Zostań na chwilę i posłuchaj… – Snowid – “Legendy” [recenzja]

Świat nie znosi próżni. Ostatnie lata w Polsce to istny renesans rodzimowierstwa i kultury pogańskiej, tej sprzed czasów Mieszka I. Niewątpliwie pozytywnym skutkiem ubocznym tego całego zamieszania jest  coraz większa ilość zespołów, formacji odwołujących się w swojej twórczości do tego tematu, traktując go często śmiertelnie poważnie. Oczywiście obok tych, którzy biorą to na poważnie, pojawili się ci, którzy robią z tego po prostu satyrę, podchodząc z dystansem i z humorem. I tak jest, jak sądzę, z krakowskim muzykiem znanym jako Snowid, który na płycie Legendy przedstawił swoją oryginalną wizję, tworząc gatunek pagan disco. Pytanie zasadnicze jest tylko jedno: czy rzeczywiście jest to satyra, czy jednak Snowid swoją twórczość traktuje zupełnie poważnie?

Legendy Snowida to nie tylko pogaństwo, ale także okultyzm (co sugeruje okładka), magia, fantastyka, kosmos, potwory i tego typu różności. O samym artyście niewiele wiadomo, oprócz tego, że podobno zstąpił na ziemię w 2013 roku, aby przekazywać ludzkości skumulowaną energię kosmiczną i wprowadzać swoich słuchaczy w międzygwiezdny trans. Intrygujące, prawda? Jednak najbardziej frapująca u Snowida jest muzyka, a dokładnie mocne, brudne, zadziorne, ostre disco skąpane mocno w syntezatorowym sosie rodem z lat osiemdziesiątych, niejednokrotnie również odwołujące się brzmieniem do muzyki z gier szesnastobitowych, co zresztą może sugerować czcionka zastosowana na płycie.

Muzyka i tematyka tekstów składa się na niezwykle oryginalną i niespotykaną dotychczas całość. Już otwierające płytę, zachowane w klimacie ostrego electro, Podróż na bagna Czarna tęcza wspaniale wprowadzają w Legendy. Marsjański młot brzmi dosłownie przebojowo, szczególnie, kiedy Snowid wykrzykuje frazy: Bogowie mi zesłali/Marsjański młot! Marsjański! Krakowski artysta raczy nas nie tylko ostrym electro, bo na Tam cię robal zje jest więcej dusznego klimatu, atmosfery tajemnicy i lęku, które są doskonale kreowane za pomocą syntezatorowych dźwięków.

Spokojniejsze rytmy, rzekłbym lekko romantyczne, przynosi Królowa podmokłych łąk. Tylko na chwilę, bo zaraz po nim następuje jeden z najlepszych, rozbrajających kawałków na płycie, czyli Wyprawa po magiczny miecz. Ostry, dyskotekowy rytm to już standard, ale tekst to kolejny majstersztyk, który w pewnym sensie opowiada o wyprawie w jakiejś, bliżej nieokreślonej, rozgrywce w grze RPG, no bo jak inaczej zinterpretować takie słowa: Drużyna zebrana i czas wyruszać w drogę/mamy szamana, on może nas uzdrowić/ty i ja i będzie przygód sto/dzisiaj wyruszamy by zwalczać wszelkie zło. Celem wyprawy oczywiście jest artefakt.

Na płycie mamy ponadto znamienitego gościa, czyli żeński duet pochodzący z Lublina – Kipikasza. Świetnie dziewczyny zaśpiewały w Strzygach i w Dziadach. Szczególnie w tych drugich połączenie ich wokali i muzyki Snowida zabrzmiało doskonale, przebojowo i co najważniejsze – ludowo. Po występach lublinianek godne uwagi jest Zabójca Kolosów i instrumentalny, intrygujący, kosmiczny, jakby rodem z soundtracku filmu dokumentalnego o kosmosie – Strumień Demonów.

I co ja mam napisać o Legendach Snowida? Ciężko jednoznacznie ocenić ten album, szczególnie, że o samym artyście i jego rzeczywistych motywacjach niewiele wiadomo. Trochę brakowało, aby mnie wprowadzić w międzygwiezdny trans, ale ta płyta jest tak naszpikowana pomysłami, szczególnie dotyczącymi warstwy literackiej, że nie raz ten krążek będzie się kręcił w moim odtwarzaczu. Snowid w polskim Internecie powoli staje się atrakcją i bardzo dobrze, bo jego muzyka wprowadza niewątpliwą świeżość w temacie sztuk odwołujących się do rodzimego folkloru.

Fot.: Snowid

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Gustuje w każdym gatunku oprócz rapu, jednak im większy gitarowy hałas, tym lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *