zychowicz

Studium nad głupotą – Piotr Zychowicz – „Pakt Piłsudski-Lenin”

Historia Polski XX wieku jest historią tragiczną z dwóch powodów. Pierwszym są dzieje naszego kraju same w sobie; każdy wie, jaką ofiarę poniósł nasz kraj w ostatnim stuleciu, jakie tragedie spadły na ziemię nad Wisłą. Drugi powód tragiczności to sposób opowiadania o naszych dziejach. Pełny hurraoptymizmu, moralnych zwycięstw i przerażających przemilczeń. Wszyscy, od najmłodszych lat szkolnych, po media i ośrodki akademickie przedstawiają nam dzieje naszego kraju w sposób czysto propagandowy, nie zastanawiając się nad słusznością decyzji, posunięć w wykonaniu naszych przodków, które zaważyły o losie i kształcie współczesnej Polski. Jeśli się ktoś taki pojawia, jak nieodżałowany profesor Paweł Wieczorkiewicz, który potrafił wyłamać się z obowiązującego trendu narracji historycznej, jest natychmiastowo zakrzyczany i uznany za radykała. Na szczęście tego typu historyków, a raczej publicystów historycznych jest coraz więcej i od kilku lat nasze sumienia – skutecznie – podgryza Piotr Zychowicz, który tym razem w książce Pakt Piłsudski–Lenin pokazał, jak fatalnie się zachowały nasze elity władzy w latach 1919–1921. Okazało się, że zwycięstwo nad bolszewikami było zwycięstwem pyrrusowym.

Niedawno obchodziliśmy rocznicę Bitwy warszawskiej roku 1920, w której dzięki wspaniałemu kontruderzeniu znad Wieprza odrzuciliśmy bolszewicką zarazę spod Warszawy i rozpoczęliśmy ofensywę, która nas zaprowadziła aż po Kijów. Każdy powie: no wszystko fajnie, zwyciężyliśmy, więc po co drążyć temat? Zasadniczo jest to kusząca propozycja, możemy się rozsiąść w fotelach i pocmokać na myśl o chwale odrodzonej Rzeczpospolitej i nad tym, że uratowaliśmy Europę od czerwonej zarazy. Tak to wygląda gdy zwykły, często niedoinformowany obserwator i nie próbuje nawet wykroczyć poza sferę własnego komfortu.

Zychowicz zdecydowanie poza nią wykracza, od kilku lat dając czytelnikom do zrozumienia, że w dziejach XX wieku niejednokrotnie mieliśmy lepsze drogi wyboru, od tych, na które wkroczyliśmy. Najpierw w 2012 roku publicysta zszokował wszystkich, mówiąc, że powinniśmy w przededniu wybuchu II Wojny Światowej wejść w sojusz z III Rzeszą, który w dalszej perspektywie uratowałby nas od jarzma komunizmu. Oczywiście młody historyk włożył kij w mrowisko. Ale jak tak można! To ujma na honorze! Wypowiedzi w podobnym stylu odbijały się echem po mediach społecznościowych i tradycyjnych. Szkoda, że ci obrońcy zapomnieli wówczas, że praktycznie do przełomu lat 1938-1939 Polska była w bardzo bliskich stosunkach z hitlerowskimi Niemcami. Ba!, Feldmarszałek niemieckiego lotnictwa Hermann Goering otrzymał w 1936 Order Orła Białego i najlepiej wypoczywał, gdy z Polakami polował na Żubry w Puszczy Białowieskiej. Cała Europa w 1938 roku była pewna, że jak Hitler wejdzie w kimś bliski sojusz, to będzie tym kimś II Rzeczpospolita, niestety obłęd Józefa Becka zaprowadził nas nad przepaść. Ale drodzy czytelnicy, czy ktoś Wam w szkole wspomniał o ścisłej współpracy polsko-niemieckiej po 1934 roku? No właśnie…

Zychowicz również bez litości potraktował w Obłędzie 44’ decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego i akcji „Burza”, nie szczędząc gorzkich słów. Trudno jest mu nie przyznać racji, kiedy włączy się racjonalne myślenie, a wyłączy patriotyczny hurraoptymizm. Dla mnie wybuch powstania to żadne święto, tylko dzień żałoby nad tym, że 200 tysięcy najwspanialszych synów narodu zginęło w walce, która od początku była beznadziejna. No dobra, rozpisałem się za bardzo na temat ostatnich dokonań Zychowicza, a recenzja się tyczy jego najnowszej pozycji. Ale dlaczego o tym wspominam? Bo pierwsze dwie pozycje pisarza z Paktem Piłsudski-Lenin łączy to, że Polacy są mistrzami traconych szans i samobójczych decyzji. W wojnie polsko-bolszewickiej Polska szanse, aby odzyskać terytorium z roku 1772, miała co najmniej dwie i były one poparte potężną siłą militarną z naszej strony, sprzyjającą sytuacją międzynarodową i kompletnym rozkładem Bolszewickiej Rosji targanej wojnami domowymi i wewnętrznym rozkładem.

Nie wykorzystaliśmy żadnej. Zostawiliśmy na pastwę losu, podpisując pokój w Rydze w marcu 1921 roku, miliony Polaków, którzy potem cierpieli katusze w Związku Radzieckim. Sami z siebie oddaliśmy, ku zaskoczeniu bolszewików, miliony kilometrów kwadratowych powierzchni ziemi, która kiedyś wchodziła w skład Rzeczpospolitej. Nie mówiąc już, że mieliśmy szansę zdusić bolszewizm w zarodku, idąc na Moskwę, szczególnie, że nasze wojsko dosłownie rwało się do ataku, a i biali Rosjanie walczący z rewolucją bolszewicką czekali na pomoc, aby móc w końcu wygonić bolszewików z ich kraju.

Gdyby nie zacietrzewienie Piłsudskiego, który nienawidził białej Rosji, a uważał bolszewików za mniejsze zło, uznając, że lepiej mieć słabą Rosję bolszewicką u swojego boku niż odradzające się Imperium Rosyjskie, pomijając proste fakty, jak to, że to właśnie Lenin uważał, że rewolucja rosyjska MUSI się rozrastać na zachód, czego dokonał jego uczeń Stalin, blisko 25 lat później osadzając granicę wpływu komunizmu na Łabie. Gdyby nie głupota endeków, którzy zakazili, niestety skutecznie, masy społeczeństwa polskiego hasłem „Polska dla Polaków”, uznając, że jedyny słuszny obszar polski to ten czysto etniczny, czego ukoronowaniem było zrzeczenie się w traktacie ryskim olbrzymich połaci polskiej ziemi, z polską ludnością, ziemiaństwem, ośrodkami kulturowymi i współbraćmi z Białorusi i z Ukrainy, którzy szczerze liczyli na nasz protektorat, bijąc się ramię w ramię, razem z żołnierzami z Armii Polskiej. No właśnie, słowo klucz – „gdyby”.

Zychowicz wyciąga niewygodne fakty, pokazuje, jakimi staliśmy się wówczas cynikami, nihilistami, jak elity władzy, młodej, odrodzonej Rzeczpospolitej upadły na samym początku swojej drogi. Autor zasadniczo nie oszczędza nikogo, uważając jedynie, że polscy konserwatyści tudzież monarchiści zachowali honor, rozsądek i zwykłe współczucie dla rodaków, którzy po 1921 roku znaleźli się na terytorium ZSRR, pomimo że nie było jakiegokolwiek powodu, aby oddawać bolszewikom te ziemię, szczególnie, że sami czerwoni byli gotowi do wielkich ustępstw, aby tylko wyegzekwować pokój, który pozwoliłby im przezwyciężyć olbrzymi kryzys wewnętrzny. Zychowicz biadoli nad krótkowzrocznością Piłsudskiego, głupotą narodowców i ciężko nie przyznać mu racji.

W trakcie lektury Paktu Ribbentrop-Beck czasami uśmiechałem się pod nosem, bowiem Zychowicz momentami odpływał w kosmos, albo inaczej, przesadnie nadinterpretował poszlaki, fakty. W Pakcie Piłsudski-Lenin jest inaczej. Autor podpiera się olbrzymim materiałem źródłowym (niestety, w większości wydanym drukiem, szkoda, że autor nie poświęcił trochę czasu na głębszą kwerendę archiwalną), artykułami, wypowiedziami z epoki, prowadząc swój wywód od początku do końca w sposób spójny i logiczny z pewnymi wyjątkami. Oprócz przedstawienia solidnych podstaw, że mogliśmy zniszczyć Bolszewizm w zarodku, idąc prosto na Moskwę (nawet z nieprzychylnymi odbudowie wielkiej Polski – białymi) i tego, że granicę z czasów przedrozbiorowych mieliśmy na wyciągnięcie ręki. Zychowicz stara się (tutaj przyznaję, że lekko przesadzał) uzasadnić słuszność i celowości idei federacyjnej Piłsudskiego, pokazując, że od Estonii po Ukrainę były siły i jednostki, które uznałyby, że sojusz z Polską tudzież federacja byłyby jedynym słusznym, skutecznym narzędziem do tego, aby być europejską potęgą. Za dużo chciejstwa, za mało konkretnych faktów tutaj przedstawił Zychowicz, jednak rzeczywiście obraz zakreślony przez autora jest kuszący. Niestety, nacjonalizm Ukraiński wówczas był bardzo silny, szczególnie został on podjudzony przez powstanie efemerycznej Ukraińskiej Republiki Ludowej. Ponadto należy pamiętać, że wówczas państwa wielonarodowe trafiał szlag, co dobitnie pokazał rozpad Austro-Węgier.  Drugim poważnym zarzutemjest fakt, że najlepszym rządem dla odrodzonej Rzeczpospolitej według Zychowicza byłaby monarchia. Nie było koniunktury na takie rozwiązanie, monarchie upadały. Habsburgowie, Romanowowie stracili swoje trony. Rok 1918 to czas końca systemu monarchistycznego w Europie. Niestety, społeczeństwo polskie wówczas nie było dojrzałe także i na demokrację. Inna sprawa, że ciężko znaleźć nawet po latach najlepsze, ustrojowe rozwiązanie dla odrodzonej Polski, biorąc pod uwagę aspiracje narodów ościennych.

Lekki styl, krótkie rozdziały, brawurowe porównania i stwierdzenia, a do tego soczysty język – to wszystko jest zdecydowanie in plus u Zychowicza. Jego książki chce się czytać, pomimo ciężkości gatunkowej i przerażających wniosków; lektura jest po prostu przyjemna. Oczywiście trzeba pamiętać, że jest to publicystyka i zasadniczo możemy jedynie polemizować z poglądami autora, jak chociażby takim, że Piłsudski popełnił błąd, nie okazując pomocy Denikinowi – no cóż, ten generał szczerze nienawidził Polski i dla niego granica zachodnia Rosji winna się opierać na Kaliszu i tutaj można przyznać rację Piłsudskiemu, jednak tego, że Marszałek odmówił pomocy „Czarnemu Baronowi”, Piotrowi Wranglerowi, który miał zdecydowanie przychylniejszy stosunek do Polski, wybaczyć nie można.

Rozpisałem się, robiąc lekką apologię nowej pozycji Zychowicza. Więcej takich autorów jest potrzebnych, trzeba to przyznać, czy się zgadzamy z jego tezami, czy nie. Sposób narracji historycznej w kraju musi się zmienić, historia musi być magistra vitae est. Na razie jednak potrafimy usiąść i zapłakać, jaki ten zachód zły i jak nas zostawił na pastwę losu. My to samo zrobiliśmy w 1920 roku, zostawiając na żer komunistów, własnych rodaków i współbraci z Białorusi i Ukrainy. Tak, nie ma co świętować roku 1920 i 1921, a trzeba pochylać się nad katastrofalnymi błędami, które odczuwamy po dziś dzień. Polecam – odświeżająca i otwierająca oczy lektura.

Fot.: Rebis

zychowicz

Write a Review

Opublikowane przez

Jakub Pożarowszczyk

Czasami wyjdę z ciemności. Na Głosie Kultury piszę o muzyce.

Tagi
Śledź nas
Patronat

4 Komentarze

  • Bardzo interesująca książka. Jedyne co można zarzucić koncepcjom Zychowicza to wiara w to, że Ukraińcy, Białorusini, Litwini pogodziliby się z Polakami w wielkiej Polsce jagiellońskiej. Jedynym państwem zgodnie wieloetnicznym jest cudowna Szwajcaria ale tam grupy narodowościew nigdy wzajemnie się nie uciskały czy zwalczały. Na Kresach było inaczej.

  • Lenin uznawal niepodlegla polske a biali generalowie widzieli ja w granicach rosyjskiego imperium co najwyzej o jakiejs formie autonomi. To jaki mielismy interes im pomagac? Cios w koncepcje federacyjnej rzeczpospolitej zadal roman dmowski. A przez to wedlug mnie ojciec chrzestny kleski wrzesniowej

    • Jaki interes? Ja myślę, że Dienikin musiałby w końcu pęknąć i uznać niepodległość Polski. Zdecydowanie jednej i drugiej stronie zabrakło w tym momencie dziejów dobrej woli. Lenin, owszem z początku uznał niepodległość Polski, jednak moim zdaniem, ten gest miał charakter czysto przejściowy, niezbędny bardziej dla celów jego polityki w Rosji. No cóż, teraz możemy gdybać ;)

  • Polecam e-book „Historia moja prywatna” Bolszewicy oferowali Polsce pokój na dobrych Bolszewicy oferowali Piłsudskiemu w 1919 roku doskonałe warunkach. Należało się zgodzić. Piłsudski naraził Polskę na śmiertelne niebezpieczeństwo. Uratował nas Stalin, odmawiając wykonania rozkazu udzielenia pomocy Tuchaczewskiego. Gdyby nie to, losy wojny rozstrzygnęłyby się naw starciach II i IV armii z nad Wieprza z Budionnym, a w tym czasie Tuchaczewski zdobyłby Warszawę i to byłby „finis Poloniae”. Stalin został skazany na śmierć , ale się z tego wywinął. Reszta historii ZSRR i Polski to podzwonne tamtych wydarzeń Piłsudski był nieszczęściem dla Polski i jest nim do dzisiaj. To Stalin w Teheranie dał nam dzisiejszą Polskę, najlepszą w historii. Lepszej nie można było sobie wymarzyć po takim kataklizmie jak II Wojna, której sprawcami są w dużej mierze sami Polacy. (Putin ma rację) Polacy wciąż nie mogą się oderwać z marzeń od mocarstwowości. Co do losów Polaków w ZSRR to nie był on gorszy od losów innych nacji. Przestańmy wreszcie biadolić na naszym losem, którego jesteśmy sami sprawcami.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.