Filmy,Patronat,Recenzje

Chodząc po sinusoidzie – Thomas Vinterberg – „Na rauszu”

na rauszu
na rauszu

Alkohol jest obecny w naszym życiu i kulturze od zawsze. Wzmianki o alkoholu pojawiły się już w dziełach Zosimosa z Panapolis, żyjącego na przełomie III/IV w. p.n.e. Alkohol jest, był i będzie. Towarzyszy nam podczas świętowania, podczas przełomowych wydarzeń, podczas radosnych chwil i tych smutnych, a niekiedy i tragicznych. Pijemy na weselu, ale i na przyjęciach z okazji rozwodów, które robią się coraz bardziej popularne. Pijemy na pępkowym i na stypie. Symbolicznym kieliszkiem lub dziesięcioma honorujemy więc tych, którzy dopiero przyszli na ten świat, by zmagać się z jego trudami, jak i tych, którzy opuścili go na zawsze. Pijemy, by dodać sobie odwagi, by poprawić humor, by lepiej się poczuć lub jeszcze bardziej zdołować. By zapomnieć lub by przypomnieć sobie pewien stan. Upojenie alkoholowe prowadzące do nieprzytomności, lekki rausz lub jedynie przyjemne ciepło rozchodzące się w nas od środka – wpływ alkoholu na nasze zachowanie i samopoczucie (zarówno psychiczne, jak i fizyczne) jest różny w zależności od tego, ile wypijemy, jaką mamy tolerancję, co wcześniej jedliśmy… Zmiennych jest wiele, podobnie jak efektów i skutków ubocznych. O nich wszystkich opowiada genialny obraz Thomasa Vinterberga Na rauszu, poruszając przy tym szereg innych problemów, przywar i zagadnień związanych z dzisiejszym społeczeństwem, a w dodatku tworzy przy tym historię rewelacyjną w swojej tragikomiczności. 

Na rauszu to zwycięzca wielu nagród, w tym tej uznawanej za najważniejszą, zdobył bowiem Oscara w kategorii Najlepszy Film Międzynarodowy. Duński film wszedł do polskiej dystrybucji dzięki Best Film, a Głos Kultury z dumą objął go patronatem medialnym.

Choć film przedstawia nam czworo bohaterów, których poczynania będziemy śledzić, nie da się zaprzeczyć, że na główny plan wysuwa się postać Martina, w którego wcielił się genialny Mads Mikkelsen. Kiedy go poznajemy, jawi nam się jako typowy mężczyzna po pięćdziesiątce, który nie mając większych sukcesów na koncie, przechodzi pewien kryzys, na który składa się zarówno monotonna praca nauczyciela, w której się wypalił, serwując uczniom niezrozumiały i przede wszystkim nudny bełkot, jak i problemy w małżeństwie, które doprowadziły do tego, że Martin z Aniką, choć dzielą dom i wychowują razem dzieci, zdają się dla siebie obcymi ludźmi. Wieczór, w którym on i troje przyjaciół, również nauczycieli, świętują 40. urodziny jednego z nich, podsuwa im pomysł, który ma sprawić, że być może w ich życiu (nie tylko bowiem Martin przechodzi przez kryzys i marazm), zacznie się coś zmieniać na lepsze. Postanawiają oni bowiem przebadać tezę Skårderuda, który stwierdził, że  człowiek rodzi się z niedoborem alkoholu w organizmie, a utrzymanie go na poziomie około pół promila, pozwoli więcej czerpać z życia i działać efektywniej. Oczywiście jak na prawdziwych badaczy przystało, zamierzają oni spisywać wszelkie obserwacje i wnioski. I tak zaczyna się alkoholowy eksperyment Martina, Tommy’ego, Nikolaja i Petera.

Nie sztuką jest się domyślić, że mężczyznom trudno jest w pewnym momencie poprzestać na wspomnianej dawce połowy promila. O ile więc na początku idzie im świetnie, a wyniki ich eksperymentu zdają się potwierdzać śmiałą i kontrowersyjną tezę Skårderuda (Martinowi zaczyna układać się z żoną, a jego nowe podejście do nauczania i samych uczniów zaskarbia mu przychylność, a nawet wiwaty wychowanków; u jego przyjaciół również widoczne są postępy i same zalety), o tyle z czasem szklanki napełniają się coraz bardziej, promile w organizmie przekraczają dawkę, po jakiej człowiek jest w stanie funkcjonować tak, by nie stanowić zagrożenia dla siebie i innych, a sami badacze i jednocześnie badani popadają w nałóg, narażając się na wiele nieprzyjemnych sytuacji, które być może na ekranie wydają się zabawne (i mają momentami takie być), jednak z pewnością nie są takie ani dla nich, ani dla ich bliskich, widzących ich w takim stanie. 

I mogłoby się wydawać, że dla reżysera jest to fantastyczny punkt wyjścia do tego, aby jego dzieło było nauczką i przestrogą. Od stanu i porażek bohaterów już tylko krok do tego, by Na rauszu stało się filmem na wskroś moralizatorskim, filmem z przestrogą, która z niego aż bije, a sam reżyser jawiłby się jako ksiądz wygłaszający swe najbardziej płomienne kazanie na ambonie. Jednak – na całe szczęście – Vinterberg nie robi tego kroku, udowadniając tym samym, że nie taki był zamysł całego przedsięwzięcia. Powiem więcej: jeśli istnieje film, który porusza trudny i kontrowersyjny temat, nie popadając przy tym w żadne moralizatorskie tony, nie będąc przypowieścią ani nachalną nauką – to takim filmem jest właśnie Na rauszu. Poczynania i decyzje bohaterów nie są oceniane, nie są dzielone na dobre i złe. Są po prostu przedstawiane. 

Pokazywane w dodatku fantastycznie, zagrane fantastycznie i okraszone fantastyczną ścieżką dźwiękową. Półmrok, jaki panuje przez sporą część filmu, jest idealny do tego, by pokazać, że alkohol, tak jak większość rzeczy czy spraw, ma swoje blaski i cienie. Wbrew pozorom bowiem i nieuchronnej tragedii, do której dochodzi, Na rauszu nie demonizuje alkoholu w sposób, jaki zapewne oczekiwałaby część widzów. Duński obraz, jeśli już niesie jakiś dosłowny i skierowany do wszystkich przekaz, to taki, że wszystko jest dla ludzi, ale pod warunkiem, że kierujemy się rozsądkiem, umiarem i nikogo nie krzywdzimy swoim zachowaniem. Jeśli – bo Vinterberg raczej snuje opowieść, która ma za zadanie skłonić do dyskusji (choćby z samym sobą) i stworzyć tyle interpretacji, ile ludzkich doświadczeń i przekonań. I to jest w tym filmie przepiękne. Choć nie każdy to doceni. 

Mads Mikkelsen, wcielając się w rolę może i przeciętnego, ale nieprzeciętnie (czy aby na pewno?) próbującego swój problem rozwiązać mężczyzny w średnim wieku, wywiązał się ze swojego zadania mistrzowsko. Do tego stopnia, że być może, gdybyśmy nie widzieli go w innych produkcjach (Hannibal, Doktor Strange, Polowanie czy wreszcie moje ukochane Jabłka Adama), uwierzylibyśmy, że zagrał samego siebie, że to po prostu taki zmęczony życiem mąż i nauczyciel, który pragnie wyrwać się z nudy, stagnacji i miernoty. Mikkelsen przekazuje nam najprawdziwsze emocje, które miotają człowiekiem, czasem w nietypowych, a czasem w bardzo przyziemnych, banalnych wręcz sytuacjach. Podczas niecodziennych wydarzeń, jak pogrzeb, i podczas kolejnego obiadu z rodziną. Nie szarżuje ze swoją rolą, nie przedobrza, nie popisuje się. Jest rewelacyjny – zarówno w konfrontacji z niezadowolonymi z jego pracy rodzicami uczniów, zarówno podczas kłótni z żoną, jak i wtedy kiedy tańczy w środku nocy, będąc na tytułowym rauszu. Jak również wtedy, kiedy ledwo przytomny z rozbitą głową odprowadzany jest przez zawstydzonego syna do domu. Wierzymy każdej jego wersji, bo jako Martin w każdej jest sobą. Bo każdy z nas zalicza w zasadzie cały czas wzloty i upadki, chodząc po tej sinusoidzie i jakoś próbując się w niej nie zagubić i nie zatracić ani w sukcesie, ani w porażce.

na rauszu

Reszta obsady nie odstaje zresztą od Mikkelsena, choć nie dostali oni tak sporego pola do ukazania swojego talentu i ciężkiej pracy, jak ich bardziej rozpoznawalny w świecie filmu kolega. Czytając wywiad z duńskim aktorem, dowiedzieć się można, że choć na samym planie nie było rzecz jasna alkoholu, to spożywali go oni poza nim, sprawdzając swoje zachowanie i reakcje, choćby na to mityczne pół promila, ale także nagrywając się i próbując później, przed kamerą, odwzorować swoje zachowanie, co podobno w stanie całkowitej trzeźwości wcale nie było takie łatwe. Ukazuje to jednak zaangażowanie i determinację ekipy, aby jak najlepiej przedstawić opowiadaną historię. Thomas Bo Larsen jako Tommy bardzo dobrze ukazał człowieka, który miał w zasadzie najmniej do stracenia, popadając w alkoholowy cug, i jednocześnie tego z przyjaciół, który chyba jako jedyny nie potrafił uznać swojej porażki. Lars Ranthe (Peter) oddał wiarygodnie dobrodusznego pedagoga, a Magnus Millang (Nikolaj), choć nie miał po temu wielu okazji, stworzył ciekawą postać człowieka, który ma w zasadzie wszystko, ale ponieważ nie zapracował na to sam, nie do końca chyba umie się tym cieszyć, a sprowadzenie go do roli tego, który robi zakupy do domu, nie jest dla niego szczytem małżeńskiego szczęścia.

Z filmu wyłania się wiele problemów, o których nie mówi się i o których (co z przykrością i niemałym zdziwieniem stwierdzam) się zapomina w kontekście filmu, ponieważ na plan pierwszy wysuwa się w lwiej części destrukcyjna siła alkoholu. Przeglądając potężną dyskusję, dla której punktem wyjścia było zakończenie filmu (do którego jeszcze przejdziemy), zauważyłam, że cały czas rozmówcy mówią tylko o problemie, jakim jest alkohol, o tym, czy potrafimy znaleźć umiar, o tym, czy nałóg to tylko kwestia czasu, jeśli raz się przesadzi, o tym, czy jest dla ludzi, czy powinniśmy go unikać, o tym, czy bohaterowie filmu to już alkoholicy, czy jeszcze nie. O tym, ile odebrał im alkohol, a ile jeszcze zdołają uratować. Czy nauczyli się czegoś, czy nie. Nie wspominając już o kontrowersjach wokół sceny, w której nauczyciel zachęca ucznia do sięgnięcia po niewielką ilość alkoholu, by dodać mu odwagi przed egzaminem (w wywiadzie reżyser przyznaje, że ma nadzieję, iż ten motyw wywoła kontrowersje). Tymczasem niewiele mówi się w ogóle o tym, co doprowadziło poszczególnych bohaterów do sięgnięcia po alkohol. Wini się Martina i jego pijaństwo za rozpad małżeństwa, gdy tymczasem wina wykluła się o wiele wcześniej i leży przynajmniej pośrodku, jeśli nie przechyla się na tę drugą stronę. Nie mówi się o zdegradowaniu Nikolaja, który jest lekceważony i sprowadzany do roli lokaja we własnym domu. Nie mówi się o presji, pod jaką znajdują się zarówno nauczyciele, jak i uczniowie. A przecież szkoła to tak stresujący etap w życiu, że koszmary z tym związane są na porządku dziennym i dorosłych i starszych ludzi. Nie mówi się o presji w ogóle – tej, pod którą żyjemy na co dzień my, ludzie. Wszyscy. A o tym też fantastycznie opowiada Na rauszu.

na rauszu

Znamienne jest zakończenie, które w jednym rzędzie stawia ze sobą uczniów i nauczycieli. I czy na pewno chodzi o to, że i jedni, i drudzy sięgają po alkohol, żeby się odstresować, poczuć lepiej lub w jakimkolwiek innym celu? Czy nie jest też tak, że codzienny stres i przytłoczenie zbyt dużymi wymaganiami (które czasem sami na sobie nakładamy), są tym, co łączy nas wszystkich? A z czym czasami pomaga sobie poradzić właśnie te pół promila? Które często zamienia się w więcej i częściej? Być może powinniśmy się skupić nie na tym, że sięgamy po alkohol, ale dlaczego to robimy? Uczniowie żyją pod presją egzaminów i tego, by jak najlepiej ukształtować swoją przyszłość, w obawie, że jedno potknięcie przekreśli ich całe życie. Kobiety żyją pod presją piękna, którego standardy zmieniają się, ale nigdy nie będą łaskawe dla wszystkich. Mężczyźni żyją pod presją bycia tymi silnymi, którzy nie płaczą i o wszystko zadbają. A przecież to tylko przykłady pierwsze z brzegu. Presja jest wszędzie. Kryje się w naszym dzieciństwie, w szkole, w domu, w pracy, w naszej głowie, w opinii społeczeństwa, w konwenansach. Bycie na rauszu pozwala chwilowo o niej zapomnieć, co świetnie ukazane zostało w filmie. Jak również to, że alkohol i presja są tak samo szkodliwe w nadmiarze. Tylko o szkodliwości tego drugiego drugiej mówi się zdecydowanie za rzadko.

Finał Na rauszu jest rewelacyjny. A to, jak skrajne opinie i interpretacje możemy znaleźć, czytając dyskusje o nim, tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Reżyser wspomina, że początkowo film miał skupiać się na pozytywnych aspektach przyjmowania niewielkiej ilości alkoholu. Z czasem jednak doszedł do wniosku, że ukazanie cieni będzie jeszcze ciekawsze. Nie zapomniał jednak o blaskach, w związku z czym otrzymujemy film, który pokazuje nam całe spektrum wad i zalet alkoholu, a także historię będącą niemal zilustrowaniem powiedzenia, że dawka czyni truciznę. Na rauszu trzeba zobaczyć i samemu odpowiedzieć sobie na wiele pytań. Zinterpretować go po swojemu i przełożyć na własne doświadczenia, a nawet potrzeby. Bez względu na to, jaki punkt wyjścia przyjmiemy i jaki wydźwięk będzie miał dla nas finał tej historii, jedno jest pewne – poobcujemy przez dwie godziny ze świetnym kinem i fantastycznym aktorstwem. A w dodatku obejrzymy historię o czymś, co towarzyszy ludzkości od wieków, jednych czyniąc wielkimi, drugich spychając w przepaść. Ale przecież chodząc po sinusoidzie, musimy być przygotowani na wszystko.

na rauszu

Fot.: Best Film

Podobne wpisy:

Pomysł:8
Problematyka:9.5
Emocje:8
Aktorstwo:9
Kwestie techniczne:8
Przyjemność z oglądania:9
8.6Ocena ogólna

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *