Muzyka,Recenzje

W głąb siebie – Lion Shepherd – “Hiraeth”

lion shepherd
lion shepherd

Płyta Hiraeth nie jest wydawnictwem, na które czekałem. Ba!, powiem brutalnie, że singiel Lights Out, pomimo ciekawego teledysku ani trochę z początku mnie nie kupił. Teraz wiem, że nie dałem tej muzyce odpowiedniej ilości czasu, który później poświęciłem na wysłuchanie debiutanckiego dzieła Lion Shepherd. Niewiele brakowało, abym fatalnie się pomylił.

Dałem jednak szansę całemu Hiraeth i już pierwsze nuty Fly On przekonały mnie, że moje pierwotne odczucia w stosunku do Lion Shepherd były absolutne nieuzasadnione. Powinienem podchodzić do nich z większym kredytem zaufania, bowiem zespół stworzony został przez dwójkę doświadczonych muzyków: Kamila Haidara, znanego z występów w eksperymentalno-metalowym bandzie Maqama i Mateusza Owczarka – wybornego gitarzystę, laureata wielu konkursów i również operującego gitarą w formacji Maqama. Skład uzupełnia sekcja rytmiczna w osobach Sławka Bernego i Wojciecha Rucińskiego. Szczególnie ten drugi niejednokrotnie zachwyci słuchacza swoimi basowymi pochodami czy grą na bezprogowym basie niczym Andy Fraser z Free.

O Lion Shepherd ciężko nie opowiedzieć bez wcześniejszego wspomnienia Maqamy, która charakteryzowała się tym, że w swojej muzyce nie uciekała się do tradycyjnego, rockowego instrumentarium, lecz również sięgała po instrumenty typowe dla etnicznej muzyki Bliskiego Wschodu, co oczywiście nadawało muzyce orientalnego posmaku, co w połączeniu z brudnymi gitarami, basem i generowanym przez nie hałasem, tworzyło oryginalne i odświeżające połączenie.

Lion Shepherd – Lights Out (Official Video)

Lion Shepherd równie chętnie sięga po te środki wyrazu jak santur czy oud inaczej nazywany lutnią perską, jednak tło muzyczne jest znacznie łagodniejsze. Maqamę można było od biedy porównywać do kapel z kręgu post-metalu czy nawet Amerykanów z Tool, to Lion Shepherd  zdecydowanie stawia na melancholijne granie, bliższe progresywnemu rockowi spod znaku Riverside czy ze względu na orientalne klimaty – Lunatic Soul, czyli solowemu projektowi Mariusza Dudy, wokalisty i basisty Riverside. Zresztą Lion Shepherd rusza w trasę koncertową z nimi jako support (i to nie pierwszy raz!), więc pewne stylistyczne pokrewieństwa są nieprzypadkowe.

Hiraeth zaprowadza nas w krainę łagodnych, melancholijnych, epatujących smutkiem kompozycji. Mało tutaj wesołych dźwięków, za to więcej zadumy i minorowego nastroju. Autor tekstów, Kamil Haidar, opisuje swoją twórczość jako podróż w głąb siebie i rzeczywiście – takim tripom nie mogą towarzyszyć wesołe dźwięki. Dobitnie uświadczymy tego w Lights Out. Ta balladowa, wspaniale rozwijająca się kompozycja, z odpowiednim dynamizmem i dramatyzmem, niespiesząca się nigdzie, momentalnie przykuwa do głośników, powodując, że zatracamy się w niej. Kamil Haidar nie sili się na ekwilibrystykę wokalną, śpiewa spokojnie, z wyczuciem, bez popadania w zbędne dźwięki tudzież tony – jego głos wspaniale unosi się nad całością, już od pierwszych słów: Lights Go Out/It’s So Quiet In Here…

Takich momentów spokoju, wyciszenia, jeszcze uświadczymy niejednokrotnie na Hiraeth. W większości akustyczny I’m Open ponadto zachwyca delikatnymi dźwiękami klawiszy, podkreślającymi urodę tego kawałka, jednak z czasem pojawiają się przeszywające dźwięki gitary elektrycznej Mateusza Owczaraka i z krainy akustycznej łagodności przenosimy się w rejony stricte rockowe. Podobnie jest w Wander, w którym wita słuchacza cudowna partia gitary akustycznej, jednak w tej kompozycji urokliwe momenty są przeplatane ze wspaniałymi partiami Owczarka.

Ale Lion Shepherd charakteryzuje też to, że ich muzyka jest mocno eklektyczna. W otwierającym Hiraeth – Fly On i w Smell of War słyszymy charakterystyczny głos wokalistki – Rasmy Al Mashana, która momentalnie wprowadza na płytę orientalny posmak swoimi wokalizami, zbliżając zespół do ram gatunkowych takich jak world music, etno. W tym samym Fly On słyszymy też santur, operowany przez Jahiara Azim Iraniego, który się pojawia się kilku innych kompozycjach. A sam Mateusz Owczarek, poza gitarami, obsługuje wspominany już instrument znany jako oud. Wymienione powyżej elementy doskonale łączą się z rockowym instrumentarium, które rzecz jasna przeważa na płycie.

Potrafi być też mocno, rockowo, z przytupem, trochę jak w pachnącym Riverside Brave New World. Jednak prawdziwym ciosem jest wstrząsający, traktujący o wojnie domowej w Syrii Smell of War. Pomimo że utwór zaczyna się czystym, ludowym, bliskowschodnim graniem, zanim nie pojawi się przestrzenna gra perkusji i głos Haidara, rozkręcając tym samym kompozycję, która przez dłuższy czas jest w pewnym sensie bardziej mantrą, aby pod koniec przyłożyć ostrym riffem i rozdzierającym głosem Haidara, doskonale podkreślającym niezbyt wesoły aspekt całości.

Szczerze mówiąc ta płyta, a szczególnie jej recenzja, okazała się dla mnie ciężkim orzechem do zgryzienia. Dźwięki zaproponowane przez Lion Shepherd od samego początku przeniosły mnie w inny świat, oddalając mnie od codziennych trosk, zgiełku, zmuszając mnie niejednokrotnie do refleksji, bowiem teksty są ambitne, mówiące często o nas samych, zapraszające do autorefleksji, spojrzenia w głąb siebie, własnej duszy. Z drugiej strony na płycie pojawiły się protest songi jak Smell of War albo ironiczny, kpiący z cywilizacji zachodniej Brave New World. To skąd ten orzech się pojawił? Wydaje mi się, że opisanie, ocenianie tej muzyki może być karkołomne, zniekształcające odbiorcy recenzji jej faktyczny kształt, charakter. Po prostu każdy powinien się zanurzyć w te dźwięki i wchłonąć je na swój własny sposób; zapewniam, że mało kto będzie nieusatysfakcjonowany. Lion Shepherd momentalnie wyrośli na zespół, który w krótkim czasie może zdetronizować wspomniany w niniejszej recenzji Riverside. Teraz jadą z nimi na trasę jako support – kto wie, co będzie za parę lat?

Fot.: MJM Music

Na Głosie Kultury odpowiedzialny za pisanie o muzyce. Gustuje w każdym gatunku oprócz rapu, jednak im większy gitarowy hałas, tym lepiej.