Wielogłosem o…: „Dunkierka”

Dunkierka

Wojna… Wojna nigdy się nie zmienia… Tym cytatem z popularnej serii gier o tematyce postapokaliptycznej rozpoczynamy omówienie najnowszego filmu Christophera Nolana – Dunkierka. Przytoczony cytat nie jest w żadnym razie przytykiem w stronę filmu, bo chociaż sam konflikt zbrojny rzeczywiście zawsze wygląda tak samo i niesie za sobą identyczne problemy, o tyle sposób ukazania wojny wciąż może widza czymś zaskoczyć, a tego właśnie dokonał w swoim ostatnim dziele brytyjski reżyser i scenarzysta. Wizjonerski kunszt Nolana pozwolił obejrzeć nam ewakuację setek tysięcy brytyjskich żołnierzy z Dunkierki i okolic w sposób na tyle interesujący, że właśnie tak chcielibyśmy przyswajać sobie wiedzę historyczną. Oczywiście Dunkierka jest filmem fabularnym i nie należy traktować go jako dokument, ale podejście reżysera do podejmowanej opowieści z pewnością zaskoczy wielu i podzieli widzów na tych, którzy staną za tą wizją murem, oraz na tych, którzy poczują się rozczarowani i zniechęceni. Obojętnie, po której stronie barykady się znajdziecie – nie można zaprzeczyć, że film wprost powala sposobem realizacji. A jeśli udało Wam się obejrzeć Dunkierkę w IMAX – efekt tylko zostanie spotęgowany.

WRAŻENIA OGÓLNE

Mateusz Cyra: Jeśli chodzi o Nolana – należę do widzów przygotowanych. Odkąd pojawiły się pierwsze wzmianki o tej produkcji, regularnie przeglądałem zagraniczne serwisy w poszukiwaniu strzępków informacji, ciekawostek z planu, wywiadów i tym podobnych kwestii. Dlatego też w dniu premiery doskonale wiedziałem, czego się spodziewać, tym bardziej że pozwoliłem sobie na zapoznanie się z kilkoma nie zdradzającymi fabuły recenzjami. Te co prawda były różne – jedne z większym, drugie z mniejszym entuzjazmem podchodziły do najnowszego dzieła Christophera Nolana, ale nie było tekstu negatywnego. Od Mrocznego Rycerza postanowiłem sobie jedno – będę oglądał dzieła mistrza tak, jak on sam by sobie tego życzył, a więc w kinie IMAX, które jako jedyne jest w stanie w pełni sprostać tak wizji, jak podejściu do kręcenia filmów przez uznawanego już za wybitnego reżysera XXI wieku. Nie zawsze mi się to udawało (jak choćby z największym jego widowiskiem – Interstellar, nad czym ubolewam po dziś dzień), ale w przypadku Dunkierki wszystko poszło zgodnie z planem. Wyciągnąłem nawet przyjaciół niemalże za uszy na seans do wspomnianego IMAX-u i przyznam szczerze – miło mi było, gdy zatkało ich na widok możliwości, które oferuje tego typu technologia. Wracając jednak do najnowszego dzieła Nolana – wiedziałem, czego się spodziewać, ale mimo to nie spodziewałem się, że film będzie mnie trzymał w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Umiejętności Brytyjczyka są nieocenione i z każdym filmem twórca zaskakuje mnie czymś nowym.

Mateusz Norek: Ja dla odmiany zupełnie na Dunkierkę nie czekałem; kiedy usłyszałem, że powstaje, przyjąłem tę informację z chłodną obojętnością. Zobaczyłem zwiastuny i też jakoś szczególnie mnie nie porwały. Ale kiedy w końcu zbliżał się moment wejścia filmu do kin, postanowiłem się jednak wybrać, bo po prostu lubię kino wojenne i brakowało mi w tym temacie nowości. Do seansu usiadłem bez większych oczekiwań, nie przeczytawszy żadnej recenzji i z bardzo podstawową wiedzą o drugowojennej historii, której ekranizacji podjął się Nolan. Przyznać reżyserowi trzeba przede wszystkim jedno – zaserwował widzom nowe, świeże spojrzenie na kino wojenne. Gdybym miał określić film Dunkierka jednym słowem, byłoby to słowo „surowy”. To obraz stworzony bez efektów specjalnych, przy udziale dużej liczby statystów i prawdziwych jednostek pływających i latających. Ale ta surowość obejmuje nie tylko aspekty stricte techniczne, to również sposób ukazania bohaterów, którzy w tym filmie głównie są obserwatorami wydarzeń, to nie oni je kreują i to nie oni popychają fabułę do przodu. Oczywiście nie są oni pozbawieni barw, ale to zwykli ludzie, którzy chcą przeżyć lub pomóc przeżyć innym, nie ma tutaj miejsca na wielkie przemiany charakterów, długie dialogi i pompatyczne cytaty.

Patryk Wolski: Podobnie jak Noras, nie czekałem na ten film. A to dziwne, bo uwielbiam Nolana za Incepcję i Interstellar i spodziewałem się, że kolejny jego film będzie oczywistą rzeczą do obejrzenia. Tymczasem zapowiedź filmu wojennego całkowicie mnie odrzuciła – szczerze mówiąc, mam już dość drugowojennych epickich obrazów, gdzie twórcy wciskają widzom na siłę łzy do oczu. Dobił mnie trailer – wyczuwałem w nim jedynie ogromny patos i niewerbalny przekaz “patrzcie, wojna jest niebezpieczna, dopiero w naszym filmie to udowodnimy”. Najczęściej okazywało się, że obietnice ekipy filmowej rozmywały się na ekranie, dlatego na Dunkierkę szedłem z ogromną rezerwą, spodziewając się filmu mało interesującego, przez co musiałbym umniejszyć we własnym postrzeganiu kunszt reżyserski Christophera Nolana. Na szczęście moje obawy były znacznie przesadzone – ten film faktycznie pokazał II wojnę światową trochę inaczej niż w innych wcześniej przeze mnie oglądanych filmach.

PLUSY I MINUSY FILMU

Mateusz C: Niewątpliwie plusów jest więcej niż minusów, chociaż w przypadku Nolana wszystko jest kwestią sporną. To, co dla jednych będzie olbrzymią zaletą, inni uznają za zbędną poprawność polityczną, nadmierny patos lub nieudolną próbę dokumentalizacji wydarzeń. Ja jednak skłaniam się ku tej części widowni, która z wielką przyjemnością przyjęła to, co zaoferował nam twórca Incepcji. Dla mnie największą i niezaprzeczalną zaletą Dunkierki jest fenomenalne oddanie przestrzeni. Już przy Interstellar Nolan pokazywał, że uwielbia szeroką perspektywę i jak nikt potrafi wykorzystać jej potencjał na ekranie. Obserwowanie widoków z lotu ptaka bądź ze skrzydła Spitfire’a zapiera dech w piersiach. Niewątpliwie duża w tym zaleta zdjęć Hoyte van Hoytema. To, co również zaliczam do największych zalet, to skupienie się na wojnie samej w sobie, a nie na podziale na tych dobrych lub na tych złych. W Dunkierce głównym wrogiem jest sam konflikt zbrojny, a nie konkretne państwo. Ani przez minutę nie zobaczymy twarzy niemieckiego żołnierza, co – jak już wspomniałem – przez jednych uznane zostanie za wielki plus, a dla innych będzie to przesadna poprawność polityczna. Kolejnym plusem jest świetnie zgrana z wydarzeniami ekranowymi muzyka Hansa Zimmera, dzięki której jesteśmy niemal w nieustannym napięciu. Wszystkie te elementy składają się na kolejny plus, a mianowicie na wywołanie niepowtarzalnego klimatu niepewności, strachu, stresu. W zasadzie od pierwszej do ostatniej minuty filmu czujemy te emocje i cały czas wyczekujemy najgorszego. Coś pięknego!

Patryk: Najważniejszym, najbardziej wyróżniającym się czynnikiem w tym filmie jest ukazanie osaczenia, jakie czuje podrzędny żołnierz podczas ucieczki. Jak wiemy, alianci musieli się ewakuować z Francji, aby zachować twarz i armię; to jednak jedynie suchy fakt historyczny, natomiast namacalne jest przerażenie tych setek tysięcy ludzi, którzy czekali na plażach Dunkierki, aby uciec z tego piekła. I to Nolanowi wyszło cholernie dobrze – przez cały film byłem potwornie spięty i czułem całkowity dyskomfort. I to nawet nie był ten rodzaj strachu, który dopada nas podczas oglądania horrorów. Siedząc na sali kinowej, czułem się jak w tych najgorszych momentach w życiu, kiedy człowiek czuje się rozbity, ubezwłasnowolniony przez czynniki zewnętrzne i z tego powodu po prostu przerażony.

Elementem potęgującym doznania zaserwowane w Dunkierce jest całkowita anonimowość bohaterów – i to na dwóch płaszczyznach. Pierwszą są postacie fabularne i ich zachowanie. W filmie nie poznajemy ich dramatycznych historii, nie obserwujemy patetycznych scen, kiedy to zasmuceni patrzą w niebo, marząc, aby spotkać swoje rodziny. Chociaż Nolan obrał sobie kilku bohaterów za głównych, niczym szczególnym nie wyróżniają się z tłumu. W Dunkierce praktycznie nie ma dialogów, więc też nie zagłębiamy się w filozoficzne wywody żołnierzy. Nareszcie ktoś na to wpadł! Nareszcie ktoś pomyślał o tym, że w tak dramatycznych chwilach mielenie ozorem to najmniej pożyteczna czynność. Ten zabieg pozwolił reżyserowi skupić się na budowaniu napięcia, którego nie rozpraszają niestety często drętwe dialogi w innych filmach wojennych.

Okej, ale powiedziałem, że jest jeszcze druga płaszczyzna anonimowości – są to twarze aktorów, gdzie poza nielicznymi drugoplanowymi rolami pojawiają się nieznani wcześniej przedstawiciele aktorskiej sceny. Dzięki takiemu zestawieniu doszło do tego, że po samym seansie nie mogliśmy dojść do porozumienia, co się ostatecznie stało z jednym z bohaterów – czy to cały czas był ten sam, czy może pomylił nam się z tym drugim? Brzmi to żałośnie, ale ja właśnie uważam to za kolejny plus Dunkierki, który potwierdza pełną świadomość w działaniu Nolana: zróbmy film wojenny, w którym nie wycieramy sobie gęby widza twarzą jednego bohatera.

Mateusz N: Również porwała mnie bardzo atmosfera filmu, to uczucie zagrożenia i osaczenia były niemal namacalne. Weźmy chociażby otwierającą scenę – Dunkierka wygląda na opuszczoną, żołnierze nieśpiesznie maszerują ulicą i nagle odzywają się niemieckie karabiny. Kamera cały czas jest blisko Anglików; podobnie jak oni, my również nie mamy pojęcia, skąd padają strzały. Bohater, który przeżył i którego akurat obserwujemy, wychodzi na plażę, gdzie widzimy rozpościerające się oddziały gotowych do ewakuacji żołnierzy. Jest cicho i spokojnie, ale już wiemy, że to kłamstwo, bo miasteczko jest otoczone przez wroga. Do tego muzyka już wtedy jest niespokojna i oprócz kilku momentów będzie już taka przez cały film. Trudno sobie wyobrazić, co działo się w głowie przebywających na plaży żołnierzy, ale z bardzo utrudnionym wsparciem z powietrza, bez ciężkiego sprzętu i broni przeciwlotniczej byli w naprawdę opłakanej sytuacji, zdani tak naprawdę na łaskę niemieckiego lotnictwa. To uczucie beznadziei potęgowały sceny, w których statki ewakuujące żołnierzy po kolei zostawały zatapiane i wycieńczeni Anglicy znów musieli płynąć do plaży, z której chcieli uciec. Anonimowość, o której wspomniał Patryk, objawia się również w umieraniu. Przy bombardowaniu żołnierze padają na ziemię, ale nie ma tutaj zbliżeń, latających kończyn, ba, nie ma nawet krwi. Po nalocie część żołnierzy po prostu wstaje, a część nie. Znowu – surowość i minimalizm. Na wielki plus uznaję ukazanie tematu na trzech płaszczyznach – obserwujemy żołnierzy na plaży (ląd), cywilny statek zmierzający na pomoc (woda) oraz walki powietrzne (niebo). Może to jakaś symbolika? Nie zdziwiłbym się, bo nic w tym filmie nie jest przypadkiem. Jak chociażby to, że – jak już zostało wspomniane – nie widzimy ani jednego niemieckiego żołnierza. Podczas starć na niebie dokładnie widzimy angielskie Spitfire’ry, zbliżenia są częste. Jednak maszyny Trzeciej Rzeszy widoczne są jedynie z daleka, zamazane.

Patryk: Wady? To, co powiem może być odrobinę zakręcone, ale według mnie ma sens – największą wadą tego filmu jest jednocześnie jego zaleta, czyli nieustanne trzymanie widza w przerażającym napięciu. Tak, ja wiem, że taki był zamysł i jeden z głównych celów filmu i wyszło to świetnie. Ale naprawdę, odczuwanie tak ogromnego stresu przez prawie dwie godziny było na tyle męczące, że gdyby ktoś kazał mi obejrzeć Dunkierkę tego samego dnia jeszcze raz, to bym się chyba rozpłakał. To naprawdę świetny film, ale wiem również, że z racji ogromnej porcji nerwów, jakie serwuje, trochę czasu minie, zanim obejrzę go ponownie.

Mateusz N: Tak, co by nie mówić, film jest męczący. Miałem też wrażenie, że mógłby trwać nieco krócej, bo kilka ujęć, szczególnie z perspektywy pilotów, gdzie widzimy po prostu, jak lecą i nic się nie dzieje, może usypiać i o ile ja zwyczajnie nigdy na filmach nie zasypiam, jestem w stanie uwierzyć, że ktoś na Dunkierce w wygodnym, kinowym fotelu zaliczył małą drzemkę. Specyfika kilku ram czasowych sprawia, że niektóre scen oglądamy jakby dwa razy, tylko z innej perspektywy i nie wiem jak Wy, ale mi zdarzyło się pogubić i nie wiedziałem do końca, czy obserwuję płynący na dno nowy statek, czy to ten sam, który wcześniej opuszczał jeden z bohaterów. Chyba dopiero po seansie w pełni udało mi się poukładać chronologię wydarzeń.

Mateusz C: Tak, też miałem ze dwa momenty w trakcie trwania filmu, kiedy nie mogłem do końca zrozumieć, czy oglądam to samo zdarzenie z innej perspektywy, czy jednak jest to coś nowego.

 

NAJLEPSZA SCENA

Mateusz C: Jak już wspomnieliśmy – Dunkierka została podzielona na trzy płaszczyzny czasowe. Tydzień, dzień i godzina. Plaża, ocean i powietrze. I dla mnie wszystko, co najlepsze w tym filmie, dzieje się właśnie w przestworzach. Zmagania trójki pilotów Spitfire’ów to naprawdę piękna sprawa i to właśnie te momenty zostały we mnie do tej pory.

Patryk: Chyba najbardziej zapadającą w pamięć będzie ta, w której płonąca na wodzie ropa naftowa uwięziła część żołnierzy pod wodą. Ta walka o każdy oddech… Brrrr.

Mateusz N: Na pewno świetnie została zrealizowana pierwsza scena, o której już wspominałem. Bardzo zapadła mi w pamięć również ta, w której dwójka bohaterów próbuje przetransportować, jak się okazuje, żyjącego jeszcze rannego, do odpływającego statku – bez zbędnych dialogów, za to z wieloma świetnymi zdjęciami oczekujących na molo żołnierzy. Kłótnia Anglików i Francuzów na temat tego, jakiej narodowości ranni mogą być ewakuowani, zmęczone, zdeterminowane twarze aliantów, stłoczonych jak mrówki, wreszcie świetny obraz niezliczonego rzędu karabinów Lee-Enfield, opartych o mur przy plaży i pozostawionych, bo nikt tutaj nie łudzi się, że jeszcze mogą się przydać i pomóc przeżyć.

NAJGORSZA SCENA

Mateusz C: Nie wiem, czy mogę wskazać takową. Dunkierka to niemal dwugodzinna jazda bez trzymanki i nie wiem, czy w tak intensywnym filmie jest jakiś typowo słabszy element. Jeśli miałbym już zupełnie na siłę coś wskazywać, to będą to dla mnie końcowe sceny z pociągu, które moim zdaniem nie były wcale konieczne.

Patryk: Jedna z ostatnich scen, gdy brytyjski żołnierz budzi się na plaży. Nie wiem, jaki był zamysł tej sceny, ale była ona komiczna i niepasująca do reszty. Jedyne usprawiedliwienie jest takie, że wtedy już było po wszystkim, więc można było sobie pozwolić na spokojniejszy oddech.

Mateusz N: Jedna z ostatnich, kulminacyjnych scen, gdzie wszyscy z zapartym tchem obserwują, czy jeden z cywilnych statków nie padnie ofiarą Luftwaffe, nie pasowała mi zupełnie do tego filmu. Do chłodnego i zdeterminowanego podejścia żołnierzy i ich dowódców, do przyjmowania na spokojnie śmierci. Końcówka trąci trochę taką pompatycznością, która nie jest zła sama w sobie i często wykorzystywana jest w kinie wojennym, ale w Dunkierce była w mojej opinii zbędna. Tym bardziej że potem następuje jeszcze scena w pociągu, która jest lepszym, mądrze spuentowanym zakończeniem.

Mateusz C: Zgadzam się z Wami, w końcówce Nolan balansował na granicy dobrego smaku, jeśli chodzi o ilość patosu. Miało to jednak jakieś uzasadnienie fabularne – mieliśmy wspólnie z żołnierzami odczuć ulgę, radość i uniesienie po zakończonej sukcesem ewakuacji.

AKTORSTWO

Mateusz C: Nolan postawił na to, by nie wdawać się szczególnie w fabularne ukazywanie tejże historii wojennej. Brak zagłębienia w portrety psychologiczne bohaterów jednym się spodoba, innym nie. Dla mnie to ponownie raczej zaleta niż wada. Niemniej jednak brak fabularnej otoczki i ckliwych historii z życia przedstawionych żołnierzy nie przeszkodziły reżyserowi w zaangażowaniu w swoją produkcję głośnych i pożądanych nazwisk Hollywood. Najbardziej znana trójka to oczywiście Tom Hardy, który dołącza chyba do grona tych aktorów, którzy regularnie grają u twórcy Prestiżu, kolejny stały bywalec światów Nolana, czyli Cillian Murphy, oraz zdobywca Oscara Mark Rylance. Nie zabrakło miejsca także dla mniej popularnych, ale wciąż rozpoznawalnych twarzy, takich jak Kenneth Branagh (Gilderoy Lockhart z Harry’ego Pottera) czy Brytyjczyk James D’Arcy, oraz dla młodych debiutantów, którym role u tak znakomitego reżysera z pewnością otworzą drogę do dalszej kariery. Do sedna jednak – mimo tego, że z racji minimalistycznego scenariusza aktorzy nie mieli zbyt wiele do pokazania – to i tak bardzo dobrze oglądało się ich na ekranie. Każdy znał swoją rolę i wiedział, na co ma zwracać uwagę oraz na jakie akcenty położyć szczególny nacisk. Jedni mieli zadania stricte fizyczne, inni ograniczali się do stania na moście i wygłaszania mądrych słów, a jeszcze inni grali praktycznie tylko oczami i głosem. Mnie najbardziej przekonał Tom Hardy, który podobnie jak w filmie Locke, ma tak wielką charyzmę, że wręcz hipnotyzuje widza, używając przy tym – wydawać by się mogło – najmniejszych środków.

Patryk: Z racji, że nie występowali tam praktycznie żadni znani aktorzy, trudno jest mi określić ich popisy względem własnych talentów. Mogę jedynie zauważyć, że wcale nie wydaje się łatwe, aby zagrać w filmie, w którym praktycznie nic się nie mówi i nie wyczynia się patetycznych cudów na froncie. Aktorzy musieli opanować mimikę do minimum, nie wyglądając jednocześnie jak napompowani studenci pierwszego roku, którzy chcą całemu światu udowodnić, że potrafią zagrać w filmie dramatycznym.

Mateusz N: To nie jest film, w którym najważniejsi są bohaterowie. Albo inaczej – mimo iż mamy tutaj pewnych konkretnych ludzi, z których perspektywy obserwujemy akcję, najważniejszy jest tutaj bohater zbiorowy, tysiące zmęczonych, czekających na ewakuację brytyjskich żołnierzy, wpatrujących się w bezkresny horyzont. Ważniejsza od dialogów jest tutaj ich postawa, determinacja, chęć przetrwania. Jedynie młody chłopak, który postanawia popłynąć wraz ze swoim kolegą i jego ojcem na pomoc uwięzionym w Dunkierce aliantom może być takim klasycznym bohaterem, który mówi o swoich marzeniach i które w pewien sposób na koniec się spełniają. Nawet bardzo ważny pilot myśliwca praktycznie cały czas ukazany jest z zasłoniętą twarzą i na pewno nie jest to jedynie wymóg autentyczności. 

KWESTIE TECHNICZNE

Mateusz C: Wspominaliśmy już o tym, ale kluczowym aspektem technikaliów Dunkierki jest technologia IMAX. Nolan od czasów Mrocznego Rycerza co rusz eksperymentuje z tymi kamerami, wykorzystując ich dobrodziejstwo w kolejnych swoich produkcjach. I widz świadomy, zwracający uwagę na jakość oraz sposób realizacji, w moment dostrzeże różnicę. W tej chwili Nolan pod kątem wizji oraz realizacji nie ma sobie równych i ściga się tak naprawdę tylko ze sobą, a nam pozostaje jedynie cieszyć się z efektów, oglądając tak zachwycające rzeczy, jak pościg ciężarówek w Mrocznym Rycerzu, nakładający się na siebie Londyn w Incepcji bądź wodna planeta w Interstellar. Pod tym względem Dunkierka nie odstaje, oferując takie sceny, jak choćby atak na molo czy polowanie na niemiecki bombowiec. Strona wizualna filmu wręcz powala, a wrażenie to potęguje niesamowite udźwiękowienie – wszystkie strzały, wybuchy, krzyki żołnierzy, lecące nad głowami samoloty sprawiają, że my sami mamy nieodparte wrażenie uczestniczenia w samym środku wydarzeń i prawdę powiedziawszy – głównie to sprawia, że niepotrzebna Dunkierce szczegółowa warstwa fabularna i wnikliwe wejście w życiorysy przerażonych żołnierzy.

Patryk: Na kwestiach technicznych filmów się kompletnie nie znam, więc mogę jedynie mechanicznie potakiwać przy wypowiedziach Mateusza i dodać, że szczególnie ujęły mnie momenty, w których walki powietrzne były pokazane z kamery zamontowanej na skrzydłach samolotów.

Mateusz N: Oprócz dźwięku na wielkie brawa zasługuje muzyka Hansa Zimmera. Tutaj jest ona taka trochę nieoczywista, mocno ambientowa, świdrująca, może nawet niezauważalna czasem sama w sobie, ale tworzy ona gęsty, niepokojący klimat osaczenia i zagrożenia.

Mateusz C: Zdziwię się, jeśli Zimmer nie będzie nominowany do Oscara za tę ścieżkę dźwiękową, bo odwalił tutaj kawał porządnej roboty.

SŁOWEM PODSUMOWANIA

Mateusz C: Dunkierka to wizualny majstersztyk, który z pewnością odmienia pojmowanie kina wojennego i film ten powinien obejrzeć każdy fan II Wojny Światowej, militariów i dobrze opowiedzianych historii. Nie rozumiem argumentów mówiących, że najnowsze dzieło Christophera Nolana nie wywołuje emocji, jest niekonsekwentne i oszczędne w przekazie. Jest wręcz przeciwnie. To emocjonalna karuzela, która nie daje chwili wytchnienia, wciąga od pierwszej do ostatniej minuty, a surowe, spektakularne zdjęcia wprawiają w zachwyt. Z pewnością będzie to dzieło kultowe w swoim gatunku, a ścieżka dźwiękowa to solidny kandydat do Oscara. Dunkierka może nie jest najlepszym dziełem Nolana, ale to wciąż jeden z lepszych filmów 2017 roku.

Patryk: Bardzo dobry film, który na tyle mną wstrząsnął, że kolejny seans będę musiał sobie przygotować w pełni świadomie, żeby nie wybuchnąć z nerwów. Dunkierka pokazuje wojnę co prawda nie na samym froncie, ale tym bardziej jest to przerażające – śmierć czyhała dosłownie wszędzie i szeregowcy do ostatniej chwili nie mogli się spodziewać, że wyjdą z tego piekła cało. Cieszę się, że reżyser tak mnie zaskoczył – nie wybaczyłbym mu spartaczonego filmu o idealistycznych harcerzykach w mundurach. Dobrze, że Nolan wciąż zachowuje klasę.

Mateusz N: Najnowszego film Christophera Nolana nie nazwałbym filmem wybitnym, ale na pewno jest to produkcja bardzo dobra i pokazująca, że możliwe jest inne, świeże podejście do kina wojennego. To obraz oszczędny i surowy, ale przez to właśnie autentyczny i bardzo mocno oddziałujący na emocje. Nie potrzeba krwi i efektów specjalnych, aby oddać klimat wojny i walki o przetrwanie.


Ocena Mateusz Cyra: 8,5/10

Ocena Patryk Wolski: 8/10

Ocena Mateusz Norek: 8/10

Fot.: Warner Bros Entertainment 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *