Film naprawdę familijny – Nicolas Vanier – “Szkoła życia” [recenzja]

szkoła życia

Podczas gdy kina w zasadzie co piątek zalewane są wszelkimi nowościami, wśród których znajdziemy coraz więcej niezbyt śmiesznych komedii, filmów o superbohaterach, horrorów i kryminałów, zapomina się trochę o młodszych widzach. Oczywiście pojawiają się filmy animowane, ale prawda jest taka, że albo nie wnoszą one w życie dzieciaków i młodzieży nic poza czystą rozrywką, albo… wbrew pozorom skierowane są mimo wszystko jednak do starszych widzów. Gdzie zatem szukać filmów familijnych, które nie tylko z przyjemnością obejrzymy całą rodziną, ale z których młodsi widzowie będą mogli wynieść coś interesującego i – przede wszystkim – wartościowego? Kino Świat wychodzi naprzeciw takim oczekiwaniom i potrzebom z FRAJDĄ, czyli Festiwalem Filmów dla Dzieci i Młodzieży, który rozpoczął się 26 sierpnia, a które to wydarzenie Głos Kultury objął patronatem medialnym. Jednym z dzieł, jakie zaprezentowane zostały w ramach Festiwalu, był francuski komediodramat zatytułowany Szkoła życia i myślę, że właśnie ta produkcja świetnie nadaje się jako wizytówka całego Festiwalu. Film w reżyserii Nicolasa Vaniera jest wyjątkowy pod wieloma względami i choć momentami wydaje się dość trudny i bywa naprawdę smutny, to nie można odmówić mu tego, że historia w nim przedstawiona wciąga, a młodsi widzowie (a kto wie, może nawet i starsi) powinni wiele dobrego z seansu wyciągnąć.

Kiedy będąca w okolicy pięćdziesiątki, nieposiadająca własnych dzieci, Célestine przybywa do podparyskiego sierocińca w odpowiedzi na list od jego dyrektora, nie spodziewa się, że zarówno jej życie, jak i kilkorga innych ludzi, zmieni się niebawem diametralnie. Kiedy poważny mężczyzna za biurkiem tłumaczy jej, po co ją wezwał, kobieta nie zamierza jednak przystać na złożoną jej propozycję. W sierocińcu znajduje się bowiem kilkuletni chłopiec imieniem Paul, a ponieważ przytułek ten ma w zwyczaju wysyłanie chłopców w strony, z których pochodzą, to właśnie Célestine poproszono o opiekę nad nim – jak się bowiem okazuje, zamieszkuje ona właśnie te okolice, z których, jak mówią dokumenty, pochodzi osierocony chłopiec. Z rozmowy kobiety z dyrektorem wynika, że znała ona słabo matkę chłopca, ale kategorycznie sprzeciwia się zabraniu Paula ze sobą. Zmienia jednak zdanie dość szybko po tym, kiedy dostrzega, w jakich warunkach żyje chłopiec, i na własne oczy przekonuje się, że nie jest tam traktowany po ludzku.

Dlatego w następnej scenie widzimy, jak Célestine wraz z naburmuszonym i milczącym Paulem zmierza drogą do wielkiego gospodarstwa, w którym, jak się okazuje, pracuje ona i jej mąż, Borel. Właścicielem zarówno ogromnej willi, całego przybytku, w którym mieszkają służący, a także ogromnego lasu dookoła jest Hrabia de la Fresnaye, którego nowa opiekunka Paula radzi mu unikać, tłumacząc, że ten nie lubi dzieci. Wyjaśnia również, że gdyby ktoś pytał, kim Paul jest, będą mówić, że jest on synem kuzyna jej bratanka (albo bratanka kuzyna – kobieta sama później się gubi, więc i widz ma prawo). Ponieważ trwają wakacje, a Célestine i Borel mają dni wypełnione pracą (kobieta jest służącą w willi, a jej mąż pracuje jako strażnik lasu), chłopiec musi sam zająć się sobą i czymś wypełnić sobie każdy kolejny dzień. Szybko odnajduje radość w zwiedzaniu okolicznych lasów i obserwowaniu zwierząt, choć trudno poradzić mu sobie z okrucieństwem, z jakim są traktowane niektóre z nich. Las Hrabiego jest jednak terenem, na którym odbywają się polowania, a nie brakuje i kłusowników, dlatego chłopiec będzie musiał prędzej czy później przywyknąć do takiego stanu rzeczy. Zaprzyjaźnia się zresztą z największym wrogiem Borela, kłusownikiem Totochem, który żyje jako wolny duch, na rozwalającej się łódce i żywi się tym, co sam upoluje lub zbierze.

Przyjaźń Paula z Totochem okazuje się być tym, czego chłopcu najbardziej brakowało i czego potrzebował, by zaaklimatyzować się w nowym miejscu i nowym życiu. Kłamstwem byłoby jednak stwierdzenie, że ich relacja była od początku skazana na sukces. Totoche to odludek i z początku nie chciał mieć z chłopcem zbyt wiele wspólnego – do tego ryzykował nieco, spoufalając się z nim, ponieważ jego opiekunem okazuje się być jego najzagorzalszy rywal, strażnik lasu Borel, który za cel życia postawił sobie schwytanie kłusownika na gorącym uczynku i wpakowanie do więzienia. Kiedy jednak lody zostają przełamane, a obawy znikają, chłopiec i mężczyzna spędzają ze sobą większość dnia, a Paul poznaje dzięki temu tajniki lasu i jego mieszkańców; uczy się łowić ryby, tropić zwierzynę, a także zacierać po sobie ślady. Nic jednak nie trwa wiecznie – wakacje dobiegają końca i chłopiec musi zacząć uczęszczać do szkoły. Oprócz tego nakryty przez Borela w lesie, dostaje zakaz takich wędrówek, co wiąże się również z ograniczonymi kontaktami z Totochem. Jakby tego było mało, obecnością Paula w posiadłości zaczyna interesować się Hrabia, co nie podoba się zlęknionej Célestine…

Szkoła życia to – jak na film familijny – dzieło całkiem długie, bo trwające niemal dwie godziny. Jednak jako widz dorosły, w którym (mam nadzieję) drzemią jeszcze spore pokłady dziecka, muszę przyznać, że naprawdę trudno jest podczas seansu się znudzić. Wątków fabularnych zdaje się być tutaj kilka i w pewnym momencie może się nawet wydawać, że jest ich za dużo, lecz ostatecznie łączą sie one w spójny i klarowny finał, który powinien być satysfakcjonujący dla młodszych widzów. Nie bez znaczenia dla przyjemności odbiorcy jest również fakt, że podczas senasu wielokrotnie możemy podziwiać przepiękne leśne krajobrazy, na tle których prezentują się majestatyczne dzikie zwierzęta. Robi to naprawdę spore wrażenie i tworzy niesamowity klimat, a przez to, że kolory w filmie są dość stonowane i jakby lekko rozmyte, nie mamy, oglądając, uczucia przesadzenia i przesytu. Czujemy się raczej tak, jakbyśmy również my, razem z Paulem i Totochem, zwiedzali leśne zakątki i skradali się, by popatrzeć na cudowności natury.

Jak jednak wspominałam, zdarzają się w Szkole życia sceny, które dla młodszego widza mogą być… może nie tyle brutalne, co mogą uświadamiać go w brutalności świata. Jesteśmy przecież świadkami polowań na kaczki, na jelenie, hodowania królików w celach czysto kulinarnych… Oprócz tego Totoche robi Paulowi również wykład o prawach natury i łańcuchu pokarmowym. Zostaje także poruszona kwestia cudzołóstwa – co prawda w sposób bardzo subtelny, a nawet okraszony humorem, ale może to zrodzić pewne pytania w głowie młodszego widza. Sporo tu również przemijania i życia z poszanowaniem i akceptacją praw natury – zwłaszcza tych, których nie możemy zmienić. Jeśli więc rodzic uzna, że jego pociecha jest za mała, by zderzyć się z takimi sprawami, film może okazać się nietrafionym wyborem. W innym przypadku jednak będzie to doskonała okazja do zrozumienia wielu rzeczy i do dyskusji na ten temat. Tym bardziej że w filmie scen stricte brutalnych nie ma (może poza strzelaniem do kaczek, ale to również zależy od naszej wrażliwości), zwłaszcza jeśli porównamy Szkołę życia z filmami superbohaterskimi, które nawet młodsi widzowie oglądają, czy choćby z kreskówkami, w których – o dziwo – tej brutalności potrafi być zdecydowanie więcej.

Podczas gdy młody Paul uczy się życia poza murami sierocińca, zwiedza las i łowi ryby, jest jedna sprawa, która nie daje mu cały czas spokoju i – jak się okazuje – zaprząta ona również głowę jego opiekunki. Młody chłopak wciąż zastanawia się, kim była jego matka. O ile bowiem o ojcu wie, jak miał na nazwisko i że zginął na wojnie, o tyle o matce wie niewiele i zaczyna dręczyć go ta niewiedza coraz bardziej. Chciałby chociaż odnaleźć jej grób (kobieta zmarła przy narodzinach Paula) i złożyć na nim kwiaty. Im bardziej jednak dociekliwy jest chłopiec, tym bardziej Célestine robi się tajemnicza. To zmusza natomiast naszą sierotę do rozpoczęcia poszukiwań na własną rękę. I choć widz domyśli się prawdy o wiele wcześniej niż główny bohater, to nie przeszkadza nam to wcale w oglądaniu kolejnych wydarzeń i z cieszenia się z finału – choć ten będzie skłodko-gorzki – do jakiego fabuła nas zaprowadzi.

Aktorsko film wypada zdumiewająco pozytywnie, choć czy faktycznie powinniśmy być zdumieni? W końcu w przedsięwzięciu wzięli udział również znani i cenieni aktorzy, jak choćby kojarzony głównie z niezapomnianej roli w Nietykalnych François Cluzet, który świetnie wcielił się w rolę niepoprawnego kłusownika Totoche’a. Hrabiego zagrał François Berléand znany z takich filmów jak Pan od muzyki czy z obu części Transportera. Goniącego za Totochem Borela zagrał Eric Elmosnino, który na ekranie przechodzi dość natychmiastową, lecz wciąż wiarygodną i wywołującą pozytywne emocje przemianę. W Célestine wcieliła się natomiast piękna Valérie Karsenti i odegrała swoją rolę niezwykle naturalnie; bardzo przyjemnie patrzyło się na nią na ekranie. Natomiast naszego głównego bohatera, Paula, zagrał Jean Scandel i była to, z tego co mi wiadomo, pierwsza w życiu rola tego chłopca o hipnotyzujących oczach. Cały zespół aktorski spisał się naprawdę dobrze. Warto też wspomnieć o dubbingu, skoro mówimy o filmie familijnym – ten, o dziwo (a musicie wiedzieć, że fanką dubbingu w filmach nieanimowanych nie jestem), wypada naprawdę nieźle i w żaden sposób nie przeszkadza w odbiorze – polskie głosy są dobrze dobrane do postaci i nie wypadają karykaturalnie, co czasami w filmach aktorskich się niestety zdarza.

Trzeba przyznać, że Szkoła życia to prawdziwa… Szkoła życia. Nawet dla dorosłego widza, żyjącego w otoczeniu bloków i supermarketów, seans może okazać się intrygującą i niezwykła wędrówką w głąb przyrody i praw natury, które rządzą naszym światem. To jednak również dająca nadzieję opowieść o przyjaźni, o konsekwencji życia ze świadomością fatalnych wyborów, jakie kiedyś podjęliśmy, o tęsknocie i stracie, ale także o tym, że nie zawsze jest za późno, by na tych naszych błędach się uczyć. Znajdziemy tu również przypowieść o tym, że czasami piękno, aby je zatrzymać, musimy puścić wolno, ofiarować mu swobodę, by odwdzięczało nam się przez długie lata w całej swej okazałości. Dowiemy się, oglądając francuską produkcję, że nie warto stawiać murów tam, gdzie nie są one koniecznie – i należy to rozumieć zarówno dosłownie, jak i w przenośni, w odniesieniu do, chociażby, konwenansów i tego, co nie wypada.

Właśnie dlatego wspominałam na początku, że Szkoła życia może stanowić świetną wizytówkę dla całego Festiwalu FRAJDA – jest to bowiem film familijny w takim rozumieniu, w jakim ja sama zawsze pojmowałam ten gatunek, a w jakim nieczęsto rozumieli go jednak twórcy tego typu dzieł. Francuski komediodramat to bowiem produkcja, którą można obejrzeć całą rodziną i każdy powinien odnaleźć w niej coś dla siebie. Są momenty, które rozbawią, ale przede wszystkim jest w tym filmie sporo nauki, która jednak wpleciona została w fabułę nienachalnie. Młodsi widzowie nie będą mieli poczucia moralizatorstwa, którego chyba nikt nie lubi, a na pewno wyciągną z seansu pewne wnioski i przemyślenia, które być może nawet skłonią ich do ciekawej dyskusji z rodzicami. Abstrahując jednak od walorów edukacyjnych, nie można także zapominać, że Szkoła życia to także świetna przygoda, osadzona w dodatku w przepięknym terenie. Film kręcony był w regionie Sologne, gdzie zresztą wychował się sam reżyser i jego niewątpliwy sentyment i podziw do tamtejszych terenów widać w poszczególnych kadrach. Warto poświęcić te dwie godziny zarówno z dorosłego, jak i tego młodszego życia, by w przepięknym, tajemniczym lesie spotkać króla jeleni i nauczyć się czegoś o życiu.

Fot.: Kino Świat


Ocena: 7/10

Redaktor naczelna i korektorka; absolwentka dyskursu publicznego na Uniwersytecie Śląskim. Czyta prawie wszystko i recenzuje nie mniej, powtarzając sobie w duchu za Josifem Brodskim: "Znając nasze dość niskogatunkowe czasy, przybijam dumny stempel: 'towar drugiej klasy' na swe najlepsze myśli i niech jutro młode przyjmie te doświadczenia z walk o każdy oddech".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *