Siła w rodzinie, nuda i powtarzalność w kinie – Chloé Zhao – „Eternals” [recenzja]

Chloé Zhao to jedna z bardziej wrażliwych współczesnych reżyserek. Nie ukrywam, że uważnie śledzę jej karierę od 2017 roku, czyli momentu, w którym ukazał się Jeździec – film niezwykle dla Zhao istotny i stanowiący ważny punkt zwrotny w jej karierze. To właśnie wtedy o azjatyckiej twórczyni zaczęło mówić się więcej. Potem przyszedł czas na Nomadland (produkcja zdobyła trzy Oscary: za najlepszy film, za reżyserię oraz nagrodę dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej za rolę Frances McDormand), który spowodował jeszcze większe zainteresowanie karierą Zhao, szczególnie w mainstreamie. Nomadland tylko przypieczętował formułę, w jakiej Zhao chce tworzyć i w której czuje się dobrze. To formuła kina wrażliwego, skupionego na zwykłych ludziach, kina nieoceniającego, a wyłącznie obserwującego; uspokajającego, ale i poruszającego. Kina życiowego. Byłam zaskoczona, gdy w świat wyruszyła informacja o tym, że Chloé Zhao otrzymała angaż jako reżyserka i współscenarzystka w kolejnej produkcji Marvela – Eternals. Szczerze, nie wiedziałam, czego się spodziewać.

Marvelowskie historie oglądam, niektóre sprawiały mi całkiem sporą frajdę, ale też wiele z nich męczyło powtarzalnością i zachowawczością. Z jednej strony liczyłam na to, że Zhao przemyci w Eternals coś autorskiego, jakiś charakterystyczny dla niej rys; spokojną narrację opierającą się przede wszystkim na postaciach, a nie scenach akcji i dynamicznym tempie. Z drugiej, obawiałam się, że reżyserka nie otrzyma za dużo twórczej przestrzeni i zmuszona będzie raczej bardziej, aniżeli mniej podążać wydeptanymi przez lata dominacji Marvela w kinie superbohaterskim ścieżkami. Cóż, okazało się, że na ekranie ujawnił mi się mały miszmasz, któremu bliżej niestety do schematyczności i zachowawczości niż do kina świeżego. Eternals nie są złym filmem superbohaterskim, ale też nie są specjalnie interesującą produkcją samą w sobie.

Na koniec świata i…

Eternals to film zaliczający się już do 4. fazy uniwersum Marvela, w której skład wchodzą nie tylko produkcje filmowe (ukazały się już: Black WidowSchang–Chi i legenda dziesięciu pierścieni; w kolejce są między innymi: Doctor Strange in the Multiverse of Madness oraz Thor Love and Thunder), ale i seriale (WandaVision, Loki, What If…? oraz Hawkeye). Film reżyserowany przez Zhao jest zupełnie nową historią przedstawiającą nam bohaterów, którzy dotychczas nie gościli w żadnym z Marvelowskich filmów. Zaprezentowani w Eternals superbohaterowie należą do nieśmiertelnej, starożytnej rasy, która pojawiła się na Ziemi kilka tysięcy lat temu. Po cóż to? Ano po to, aby walczyć z tajemniczymi Dewiantami. Jednak Przedwieczni pod żadnym względem nie mogli ingerować w międzyludzkie potyczki rozgrywające się na przestrzeni wieków. Oczywiście prędzej czy później bohaterowie próbują obejść ten zakaz, co – jak możemy się domyślić – nie skończy się dobrze.

Cóż, opowieść o nieśmiertelnych superbohaterach nie jawi się jako zbyt interesująca, nie należy też do najbardziej popularnych komiksowych historii Marvela. Chloé Zhao zebrała jednak pokaźną grupę popularnych aktorów i aktorek, którzy stali się chodzącą reklamą całego widowiska. Sama wytwórnia też zresztą nie oszczędzała, standardowo, na wszelkich możliwych środkach marketingowych. W głównych rolach występują między innymi: Richard Madden, Salma Hayek, Gemma Chan, Angelina Jolie czy dwójka pochłaniająca moją uwagę w największym stopniu: Lauren Ridloff i Barry Keoghan. W Eternals mamy także do czynienia z ciekawym zjawiskiem. Na ekranie pojawia się nie jedna, nie dwie ani nawet trzy istotne postacie, a aż dziesięć wyrazistych i zapadających w pamięć charakterów. Każda z nich posiada indywidualny rys oraz czas, w którym może się zaprezentować i rozwinąć. Nikt nie pozostaje tutaj na uboczu, każda wątpliwość, niepewność i dane zachowanie wyjaśnione są przez umiejętnie nakreślony wcześniej charakter. Dlatego też przez większość czasu nie miałam wrażenia, że bohaterowie postępują w zupełnie absurdalny i nieprzystający do ich oblicza sposób.

Superbohaterowie są w końcu ludźmi

Trzeba oddać Chloé Zhao, że dobrze radzi sobie w sekwencjach przedstawiających obecne czasy, w których superbohaterowie są – w głównej mierze – po prostu ludźmi. To daje reżyserce czas na ich raczej dokładne zarysowanie, przedstawienie motywacji, celów, pragnień. Ponad dwugodzinny seans pozwala mi poznać  całą dziesiątkę całkiem dobrze, a w konsekwencji także ich polubić. Bo Przedwieczni są grupą sympatyczną i sprawiającą sporo blockbusterowej frajdy, jeśli chodzi o śledzenie ichnich poczynań. Na szczególną uwagę zasługuje empatyczna Sersi (w tej roli Gemma Chan), która obok potężnego Ikarisa (Richard Madden) wydaje się osobą prowadzącą całą tę superbohaterską, choć momentami tak zwyczajnie ludzką, opowieść. Mamy też przywódczynię całej grupy, Ajak (Salma Hayek), która – jak to typowa przywódczyni – jest momentami surowa i bezwzględna, ale i oddałaby wszystko, co ma, aby ochronić swoich bliskich. Ajak jednak przez tę typowość gdzieś się w całej tej rzeszy superbohaterskich twarzy gubi i chyba też otrzymała najmniej czasu ekranowego na rozwój swojej postaci. Przy tym taka decyzja twórców uzasadniona jest w jednym z fabularnych twistów, który niestety do specjalnie zaskakujących nie należy.

Nieśmiertelni nie byliby prawdziwą grupą superbohaterów, gdyby wśród nich nie znajdowała się i ta komiczna, luzacka postać generująca udane lub też mniej żarty (w tym wypadku większość okazała się faktycznie zabawna). W tej roli dobrze radzi sobie Kumail Nanjiani (jako Kingo). Miło, że w jego wątku przemycono troszkę innej i mało eksploatowanej w USA (jeśli chodzi o kino popularne) indyjskiej kultury. Jest i dwójka, która wniosła najwięcej energii i świeżości do tego skostniałego formatu: jak zwykle charyzmatyczny i w pewien sposób niepokojący Barry Keoghan (jako zdystansowany i zimny Druig) oraz Lauren Ridloff (jako niedościgniona i nieludzko szybka Makkari). Co ciekawe, Ridloff nie tylko wciela się w Eternals w postać, która nie słyszy, ale też sama jest niesłysząca. Wcześniej występowała, chociażby w Sound of Metal czy serialu The Walking Dead. Zhao w wątku Makkari świetnie i niewymuszenie wykorzystała język migowy, czyniąc z braku słuchu Makkari nie główną cechę postaci, ale tylko jeden z jej elementów, który nie stanowi o tym, kim ta bohaterka jest. Samej Angeliny Jolie wcielającej się w Thenę jest mało, choć gdy się pojawia, to zdecydowanie – jak to Angelina – przyciąga spojrzenie.

Bohaterowie są fajni, a co z historią?

Poznanie wszystkich bohaterów Eternals trochę trwa. Nie jest to jednak czas stracony, bo akurat prezencja postaci wychodzi Zhao dobrze. Gorzej, gdy z naszych sympatycznych bohaterów przenosimy się do prezencji głównego wątku fabularnego i zaczynamy przeskakiwać z jednej linii czasowej w drugą. I tak jak wątek współczesny trzyma się w ryzach całkiem nieźle i faktycznie jego śledzenie sprawia mi przyjemność, tak już powroty do przeszłości, nie są tym, co mnie urzeka. Nuda i powtarzalność oraz sztampowość powodują, że są to najgorsze fragmenty Marvelowskiej historii. Walka z Dewiantami również nie należy do szczególnie angażujących. Przeciwnicy są nijacy, sam ich projekt nie należy do szczególnie pomysłowych; zresztą im dalej w historię, tym więcej dostajemy sygnałów co do tego, że może z tymi Dewiantami to w sumie nie powinniśmy walczyć. Bo może złym jest tak naprawdę ktoś inny. Z kolei sceny walki, jak to sceny walki w Marvelu – trochę biegania, skakania, strzelania, rozwalania budynków, skał, zderzeń z towarzyszami; trochę upadków, bliskich śmierci momentów lub też tych faktycznie kończących się śmiercią. Nie ma w tym wszystkim niczego, czego wcześniej w filmach Marvela nie było. Choreografia walk także utrzymana jest raczej na tym generycznym, szarym i nijakim poziomie. Dlatego, kiedy koło fabularne Eternals zaczyna się poruszać, robi się nudno. Najwięcej frajdy sprawia mi nie odkrywanie kolejnych elementów historii tej drużyny, ale śledzenie samych postaci i ich interakcji ze sobą oraz z innymi, „niesuperbohaterskimi” ludzkimi pionkami w tej opowieści.

Opowieść o rodzinie

Eternals jako opowieść o rodzinie sprawdziłaby się całkiem dobrze, gdyby skupić się jeszcze bardziej na samych postaciach i ich funkcjonowaniu we współczesnym świecie (ze wszystkimi ich problemami, konfliktami i pragnieniami). Z kolei jako opowieść o superbohaterach Eternals działałoby o wiele lepiej, gdyby Zhao umieściła w tym wszystkim więcej swojego ducha, przekroczyła pewne granice lub po prostu nakręciła tę komiksową historię z perspektywy innej niż ta prezentowana przez wszystkie dotychczasowe filmy Marvela. Całkiem prawdopodobne jednak, że nie miała takiej możliwości.

Nie jest to film zły. Jest to film średni. Przeciętny. A to często najgorsze, co można o filmowej, literackiej, wirtualnej czy jakiejkolwiek innej historii opowiedzieć. Nowy film Marvela poza sympatycznymi postaciami i paroma typowymi dla Zhao panoramami (zresztą bardzo krótkimi) nie wyróżnia się niczym szczególnym. Z drugiej strony pod żadnym względem nie porównałabym Eternals do Wonder Woman 1984 czy chociażby Batman v Superman: Świt sprawiedliwości. Film Zhao jest dobrze – jak na typowy blockbusterowy produkt – zmontowany, narracja zachowuje ciąg przyczynowo-skutkowy, bohaterowie są poprowadzeni w opowieści z wyczuciem, a cała historia ma swoje ręce i nogi tam, gdzie powinna je mieć. Od strony technicznej ciężko tutaj reżyserce cokolwiek zarzucić. Nie wiem, może to ja miałam za duże oczekiwania, zakładając albo mając nadzieję na to, że Zhao uda się stworzyć coś może nie przełomowego, ale posiadającego duszę. Eternals mają wrażliwość Zhao, jednak ta często ginie wśród superbohaterskich poczynań, wybuchów i fabuły nieubłaganie podążającej do wielkiego (jakże przy tym typowego) finału. Z seansu wyszłam nie tyle rozczarowana, ile zmęczona. Jednak wiem też, że za pewnymi bohaterami będę tęsknić i czekać na ich dalsze przygody. No i muszę przyznać, że scena po napisach była świetna, szczególnie z jednego – dokładniej castingowego – względu.

Eternals - zwiastun #1 [napisy]

Fot.: Marvel Studios

Write a Review

Opublikowane przez

Magda Przepiórka

Psychofanka Cate Blanchett, Dario Argento, body horrorów Davida Cronenberga, Rumuńskiej Nowej Fali i australijskiego kina. Muzyka to beztroskie, ale i mocniejsze polskie brzmienia – przekrój dekad 70/80 – oraz aktualne misz-masze gatunkowe w strefie alternatywy. Literacko – wszystko, co subiektywnie dobre i warte konsumpcji, szczególnie reportaże podróżnicze. Poza popkulturą miłośniczka wojaży wszelakich.

Tagi
Śledź nas
Patronat

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *