marzec
marzec

Marzec upłynął nam wszystkim w nieco dziwnej atmosferze. Obejrzany film i przeczytaną książkę przeplatały informacje o ilości osób zakażonych koronawirusem, zewsząd krzyczały do nas clickbaitowe nagłówki, a z drugiej strony o uwagę dopraszały się codzienne obowiązki. Sytuacja, w której się znaleźliśmy, nie jest dla nikogo okresem przyjemnym, ale staramy się zachowywać spokój, postępować zgodnie z ideą #zostańwdomu i nadrabiać kulturalne zaległości, o ile tylko mamy taką możliwość.

Wśród naszych marcowych ulubieńców znajdziecie propozycje filmowe, muzyczne oraz literackie, które serdecznie polecają nasi redaktorzy. Niektóre podsumowania są krótsze, inne obfitują w kilka tytułów, ale podejrzewamy, że każdy z Was będzie mógł znaleźć wśród nich coś dla siebie.

Jeśli zachwyciły Was w minionym miesiącu jakieś tytuły, to z chęcią je poznamy –podzielcie się nimi w komentarzach!


Małgorzata Kilijanek

Marzec 2020 roku zapamiętamy chyba wszyscy… Niecodzienny stan pełen niepokoju okazał się dla wielu z nas okresem powrotu do lektur, płyt oraz filmów, a także mnożenia refleksji.

Czy aby nie jest tak, że wróciliśmy do normalnego rytmu życia? Że to nie wirus jest zaburzeniem normy, ale właśnie odwrotnie – tamten hektyczny świat przed wirusem był nienormalny? (…) Pokazał nam, że nasza gorączkowa ruchliwość zagraża światu. I przywołał to samo pytanie, które rzadko mieliśmy odwagę sobie zadać: Czego właściwie szukamy?

Pisze Olga Tokarczuk w felietonie Okno, którego lekturę polecam.


Sama odsłuchałam wydanego w lutym albumu Agnes Obel zatytułowanego Myopia, który porusza kwestie wątpliwości oraz zaufania i jak sama artystka sugeruje, zadaje pytania: Czy możesz polegać na własnych osądach? Czy wierzysz, że robisz właściwe rzeczy? Czy potrafisz zaufać swojemu instynktowi i temu, co czujesz? 

Dodaje też, że praca nad albumem wymagała od niej całkowitego skupienia i odseparowania od świata zewnętrznego. Kompozycje są wynikiem próby uporania się z przeszłością oraz chęci powrotu do korzeni i tak jak podczas nagrań albumów Philharmonics, Aventine oraz Citizen Of Glass, stworzone zostały przez Obel samodzielnie. Przed rozproszeniem izolowała się w swoim domowym berlińskim studiu, eksperymentując z technikami zniekształceń smyczków, fortepianu, wokali oraz przetwarzaniem nagrań. Jaki jest tego efekt? Musicie przekonać się samodzielnie. Agnes Obel po raz kolejny zachwyca subtelnością i wyważoną melancholią, czarując swym głosem oraz brzmieniem fortepianu i smyczków.

Agnes Obel - Broken Sleep (Official Video)

Polskie piękne dźwięki, które oczarowały mnie w marcu, to zapowiedź albumu Home Hani Rani, czyli utwór Leaving. To dzieło, któremu przewodzi pytanie: Are you leaving, is there a better place?, którym podmiot liryczny stara się zatrzymać nieznanego wędrowca. Delikatny, pełen subtelności początek przechodzi płynnie w pulsującą, pełną emocji część, po której następuje wyciszenie. Konstrukcję tę porównać można do morza: spokojnego, wzburzonego, ulegającemu sztormowi i wracającego do kojącej miarowości uderzeń o brzeg. Album Home jest pytaniem o szukanie przynależności, własnego kąta, historią o szczęściu, ale i tęsknocie. – jak głosi informacja prasowa, a sama płyta pojawi się 15 maja 2020 roku nakładem wydawnictwa Gondwana Records. Teledysk do Leaving powstał we współpracy z krakowskim duetem Mateusza Miszczyńskigo i Jakuba Stoszka, którzy odpowiedzialni są również za stworzenie obrazu do utworu Glass z debiutanckiej Esji artystki. Zdjęcia zrealizowane zostały w Grecji, w styczniu, kiedy Hania występowała w Atenach.

Hania Rani — 'Leaving' (Official Video) [Gondwana Records]

Poleceniem filmowym, którym chciałabym się z Wami podzielić, jest tytuł Frances Ha, wyreżyserowany przez jednego ze znaczących przedstawicieli kina niezależnego – Noaha Baumbacha. Opowiada on o dziewczynie, która jako dwudziestosiedmiolatka staje na rozdrożu, zmuszona do wyboru dalszej ścieżki życiowej, wiążącej się ze zmniejszeniem panującego w jej życiu chaosu i ograniczeniem młodzieńczej wolności. Jej perypetie ukazane zostały w sposób lekki, bezpretensjonalny oraz dowcipny, wpisując się idealnie w czarno-białą francuską nową falę. Sprzyjają temu pojawiające się rozdziały oraz przyjemna, charakterystyczna ścieżka dźwiękowa. W główną postać, tancerkę Frances, fenomenalnie wciela się Greta Gerwig, będąca jednocześnie współautorką scenariusza (oraz znaczącego dla dzieła neologizmu undateable – nierandkowalna). Buduje postać, która żyje na pograniczu marzeń i rzeczywistości, uzależnia się od innych, upada, podnosi się, szuka odpowiedzi na pytania, ale nie wykazuje gotowości do wkroczenia w dorosłość. Większość postaci pojawiających się w filmie jest w tym samym momencie życia, co Frances – są po studiach, marzą o wielkiej karierze, nie czują się dorośli, ale muszą mierzyć się z licznymi codziennymi problemami takimi jak: brak pracy, problemy z mieszkaniem i cenami czynszu oraz próbami wyjścia z przejściowego etapu w celu osiągnięcia życiowej stabilizacji. Tym samym tematyka wydaje się na tyle uniwersalna i aktualna, iż akcja mogłaby rozgrywać się chociażby w Warszawie. A toczy się w filmowym Nowym Jorku, czyli mieście bohemy artystycznej, a przede wszystkim młodych ludzi, którzy tak, jak bohaterka pragną przynależenia do tej grupy. Baumbach nie skupia się w swym filmie na miłosnych historiach bohaterki, ale opowiada o przyjaźni, młodości i dojrzewaniu. Frances Ha to półtoragodzinna przystępna, ale kunsztowna opowieść, dowodząca tego, że spełnienie marzeń nie jest obligatoryjnym elementem ludzkiego szczęścia. Film obejrzycie na Netflixie.

FRANCES HA ZWIASTUN

Siedzimy w domu, czytamy książki i oglądamy seriale, ale w rzeczywistości przygotowujemy się do wielkiej bitwy o nową rzeczywistość, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, powoli rozumiejąc, że nic już nie będzie takie samo, jak przedtem.

 

To kolejny fragment Okna. Trzymajcie się ciepło i zdrowo, korzystajcie z możliwości doświadczeń kulturalnych, jeśli macie siły, czas i ochotę.


Mateusz Cyra

U mnie w marcu będzie tylko jeden ulubieniec. Ten miesiąc dla większości moich znajomych był czasem nadrabiania zaległości za sprawą przymusowego siedzenia w domu i aż mnie momentami szlag trafiał, gdy widziałem mnożące się listy znajomych, w których odhaczali obejrzane seriale, filmy, przesłuchane płyty, przeczytane książki czy ukończone gry komputerowe. U mnie wiele się nie zmieniło, a jeśli już, to mam więcej obowiązków, niż miałem przed zakazami wprowadzonymi przez rząd, dlatego w marcu udało mi się obejrzeć zaledwie trzy filmy i jeden serial i niestety nie widzę wśród tych tytułów niczego godnego wyróżnienia. Praktycznie cały marzec w moim wykonaniu to słuchanie – muzyki, podcastów oraz audiobooków oraz oglądanie jednego kanału na YouTube w drodze do i z pracy. Osoby, które mnie znają, wiedzą jak dużym wydarzeniem w moim życiu jest premiera płyty niespodzianki Eminema. To coś, co można porównać do pojawienia się kolejnego życiowego kamienia milowego i nie ograniczam się tylko do notorycznego słuchania piosenek, czytania książeczki z tekstami i analizowania na własną rękę treści, które są publikowane przy okazji tej premiery. Ostatnimi czasy odczuwam ogromną potrzebę rozmowy na temat tej nowej płyty, analizy konkretnych wersów i spojrzenia na kogoś, kto choć w drobnym stopniu odczuje to, co aktualnie ja czuję i będzie się jarał tym wszystkim tak, jak ja się jaram. Niestety w moim otoczeniu nikt nie czuje tego tematu z taką siłą i widzę, że czasem przytłaczam bliskich czymś, co nie do końca znajduje się w orbicie ich zainteresowań. Dlatego też zacząłem rozglądać się po popularnych ostatnio filmikach, w których ludzie reagują na utwory czy teledyski znanych artystów. Oczywiście moje poszukiwania ograniczają się tylko do Eminema i w ten sposób przewinęło się przez moje YouTube’owe konto kilkudziesięciu YouTuberów, ale tylko jeden z nich jest godny umieszczenia go w tym zestawieniu oraz nadania mu miana mojego ulubieńca miesiąca.

YOU GON' LEARN REACTION/BREAKDOWN | EMINEM X ROYCE ALWAYS FIRE

Chodzi o kanał TheThirdErnest i o faceta, który go prowadzi. Ernest Arrellano III pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i prowadzi kanał, w którym publikuje reakcje, analizy i vlogi na temat rapu (głównie Eminema, ale od dłuższego czasu analizuje też nowości w tym gatunku). I muszę przyznać, że to chyba pierwszy raz, gdy na YouTube trafiłem na osobę tak inteligentną, tak cudownie rozgadaną i posiadającą tak rozległą wiedzę i pamięć w interesującej mnie tematyce, a przy tym tak ciepłą, sympatyczną i nie popadającą w bufonadę, że po trzecim filmiku, który obejrzałem, zacząłem go subskrybować, a do dnia dzisiejszego co rano odpalam kolejny materiał, bo najzwyczajniej w świecie jestem ciekaw, co też tym razem będzie miał do powiedzenia Ernest i zamierzam nadrobić wszystkie jego archiwalne nagrania. Wreszcie trafiłem na kanał, w którym facet stojący po drugiej stronie kamery nie ogranicza się do udawania mędrca, który rzuca frazesami ani do głupkowatego śmieszkowania na temat tego, co przed chwilą usłyszał albo do wydzierania się jak przysłowiowa “małpa” na co bardziej udane wersy, a co niestety jest udziałem większości popularnych “YouTube’owych reakcjonistów”. Ernest bardzo często dogłębnie analizuje poszczególne treści, przedstawiając widzom podwójne (czasem potrójne) znaczenia, rozbijając na cząstki poszczególne frazy, tłumacząc wszystko tak, że nawet laik albo osoba, która jest obcokrajowcem (jak ja) bez problemu zrozumie kontekst bądź przytaczaną analizę. Daleko mu na szczęście do akademickiego bełkotu, ponieważ widać to w zasadzie po jednym filmiku, że sam jest ogromnym fanem rapu, co udowadnia, rzucając mimochodem anegdotki o raperach, utworach, albumach bądź poszczególnych historiach związanych z rapem. Naprawdę świetnie się bawię podczas słuchania tego, co opowiada o konkretnych utworach, tym bardziej, że płytę Music to be murdered by odbieramy praktycznie tak samo.

JESSIE REYEZ X EMINEM - COFFIN REACTION!! | A GORGEOUS VOICE!!


Anna Plewa


Marzec, choć nas nie rozpieszczał, okazał się być wyjątkowo hojny przynajmniej pod jednym względem. Serialowym. Za najmocniejszy debiut minionego miesiąca w konkurencji serialowej, uważam dostępny w HBO Go serial Devs – kolejną propozycję reżysera Ex Machiny, Alexa Garlanda.

Fabuła w bardziej niż udany sposób, łączy elementy kina sci-fi i thrillera, ocierając się momentami o traktat filozoficzny, bombardując technologicznym wizjonerstwem i zachwycając muzyką. Akcja Devs rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości w otoczeniu złowrogiej korporacji Amaya. Pracuje tam w charakterze inżynierów-programistów para głównych bohaterów. Przynajmniej chwilowo głównych, bo chłopak imieniem Sergej szybko i niespodziewanie zostaje pozbawiony życia. Której to czynności pozbawiania życia towarzyszy, godny filozoficznych traktatów, wywód o deterministycznym wszechświecie, nieuchronności losu i ciągu przyczynowo-skutkowym prowadzącym do tej właśnie, a nie innej wersji rzeczywistości.

Ta scena to  Devs w pigułce. Podszyte metafizyką rozmowy o prawach determinujących losy zarówno jednostki, jak i świata, naukowy traktat o technologiach coraz wspanialszych i coraz straszniejszych, teorie, które w rękach genialnych i szczęśliwie pozbawionych etycznych niepokojów, wizjonerów przestają być jedynie teoriami, filozoficzne pytania o sens wolnej woli i determinizm społeczny. A jakby komuś było mało – międzynarodowe szpiegostwo gospodarcze, samowola korporacji, które pozbawione instytucjonalnego nadzoru coraz śmielej poczynają sobie w dziedzinie igrania z prawami fizyki, teorie kwantowe, a wszystko to okraszone autentycznie trzymającym w napięciu, horrorowym klimatem. Atmosfera nieustannego zagrożenia jest tak gęsta, że można ją kroić nożem, a scena morderstwa otwierająca serial to zaledwie początek zaskoczeń i niespodzianek. W kolejnych odcinkach odwiedzimy bowiem istną pracownię alchemika i będziemy świadkami cudów, oczywiście objaśnionych z naukową precyzją i filozoficznym naddatkiem.

Dodam, że cała ta metafizyczna otoczka towarzyszy kryminalnej intrydze o wymiarze międzynarodowym, którą usiłuje rozwikłać dziewczyna Sergeja, Lily. Nie wierzy ona w oficjalną przyczynę śmierci  i usiłuje dojść do prawdy na własną rękę. Oczywiście nie podejrzewając, w co wdepnie i z czym przyjdzie się jej zmierzyć.

Devs raczej nie jest serialem, który można oglądać jednym okiem. Fabuła wymaga od widza nieustannego skupienia. Twórcy wprost bombardują tropami, zarzucają wątkami i notorycznie wyprowadzają nas w pole. Odcinki mijają dosłownie w mgnieniu oka, także za sprawą fascynujących bohaterów.

Prym w tej kategorii wiedzie dotknięty osobistą tragedią i owładnięty niebezpieczną obsesją szef wizjonerskiego projektu o nazwie Devs – Forest, którego poznajemy, gdy, z sobie tylko wiadomych przyczyn, bawi się w boga. Jest to bohater w równym stopniu genialny, co przerażający. Postać niesłychanie niejednoznaczna, w czym ogromna zasługa świetnego Nicka Offermana, wiarygodnie kreującego człowieka targanego poczuciem winy, który znajduje ulgę w głoszonych przez siebie wywodach o iluzji wolnej woli i życiu pozornie tylko chaotycznym, w swojej istocie zaś zdeterminowanym prawami fizyki.

Devs wciąga i angażuje. Także za sprawą hipnotyzującej muzyki i atmosfery sennego koszmaru. Jest intrygująco, klimatycznie i złowrogo. Jednak ostrzegam: serial działa wybitnie uzależniająco, stawia niełatwe pytania i konsekwentnie utrzymuje klimat tajemnicy, nie oferując w zamian jednoznacznych rozwiązań. Również fabularnych.


Anna Sroka-Czyżewska


W marcu trzeba było oderwać się od rzeczywistości i to naprawdę mocno. Pomyślałam, co najlepiej działa na moją wyobraźnię. Ano działa tak horror. Czy to książkowy, czy to filmowy – groza w każdej postaci to niezawodny sposób na chandrę i na nudę. A że nie miałam okazji, o dziwo, oglądać filmowego obrazu Doktor Sen, to szybko zabrałam się za nadrabianie tej zaległości. I muszę przyznać, że film zrobił na mnie duże wrażenie. Jako pożeracz prozy Stephena Kinga oczywiście znałam książkowy pierwowzór i uznaje go za naprawdę świetną literaturę. Polecam i jeszcze raz polecam – najpierw Lśnienie, majstersztyk grozy wydany w 1977 (w Polsce jeszcze pod tytułem Jasność – co nie oddaje do końca istoty samego zjawiska z powieści), następnie książkę Doktor Sen – kontynuację, która wcale nie musiała się udać. Po tylu latach King wraca do postaci i miejsc z kultowej powieści, powieści, która umocniła jego pozycję na panteonie gwiazd horroru – po niesamowitej Carrie zekranizowanej przez Briana De Palma ukazało się właśnie Lśnienie, które Kubrick „zmaltretował” i ukazał światu horror najlepszy, a dla Kinga najgorszy (ale to temat tak obszerny, że zająłby mi cały artykuł). Wracając do Doktora Sen – to horror świetny. Nakręcony współcześnie i operujący motywami tak ciekawymi, że aż nie mogłam się napatrzeć. Sama historia jest już sama w sobie obłędna i zakręcona – dorosły i zniszczony życiem Danny Torrance pije na umór, niszczy swoje zdrowie i robi wszystko, aby swoje własne lśnienie ugasić. Co prawda, w Lśnieniu nie za dużo na temat wiedzieliśmy – chłopczyk coś widział, słyszał, jakieś tam moce miał. Ale dopiero w kontynuacji poznajemy, czym jest i jak istotne owe lśnienie jest. Dan, już nie Danny, staje się kimś w rodzaju duchowego przewodnika, kogoś, kto pomaga przejść zmarłym na drugą stronę – w ten sposób wykorzystuje iskry lśnienia, które mu pozostały. Abra, dziewczynka, która kontaktuje się z Danem, posiada ogromną moc – na którą to moc czyha banda rodem z piekła. Zwą siebie Prawdziwym Węzłem i żywią się dziećmi. Są źli, okrutni i przerażający i nie sądziłam, że to okropieństwo grupy uda się przenieść na wielki ekran – ale udało się i to spektakularnie. Przede wszystkim czapki, a raczej kapelusze z głów dla Rebecci Ferguson, która jako Rose Kapelusz robi świetną robotę (jej medytacje – brrr) Tak, przyćmiła nawet Ewana McGregora, który zapowiadał się na poczciwego Dana i takim też poczciwcem został. Tutaj muszę dodać, że troszkę został spłycony jego wątek, ale mimo to dwuipółgodzinny film przedstawia jego osobę rzetelnie i tak, aby widz, nie miał niedosytu. Świetny film, polecam i na pewno pomoże w oderwaniu od rzeczywistości, która nie jest ostatnio dla nas zbyt kolorowa.


Wiktoria Ziegler

Jesteśmy uziemieni, a może lepiej brzmiałoby udomowieni? W marcu 2020 przymiotnik “udomowiony” powinien rozszerzyć swoje znaczenie do ‘pozbawiony możliwości wyjścia z domu’. Parafrazując ks. Jana Twardowskiego  – jeśli zamykają się jakieś drzwi, to otwiera się inne okno. Oznacza to, że jesteśmy tak skonstruowani, że brak jednej możliwości rodzi drugą. Niektórzy to wykorzystują haniebnie, by się wzbogacić na czyimś nieszczęściu. Inni tworzą instagramowe poradniki, co można jeszcze posprzątać, jeśli posprzątało się już całe mieszkanie. Joga, gruntowna nauka gotowania, maraton seriali czy filmów. Ja proponuję randki z książkami, a szczególnie z jedną wyjątkową – Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata. To genialna podróż do Wietnamu, Japonii, Turcji i wielu innych miejsc. Bez żadnych kosztów przelotu, mało tego – bez wychodzenia z domu! Gaston Dorren to lingwista, poliglota i błyskotliwy, ironiczny erudyta. Przygotował dla językowych źółtodziobów esencję wiedzy o językach  – i to nie byle jakich, bo o dwudziestu najpopularniejszych językach świata m.in. koreańskim, jawajskim, bengalskim, tamilskim, hiszpańskim, niemieckim czy angielskim. Każdemu z nich poświęcony jest popularnonaukowy esej ze zdjęciami i krótkim kwestionariuszem na początku: pismo, gramatyka, rodzina, zapożyczenia, brzmienie. Na świecie istnieje około 6000 tysięcy języków mówionych, być może warto poczytać coś o dwudziestu najpopularniejszych? Estetycznym cudem jest okładka Wydawnictwa Karakter, przedstawiająca dwadzieścia kotów, oczywiście pod każdym zwierzątkiem jest napisany “kot” w danym języku. Jeden esej, czyli jeden język każdego dnia i już coraz bliżej nam do egzotycznego lingwisty.


Anna Bugajna 

Jak wytrzymać przymusową izolację, oglądanie szerzącego się na zewnątrz chaosu i nie zwariować? Pewnie wielu z Was zadaje sobie dziś to pytanie. Każdy ma swoje sposoby na przetrwanie tego trudnego dla wszystkich czasu. Jednym z nich może być oczywiście lektura książki. Czynność ta jest jednym z lepszych sposobów na ucieczkę od rzeczywistości. Jest lepsza od filmów – bo trwa dłużej! Wsadźcie sobie zatem w kieszeń wszystkie kursy szybkiego czytania i oddajcie się powolnej lekturze ulubionych historii. Dość dobrym konkurentem na tym tle okazują się seriale, jednak w marcu chciałabym Wam polecić dwa tytuły powieści. Mam nadzieję, że pomogą Wam one przetrwać zarówno to, co dzieje się teraz, jak i to, co czeka na nas w nowym świecie po epidemii koronawirusa.

Marny_Andrew_Sean_GreerMarny  Andrew Sean Greer, W.A.B.

Pierwszą z nich jest nagrodzona Pulitzerem książka Marny Andrew Sean Greer’a. W marcu wydało ją Wydawnictwo W.A.B. Książka ta doskonale odpowiada na naszą potrzebę ruchu i wyjścia z domu. Bohater tej książki – Artur Marny – aby uniknąć obecności na ślubie swojego byłego kochanka postanawia zorganizować sobie długą podróż. Jednak jak tego dokonać, będąc mało popularnym pisarzem bez grosza przy duszy? Nasz sprytny bohater postanowił przyjąć wszystkie zaproszenia na spotkania autorskie, rozdania nagród, festiwale, gościnne wykłady, a także zaproszenia od znajomych. Wraz z Arturem możecie pojechać m.in. do Włoszech, Niemiec, Japonii czy Maroka! Jakby tego było mało, Artur szybko pozwoli Wam zapomnieć o smutkach dnia codziennego. Jak z pewnością się domyślacie, nazwisko Marny nie jest przypadkowe. Artur, ogólnie rzecz ujmując, jest mało rozgarnięty. Podróżuje w iście slapstickowym stylu. Książka jest pełna dobrego i inteligentnego humoru. Ponadto to wzruszająca historia miłosna, która pozostawia po sobie ogromną ilość pozytywnej energii i ciepła.

Zbieranie kości Jesmyn Ward, Wydawnictwo Poznańskie 

Drugą książką, którą szczerze Wam polecam jest Zbieranie kości Jesmyn Ward, wydaną przez Wydawnictwo Poznańskie. Ten tytuł dla odmiany został nagrodzony National Book Award. Nie myślcie sobie, że wybieram swoje lektury po nagrodach książkowych. Czytałam także Śpiewajcie z prochów śpiewajcie, tej samej autorki i również tę książkę Wam polecam. Co prawda, ona także była nagrodzona National Book Award… skończmy lepiej ten wątek, bo nie mam nic na swoją obronę…

W każdym razie dlaczego Wam polecam Zbieranie kości? Głównym bohaterem jest czwórka rodzeństwa z południa Stanów Zjednoczonych. Żyją oni w cieniu nadchodzącej katastrofy naturalnej. W przeciwieństwie do naszej trwającej już epidemii, oni czekają na uderzenie huraganu Katrina. Nastolatkowie początkowo nie zwracają większej uwagi do zbliżającego się zagrożenia. Zajęci są swoimi sprawami i problemami. Do tego dochodzi jeszcze okres dojrzewania. Historia ta jest piękną opowieścią o trudach macierzyństwa, więzach rodzinnych i sytuacjach kryzysowych, które pozwalają przetrwać jedynie dzięki relacjom z drugim człowiekiem. Wątek ten wydaje mi się szczególnie ważny w obecnym czasie przymusowego dystansu. Warto pamiętać o tym, gdy w końcu epidemia pozwoli nam się do siebie zbliżyć.


Magda Przepiórka

Ja dzisiaj trochę o oglądaniu w sieci. I nadrabianiu tego, co gdzieś już dawno, dawno temu zalęgło się na myślowych półkach, przykurzyło i odeszło w krótkowzroczną niepamięć.


Przymusowy pobyt w ograniczonych, domowych przestrzeniach może i momentami męczy swoją monotonią i brakiem – przynajmniej poczucia – jakiejś większej autonomiczności, ale i jest zarazem świetnym przyczynkiem do odkrycia tych kart, które zawsze podrzucałam do przegródki “w wolnej chwili”. Otóż, ta – ubłagana – w końcu nadeszła. A platforma vod.pl stała się miejscówką, do której regularnie uczęszczam i w której zamawiam – świeże dla mnie, choć terminowo zakorzenione w wieku ubiegłym – filmowe potrawki. Doprecyzowując, dostępny jest na niej dział poświęcony klasyce kina polskiego, w którego ramach przepycha się kulturalnie ponad setka polskich filmów uważanych powszechnie za kinematograficznych reprezentantów narodowych XX wieku – w dużej części prezentująca ponadprzeciętny stan wizualny dzięki pieczołowicie wykonanej rekonstrukcji cyfrowej (tu ukłony dla Studio Filmowe Kadr). Co istotne, produkcje te dostępne są za darmo. Pośród całego tego gwaru mniej lub bardziej znanych i barwnych różnorodności, znaleźć można perełki – czy to skupiając się na kreowaniu narracji, strukturze samego filmu, czy po prostu ładunku emocjonalnym, jaki te dzięki świetnemu zrównoważeniu gatunków generują. Jest tu dostępny mały przekrój twórczości Wojciecha Hasa (od wybitnej Pętli z 1957 roku, do której scenariusz współtworzył Marek Hłasko; a hipnotyzującą, niepozwalającą oderwać od siebie wzroku aurę stworzył Gustaw Holoubek w roli głównej), przez Jak być kochaną, w której postać prowadzącą – niejasną, wieloznaczną, momentami sprzeczną, intensywnie pogłębioną psychologicznie – powierzył Barbarze Krafftównie, tej towarzyszył na ekranie młody Zbigniew Cybulski; film powstał na podstawie opowiadania Kazimierza Brandysa o tym samym tytule, po takie filmy-monumenty jak Rękopis znaleziony w Saragossie czy Sanatorium pod Klepsydrą). Nie sposób i nie wspomnieć o Kanale Andrzeja Wajdy z niezapomnianą rolą Teresy Iżewskiej w roli “Stokrotki”, Pokoleniu – a w końcu i – Popiele i diamencie z 1958. Filmie przez wielu odważnie i niezmiennie określanym jako najsłynniejszy film polski na świecie, choć z drugiej strony warto i wspomnieć tutaj raz jeszcze o Sanatorium pod klepsydrą Wojciecha Hasa, które to – według filmowych legend – osiągnęło status kultowego obrazu filmowego pośród wykładowców i studentów amerykańskich uczelni. Spora w tym zasługa ogromnej niejednoznaczności, oniryczności i “lekkości” przepływania historii pomiędzy kadrami, którą film Hasa do dzisiaj emanuje. Wracając jednak do Popiołu i diamentu… Produkcja ta wymieniana jest niezwykle często głównie poprzez pryzmat roli Zbigniewa Cybulskiego – która zresztą jest kreacją wybitną, nie tylko ze względu na swobodę ekranową, ale i sposób gry aktorskiej, który odkreśla się wyraźną linią od pozostałych fabularnych bohaterów. Popiół i diament to jednocześnie  świetny przykład skumulowania w jednej produkcji głównych wyznaczników i wyróżników ówczesnej Polskiej Szkoły Filmowej i jeden z jej najlepszych obrazów. Muszę również wspomnieć o drugoplanowej, choć bardzo wyrazistej i odrobinę bezczelnej roli, którą uwiodła mnie od pierwszych minut (to wyzywające, podszyte ironią spojrzenie!) Ewa Krzyżewska – budząc do ekranowego życia barmankę Krystynę.

A poza klasyką kina polskiego warto zagłębić się w dalsze europejskie i pozaeuropejskie rejony na platformie. Poszukiwania mogą okazać się momentami zaskakujące, ale i niezmiernie owocne: Metropolis Fritza Langa z 1927 roku (niemieckie arcydzieło; ponad dwugodzinny obraz przyszłości, w której społeczeństwo dzieli się na dwie podstawowe grupy: myślicieli oraz robotników). Dwie grupy, które nie potrafią funkcjonować bez siebie nawzajem, bo dopiero wspólna ich praca, przenikanie się, jest w stanie stworzyć dobrze zazębiony ludzki kolektyw), jeden z pierwszych horrorów – Nosferatu – Symfonia grozy, Pancernik Potiomkin, Brzdąc Charlie Chaplin, czy już reprezentujące kolejne dekady XX wieku – Człowiek, który wiedział za dużo Alfreda Hitchcocka, Intruz lub Proces Orsona Wellesa. Oczywiście tego wszystkiego jest o wiele, wiele więcej; różności różnogatunkowych i różnojakościowych (po takie cacka jak Kobieta-Osa – produkcja, w której horror spotyka się z science fiction, a wszystko to prezentowane z perspektywy reżyserskiego spojrzenia z 1959 roku wyjętego).


Paulina Leszczyńska

Sytuacja, w której wszyscy się znaleźliśmy dla jednych jest czasem wzmożonej pracy, a dla drugich okazją do lenistwa i nadrobienia filmowych zaległości. Korzystając więc z chwili spokoju w domowym zaciszu, czym prędzej przystąpiłam do zgłębiania pozycji z mojej niebywale długiej listy tytułów do obejrzenia.

Jednym z tych, które w marcu bez dwóch zapadły mi w pamięć, jest Tylko dla odważnych w reżyserii Josepha Kosinskiego. Film ten opowiada historię dzielnych strażaków. Przedstawia ich życiorysy i przywiązuje widzów do bohaterów tak, by ci drżeli o ich dalsze losy. Raz bawi, raz wzrusza i bez dwóch zdań zapada w pamięć. Godna uwagi jest również obsada. Na ekranie ujrzymy bowiem Josha Brolina, Jennifer Connelly, Jeffa Bridgesa, Andie MacDowell Milesa Tellera czy Taylora Kitscha. Każdy, kto ma dość kinowych upiększeń, sztucznie budowanego napięcia, płaskich postaci i scen wyjętych rodem z kina science fiction, zdecydowanie będzie usatysfakcjonowany tworem Kosinskiego.

Drugą produkcją, którą z czystym sumieniem polecam, jest Le Mans ’66. Tu w rolach głównych zobaczymy Matta Damona i Christiana Bale’a. Można pomyśleć, że to kolejny płytki film osadzony w realiach motoryzacji i wyścigów. Nie ma co ukrywać, do tej pory tytułów o tej tematyce Hollywood stworzyło całkiem sporo. Tu jednak obok wysuniętej na główny plan rywalizacji pomiędzy marką samochodową Ford i jego głównym rywalem – Ferrari – mamy również świetnie rozrysowane główne postacie oraz wielopoziomowy konflikt interesów. Z czterech oscarowych nominacji Le Mans ’66 doczekał się dwóch statuetek. Czy zasłużenie? Tu będę namawiać Was z całego serca byście przekonali się o tym sami. Jedno natomiast mogę powiedzieć Wam na pewno. Warto.

Wspólnym mianownikiem obu filmów jest to, że oparte są one na prawdziwych wydarzeniach, trzymają w napięciu, pochłaniają bez reszty oraz niejednego widza nakłonią zapewne do poseansowych refleksji. Jak wiemy przecież nie od dziś, życie pisze najlepsze scenariusze.

 


 

Natalia Trzeja 

Nie będę oryginalna, gdyż po prostu powtórzę to, co już napisali wcześniej redakcyjni koledzy – marzec to naprawdę dziwny miesiąc! Nagle przyszło nam zamienić nasze domy na biura, szkoły, uczelnie, przedszkola, place zabaw, parki, restauracje, kina, biblioteki, miejsce pracy i wakacje w Dubaju. Ah, ileż to rzeczy można zrobić na tej kwarantannie, bo przecież pojawiło się tyle instagramowych osobowości i pseudoporadników, którzy, aż palą się, by podzielić tą wiedzą tajemną, do której dostęp ma tylko siedem osób na świecie (sic!): jak wykorzystać dodatkowe wolne godziny?

Niestety moja kulturowa codzienność, zamiast nabrać tempa, wydaje się stać w miejscu. Kina zamknięte, księgarnie zamknięte, teatry zamknięte. Nadszedł najwyższy czas, aby dopuścić do głosu zakurzone książki i filmowe zaległości, jednak obecnie moje dwadzieścia cztery godziny zostały podzielone na domowe studiowanie, a trudy wychowywania swojego psiego dziecka. Na szczęście, została jeszcze noc… Nagle ta pora dnia stała się dla mnie swego rodzaju oazą czy nawet przestrzenią dla kulturowej egzystencji, gdy to studenckie notatki zimują na dnie biurkowej szuflady, Skype wyłączony, a kolejny test online będzie moim zmartwieniem dopiero za tydzień. Teraz jest ciemno, godzina 00:00, a ja mogę poromansować sobie z Netflixem, HBO i literackimi perełkami.

Sklep z jednorożcami umilił mi ten czas izolacji i wycisnął tysiące łez, które już dawno czekały na kolejny kinowy rarytas, chociażzz prawdopodobnie jestem jedną z niewielu osób, które tak pozytywnie odebrały tę pozycję, gdyż średnia ocen na filmwebie (5.6) jest zdecydowanie za niska! Ekscentryczna artystka zostaje wyrzucona ze szkoły i zmuszona do stawienia czoła nieuchronnej dorosłości. Rozpoczyna nudną pracę, w nudnym biurowcu, z nudnym szefem i jeszcze nudniejszymi koleżankami. No po prostu koszmar, a dla takiej radosnej, kreatywnej, o dziecięcym usposobieniu duszyczce nie jest to źródło życiowego spełnienia, ale! Pewnego dnia, staje przed ogromną szansą spełnienia swojego największego marzenia… kupienia jednorożca!  Gdybym miała wskazać jakąś produkcję, która mogłaby być moją biografią, Sklep z jednorożcami miałby możliwość upomnieć się o honorowe wyróżnienie (nie tylko dlatego, że też marzę o jednorożcu!). Film Brie Larson to przede wszystkim historia nie tyle o dojrzewaniu, co o próbie jego zatrzymania. Wiadomo, że dorosłość rządzi się swoimi prawami, jednak wielu z nas zapomina, że warto zatrzymać w sobie cząstkę, kawałeczek, fragmencik tego wewnętrznego dziecka, które uwielbia kolorowe lizaki i mnóstwo barwnego brokatu. Myślę, że to jest właśnie powód wypalenia czy apatycznego nastroju większości dorosłych – brak tego wewnętrznego malucha, który pozwala nam się wygłupiać i cieszyć nawet z tych najdrobniejszych rzeczy. Promienie słońca, pierwsza stokrotka w ogrodzie, motyl wlatujący do sypialni, kubek kakao, przypomnienie sobie ulubionej bajki, przytulenie zakurzonego pluszaka czy otwarcie nowego pudełka lodów. Małe rzeczy, ale jakże cieszą! Jednak czy wielu z nas potrafi czerpać z nich prawdziwą radość?

Drugim ulubieńcem marcowej kwarantanny jest książka Furia wikingów, o której pisałam w swojej recenzji, jednak spodobała mi się na tyle, że śmiało uznaję ją za swojego marcowego ulubieńca. Nordyckie klimaty w połączeniu z ciekawą fabułą, scenami walki i wierzeniami wikingów stały się iskierką, która rozpaliła we mnie motywację zmniejszenia swojej biblioteki wstydu (przeczytam was, przysięgam!) i ponownego zanurzenia się w świecie Ragnara, chociaż tym razem, to jego synowie kradną całe show (#TeamIvar). Jest to zdecydowanie jedna z najciekawszych pozycji od Repliki, a dla tych, którym jeszcze jest mało… czekajmy razem na kontynuację, która zbliża się wielkimi krokami!


Jakub Pożarowszczyk

Pomimo całej beznadziejności marca 2020 roku pojawiło się kilka ciekawych premier w świecie muzyki, szczególniej tej metalowej. Czas pokaże, czy owe płyty będą stanowić soundtrack do początku apokalipsy…

Chyba najgłośniejszą nowością marca był nowy, oczekiwany krążek Pearl Jam – Gigaton. Mam spory problem z ostatnimi dokonaniami ekipy Eddiego Veddera. Niby wszystko jest na swoim miejscu, zespołowi nie brakuje energii i żaru, a teksty dalej traktują o rzeczach ważnych i istotnych dla świata. Tylko co z tego, jak mi ta muzyka wchodzi jednym uchem, wychodzi drugim, a dobre melodię w Pearl Jam są moim zdaniem pieśnią przeszłości? Doceniam próby korekty kursu w sferze muzycznej, ale chyba znowu odpalę po raz setny Ten, Vs. lub Vitalogy. Wiem, boomer ze mnie.

Działo się za to w świecie metalu. Polski metal znowu pokazał swoje potężne oblicze w postaci świeżynki od black metalowców z Medico Peste i kopiącego prosto w twarz death metalowego uderzenia od Traumy. Nergal za to zgromadził zacnych gości na drugiej płycie jego niemetalowego projektu Me And That Man. Z efektem co najmniej zadowalającym. Na świecie przypomnieli o sobie metalcore’owcy z Heaven Shall Burn, fundując fanom dużą, 100 minutową dawkę muzyki. Jedna z metalowych sensacji ostatnich lat – Code Orange nową twórczością udowadnia, że zgiełk jaki wokół nich panuje, absolutnie nie jest przypadkowym.

Za to dla mnie albumem miesiąca został krążek dosyć krytykowany, szczególnie za wtórność i rzekomy autoplagiat. Mowa oczywiście o nowym krążku doom metalowców z My Dying Bride – The Ghost of Orion. Nie ukrywam, że to słabsza płyta niż chwalona i ceniona poprzedniczka – Feel The Misery. Stylistycznie The Ghost of Onion ulokowałbym gdzieś w okolicach A Line of Deathless Kings. I chyba dlatego szczególnie cenię tegoroczną płytę Umierającej Panny Młodej. Tamten krążek z 2006 był moim pierwszym kontaktem z Brytyjczykami i mimo że wcale nie jest uważanym za najlepszy w ich dyskografii, to spowodował, że pokochałem ten zespół ponad życie i ciężko jest mi ich oceniać obiektywnie. Na The Ghost of Onion spotykamy to, co zwykle w ich muzyce: zwaliste, ciężkie jak diabli riffy, powolne, sunące kompozycje i pełen smutku, żalu i rozpaczy głos Aarona Stainthorpe’a. No cóż, mi nic więcej nie jest potrzebne w muzyce My Dying Bride, którzy stworzyli kolejny, dobry krążek w swojej karierze.

MY DYING BRIDE - Your Broken Shore (OFFICIAL MUSIC VIDEO)


Martyna Michalska

Przyznaję bez bicia – pomimo dużo większej ilości czasu z racji obecnie panującej sytuacji, nie udało mi się ani nadrobić seriali/filmów/książek, które umościły się na mojej kupce wstydu już dawno temu, ani sięgnąć po zbyt wiele nowych tytułów. Mnogość tych pozycji wyzwala we mnie najgłębiej skrywane pokłady prokrastynacji, mimo że kiedyś obiecałam sobie, że jak tylko skończę to, co obecnie oglądam lub czytam, od razu się za nie wezmę. Cóż, z pewnymi rzeczami trudno walczyć i choć ten pojedynek nie jest łatwy, to wierzę, że kiedyś w nim zwyciężę. Jak już zdecyduję się podjąć walkę. Tymczasem zupełnie nieoczekiwanie, odezwała się we mnie chęć wyciągnięcia ręki na zgodę do mojego starego przyjaciela, z którym srogo się swojego czasu pokłóciłam. Overwatch, bo to o nim mówię, jeszcze ze trzy lata temu sprawiał mi ogromną frajdę, kiedy wraz z moimi niezmordowanymi towarzyszami zajmowałam kolejne punkty, dopychałam ładunek do końca mapy i puszczałam niezwykle widowiskowe ulty. Później cała przyjemność jakoś wygasła, w obliczu bezsilności wobec oczywistych minusów gry takich jak: brak dopasowania poziomów graczy, złośliwość członków drużyny, którzy po pierwszym nieudanym teamfighcie wychodzili z meczu skazując mnie na pewną przegraną, czy tej cholernej Moiry, która zamiast leczyć tylko psuje. No każdy by się wkurzył. Jednak w minionym miesiącu włączyłam Overwatcha raz, drugi, trzeci, jakoś tak wyszło, że teraz włączam go codziennie, kiedy tylko mam chwilę na grę albo gdy zobaczę, że moi przyjaciele postanowili po raz kolejny spróbować wyjść z pojedynku jako zwycięzcy, przy odrobinie szczęścia nagrodzeni zagraniem meczu. No i jakoś tak się kula znowu ta nasza znajomość. I jest całkiem fajnie. I mam nadzieję, że jeszcze przez dłuższy czas będzie.


Mateusz Norek

Nie mam pojęcia, jakim cudem, mimo iż staram się być w miarę na bieżąco z serialowymi premierami, Kingdom, którego pierwszy sezon na Netflixie pojawił się już na początku tamtego roku, zupełnie umknął z mojego radaru i dowiedziałem się o jego istnieniu dopiero teraz przy okazji premiery drugiego sezonu. Nie ma jednak tego złego, bo pierwsze sześć odcinków kończy się w takim momencie, że czekanie na kontynuację na pewno byłoby straszliwie bolesne. Tak mogłem płynnie przejść do drugiego sezonu, który ujawnia już pełen potencjał tej koreańskiej produkcji i jeśli ktoś do tej pory myślał, że w temacie zombie powiedziano już wszystko i nie ma w nim miejsca na świeżość, przy seansie Kingdom może bardzo pozytywnie się zaskoczyć.

Korea czasów dynastii Joseon, przełom XVI i XVII wieku. Państwo wyniszczone jest przez długoletnią inwazję Japonii, którą cudem udało się powstrzymać. W niestabilnym i trawionym przez głód kraju król nagle mocno podupada na zdrowiu. Na dworze zaczyna mówić się o śmierci władcy, ale jego młoda żona, która spodziewa się potomka tronu oraz naczelny doradca króla, który jest jej ojcem, stanowczo temu zaprzeczają, nie dopuszczając jednak nikogo do rezydencji władcy. Prawdę o ojcu postanawia odkryć Chang Yi, młody książę, który obawia się, że jego macocha wraz ze swoim ojcem chce jego śmierci i przejęcia władzy w kraju. Trop prowadzi go do wioski, gdzie odkrywa, że w procesie leczenia króla użyto tajemniczej rośliny wskrzeszenia, która zapoczątkowała zarazę krwiożerczych nieumarłych.

Kingdom dzięki miejscu i czasowi akcji wygląda wprost fenomenalnie. Historyczne stroje i architektura feudalnej Korei niemal w każdym kadrze urzekają pięknem i kolorami. Akcja świetnie balansuje pomiędzy horrorem z zombie w roli głównej, a niemniej ważniej intrydze politycznej. Dużo czasu poświęcone jest pokazaniu różnic społecznych, sytuacji politycznej i ogólnemu rysowi historycznemu. Sami nieumarli zachowują się tutaj inaczej, niż zazwyczaj w tego typu produkcjach i serial bardzo umiejętnie dawkuje nam wiedzę o nich, z jednej strony od razu pokazując, jaka jest ich geneza, a z drugiej zaskakując, bo nie wszystkie tropy bohaterów okazują się słuszne, co szybko może kosztować ich życie. Kingdom to świetna mieszanka horroru, thrillera, baśni i serialu historycznego. A teraz wybaczcie, ale wracam do oglądania, bo zostały mi jeszcze dwa odcinki 2 sezonu.

Kingdom | Oficjalny zwiastun [HD] | Netflix

Fot.: HBO Go, Warner Bros, Wydawnictwo Karakter, Wydawnictwo Poznańskie, Grupa Wydawnicza Foksal, Studio Filmowe Kadr, Black Label Media, Imprial – Cinepix, Netflix, Replika, Nuclear Blast,blizzard.com,

Podobne wpisy:

Avatar

Redaktor naczelny oraz współzałożyciel portalu Głos Kultury. Twórca artykułów nazywanych "Wielogłos". Prowadzący cykl "Aktualnie na słuchawkach". Wielbiciel kina, który od widowiskowych efektów specjalnych woli spektakularne aktorstwo, a w sztuce filmowej szuka przede wszystkim emocji. Koneser audiobooków. Stan Eminema. Kontakt: redakcja@gloskultury.pl lub czarnepioro@gmail.com

Komentarze: 2

  1. Avatar
    Kuba 10 kwietnia, 2020 at 15:17 Odpowiedz

    Furia wikingów bardzo dobra. Dynamiczna i ciągle coś się dzieje. Czytałem ostatnio i też czekam na kontynuację. Wiadomo, kiedy będzie?

    • Avatar
      Mateusz Cyra 14 kwietnia, 2020 at 13:56 Odpowiedz

      Z pewnego źródła wiem, że na pewno w 2020 roku, prawdopodobnie za kilka miesięcy. Wszystkie zawirowania w premierach książek są spowodowane pandemią.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *