Filmy,Patronat,Wielogłos

Wielogłosem o… “Babyteeth”

babyteeth
babyteeth

Już jutro polską premierę ma niezwykły film Babyteeth. I choć sam opis być może nie każdego zachęci do seansu, zwłaszcza że nie jest to dzieło nowatorskie w podejmowanej tematyce, to jeśli chodzi o jej potraktowanie – według naszych redaktorów może nie mieć sobie równych. Opowieść o śmiertelnie chorej nastolatce, starszym chłopaku, którego szybko zaczyna darzyć sympatią, a także o jej bezbronnych wobec choroby i uczucia córki rodzicach szybko wkrada się w serca widzów i podbija je zarówno sposobem wykreowania postaci, jak i aktorstwem, a także każdym aspektem technicznym. Babyteeth to bowiem – według Mateusza i Sylwii – film, w którym wszystko zostało dopracowane i dopięte na przysłowiowy ostatni guzik. Australijskie dzieło jest zachwycające i przejmujące. Po więcej zachwytów zapraszamy jednak do lektury poniższego Wielogłosu. Film w reżyserii Shannon Murphy wprowadza do Polski Best Film, a Głos Kultury miał przyjemność objąć go patronatem medialnym.

 

WRAŻENIA OGÓLNE 

Mateusz Cyra: O filmie wiem od bardzo długiego czasu. Oczywiście nie znałem szczegółów fabuły, ale bacznie śledziłem wszystkie zagraniczne, a później krajowe wzmianki, które pojawiały się o tej produkcji. Gdy tylko dowiedziałem się, że zaprzyjaźniony z nami Best Film będzie polskim dystrybutorem, prawie podskoczyłem z radości. Dziś z dumą mogę napisać, że Babyteeth jest jednym z naszych najważniejszych  patronatów medialnych 2020 roku. Wiedziałem, że będzie to film przynajmniej bardzo dobry, zresztą od ponad ośmiu miesięcy moja podświadomość była bombardowana informacjami, że jest to dzieło wyjątkowe i… nic nie było w stanie przygotować mnie na to, co obejrzałem. Babyteeth to oszałamiający wręcz debiut. Podziw budzi zarówno ogólny zamysł, jak i olbrzymia dbałość o każdy detal, na który składa się ten film. 

Sylwia Sekret: Film w reżyserii Shannon Murphy to dzieło, do którego najlepiej zasiadać z zupełnie czystą głową. Myślę, że im mniej wiemy o filmie, tym lepiej, choć nawet bombardowani zewsząd informacjami na jego temat, powinniśmy go docenić. Dlaczego dobrze wiedzieć o nim jak najmniej? Ponieważ nie bez powodu twórcy zostawiają wiele rzeczy naszym domysłom, a drugie tyle, choć jest oczywiste – nie zostaje powiedziane wprost. Babyteeh porusza temat, który nierzadko pojawia i już pojawiał się w kinematografii za sprawą choćby takich filmów jak Kiedy się pojawiłaś, Gwiazd naszych wina, Earl i ja, i umierająca dziewczyna czy Niech będzie teraz. Wydaje mi się jednak, że jeśli w ogóle kino i widzowie są przygotowani na taką tematykę, jeżeli są gotowi zmierzyć się z nią za sprawą dużego ekranu, to czekali właśnie na Babyteeth.

babyteeth

RYS FABULARNY 

Mateusz: Milla jest poważnie chora. Słowa „rak” lub „nowotwór” nie padają w filmie nawet raz, jednak obserwując zmagania młodej bohaterki, nietrudno połączyć kropki. Choroba nie przeszkadza dziewczynie w prowadzeniu (w takim stopniu, w jakim to możliwe) normalnego życia z rodziną. Dziewczyna chodzi do szkoły, słucha muzyki, uczęszcza na lekcje gry na skrzypcach i cały czas wierzy (a przynajmniej my – widzowie – chcemy w to wierzyć). Ten bolesny i skomplikowany proces znacznie trudniej przechodzą jej rodzice, którzy zdecydowanie nie potrafią poradzić sobie z tym, przez co przechodzi ich ukochane dziecko. 

Sylwia: Kiedy poznajemy Millę, ona poznaje Mosesa. Chłopak niespodziewanie wpada na nią (dosłownie i w przenośni) i w zasadzie trudno powiedzieć, co sprawia, że ich relacja nie kończy się dokładnie tu i teraz, dokładnie w chwili i miejscu, w których się zaczęła. Milla wydaje się zauroczona tym dziwnym chłopakiem, który nie ma gdzie mieszkać i o którym nie wie wiele więcej poza tym, że jako tako umie się obsługiwać maszynką do strzyżenia. Gdyby Milla była normalną, zdrową dziewczyną, zapewne jej rodzice zrobiliby wszystko, by Moses zniknął z życia ich córki. Ale Milla jest chora i przygnębiona, czy powinniśmy się więc dziwić, że Henry i Anna zrobią wszystko, dla choćby nikłego uśmiechu na twarzy Milli? I tak właśnie zaczyna się ta dziwna znajomość…

babyteeth

ZALETY I WADY FILMU 

Mateusz: Jestem zachwycony i nie wpływa na moją ostateczną notę fakt, że przez początkowe dwadzieścia minut nie potrafiłem się wczuć w klimat tej opowieści, bo tutaj wina leży po mojej stronie, a trudno temu debiutowi cokolwiek zarzucić. Życzyłbym wszystkim twórcom takich pełnometrażowych debiutów (Shannon Murphy ma na swoim koncie pracę przy serialach, w tym przy kilku głośnych – np. Obsesja Eve), bo dla takich filmów chodzimy do kina, to takie filmy zostawiają w nas ślad i wreszcie – to takie dzieła zgarniają najwyższe noty i międzynarodowe uznanie.  

Przejdę jednak do tego, co podoba mi się najbardziej – zaskoczyło mnie przede wszystkim to, jak przemyślano każdy detal składający się na tę produkcję. Gdy zdawałem maturę ustną z języka polskiego, w pełni świadomie wybrałem temat Tytuł, motto, ostatnia scena – kluczem do interpretacji dzieła. Przytaczam ten fakt po to, żeby podkreślić, że od wielu lat zwracam uwagę na takie detale i bardzo lubię, gdy twórcy idą krok dalej i wymuszają na odbiorcy pracę szarych komórek. W przypadku dzieła Shannon Murphy jednym z kluczy do interpretacji dzieła są tytułowe zęby mleczne. Oczywiście pod żadnym pozorem nie zamierzam nikomu psuć zabawy, dzieląc się własną interpretacją. Zaznaczę jednak, że ich umiejscowienie w fabule otwiera pole do interpretacji, nadając filmowi wielu znaczeń. Mamy przecież do czynienia z symbolem dzieciństwa, niewinności, pewnego rodzaju ulotności, ale zestawiono to ze śmiertelną, nieuleczalną chorobą. Naprawdę, po seansie zastanówcie się nad tym, jak zgrabnie zostało to ze sobą połączone – nie da Wam to spokoju. Mnie nie daje.  

Tak bardzo skupiłem się na zaledwie jednym elemencie tego filmu, że nie wiem, gdzie ja zmieszczę resztę moich zachwytów na temat australijskiego dzieła. Żeby nie przedłużać: aktorstwo jest dla mnie prawdziwie spektakularne. Chemia między całą czwórką głównych aktorów jest potężna. Uzyskać taki rodzaj energii udaje się serialom, podczas kręcenia których aktorzy spędzają ze sobą lata, zgrywają się i po czasie traktują się jak drugą rodzinę. Uzyskać taki efekt w filmie? Brawo. Muzyka Amandy Brown tak naprawdę powinna być osobnym bohaterem, bo tak dobrze została wkomponowana w konkretne sceny, że człowiek pragnie wracać do tych piosenek raz po raz. Podobny efekt w sztuce filmowej udaje się niezwykle rzadko, a nawet jeśli jest inaczej, to na mnie on nie oddziałuje. Dotychczas podobną siłą rażenia w połączeniu muzyki z wydarzeniami fabularnymi spotkałem tylko w grach Life is Strange oraz Alan Wake

babyteeth

Sylwia: Mnie z kolei film kupił od pierwszych sekund. I zdecydowało o tym wszystko. Od samego początku wiedziałam, że muzyka, zdjęcia, aktorzy – wszystko będzie do siebie pasować. I tak było. Olbrzymią zaletą filmu jest kontrast, na jakim go zbudowano. Wszystko, oprócz choroby głównej bohaterki, zdaje się przez sporą część filmu przeczyć powadze śmierci, jaka przecież od początku się nad nim unosi. Milla nie jest w zasadzie ani pokorną pacjentką, pogodzoną ze swoim losem, ani szaloną buntowniczką. Myślę, że jest po prostu sobą i że gdybyśmy poznali ją przed diagnozą, nie różniłaby się bardzo od dziewczyny w peruce. Zdaje się, jakby miała gdzieś to, czy jest chora, czy nie. A jej rodzice? Henry i Anna (mam wrażenie, że nawet ich imiona są „zwyczajne” nie bez powodu) również z pozoru zdają się świetnie radzić sobie z chorobą córki. Nie przeszkadza im ona prowadzić normalnego życia, żartować, flirtować. Do tego te ciepłe barwy, przytulne światło, które tworzy wrażenie, że wszystko będzie dobrze. Tutaj nie ma miejsca na patos, na epatowanie chorobą. Tutaj nie ma miejsca na chorobę. Nikt jej nie zaprasza, nikt nie zamierza ułatwiać jej dostępu do świata przedstawionego. Nie ma jej, dopóki sama się nie wedrze. I nie zacznie zabierać tego, po co przyszła. I ten kontrast sprawia, że film jest niesamowity i pozostawia po sobie wrażenie, które zostanie na długo.

Mam wrażenie, że w tym filmie wszystko, co ważne, dzieje się gdzieś obok, poza widzem. To z kolei świadczy o tym, że twórcy uwierzyli bardzo mocno w inteligencję i empatię swoich widzów. A to nie zdarza się często we współczesnej kinematografii. Twórcy lubią podawać nam wszystko na tacy – wszystkie wyjaśnienia, wszystkie emocje. W Babyteeth to, co najważniejsze, rozgrywa się pomiędzy scenami, za zamkniętymi drzwiami, w słowach, które nigdy nie padły lub które zostały wypowiedziane za cicho, by je usłyszeć. I to jest piękne.

Nie będę tą, która wskaże wady australijskiej produkcji. Na chwilę obecną raczej żadnych nie widzę. To dzieło, jak napisałeś, przemyślane i dopracowane w każdym szczególe. Poruszające tematycznie i przyciągające wizualnie. Niesamowicie świeże i żywe, choć zdaję sobie sprawę z tego, że nie brzmi to może zbyt dobrze w kontekście fabuły.

Aktorstwo i pozostałe kwestie techniczne omówimy później, ale oczywiście i one składają się na całą gamę zalet tego dzieła. 

babyteeth

PROBLEMATYKA

Mateusz: Dzieło Murphy to z jednej strony opowieść o tym, jak nie potrafimy sobie poradzić  z widmem śmierci najbliższych nam osób. Nie oszukujmy się, że tak nie jest. Zarówno w odniesieniu do filmu, jak i do samego faktu utraty bliskich. Z drugiej zaś strony Babyteeth paradoksalnie pokazuje nam radość utkaną z prozy życia, z prostych rzeczy, z małych-wielkich gestów, czynów, spojrzeń. To dzieło pełne paradoksów. Z jednej strony to film o mrokach umierania, z drugiej pochwała dla życia. Jednocześnie ciepła komedia i przerażający dramat. To film o wchodzeniu w dorosłość, która nigdy nie nadejdzie. Murphy przy pomocy genialnego scenariusza Rity Kalnejais oraz całej obsady i ekipy pracującej nad filmem roztacza opowieść o miłości, która budzi obawy, ale i wlewa światło w mroczne dni. Babyteeth ma w sobie całą paletę emocji, które zostały zapisane w 116 minutach filmu i czekają tylko na odbiorców. Ostrzegam jednak – ten film wywołuje spustoszenie w umyśle. 

Sylwia: Mówisz: To film o wchodzeniu w dorosłość, która nigdy nie nadejdzie. I oczywiście się z tym zgadzam, ale jak sam wspomniałeś, Babyteeth to dzieło pełne paradoksów, i tak jest również w tym aspekcie. Bo film ten opowiada o wchodzeniu w dorosłość, która nigdy nie nadejdzie, ale również o dorosłości, która przyszła zbyt wcześnie, i o młodości, która odeszła za szybko. Czy bowiem wtedy, kiedy upominają się o nas problemy zbyt dorosłe, by udźwignęło je nastoletnie serce, możemy nadal mówić o młodości? Obraz Shannon Murphy to wręcz epopeja o umieraniu, odchodzeniu, tęsknocie za umarłym, który jeszcze żyje. O desperacji, która każe chwytać się wszystkiego, nawet głupiego aparatu fotograficznego (o czym za chwilę, Drogi Czytelniku, opowie Mateusz). To dzieło o miłości w jej wielu obliczach. To świadectwo tego, że rodzic, który musi spędzić choć sekundę życia ze świadomością, że stracił na zawsze swoje dziecko – umarł razem z nim, w ten czy inny sposób. To opowieść o czymś, o czym w zasadzie nie da się opowiedzieć, ale musimy o tym opowiadać i o tym słuchać, modląc się jednocześnie, by nas to nigdy nie spotkało. By opowieść pozostała opowieścią. 

Babyteeth to również historia nieoczekiwanego, które wdziera się do życia, przynosząc jednak czasami coś dobrego. To przykazanie mówiące o tym, że czasami warto ulec szaleństwu, zaryzykować, dać szansę. 

Jednak jeśli chodzi o problematykę – prym wiedzie strata, żałoba, bezsilność. Choć konsekwentnie zestawiana z prozą życia, daje brutalny obraz tego, że zawsze, choćby nie wiem co, życie zawsze toczy się dalej. I tylko wciąż nie wiem, czy to jest ten słynny happy end, czy jednak wręcz przeciwnie.

ULUBIONA SCENA

Mateusz: Pierwsze ujęcie na nieco zwolnionym tempie, ze zbliżeniem tylko i wyłącznie na szklankę i wpadający do środka ząb oraz jedna z końcowych scen, ukazująca dokładnie tę samą szklankę i ten sam ząb. Małe arcydzieło. To zdecydowanie jedne z lepszych scen i chętnie porozmawiam o tej klamrze z kimś, kto widział film. Oczywiście należy do tego dodać finałowe momenty (uzbiera się tego około dwadzieścia minut), które składają się na dramatyczne widowisko, prawdziwy spektakl oraz ucztę dla emocji, które niczym rozwścieczone bestie – chwycą Was za gardło, będą szarpać Wami na prawo i lewo, by finalnie rzucić o ścianę bez ostrzeżenia. Taki jest to film. 

Sylwia: Babyteeth ma mnóstwo pięknych scen, takich, które zapadają w pamięć, godnych naśladowania przez innych twórców. Nie ulubiona, ale najbardziej emocjonalna była dla mnie scena, kiedy Henry ściąga córce perukę. To wtedy role matki i ojca się odwracają. 

babyteeth

OMÓWIENIE WYBRANYCH POSTACI 

Mateusz: Na wstępie zaznaczę, że trudno mi wybrać jednego bohatera, o którym chciałbym mówić, ponieważ pokochałem całą czwórkę i każda z głównych postaci zasługuje chociaż na wzmiankę. Pozwól Sylwia, że skupię się na męskiej części tego dramatu. Moses to chłopak z problemami – jest uzależniony od substancji psychoaktywnych, rzucił szkołę, matka wyrzuciła go z domu, a na powierzchni utrzymuje go… w zasadzie trudno powiedzieć, co. To typ spod ciemnej gwiazdy, który mógłby być powodem nieprzespanych nocy wielu rodziców, jednak mimo wszystkich przywar, Milla dostrzega w nim coś, czego prawdopodobnie nikt inny nie zauważy. I to w jakiś sposób jest w stanie go okiełznać. 

Henry to ojciec Mills. Człowiek opanowany, twardo stąpający po ziemi, nastawiony pokojowo do świata. Harmonię w jego umyśle burzy narastająca choroba córki, z którą nie potrafi sobie poradzić. Mężczyzna z zewnątrz zdaje się najbardziej opanowany i wygląda, jakby przyjmował wszystko na chłodno, pozwala sobie jednak na chwile słabości, by dać upust emocjom, które muszą się gdzieś uwolnić. Ujmujące są jego próby uchwycenia chwili poprzez nad wyraz częste robienie zdjęć swojej córce. Emocjonalny rozpad głowy rodziny obserwujemy na plaży i jest to obraz piękny i przerażający jednocześnie. Henry robi, co może, żeby nie ukazać emocji, ale czuć, jak jego wnętrze aż kipi i przeżywa małą katastrofę. Wybitne. 

Sylwia: Z kolei Anna, matka Milli, to kobieta, która nie kryje się z emocjami. W zasadzie od początku widzimy, co choroba córki zrobiła z kobietą, a przyjmowane przez nią leki jedynie to potwierdzają. To matka, która wyrzuca sobie, że mogła poświecić córce więcej czasu, jej i ich wspólnej relacji. Możemy się jedynie domyślać, jak żywiołową i pełną życia, odważną i towarzyską kobietą była Anna wtedy, kiedy wszystko jeszcze było dobrze. Gdzieś tam głęboko tlą się jeszcze resztki tej osoby, teraz jednak Anna jest kłębkiem nerwów i smutku.

A Milla? Główna bohaterka Babyteeth? Śmiertelnie chora nastolatka, która na samym początku wcale nie wzbudza naszej sympatii? Próżno szukać u niej pokory. Nie jest jednak jedną z tych umierających bohaterek, które za cel stawiają sobie przeżyć lub dokonać konkretnych rzeczy. Milla jest tak naprawdę bardzo zwykłą dziewczyną. Chce tego, co większość nastolatek – chce by, matka nie truła jej głowy, chce iść na szkolny bal, chce mieć piękną sukienkę, chce iść potańczyć, chce być kochana. Milla jest szczera i nikogo nie udaje. Nie jest też cierpiętnicą, nie usłyszymy jej narzekań na chorobę. Może dlatego powaga całego filmu dociera do nas tak późno, choć przecież od początku zdajemy sobie z niej sprawę…

babyteeth

AKTORSTWO 

Mateusz: Troszkę już na ten temat wspomniałem, tutaj rozwinę myśli – Babyteeth udało się to, czego nie udaje się naprawdę wielu filmom. Ekipa aktorów z łatwością nawiązała kontakt, czuć to praktycznie w każdej scenie. Początkowo myślałem, że najwięcej pochwał skieruję w stronę młodziutkiej Elizy Scanlen, dla której była to pierwsza główna i od razu tak wymagająca rola. Potem najbardziej podobał mi się Ben Mendelsohn, który stanął przed równie trudnym zadaniem ukazania człowieka cierpiącego raczej do wewnątrz, ale finalnie nie jestem w stanie postawić na kogokolwiek z czołowej czwórki tego dramatu. Każdy z osobna i wszyscy razem wspięli się na wyżyny aktorstwa, dając niebywały popis. 

Sylwia: Masz rację, cała czwórka pierwszoplanowych aktorów spisała się rewelacyjnie i wyróżnić któregoś z nich byłoby niesprawiedliwością dla pozostałych. Docenić należy na pewno, że Eliza Scanlen zagrała zupełnie inną rolę niż dwie wcześniejsze, z których do tej pory była znana najbardziej. Jej Amma z Ostrych przedmiotów i Beth z Małych kobietek, a teraz także Milla, udowadniają, że ta młoda aktorka odnajdzie się wspaniale chyba w każdej roli i naprawdę trudno będzie ją zaszufladkować. Niech dowodem będzie to, że choć serial Ostre przedmioty widziałam i dobrze pamiętam, nawet nie zorientowałam się podczas seansu Babyteeth, że to ta sama aktorka! 

Również Toby Wallace był mi znany wcześniej, ponieważ całkiem niedawno obejrzałam dostępny na Netflixie serial The Society, w którym ten młody aktor gra całkiem ważną rolę. I muszę przyznać, że gdy tylko zobaczyłam go w pierwszej scenie Babyteeth, pomyślałam, że – raczej niefortunnie – otrzymał podobną rolę. Pomyliłam się jednak – i to bardzo. Ponieważ postać Mosesa i Campbella tylko z początku i tylko pozornie mogą wydawać się podobne. Dlatego Wallace wcale nie miał łatwego zadania i również on nie będzie pretendował raczej do miana aktora jednej roli. A jego łatwo zapadająca w pamięć twarz mogłaby utrudnić sprawę. Tymczasem świetnie odnalazł się w roli niełatwego w obyciu i bardzo niejednowymiarowego młodego mężczyzny, który – choć do końca pozostaje dla nas zagadką – jest również najbardziej barwną postacią filmu, na której twarzy malowało się podczas seansu chyba najwięcej emocji.

babyteeth

KWESTIE TECHNICZNE 

Mateusz: Babyteeth to film bardzo dobrze zrealizowany. W ślad za udaną fabułą idą równie udane technikalia, zarówno te, na które nie zwraca się uwagi, jak i te, które rzucają się w oczy i w jakiś sposób wyróżniają australijską produkcję na tle innych. Bardzo podobały nam się (mówię nam, ponieważ wiem, że Sylwia też jest fanką tego typu zagrań) te krótkie, ulotne ujęcia, w których czasem ukradkiem, czasem w pełni otwarcie Mills zaglądała prosto w oko kamery, łamiąc przy tym czwartą ścianę. Przywodzi to oczywiście na myśl serial Fleabag, jednak tutaj trochę inaczej rozkładają się emocje. Podoba mi się również to, że film podzielony jest na takie pomniejsze epizody – każdy z nich jest na początku zatytułowany, zupełnie jak rozdziały w książkach. Podobieństwa tego zabiegu do literatury nie kończą się tylko na tym – niektóre z tych epizodów są dłuższe, inne zaś są zupełnie króciutkie, trwają niewiele ponad minutę. Buduje to fajną dynamikę tej opowieści i zapada w pamięć. 

Sylwia: Jeśli chodzi o tytuły rozdziałów – muszę wspomnieć, że ogromnie podobała mi się ich nieoczywistość i niejednoznaczność, ale także to, jak wpływały na odbiór niektórych scen, a nawet na ich dynamikę. To dla mnie trochę takie filmowe less waste, bo twórcy do maksimum wykorzystują czas i przestrzeń w filmie, by jak najwięcej w nim zmieścić. W dodatku nie po to, by coś na tym zyskać, ale po to, byśmy my, widzowie, byli bogatsi o pewne doznania i refleksje. Muzyka w tym filmie to oczywiście mistrzostwo – jest niesamowita, hipnotyzująca, wpadająca w ucho aż nieprzyzwoicie łatwo, biorąc pod uwagę tematykę Babyteeth. Kolory, o których wspomniałam wcześniej, to również aspekt, który nie został ani pozostawiony przypadkowi, ani potraktowany po macoszemu. Ciepło barw i ich intensywność w każdej sekundzie zdają się zaprzeczać filmowej rzeczywistości. Dokładnie tak jak rodzice, którzy do ostatniej chwili nie chcą uwierzyć.

Babyteeth wszystko jest na swoim miejscu. Każdy aspekt został dopracowany, nie ma tu miejsca na przypadek czy chaos. Nawet moje wspomnienie o tym filmie ma już dzięki temu konkretne barwy i jest podzielone na rozdziały.

babyteeth

SŁOWEM PODSUMOWANIA 

Mateusz: Babyteeth to dzieło wybitne. To nieprzemijalnie piękna opowieść o ulotności życia. Ten prosty dramat dostarcza więcej emocji, niż jesteśmy w stanie naraz przyjąć, dlatego spodziewajcie się, że będziecie płakać. Pozwólcie jednak łzom płynąć, nie wstydźcie się ich – są tak samo ludzkie, jak bohaterowie tego spektakularnego debiutu. Babyteeth umościł się już wygodnie wśród moich ulubionych filmów, teraz pozostaje czekać na wydanie DVD, żeby uzupełnić o niego moją półkę honorową. 

Sylwia: Babyteeth elektryzuje. Dosłownie. Wgniata w fotel, choć z jednej strony, ma się ochotę wybiec i nigdy nie dotrzeć do zakończenia. To bowiem jeden z tych filmów, podczas oglądania których już od pierwszej sekundy wiesz, że finał nie oszczędzi ci łez. Choćby nie wiem co. Tylko że są dwa rodzaje łez, jeśli chodzi o filmy. Te pierwsze często są wypadkową wielu aspektów – takich jak dobrze dobrana, wzruszająca muzyka czy łzawe, nawet jeśli kiczowate, słowa bohaterów. Te pierwsze często płyną jakoś obok mnie – mimo że czuję, jak spływają mi po policzkach i brodzie. Są tak samo słone, jak te drugie, ale jednak zupełnie inne. Te pierwsze są wykalkulowane przez twórców. Ja o tym wiem i on też. Nawet jeśli nie czuję do końca, w stu procentach tego wzruszenia, to łzy i tak płyną. Są też te drugie łzy. Te, do których nie potrzeba żadnych wielkich słów, a z ekranu może płynąć kompletna cisza. Te, które oprócz mokrych śladów na twarzy, przynoszą ze sobą także bolesną gulę w gardle, a czasami również wyrywający się szloch, w skrajnych przypadkach także niespodziewany wybuch smutku już po seansie, skupiony na niesprawiedliwości i bólu dosłownie całego świata. Tak, Babyteeth wydarło ze mnie te drugie łzy. I nienawidzę go za to. I uwielbiam. I nienawidzę.

Podobne wpisy:

Ocena Mateusza:10
Ocena Sylwii:9
9.5Ocena ogólna

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone gwiazdką *