Filmy,Wielogłos

Wielogłosem o…: „Mauretańczyk”

mauretańczyk
mauretańczyk

Dziś internetowa premiera filmu Mauretańczyk w reżyserii Kevina Macdonalda, twórcy takich dzieł jak Ostatni król Szkocji, Czekając na Joe czy też nagradzanego dokumentu One day in september. Film dostępny jest na platformie Cineman, my zaś zapraszamy Was do bezspoilerowego wielogłosu na temat tej produkcji. Mauretańczyk to opowieść o więźniu przetrzymywanym bez żadnego wyroku w Guantanamo przez ponad dekadę. W rolach głównych zobaczymy: Jodie Foster (nagrodzoną Złotym Globem za swój występ), Tahara Rahima, Benedicta Cumberbatcha oraz Shailene Woodley.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Do Mauretańczyka podchodziłem w zasadzie bez oczekiwań. Wiedziałem mniej więcej, o czym opowiada film, ale sama historia, na której kanwie powstała ta produkcja, była mi dotychczas nieznana. Po rozdaniu Złotych Globów utwierdziłem się w przekonaniu, że to dobre aktorsko dzieło i choćby z tego względu warto zwrócić na Mauretańczyka uwagę. Po seansie oczywiście buzowały we mnie emocje, ale już następnego dnia odczuwałem lekki niedosyt nie tyle samą historią, ile sposobem jej przedstawienia. 

Sylwia Sekret: Ja również nie miałam żadnych oczekiwań względem tego filmu. Finalnie więc seans ani mnie nie zawiódł, ani też pozytywnie nie zaskoczył. Mauretańczyk robi wrażenie i pozostaje w pamięci ze względu na to, o czym opowiada, natomiast sposób, w jaki to robi, jest nie tyle zły lub mało efektowny, ile po prostu poprawny, przeciętny i już opatrzony – przynajmniej w moim odczuciu.

RYS FABULARNY

Mateusz: Dzieło Macdonalda przybliża nam sylwetkę Mohamedou Ould Slahiego, tytułowego Mauretańczyka, który został wydany władzom Stanów Zjednoczonych przez swój kraj na podstawie podejrzeń o rekrutowaniu bojowników Al-Kaidy powiązanych z zamachem z 11 września 2001 roku oraz rzekomych powiązaniach z samym Osamą Bin-Ladenem. Slahi został wysłany do osławionego dziś więzienia Guantanamo, prowadzonego przez wojsko Stanów Zjednoczonych, znajdującego się na terenie Kuby, w którym więzi się głównie mieszkańców Bliskiego Wschodu podejrzanych lub oskarżonych o terroryzm. 

Sylwia: Kiedy Mohamedou odsiaduje już kilka lat, i to bez żadnego konkretnego powodu, nie mówiąc już o jakiejkolwiek rozprawie, a rodzina nie ma od niego żadnych wieści, na jego sprawę trafia Nancy Hollander (w tej roli Jodie Foster, które otrzymała za tę kreację Złotego Globa), która razem z asystentką, młodszą od niej Teri Duncan (Shailene Woodley), postanawia zająć się obroną więźnia przetrzymywanego bezprawnie w ramach inicjatywy pro bono. Oczywiście nie jest to w smak jej pracodawcom, ponieważ choćby minimalne podejrzenie o udział w zamachach z 11 września nadaje sprawie medialny rozgłos, a stawanie po stronie domniemanego winnego (niewinnego?) rzuci negatywne światło na firmę. Nancy jednak stawia na swoim, zainteresowana sprawą, i już niedługo przyjdzie jej przekonać się, z jakim murem się spotka, chcąc dociec nie tyle prawdy, ile po prostu sprawiedliwości – nie dla winnego bądź niewinnego, lecz po prostu dla człowieka.

mauretańczyk

ZALETY I WADY FILMU

Mateusz: Zacznę od wad. Moim największym problemem, jaki widzę w tym filmie, jest brak jasno sprecyzowanego antagonisty. Dostajemy szereg bohaterów, z których większość to poczciwi i dobrzy ludzie, którzy albo znaleźli się w złym miejscu o złym czasie, albo są zbyt mali, by przeciwstawić się okrutnej machinie, jaką jest niezłomny rząd Stanów Zjednoczonych. W Mauretańczyku przeciwnik jest jakąś anonimową, abstrakcyjną zbiorowością. To nawet nie jest kwestia prawa, na które moglibyśmy zwalić okrutny los, który spotkał głównego bohatera, bo przecież film ten dobitnie pokazuje, czym kończy się brak respektowania praw. I nie chodzi mi o to, że chciałbym mieć przed oczami jednego aktora bądź kilka obradujących głów, na które mógłbym się gniewać w imię Slahiego. Bardziej uderza mnie właśnie fakt, że film skupia się tylko na tych dobrych ludziach, którzy byli związani z tą sprawą. Tu tkwi mój główny zarzut wobec filmu Macdonalda.  

Nie zrozumcie mnie źle – Mauretańczyk w bardzo dobrze wyważony sposób opowiada swoją historię. To Slahi jest ofiarą, ale w żadnym stopniu nie został tu wybielony zamach z 11 września. Jedyny fakt, przez który naród Stanów Zjednoczonych może się poczuć w jakimś stopniu urażony, to ukazanie nieposzanowania konstytucji przez kraj, który szczyci się… poszanowaniem konstytucji. To też jest zresztą kwintesencją tego dramatu, ale o tym lepiej będzie, jak pomówimy w kolejnej kategorii. 

Sylwia: Nie do końca się z Tobą zgodzę. Dla mnie brak jasno sprecyzowanego antagonisty nie jest wadą, a wręcz zaletą filmu. Choć słowo „zaleta” również nie do końca mi tu pasuje. Moim zdaniem inne podejście do sprawy mogłoby uczynić film po prostu… infantylnym. Bo przecież świat tak nie działa. Rzadko kiedy w sprawach tak wielkiej wagi mamy jednego złego. Oczywiście tak byłoby łatwiej, prościej, a nawet ciekawiej. Dla widza również płynąłby z tego szereg korzyści, bo jego negatywne emocje, jego żal i frustracja mogłyby skumulować się w jednym miejscu. Ale niestety – ponownie – świat tak nie działa. Powiem więcej – żeby doszło do takich nadużyć, do takiej niesprawiedliwości, do takich zaniedbań – musi być w to zamieszana masa ludzi. Inaczej by się to nie udało. Nie na taką skalę. Wracając do meritum – dla mnie jest to zaleta, bo uwiarygadnia historię opisaną w filmie, a ta przecież wydarzyła się naprawdę – i w niej również antagonistę trudno doprecyzować. Mało filmowo, wiem, ale przynajmniej (i niestety) życiowo. Film skupia się na dobrych ludziach, bo tych można wskazać jako jednostki, a złych – nie do końca. Zresztą, nie bez powodu w produkcji znalazła się scena, w której sam więzień reaguje śmiechem przez łzy na wieść, że wraz z panią adwokat będą oskarżać… prezydenta i rząd Stanów Zjednoczonych. Bo jednostkowych winnych nie ma. Kiedy przychodzi do wskazywania ich, każdy umywa ręce, szuka kozłów ofiarnych, nie przyznaje się. Poza tym – zbiorowości (i to takiej!) łatwiej wybaczyć. Łatwiej usprawiedliwić.

Mateusz: Wracając do zalet – na pierwszy plan wysuwa się fenomenalny wręcz Tahar Rahim, który powinien zgarnąć przynajmniej Złotego Globa za swoją rolę i zupełnie nie rozumiem, jakim cudem przegrał z Chadwickiem Bosemanem. Do plusów należy zaliczyć także Jodie Foster i ogólnie sprawną realizację tego projektu, bo Mauretańczyk to film, który ogląda się bez komfortu, ale o to przecież chodziło. 

Sylwia: Tak! Kreacja Rahima była fenomenalna i przyćmił on całą obsadę, łącznie nawet z samą Jodie Foster, która zagrała naprawdę bardzo dobrze. Ale o aktorstwie będziemy mówić później w ramach odpowiedniej kategorii. Ja może powiem tak – Mauretańczyk się ciągnie i wydaje się, że trwa dłużej, niż rzeczywiście ma to miejsce. I teraz zostajemy postawieni przed pytaniem: czy jest to zabieg celowy, mający podkreślić lata niewoli głównego bohatera, a także uczynić odczuwalnym jego dyskomfort, choć w malutkiej namiastce, czy wcale twórcom nie o to chodziło i sami nie planowali takiego odbioru dzieła? Jeśli prawdą jest to pierwsze, to pojawia się kolejne pytanie: czy jest to wada, czy zaleta? Odpowiedź natomiast nie zaskoczy, bo… każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Dla jednych będzie to bowiem wada, dla innych zaleta. Ja podczas seansu traktowałam to jako minus, jednak po seansie, oceniając film „na chłodno”, skłaniam się jednak ku odbieraniu tego jako jednej z zalet.

Film bardzo dobrze działa na wyobraźnię. Zarówno sceny z pozoru nijakie, w których przed Nancy rozciąga się widok stosu akt, jak i te oddziałujące na widza natychmiast i niemal boleśnie – mam tu oczywiście na myśli sceny tortur – zostały zrealizowane, oświetlone, zagrane i zmontowanie tak, że spełniają swoją funkcję, nienachalnie pozwalając nam odczuwać i interpretować to, co się dzieje na ekranie.

Wadą natomiast, i to całkiem sporą, jest dla mnie niewykorzystanie potencjału dwóch postaci – Stu i Teri. Stu to postać, której skrawek historii, który poznajemy, przedstawia się niezwykle interesująco i spokojnie moglibyśmy otrzymać tę samą historię opowiedzianą z jego perspektywy i byłaby ona przynajmniej równie ciekawa. Tymczasem w Mauretańczyku jego potencjał w ogóle nie został wykorzystany i z ciekawego bohatera został jedynie cień, który spełnia założenia scenariusza. Co do Teri natomiast… Być może również nie został wykorzystany jej potencjał, chociaż w jej przypadku skłonna jestem nawet stwierdzić, że gdyby usunąć ją całkowicie z filmu, nie straciłby on zupełnie nic. To taka kartonowa makieta, którą postawiono obok Jodie Foster – w zasadzie nie wiadomo dlaczego. I absolutnie nie krytykuję tu aktorki, a jedynie nie widzę sensu istnienia postaci, którą przyszło jej zagrać.

PROBLEMATYKA

Mateusz: Mauretańczyk porusza istotne kwestie dotyczące podstawowych praw człowieka, takie jak prawo do wolności, prawo do obrony, prawo do sądu, które zostały złamane w przypadku tak drażliwej i delikatnej dla narodu amerykańskiego sprawy, jaką jest zamach z 11 września 2001 roku i ogólnie pojęta walka z terroryzmem. W niektórych kwestiach aż nadto widoczna jest podwójna moralność, którą stosują setki osób. A przecież każdy ma swoje prawa i nie jest to z mojej strony deklaracja polityczna, ale czysto ludzki odruch. 

Sylwia: Podwójna moralność i – dodałabym jeszcze – w pewnym sensie hipokryzja. Bo w Mauretańczyku mamy do czynienia z sytuacją, w której szukając usilnie sprawiedliwości, ludzie posiłkują się jej odwrotnością. Chcąc w jakikolwiek sposób zadośćuczynić za zło – wykorzystują je jako oręże. Wyrządzone krzywdy próbują załatać kolejnymi, tym razem tymi, które sami zadajemy. To natomiast sprowadza się do jednego – ofiara staje się katem i niczym nie różni się od niego. W tym przypadku jest jeszcze gorzej, bo nie ma dowodów na to, jakoby ów kat tym katem faktycznie był. To z kolei prowadzi nas do kolejnego ciekawego tematu, który poruszyłeś na samym początku i – paradoksalnie – w zupełnie innym kontekście. Tak jak Tobie w dziele Kevina Macdonalda brakuje głównego antagonisty, tak i owemu niesprecyzowanemu złu widzianemu powiedzmy jako rząd i wojsko Stanów Zjednoczonych, również tego antagonisty brakuje. Potrzebny więc jest kozioł ofiarny, na którym można wyładować złość i – co równie ważne – pokazać społeczeństwu, mówiąc: oto znaleźliśmy źródło zła, więc nie musicie się już bać. 

Mauretańczyk to również rozważania na temat tego, czy jesteśmy na tyle ludzcy w swoim człowieczeństwie, by okazać szacunek jednostce, nawet jeśli być może jest winna. Nawet jeśli najprawdopodobniej jest winna. Nadal zasługuje wtedy na sprawiedliwy proces. A przecież Mauretańczyk nie daje stuprocentowej odpowiedzi na to, czy główny bohater był winny. Jedni mu uwierzą, drudzy nie. Ale nie to jest kwintesencją filmu. Dzieło porusza również problem tego, że przecież nawet największy złoczyńca ma jakichś swoich bliskich. I bez względu na to, czego się dopuścił, mają oni prawo wiedzieć przynajmniej, co się dzieje z ich – dzieckiem, rodzicem, rodzeństwem. Miejmy chociaż tyle przyzwoitości, by nie odbierać takich praw. Świadomie bądź nie bowiem rodzinę Mauretańczyka również skazano na tortury.

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI 

Mateusz: Dość jednowymiarową postacią w tym dramacie jest grany przez Cumberbatcha Stu Couch – wojskowy prokurator, który miał wystąpić w roli oskarżającego Slahiego. Mężczyzna ten przedstawiany jest jako praworządny patriota, zasłużony żołnierz z wysoką rangą, który otrzymując zadanie skazania Mauretańczyka, przyjmuje je bez wahania i z wdzięcznością. Gdy wysłuchuje racji Nancy Hollander, która wzięła na siebie zadanie obrony Slahiego, Couch zaczyna mieć wątpliwości, które rozwieją się, gdy mężczyźnie przyjdzie zmierzyć się z dowodami wprost z Guantanamo. Zabrakło mi ikry w tym bohaterze. Odnoszę wrażenie, że zamierzeniem twórców było ukazanie pewnego siebie mężczyzny, który nie patrzy ślepo na rozkazy, ale potrafi wykazać się samodzielnym osądem sytuacji i w momencie, w którym fakty kłócą się z jego sumieniem, odpuszcza, a wyszedł z tego bohater, który jest trochę takim „ciapciakiem”, który wychodzi tylnymi drzwiami, unikając uwagi i zostawiając sprawę swojemu biegowi. Opowiesz kilka słów na temat pani adwokat?

Sylwia: Opowiem, ale to za chwilkę. Chciałam jeszcze wrócić na moment do postaci Stu. Zgadzam się z Tobą i dodałabym jeszcze, że nie bez powodu została wprowadzona postać żony jego przyjaciela, który w zamachach z 11 września zginął. Żona, która miała być, jak mniemam, katalizatorem do tego, by Stu był bardziej  nieugięty, miała nadawać sprawie osobisty, emocjonalny wyraz. Jednak nie do końca to wyszło, co jest kolejnym dowodem na to, że jego postać została nieco zmarnowana.

Nancy natomiast to silna, twarda pani adwokat, która – co widać w niemal każdej jej minie i postawie – z niejednego pieca chleb jadła (a przynajmniej jeśli chodzi o sprawy zawodowe). Ma ogromne doświadczenie, wydaje się nieustraszona w swojej pracy. Jest też jednak bezkompromisowa i próżno szukać na jej twarzy emocji. Oczywiście są w niej, ale powierzchowność pani adwokat można by opisać frazeologizmem, że wszystko spływa po niej jak po kaczce. I jak to w przypadku tego typu postaci w tego typu dziełach filmowych bywa – w pewnym momencie następuje załamanie, a my widzimy, co kryje się pod noszoną na co dzień maską. Przy omawianiu postaci Nancy warto też dodać, że stoi ona w mocnej opozycji do swojej młodszej koleżanki, Teri. O ile bowiem Teri, kiedy dowody wskazują na winę ich klienta, jest oburzona i woli zrezygnować ze sprawy, o tyle Nancy zachowuje pełen profesjonalizm i gotowa jest bez zmian walczyć o sprawiedliwy proces – bez względu na winę czy niewinność Mauretańczyka. To zresztą jedyny sensowny powód, dla istnienia w filmie postaci Teri – podkreślenie profesjonalizmu Nancy, która odstawia emocje na bok i traktuje swojego klienta po prostu jak człowieka, który bez względu na to, co zrobił lub czego nie zrobił, zasługuje na sprawiedliwy proces na podstawie dowody.

AKTORSTWO 

Mateusz: Tahar Rahim to prawdziwe objawienie. Nie widziałem go w innych produkcjach (aż cztery filmy z jego udziałem mam oznaczone jako te, które chciałbym zobaczyć), ale swoją rolą Slahiego wprost oczarował. Ten aparycją przypominający Matthew Foxa (Jack z serialu Zagubieni) francuski aktor dał tutaj istny koncert aktorstwa, udowadniając, że wcale nie trzeba szarżować przy portretowaniu jednostek, które przeżyły skrajne sytuacje. Rahim nie ucieka się do płaczliwych gestów, ale swoją grą zaznacza to, co powinno w nas uderzyć. Dlatego jego kreacja zostaje w pamięci i będzie jedną z tych, które będę przywoływał w odniesieniu do świetnego aktorstwa. Partnerująca mu Jodie Foster była dobra, ale nie miała możliwości scenariuszowych, by ukazać swą wybitność (jak w Milczeniu owiec). Na dalszym planie są Woodley oraz Cumberbatch, którzy dostali dość płaskich bohaterów do zagrania i zdecydowanie nie wykorzystano drzemiącego w nich potencjału aktorskiego. 

Sylwia: Tak, to jest dokładnie to, o czym wspominałam. Cumberbatch i Woodley wcielili się w postacie, które były albo nieistotne (Teri) albo źle poprowadzone (Stu). W przypadku Woodley jej szalenie nieinteresująca postać stanowiła natomiast ciekawy kontrast (ponownie) tym razem aktorski, do głównego bohatera. Sceny z tą dwójką pokazują przepaść aktorską. Z tym że o ile kunszt aktorski Tahara Rahima został dzięki scenariuszowy uwypuklony, o tyle talent Woodley po prostu stłamszony, czy wręcz koncertowo zakryty. Foster z kolei wcieliła się w rolę pani adwokat bezbłędnie. Może czegoś delikatnie zabrakło, ale jeśli tak, to w samej postaci, a nie w odtworzeniu jej przez aktorkę.

KWESTIE TECHNICZNE

Mateusz: Mauretańczyk to sprawnie zrealizowany film, z bardzo dobrym udźwiękowieniem i dość przeciętną ścieżką dźwiękową (kilka dni po seansie nie jestem w stanie przywołać choćby jednego motywu muzycznego, ale prawda jest taka, że film nie może pochwalić się rozpoznawalnym w przemyśle kompozytorem). Na pewno sporym wyzwaniem był fragment przesłuchań i tortur Slahiego, a jest to jeden z najlepszych momentów w filmie, dlatego śmiało mogę potwierdzić, że była to ze strony twórców dobra robota.

Sylwia: Tak, to prawda, sceny tortur zostały moim zdaniem zrealizowane świetnie. I choć trudno mówić tu o ulubionym fragmencie, z uwagi na ciężar, jakim charakteryzują się te sceny, to trzeba przyznać, że robią one ogromne wrażenie i wywołują niesamowity dyskomfort – który oczywiście jest niczym w porównaniu z uczuciem torturowanego. Jasne, powolne, a wręcz niemal leniwe momentami sceny w porównaniu ze wspomnianymi torturami stają się jeszcze jaśniejsze i jeszcze wolniejsze. Dobrze moim zdaniem sprawdził się tu montaż, który w sensowny sposób składa te wszystkie sceny, podkreślając ich odmienny charakter, ale zachowując spójność w kontekście całego dzieła. 

SŁOWEM PODSUMOWANIA 

Mateusz: Mauretańczyk to film, który z pewnością wywoła dyskusje. Nie zmienia to faktu, że to historia, o której opowiada, czyni go tak mocnym obrazem, a w samej produkcji czegoś brakuje. Po seansie w widzu pozostaje wrażenie niedosytu, mimo iż najwięcej emocji czai się na widza w finałowym akcie. Ja po tym filmie z pewnością bliżej przyjrzę się Taharowi Rahimowi, bo facet koncertowo pokazał, że potrafi grać, a historia Slahiego jest kolejną cegiełką do negatywnego myślenia na temat świata, w jakim żyjemy. 

Sylwia: Trudno się z Tobą nie zgodzić. Historia tytułowego Mauretańczyka to iście filmowa opowieść, która w zasadzie nie potrzebowała wiele, by stać się przejmującą opowieścią o zakłamaniu, hipokryzji, niesprawiedliwości, cierpieniu i poszukiwaniach winnego, które okazują się zgubne dla naszej moralności. Nie potrzebowała wiele i wiele nie otrzymała. Mamy tu oczywiście świetnych aktorów, ale jedynie z dwojga wyciśnięto pełnię ich możliwości. Mamy poprawność, jeśli chodzi o zdjęcia, montaż, muzykę, scenariusz. Nie ma tu żadnych kontrowersyjnych zabiegów – i słusznie, bo niepotrzebnie odwracałyby one uwagę od przejmującej historii, którą napisało samo życie. Ale. No właśnie – to wszędobylskie „ale”… Po seansie Mauretańczyka po głowie nieustannie kłębi się myśl, że gdzieś już to widzieliśmy. Co nie znaczy, że owo „ale” film Macdonalda dyskredytuje lub czyni go przeciętnym. Nie – Mauretańczyk to film dobry, momentami bardzo dobry, ale głównie za sprawą opowiadanej historii. To ona wbija nas w fotel. I mam wrażenie, że twórcy, wiedząc o tym, nie próbowali wbić nas w ten fotel czymś innym. I nie zrobili tego. Film broni się sam. Ale kto wie, być może był w stanie obronić się jeszcze lepiej?

Fot.: Cineman


Przeczytaj także:

Wielogłos o filmie Spotlight

Podobne wpisy:

Ocena Mateusza:6.5
Ocena Sylwii:6.5
6.5Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *