Filmy,Recenzje

Bolesna biopsja – Joon-ho Bong – „Parasite” [recenzja]

parasite
parasite

Napisano scenariusz, wzięto kamery i artysta skierował swoje narzędzia w stronę skomplikowanej rzeczywistości, aż dokonał za ich pomocą biopsji. Wrzyna się ona w jeden organizm – współczesne społeczeństwo okupowane nierównościami klasowymi. Reżyser Parasite – Joon-ho Bong – nie chce wypisywać recepty na ten problem, nie pokazuje również satysfakcjonującej diagnozy. Jedynie analizuje, co nam dolega, jednak mimo wrażliwej delikatności w obejściu, to rzetelne badanie aż boli.  

Parasite, tegoroczny zwycięzca Złotej Palmy na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes, umiejętnie prezentuje za pomocą ubogiej rodziny wielkie problemy, przenosząc ich sensy i bezsensy na kawałek świetnej sztuki. Film opowiadany z ich perspektywy może pokazać ubogie życie w podpiwniczonych i zarobaczonych pomieszczeniach, jak i zahaczyć o próby dostania się ich mieszkańców do luksusu. Językowo uzdolniony syn, nie bez odrobiny uzasadnionego kłamstewka, dostaje możliwość udzielania korepetycji dziewczynie z bogatego domu. Styka się dzięki temu z życiem klasy, od której chciałby jak najwięcej, ale od której dzieli go wszystko. Szuka więc z nią połączeń. Widok pieniędzy za korepetycje, wypłaconych z góry z dodatkiem za inflację, sprawia, że chce ułatwić rodzinną buchalterię. Równie niewinnym naciąganiem dokumentowania kwalifikacji zawodowych wprowadza do zamożnego domu swoją siostrę. Reżyser, który stał się szerzej w Polsce znany z filmu Okja powstałego dla serwisu Netflix, prosił recenzentów o wstrzemięźliwość w opowiadaniu o historii w filmie, i zrozumie to każdy, kto będzie miał przyjemność ten film zobaczyć. Dlatego reszta historii to już interakcje, natomiast przez skrajne natury obu środowisk i południowokoreańską grzeczność, w powietrzu aż drży, a relacje się zmieniają – kiedy potrzeba skrajnych zachowań, pokonują konwenanse.

Reżyser precyzyjnie, jak w całym scenariuszu, pomija te elementy, które w tym przypadku mogłyby stać się rozpraszające, a skupia się na uniwersalnym problemie nierówności materialno-statusowych istniejących na całym świecie od wieków. Zawsze było tak, że byli ci, co mają, i ci, którzy nie mają; że ktoś ma lekko i wygodnie, a komuś bardzo trudno, żeby chociaż „jakoś to było”. Nigdy jednak nie raziło to w takiej skali jak współcześnie. Bohaterowie filmu zdają się umieć o tym myśleć. Zamożni nie męczą ubogich szyderstwem i ostentacyjną wyższością. Są świadomi ich pożyteczności i odciążenia od niewygodnych obowiązków. Również niższa warstwa społeczna nie ma pretensji do zamożnych, ale i żalu za swój los. Sympatię zyskują sobie również poczuciem humoru, który nadaje autentyczności całości, mieszając marudzenie na niewygody codzienności z doskonale rozluźniającym użytkowym dowcipem. Jest w nich urzekający upór do walki z oporem ich rzeczywistości. Tylko współczesna rzeczywistość jest tak samo moralna, jak i sprawiedliwa – jedynie na papierze, a więc bardzo delikatna. Dlatego gdy nadchodzi potrzeba, to prowokuje ona do kombinowania, kłamstw, do skrajnych rozwiązań w sytuacjach ekstremalnych. Kiedy zaś przychodzi do planowania – moralność w praktyce okazuje się elastyczna.

Samo planowanie życia tytułowych „pasożytów” wydaje się równie filmowe, jak samo Parasite. Pojawiają się w tym celu ręcznie pisane przez bohaterów scenariusze, ćwiczenia aktorskie, niezwykle subtelne rekwizyty, a nawet zdjęcia. Życie w tej rzeczywistości niemal się reżyseruje. Otwiera ono umysły na potencjalne inwencje dotyczące życiorysu. Istnieje przez to niemal kult słowa „plan”. Jest ono interpretowane z początku wyłącznie dobrze, jako zaproszenie lepszego jutra i jego owocnych plonów. Jednak rzeczywistość prowokuje do tego, aby tę domową filozofię zredagować. Samo słowo „plan” pada bardzo często z ekranu, dotyczy absolutnie każdego bohatera, a każdy inaczej pada jego ofiarą.

Prowokuje to do zastanowienia się, czy przypadkiem Parastie jest filmem o planowaniu własnych rysów w życiorysie. Na dzisiejszych nierównych warunkach i w nieczystej walce. Wymagającym od każdego człowieka innej broni – od instrumentalnego wykorzystania manipulującego języka, aż po zwyczajne pieniądze. Wszystkie te sposoby używane są w nieszczerej ciszy, bo przecież wszystko w naszej cywilizacji działa i jest grzecznie… W gruncie rzeczy jest to znakomity film o wykorzystywaniu przez nas swoich materialnych zasobów i intelektualnych  potencjałów, aby w świecie nierównym i nieładnym starać się o lepsze pojutrze.

Kolorystycznie i kompozycyjnie Parasite odbiera się w sposób dosyć oczywisty, jednak kiedy wypada czymś zaskoczyć, to reżyser jest niezmordowany. Fragmenty zmaterializowanego ubóstwa pokazane są w zgniłych zieleniach, szarościach, odcieniach mocno zabrudzonych. Z kolei luksus jest czysty, często o ciepłych kolorach, które w bardzo symetrycznych i płynnych ruchach pokazuje kamera. Bardziej dramatyczne momenty w filmie są niemal zawsze skąpane w niskim kluczu albo wręcz ledwo widoczne i minimalistyczne. Ten umiar w kadrowaniu i kolorowaniu bardzo często sprawnie buduje napięcie. Również na zasadzie kontrastu. Wcześniejsza oszczędność w komponowaniu zastąpiona będzie bliskimi planami, a mroczne fragmenty ujrzą ostre słońce. Doskonale pasuje to do struktury, która słusznie jest uważana za jedną z najbardziej zaskakujących w ostatnich latach, a przez niektórych nawet minionego ćwierćwiecza.

Na czym więc polega przeprowadzona przez Joon-ho Bonga biopsja? Na badaniu, które jest wnikliwe i zbierające najpaskudniejsze informacje. Na rejestrowaniu społecznych skażeń będących patologiami dzisiejszych nierówności, które są niewidoczne na pierwszy rzut oka i kolejnych kilka. Przez to podejście w Parasite nie można kibicować jednoznacznie żadnemu z bohaterów, tak jak i nie można żadnego nienawidzić. Każda społeczność jest niemal analitycznie pokazana, ze swoimi wadami i zaletami. Ten obiektywizm zarysowuje wszystkich w taki sposób, że ich czyny się po prostu rozumie. Do każdej z grup można odczuwać sympatię, ale i można je krytykować. Wiele zależy od indywidualnego spojrzenia widza i tego, jak oglądał film. Nawet jeśli chodzi o samo zakończenie, które może być bardzo różnie odbierane, nie mając nawet pewności, czy jest ono szczęśliwe. Ten film nie tylko pozwala na interpretacje, z których każda może być intrygująca, ale i uwrażliwia na współczesny problem różnic klasowych. Nie robi tego próbą oceny, a obiektywnym, jednak dla wszystkich empatycznym, zrozumieniem. Reżyser podaje rzetelne wyniki swojej biopsji, ale receptę musimy już napisać sobie sami, o ile w ogóle znajdziemy na to schorzenie lekarstwo.

Fot.: Gutek Film    

Podobne wpisy:

Reżyseria9
Scenariusz9
Zdjęcia8
Aktorstwo7.5
Emocje9
8.5Ocena ogólna

Buchalter dyplomowany niepraktykujący z sentymentem do roweru, dobrze napisanych książek i serka tylżyckiego. Całym temperamentem humanista wegetujący na kilku uczelniach, obecnie Uniwersytecie Jagiellońskim. Z każdej placówki wyciągał nieco więcej niż notatki i ubezpieczenie. Dla higieny psychicznej stale szuka zależności między tym co go interesuje, a tym za co w normalnym życiu płacą pieniądze. Serek kosztuje.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *