opalenizny, hiszpańskich wojaży czy podbijania Mielna, ale i możliwością do nadrobienia (pop)kulturowych obowiązków, które skutecznie odkładaliśmy na nieśmiertelne “później”. Moje Później miało miejsce w przerwie między pracą a zabawą w smażonego kotleta (potocznie nazywane opalaniem się) i przybrało formę kolejnej książeczki z literatury fantasy. Angus Watson i jego powieść Ziemi tej nie opuścisz urozmaiciły moje wakacje o kolejne piesze wędrówki, nie zawsze w luksusowych warunkach, i dały głowie odpocząć po natłoku obowiązków i ludzkiego marudzenia. Chociaż po miło spędzonej lekturze, moje odczucia po jej przeczytaniu były mieszane, a drugi tom z cyklu Na Zachód od Zachodu stał się dla mnie tytułowym “koszem z truskawkami”. Dlaczego?

Dumny lud Harowian, który po kilku niezłych przygodach przemianował się na plemię Wotan, kontynuuje swoją podróż na zachód, gdzie według wszelkich przepowiedni ma spełnić się przeznaczenie młodego Wotanina – Ottara. Jakie to proroctwo? Nikt nie ma pojęcia, a jeśli ktoś taki się znajdzie, milczy jak grób, aby przypadkiem nie uchylić rąbka tajemnicy. Wiadomo jednak, że od tego małego chłopca zależeć będą losy całego ziemskiego istnienia. Ale jak to zawsze w przypadku wielkich misji, nie może być zbyt łatwo, dlatego fatum, które najprawdopodobniej dręczy naszych bohaterów od samego początku, skutecznie rzuca im kłody pod nogi w postaci niebezpiecznych owslanek, sadystycznych Badlandczyków czy dziwnych i wiecznie głodnych stworów. Ta (nie)wesoła przygoda zmusi do wielce nieprawdopodobnych sojuszy, które zreformują utarte w bohaterach wartości i pokażą, kto tak naprawdę jest tym złym.

Często słyszymy, że dobra książka to taka, która jakoś wpływa na nasze życie czy sposób myślenia. Może to prawda, bo jednak przyjemnie jest mieć w swojej domowej biblioteczce powieść, która w pewien sposób ukształtowała to, kim jesteśmy. Każda lektura odciska swoje piętno w naszym “literackim” doświadczeniu, kreując nasz smak, a czasem zmuszając do wielkich życiowych przemyśleń. Jednak czasami jedyne, czego potrzebujemy, to odpłynąć lub całkowicie się “odmóżdżyć”, zwłaszcza wtedy, kiedy nasz dzienny rytuał składa się tylko z pracy, obiadu i płaczu pod prysznicem. Do tej grupy lektur odmóżdżających zalicza się Angus Watson i jego Ziemi tej nie opuścisz. Kolejna cegiełka dołożona do zamku literatury fantasy nie jest może wielce rewolucyjna, wnosząca coś doniosłego i niesamowitego do świata fantastyki, lecz wcale nie znaczy, że jest to książka najgorszego kalibru. Można by ją określić mianem “przyjemna”; idealna, aby w lipcowy, gorący wieczór położyć się w hamaku w ogrodzie, chwycić ją i sączyć chłodnego drinka z parasolką. Po to, aby wyłączyć się z chaosu dnia codziennego i zatrzymać nieprzerwany natłok myśli. Po prostu nie myśleć.

Niestety nie jest to książka perfekcyjna i bez wad. Całość mogłabym przyrównać do zakupu koszyka ze świeżymi truskawkami: mamy tu wiele idealnie czerwonych i słodkich truskawek, wielkości piąstki małego dziecka, a samo patrzenie na nie wprawia nas w stan euforii i zachwytu. Jednak w trakcie degustacji możemy natknąć się na takie owoce, które czas chwały i honoru mają już dawno za sobą: są zmiażdżone przez większe i smaczniejsze koleżanki, z kawałkami pleśni, całkowicie niezdatne do konsumpcji. Patrzymy na nie z lekkim niesmakiem i zastanawiamy się, o czym myślał sklepikarz w trakcie pakowania tych pobitych i zgniecionych ofiar. Może chciał zapełnić koszyk, aby był pełny po brzegi? Aby wyglądało, że jest ich więcej? Szkoda, że ilość nie zawsze równa się “jakość”. Angus Watson przygotował nam bardzo pyszny (i hojny) koszyk z truskawkami, lecz niestety trafiło się tu parę zgniłków, które należałoby wyrzucić:

Dobre truskawki: Tym, co jako pierwsze tak pozytywnie uderzyło mnie już na początku książki, co sprawiło, że początkowy smak lektury był niezapomniany, byli antagoniści. Autor wykreował bardzo charyzmatyczne czarne charaktery, którym z jednej strony życzymy wolnej i bolesnej śmierci, a z drugiej – nie chcemy, żeby tak szybko odeszli. W tym przypadku targały mną podobne uczucia, chociaż tym oponentom życzyłam jak najdłuższej obecności w powieści (miłość do czarnych charakterów zawsze zwycięży, #TeamCersei). Zwłaszcza na uznanie zasługuje Chapa Wangwa, jeden z Badlandczyków, który okazał się być sadystycznym katem, utrudniającym naszym bohaterom wędrówkę na wszelkie sposoby. Nie wspominając o tym, jak cudownie pocieszał Wotan i owslanki, przypominając, że po dotarciu do Badlandów zginą najgorszą możliwą śmiercią. Cudownie!

Do tej truskawki dodajemy kolejne mniejsze, ale wciąż idealnie słodkie w postaci porządnych batalii posypanych cukrem okrucieństwa. Ziemi tej nie opuścisz posiada dobrze przedstawione sceny batalistyczne, może nie wielce szczegółowo rozbudowane, ale na tyle dobre, aby nie zanudzić swojego czytelnika. Autor starał się urozmaicić przygody swoich protagonistów, dlatego starcia przyjęły wiele różnych form: od bijatyk twarzą w twarz, po sceny wojny z udziałem liczebnych armii, magicznych wojowników i przywróconych do życia gatunków, uznanych już za wymarłe.

Kolejnymi słodkościami były bez wątpienia żwawa akcja i wszechobecny humor. Cała historia to jeden wielki rollercoaster, przemieszczający nas z jednego miejsca w drugie, a przyczynia się do tego bardzo duża ilość głównych bohaterów. Każdy rozdział składa się z kilku mniejszych podrozdziałów (chociaż “akapity” będą tu bardziej adekwatną nazwą), przedstawiających całą historię z punktu widzenia różnych postaci. Do tego Angus Watson, aby przerwać czasami smętny i poważny ton kilku scen, wprowadza szczodrą dawkę humoru, który w przypadku wspomnianego Chapy Wangwy, staje się czarny jak świeżo zaparzone espresso.

Niedobre truskawki: Ku mojemu rozczarowaniu trafiło się tu parę ewenementów, które nigdy nie powinny się tu znaleźć, a kiedy je czytałam, mój wyraz twarzy przybierał grymas niesmaku, czasem zażenowania. Jednym te truskawki odbiorą całą radość z uczty, innym – będą one w zupełności obojętne, a nawet dadzą radę je przegryźć. W zależności od tego, jak bardzo jesteśmy wybredni, bez wątpienia wpłynie to na nasz odbiór tych “nie całkiem przyjemnych” momentów, a ponieważ smak fantastycznych truskawek nie jest mi obcy – tutaj byłam dość wybredna. Ziemi tej nie opuścisz ma ciekawie zarysowaną fabułę, za co trzeba autora pochwalić, lecz niestety posiada fragmenty wręcz ociekające żenadą, spowodowaną głównie ogromną potrzebą zawarcia ich w powieści, chociaż nie wprowadzają niczego, co można określić mianem “niezbędne”. Takim momentem było m.in. wyznanie miłości między dwoma protagonistami, podczas gdy jeden z nich umierał. Angus Watson najprawdopodobniej pragnął wprowadzić element dramatyzmu, aby nadać śmierci bohatera nieco pikanterii i abyśmy poczuli ukłucie smutku z powodu straty. Tego niestety zabrakło. Zamiast uczucia monstrualnej pustki i udręczenia, poczułam się nieco zażenowana i przez pewien moment towarzyszył mi dokuczliwy głos w głowie, który krzyczał na mnie Na co to było potrzebne?! Przez ani jedną chwilę w powieści nie było żadnego sygnału, aby te dwie konkretne postaci coś do siebie czuły, ba, nawet nie było scen, w których mogłyby cieszyć się swoim towarzystwem. Niestety w tym koszyku znajduje się parę truskawek, które zostały dodane tam totalnie bez sensu. Wliczając w to, nie chcąc przeczyć samej sobie, Chapę Wangwę, który czasami zachowywał się, jakby chorował na Alzheimera. Mimo iż jest to jedna z najciekawszych postaci w całej książce (na równi z Bobroczłekiem i Rappą Hogą, również antagoniści), to jednak ciągłe powtarzanie zdań typu Na miejscu czeka was coś gorszego lub Jak spróbujecie uciec, umrzecie w pewnym momencie stało się wręcz irytujące, bo autor powtarzał te same myśli, ubrane w inne, ładne słówka.

Angus Watson i jego powieść Ziemi tej nie opuścisz nie jest lekturą złą (co to, to nie), lecz nie jest to książka rewolucyjna, która wniosła coś w mój światopogląd, zmieniła postrzeganie świata czy po prostu na nowo podbiła świat fantastyki. Jest to po prostu przyjemna opowiastka, z którą można spędzić spokojne, lipcowe wieczory, aby dać głowie odpocząć w ramach upragnionego urlopu. Książka, aby odpocząć, nie by przemyśleć.

Chociaż po kilku solidnych wadach, można znaleźć tu “truskawkowe” perełki, które wprowadzą radochę z czytania i nie sprawią, że mamy ochotę odłożyć Ziemi tej nie opuścisz już po pierwszych kilku stronach. Autor starał się wyselekcjonować jak najlepsze owoce, aby sprawić nam przyjemność z okazji całej uczty, lecz nawet czasami najlepszemu ogrodnikowi trafią się dość ubogie okazy. Jedyne, co może zrobić, to wyciągnąć lekcje z poprzednich błędów, aby kolejne koszyki stawiały na jakość, nie – na ilość. Czy sięgnę po ostatni tom? Pewnie tak, chociażby po to, aby zobaczyć, w którym kierunku rozwinie się cała historia i na czym polega to tajemnicze “przeznaczenie”. Jest to powieść z wadami, ale ile istnieje książek nieskazitelnie czystych (i bez robaków)? Pozostaje nam tylko czekać na ostatni tom trylogii… mój hamak i drink z palemką już są przygotowane.

Fot.: Fabryka Słów


Przeczytaj także:

Recenzja książki Bakly. Szukając śmierci

 

Avatar

Piszę, więc jestem. I straszę w horrorach. Bu.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!