Muzyka,Wydarzenia,Wywiady

Mamy świadomość wypracowania własnego stylu – wywiad z Alanem Sparhawkiem z zespołu Low

Low to zespół istniejący od 1993 roku, tworzony przez małżeństwo Alana Sparhawka (gitara, śpiew) i Mimi Parker (perkusja, śpiew) oraz basistę Steve’a Garringtona. Kultowi już przedstawiciele świata muzyki niezależnej na swoim koncie mają jedenaście albumów, a niedawno zaprezentowali słuchaczom trzy utwory: QuorumDancing And Blood i Fly, stanowiące zapowiedź ich najnowszej płyty, Double Negative. Przez wielu odbiorców ich oszczędność brzmieniowa oraz minimalizm określane są jako odrębny gatunek o nazwie slowcore, czego sam zespół nie przyjmuje z entuzjazmem. Ich niepowtarzalny, wypracowany na przestrzeni lat styl to mieszanka surowych i chłodnych dźwięków, jednocześnie przepełnionych emocjonalnością. Zagościli w Polsce 29 czerwca na scenie Halfway Festivalu w Białymstoku, a tuż przed występem miałam okazję porozmawiać z Alanem.

Małgorzata Kilijanek: Rozmawiamy przed Waszym koncertem w amfiteatrze Filharmonii Podlaskiej. Jaki masz stosunek do takich kameralnych festiwali jak Halfway, gdzie na widowni zasiada około dwustu osób? Może wolisz grać dla większej ilości odbiorców?

Alan Sparhawk, Low: Dla nas to wcale nie jest mała widownia, ale wręcz perfekcyjna. Lubimy grać w małych miejscach, miewamy okazje gry w amfiteatrach, co jest bardzo przyjemne. Halfway jest dla nas rozmiarowo idealny, nie jesteśmy też zanadto popularni…

To zbyt duża skromność. Znam osoby, które bardzo chciałyby móc Was usłyszeć na żywo…

Mogę w takim razie tylko przyznać, że to dla nas miłe zaskoczenie. Pojawiamy się również na dużych wydarzeniach, ale najlepiej czujemy się podczas występów podobnych do Halfway Festivalu.

Mieliście okazję wcześniej koncertować w kościele. Jakie wrażenia Wam, znajdującym się na nietypowej scenie, wtedy towarzyszyły?

Kościoły to dobre przestrzenie dla muzyki, są projektowane tak, by czuć odpowiednio ciszę oraz by dźwięk we właściwy sposób unosił się w powietrzu. Występ w nich to niesamowite doznanie, choć w zasadzie lubimy grać w miejscach każdego rodzaju.

Koncertem w Białymstoku otwieracie swoją najnowszą trasę, związaną z albumem, który jeszcze się nie ukazał. Premiera Double Negative ma nastąpić czternastego września, a po niej czekają Was kolejne występy, między innymi w Barcelonie, Lizbonie, Madrycie, Nowym Jorku. To chyba niespotykana sytuacja, żeby pierwszy koncert trasy odbywał się dwa miesiące przed zaprezentowaniem materiału?

Tak, masz rację. Czasem po prostu nadarza się okazja, by zagrać w miejscu, w którym nie pojawiamy się zbyt często, tak jak w Polsce. Sytuacja ta daje nam możliwość zaprezentowania starszego, znanego szerzej materiału oraz nowych pozycji. Myślę, że nasi fani są w stanie docenić możliwość przedpremierowego usłyszenia tego, co najnowsze. Chcielibyśmy, by tak było, nazwijmy to małym prezentem [śmiech].

Na początku czerwca w przestrzeniach internetowych zagościły Wasze trzy utwory: QuorumDancing And Blood i Fly. Czy zdradzisz, czego mogą oczekiwać fani udający się na Halfwayowy koncert?

Gramy sześć nowych utworów. Moglibyśmy więcej, ale myślę, że ludzie chcą też usłyszeć to, co dobrze znają.

W produkcji najnowszej płyty Low uczestniczył BJ Burton, z którym współpracowaliście już przy poprzedniej, Ones and Sixties. Czy zauważasz różnice w pracy ze wspomnianym twórcą nad tymi dwiema pozycjami muzycznymi?

Po wydaniu Ones and Sixties doszliśmy do wniosku, że nasza współpraca może potrwać dłużej. Poczuliśmy, iż ta kooperacja da nam wiele możliwości. BJ jest człowiekiem żądnym przygód i lubi poszukiwać nowych brzmień. Podczas pierwszej współpracy musieliśmy się poznać i przekonać, że mamy podobne wizje. Później chcieliśmy to niewątpliwie powtórzyć.

Wydaje mi się, iż istotnym warunkiem udanej współpracy na linii artysta – producent jest dogadywanie się na podobnym poziomie emocjonalnym. Muzyka to w końcu sztuka…

Dokładnie tak. Na początku współpracowaliśmy z ludźmi o silnych osobowościach, którzy oczekują konkretnych dźwięków. Myśleliśmy wtedy: jak Low będzie brzmiało w połączeniu z tą wizją, a jak z tamtą? To, czego możesz się nauczyć, współpracując z różnymi osobami, może być od siebie niesamowicie odmienne, może cię wielokrotnie zaskoczyć. Ale wiedzieliśmy jedno: nieważne, kto będzie naszym producentem, ta muzyka to zawsze my. Teraz łatwiej nam powiedzieć: spróbujmy czegoś nowego, poeksperymentujmy, gdyż mamy świadomość wypracowania własnego stylu.

Czy współpraca z bliskimi należy do bardziej wymagających? Mam oczywiście na myśli Twoją żonę, Mimi, która w zespole odpowiada za brzmienie perkusji.

Cóż, to niezwykła sytuacja. Jesteśmy z Mimi małżeństwem, znamy się, odkąd mieliśmy dziewięć lat, i czasem jest to zaleta, ponieważ wiemy, co każde z nas myśli, nie rozmawiając o tym. Myślę jednak, że ludzie mogą być zaskoczeni faktem, iż piosenki tworzymy osobno, w zupełnej samotności. Dopiero później prezentujemy je reszcie zespołu, pytamy o opinię. Te sytuacje to takie łapanie balansu, ale trzeba przyznać, że większość czasu spędzamy razem. Chwilami jest trudno, ale… kochamy się. Myślę, iż każdy będący w związku lub posiadający kogoś bliskiego swemu sercu wie, że razem można być też bardziej kreatywnym. Chociaż czasami taka wizja budzi strach, to wielokrotnie da się wspólnie stworzyć coś pięknego. Każdy z nas powinien być twórczy w towarzystwie osoby, którą kocha.

Sztuka w końcu wielokrotnie przeplata się z miłością.

Właśnie. Musisz kochać muzykę, musisz kochać świat i innych, żeby tworzyć rzeczy, którymi się z nimi dzielisz. Nawet agresywna i pełna przemocy muzyka istnieje, bo ludzie chcą opowiedzieć o czymś, co jest dla nich ważne.

Kiedy słuchałam Waszych ostatnich utworów na serwisie streamingowym, kolejny zasugerowany do odsłuchu należał do grupy Slowdive. Czy takie przejście uważasz za prawidłowe?

Jasne, jesteśmy w pewien sposób muzycznie powiązani. Slowdive zasilają scenę alternatywną Wielkiej Brytanii, a w USA wielu artystów się na nich zapatruje. Graliśmy z nimi koncerty, są przemili.

Jak zareagowałeś na wiadomość o ich reaktywacji po dwudziestodwuletniej nieobecności na scenie?

Była to fantastyczna informacja. Po ich powrocie zagraliśmy razem trzykrotnie, są bardzo sympatyczni i zdecydowanie inspirujący. Kiedy usłyszeliśmy ich płytę, pomyśleliśmy od razu: wow, to naprawdę interesujące.

Możesz wyróżnić któryś utwór z ich albumu Slowdive? Podejrzewam, że może nie być to łatwe zadanie…

Nie mam pamięci do tytułów [śmiech]. Zwykle po prostu wkładamy płytę do odtwarzacza i słuchamy całości. To, co było dla mnie ważne, to fakt, iż w kilku utworach zamieścili swoje firmowe, charakterystyczne brzmienie. Tak, że bez problemu można było znaleźć pewną łączność z albumem Pygmalion. Niesamowicie mnie to zainspirowało, bo możesz stworzyć coś, co jest piękne, ale wypada się przy tym rozwijać, szukać nowych możliwości. Oni to zaprezentowali.

Pokuszę się w podsumowaniu naszej rozmowy o stwierdzenie, iż muzyka to lepsza droga porozumiewania się niż same słowa, a kryjące się w niej emocje są w stanie połączyć ludzkie umysły w fantastyczny sposób.

Masz rację. Uważam, że ludzie zainteresowani są tworzeniem muzyki, bo pragną wyrazić coś, co czują wewnątrz i próbują to uzewnętrznić. Może sam język to za mało. W muzyce możesz używać słów, ale możesz też działać nieco bardziej niekompletnie, nie chcę używać słowa poetycko. To nie musi być perfekcyjne. Sam będąc dzieckiem, sporo się jąkałem i mam teraz problem ze składaniem wyrazów w odpowiedniej kolejności, tak by miało to sens, więc… tworzę muzykę [śmiech]. Wiem, że tym sposobem wyrażam się trafniej. Właśnie to jest piękne.

Fot.: Low

Pasjonatka kina, muzyki i literatury, a także sportu, w szczególności siatkówki. Filmowo ceni różnego rodzaju dramaty i filmy psychologiczne, a także kino niezależne. Muzycznie - głównie brzmienia alternatywne. W literaturze wybiera różnego rodzaju powieści, często o tematyce egzystencjalnej, psychologicznej, ale nie stroni od dzieł biograficznych i podróżniczych. Swoimi recenzjami dzieli się z czytelnikami Głosu Kultury.