Książki,Recenzje

(Nie)zwyczajna przysługa – Darcey Bell – “Zwyczajna przysługa” [recenzja]

Zwyczajna przysługa to debiut literacki Darcey Bell. Jednak tytułowa przysługa wcale nie jest taka zwyczajna. W kinach można zobaczyć ekranizację powieści z Anną Kendrick i Blake Lively w rolach głównych. Przyznam szczerze, że sam zwiastun jest o wiele lepszy niż sama książka. Autorka miała dobry pomysł na fabułę, jednak realizacja okazała się nie najlepsza.

Dobry thriller powinien trzymać czytelnika w napięciu do samego końca, do ostatniego słowa. Nie może wszystkiego wyjawiać od razu i tak bardzo nudzić, że mamy ochotę odłożyć książkę na półkę, nie doczytując nawet do jej połowy. Pod tym względem Zwyczajna przysługa jest właśnie taką powieścią, po którą mało kto sięgnie dobrowolnie drugi raz. Czemu tak uważam? Powieść jest podzielona na trzy części, w każdej z nich możemy ujrzeć relację z perspektywy jednego z bohaterów: Stephanie, Emily lub Seana. Wszystko jest przeplatane postami z bloga Stephanie. Sama forma powieści jest trudna do ocenienia. Jedni czytelnicy (tak jak choćby ja) będą czuli się nieco zagubieni i przytłoczeni niezliczoną ilością wersji jednego wydarzenia. W tym przypadku o wiele lepiej sprawdziłaby się narracja trzecioosobowa.  Zdecydowanie bardziej obiektywna, która opisuje wszystkie zdarzenia po kolei. Innym spodoba się ta różnorodność w formie.

Sama fabuła jest bardzo męcząca. W zasadzie nic się nie dzieje. O ile na początku czytelnik myśli sobie, że ma przed sobą świetny thriller, o tyle z każdą kolejną stroną pojawia się coraz większe rozczarowanie. Niestety. Niby dużo tu intrygi i kłamstw, ale jednocześnie za mało.  Niby w połowie książki dowiadujemy się, że bohaterka jednak żyje, ale w zasadzie na tym kończy się nasze zainteresowanie. Zdecydowanie za mało akcji, a więcej przemyśleń bohaterów i przypominania w kółko tej samej historii.

Od takich książek oczekujesz ustawicznego utrzymywania w napięciu. Jakichś zwrotów akcji, niewyjaśnionych sytuacji – wtedy czytelnik ma możliwość dopisywania własnej wersji wydarzeń i próbuje rozwikłać niektóre zagadki samodzielnie. Tutaj bardzo szybko dostaje odpowiedzi na wszystkie pytania – podane jak na tacy.

Książkę uważam za przeciętna i myślę, że to najlepsze określenie. Na pochwałę zasługuje konstrukcja jednej z bohaterek – Emily. Jest to jedyna ciekawa postać w całej fabule, na którą warto zwrócić uwagę. Nigdy nie wiadomo, co ta kobieta wymyśli, zrobi i opowie innym. Trudno ją nazwać wariatką, być może wiele jej zachowań należy tłumaczyć trudnym dzieciństwem i dorastaniem u boku matki alkoholiczki i siostry (bliźniaczki), która jest uzależniona od narkotyków. Emily jest taka postacią, która zawsze wyjdzie zwycięsko ze wszystkich kłopotów i ma natychmiastowe rozwiązanie dla każdej trudnej sytuacji. Niełatwo dokładnie powiedzieć, co chce osiągnąć. Może po prostu pragnie zostać idealną matką dla swojego syna, dla którego de facto potrafi zrobić wszystko i to na nim jej zależy najbardziej.

Sięgnęłam po Zwyczajną przysługę, bo obejrzałam zwiastun filmu. Stwierdziłam, że sprawdzę, czy po przeczytaniu książki będę chciała jeszcze pójść na to do kina. Powieść mocno mnie do tego zniechęciła, choć sam zwiastun – jak już wcześniej wspomniałam – wydaje się reklamować film o wiele, wiele lepszy. Dla mnie autorka ma problem z prowadzeniem w ciekawy sposób samej akcji, dlatego ucieka się do wielokrotnych powtórzeń, ogólników. Mam wrażenie, że czasem po prostu przysłowiowo leje wodę. Samej książce przyznaję 5/10. Może kolejna powieść Darcey Bell będzie lepsza?

Fot.: Świat Książki